beauty & lifestyle blog

piątek, 8 maja 2015

Mistrzowie matu, czyli mineralne pudry Innisfree


Docierają do mnie sygnały Waszego zainteresowania koreańskimi pudrami Innisfree No-Sebum Mineral Powder i No-Sebum Mineral Pact, które ostatnio pokazywałam, a zatem nie ma na co czekać, recenzja na życzenie! Piszę ją z tym większą przyjemnością, że oba, zarówno sypki, jak i prasowany, zasługują na najwyższe pochwały. Mistrzowie matu!




Wszystko zaczęło się od wersji sypkiej. Parę miesięcy temu wrzuciłam ją do koszyka z czystej ciekawości, zamawiając jakiś bb krem. Puder okazał się tak dobry, że nie dość, że szybko zużyłam całe opakowanie, to w międzyczasie tak go zachwalałam, że do jego zakupu namówiłam też swoje koleżanki.

Miałki, delikatny, wzbogacony o regulujący pracę gruczołów łojowych ekstrakt z mięty oraz wyciąg z zielonej herbaty, okazał się niezwykle skuteczny, trzymając mat najlepiej i najdłużej ze wszystkich pudrów, jakie znam. Jego bazą są minerały z Jeju, największej wyspy Korei Południowej. Niżej dla zainteresowanych wklejam dokładny skład.

SILICA, CORN STARCH MODIFIED, DIMETHICONE/VINYL DIMETHICONE CROSSPOLYMER, CAPRYLIC/CAPRICTRIGLYCERIDE, MICA, METHICONE, MINERALSALTS, CAMELLIA SINENSIS LEAF EXTRACT, MENTHA ARVENSIS LEAF EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, DIMETHICONE, GLYCERYL CAPRYLATE, ETHYLENE/ACRYLIC ACID COPOLYMER, 1,2-HEXANEDIOL, FRAGRANCE.

Niezawodny! Sprawdza się zarówno nakładany pod podkład (czy tam bb krem, jak to najczęściej jest w moim przypadku), jak i tradycyjnie, do utrwalenia makijażu. Jest biały, ale nie bieli (może odrobinę w pierwszej chwili, po paru minutach staje się niewidoczny), nie oksyduje, nie włazi w zmarszczki,  ładnie stapia się z resztą produktów, znacząco ograniczając niepożądany błysk na twarzy. Na ten moment żaden inny puder nie daje mi takiego komfortu. Uwielbiam go, w ruch poszło już drugie opakowanie. I jeśli miałabym cokolwiek mu zarzucić, to właśnie stosunkowo małą wydajność. Z drugiej strony, siedem dolarów, które trzeba za niego zapłacić (na ebay albo bezpośrednio na stronie producenta ---> KLIK), to nie jest przecież jakaś zaporowa cena.




Kupując drugie opakowanie pudru sypkiego, wzięłam też od razu jego wersję prasowaną (jest nieco droższa, kosztuje 12 dolarów). Jak się okazało, niewielka, zgrabna, trwała. wyposażona w lusterko i puszek puderniczka, kryje niemal bliźniaczy pod względem działania produkt, choć proporcje w jego składzie są nieco zmienione.

MICA, SILICA, ETHYLENE/ACRYLIC ACID COPOLYMER, CORN STARCH MODIFIED, POLYETHYLENE, OCTYLDODECYLSTEAROYL STEARATE, SQUALANE, SORBITAN ISOSTEARATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, GLYCERYL CAPRYLATE, DIMETHICONE, MINERAL SALTS, CAMELLIA SINENSIS LEAF EXTRACT.

Zwróćcie też uwagę, że jednym ze składników wersji prasowanej jest dodatkowo skwalan, co dzięki jego właściwościom dbającym o właściwy poziom nawilżenia skóry pozwala zakładać, że lepiej tolerowany będzie przez osoby o cerze skłonnej do przesuszenia.

Generalnie mam wrażenie, że jego działanie jest nieco lżejsze niż wersji sypanej, ale zdecydowanie nie można odmówić mu skuteczności. Przez wiele godzin trwa na straży matu, z tą jednak uwagą, że to jednak sypkiemu oddałabym palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o niezawodność w sytuacjach ekstremalnych, na przykład w przypadku podyktowanej okolicznościami konieczności nałożenia makijażu mocniejszego niż zwykle, jakiegoś wysiłku czy dużego stresu. W jednym punkcie jednak z sypanym wygrywa - jego prasowana formuła jest po prostu wygodniejsza.




Gorąco polecam Wam oba te pudry, są naprawdę warte rekomendacji. Nie zawiodą Was. Mnie spodobały się na tyle (zwłaszcza wersja sypana), że całkiem zrezygnowałam już z pudru bambusowego FM, który tak bardzo zachwalałam Wam w zeszłym roku. Swoją drogą był naprawdę dobry, zużyłam chyba ze trzy opakowania, no ale pudry Innisfree  po prostu go zdeklasowały. Są lepsze. Mistrzowie matu, tak jak wspominałam.

Miałyście może z którymś z tych pudrów do czynienia? Jak je oceniacie? A może dopiero dziś słyszycie o nich po raz pierwszy? Wzbudziłam Waszą ciekawość? Dajcie znać. Chętnie poczytam też, jakie pudry matujące wygrywają w Waszych osobistych rankingach. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


P.S. Nie zapomnijcie zajrzeć w niedzielę.
No to pięknie! obchodzić będzie piąte urodziny,
już teraz zapraszam na post z niespodzianką!




wtorek, 5 maja 2015

Na rozruch, czyli podsumowanie kwietnia | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, nagrody, nowości i zakupy


No i po majówce. Pora wracać do rzeczywistości. Co powiecie na podsumowanie kwietnia? Tak na rozruch :))) 





Spośród moich kwietniowych wpisów zdecydowanie największą popularnością cieszył się ten dotyczący promocji w drogeriach Rossmann i Natura i związanych z nimi moich planów zakupowych ---> KLIK. Szczerze mówiąc trochę mnie to zaskoczyło, bo jednak sporo podobnych postów pojawiło się na innych blogach i podejrzewałam, że raczej znudzone będziecie tematem. Tymczasem tysiące odsłon! Dziękuję. Sporym zainteresowaniem obdarzyłyście też wpis o mgiełce olejkowej Garnier Fructis, czyli moim kwietniowym kosmetycznym odkryciu ---> KLIK. Na wyróżnienie zasłużył też post o bananowej pielęgnacji włosów The Body Shop ---> KLIK. Spóźnialskich zapraszam do lektury!

Jeśli chodzi natomiast o moje własne internetowe ścieżki, to chciałabym odesłać Was do dwóch ciekawych linków, na jakie natknęłam się w kwietniu. Po pierwsze, gorąco zachęcam Was do odwiedzenia strony warsawrising.eu ---> KLIK! Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Poświęcona jest Powstaniu Warszawskiemu. Bardzo oryginalnie, pomysłowo zrobiona, funkcjonalnie zaprojektowana, no i rzetelna, dużo wiedzy, ale podanej w przystępny, graficzny sposób. Nie bez przyczyny nagrodzona została prestiżową nagrodą Webby Awards 2015, zyskując miano najlepszej strony internetowej na świecie. Koniecznie zajrzyjcie. Po drugie, zupełnie z innej beczki, chciałam zwrócić Waszą uwagę na artykuł na temat #kyliejennerchallenge, na jaki natknęłam się na lula.pl ---> KLIK. Czy tylko ja uważam, że ten trend jest idiotyczny? Myślę, że kiedyś napiszę o tym coś więcej.

A rozrywka? Przede wszystkim książki. Jak zwykle kwietniowym lekturom poświęciłam odrębnego posta, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.




Wspominając o książkach, muszę przy okazji podrzucić Wam dwa kolejne linki. Być może zainteresuje Was fakt, że od wczoraj przez najbliższe dwa tygodnie na bookrage.org ---> KLIK, o której to inicjatywie pisałam Wam miesiąc temu, dostępny jest nowy pakiet ebooków ("Oblicza przyszłości" z sześcioma pozycjami nurtu science fiction). Pamiętajcie, jeśli zdecydujecie się na zakup, tylko od Was zależy, ile zapłacicie! Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na kolejne podobne przedsięwzięcie, openbooks.com ---> KLIK, tym razem dla zainteresowanych literaturą anglojęzyczną. W tym przypadku pobierając książkę, w ogóle nie ponosicie opłat, o wysokości zapłaty decydując dopiero po jej przeczytaniu. Fajnie, prawda? Ciekawy wywiad z autorem serwisu przeczytacie TUTAJ. Dajcie znać, co myślicie o takich rozwiązaniach. Moje podejście jest bardzo entuzjastyczne! Pakiet BookRage już kupiłam :)))

Oprócz książek, były także seriale, a jakże. Obejrzałam w końcu finałowy sezon Jak poznałem waszą matkę (sama nie wiem, czy ta historia właśnie tak powinna się skończyć? ... co sądzicie?), pomalutku oglądałam też sobie trzeci sezon House of cards (ciągle jeszcze parę odcinków przede mną), ale tak naprawdę kwiecień należał już do innego tasiemca. Za Waszą namową mój wybór padł na Grey's Anatomy, czyli Chirurgów. Jeśli się wciągnę (pewnie tak będzie :D), przede mną prawdziwy maraton, jedenaście sezonów i końca nie widać. Znacie, lubicie?




Jak zwykle chciałabym pokazać Wam moje najciekawsze kosmetyczne zakupy ostatnich tygodni. O czym będziecie mogły poczytać za jakiś czas? Między innymi o dwóch bardzo dobrych, niezwykle skutecznie matujących, mineralnych pudrach Innisfree z normalizującym pracę gruczołów łojowych ekstraktem z mięty. Uwielbiam azjatyckie kosmetyki, co ja na to poradzę!




Mogłabym pokazać Wam w tym miejscu jeszcze moje promocyjne zakupy z Rossmanna, ale w gruncie rzeczy nie kupiłam nic ciekawego (wyłącznie rzeczy z listy, którą widziałyście TUTAJ). A skoro już jesteśmy przy kosmetykach azjatyckich, to z chęcią pochwalę się swoją kwietniową wygraną. Udało mi się zwyciężyć w konkursie organizowanym przez Skin79 Polska i zdobyć wspaniałą nagrodę w postaci Hot Pink Super Plus BB Cream, Complete CC Cream Correct, Pore Designing Minimizing Mask oraz Crystal Peeling Gel. BB krem znałam już wcześniej, reszta produktów to dla mnie nowość. Bez zbędnych ceregieli zdradzę, że wszystkie produkty są niesamowite. Będzie o czym pisać!




Jeśli chodzi o nowości, to słów kilka poświęcić muszę też JOYbox. To stosunkowo nowe na rynku pudełko z wyselekcjonowanymi kosmetykami i miniaturami. Od konkurencji różni się tym, że mamy wpływ na jego zawartość. O szczegółach możecie poczytać TUTAJ. Moje pudełko było prezentem od jego dystrybutorów, nie wiem więc, jak zamawianie wygląda w praktyce, w każdym razie w środku znalazłam kilka naprawdę ciekawych produktów.




Mojej córeczce też coś wpadło w oko. Wszystko, co różowe, jest najpiękniejsze na świecie :DDD Tak na marginesie, moja córka to najlepszy dowód na to, że dziewczyńska miłość do różu jest chyba wrodzona. Celowo i konsekwentnie nigdy jej na różowo nie ubieram, otaczam ją zupełnie innymi kolorami, a i tak przyszedł moment, że sama w pierwszym odruchu zawsze stawia właśnie na róż. Z naturą nie wygrasz :DDD Macie może podobne doświadczenia?




To już wszystko, o czym chciałam Wam napisać. Znalazłyście w tej garści uwag coś dla siebie? Jakiś poruszony dziś temat szczególnie przykuł Waszą uwagę? Jak zwykle czekam na Wasze komentarze, piszcie! Dajcie znać, jak minął Wam kwiecień.

Buziaki,
Cammie.



sobota, 2 maja 2015

Satysfakcja gwarantowana, czyli książki kwietnia


Jak Wam mija majówka, ten otwierający sezon letni, najbardziej wyczekany weekend w roku? Mam nadzieję, że wspaniale, mimo że pogoda nie dopisuje. Aura nie sprzyja co prawda wycieczkom i rekreacji na świeżym powietrzu, ale przecież czas wolny w przyjemny sposób można spędzić też w domu. Na przykład nad książką, prawda? Idąc tym tropem, zapraszam Was na kolejny post z serii Książki miesiąca, chętnie podzielę się z Wami refleksjami odnośnie moich kwietniowych lektur. To co, zaczynamy?




W kwietniu wzięło mnie na odświeżenie w pamięci kilku książek, które czytałam przed laty, ale nowości oczywiście też nie zabrakło. Liczę na to, że z ciekawością przyjrzycie się wszystkim pozycjom. 


Noah Gordon, "Medicus"

Słynna powieść o średniowiecznym balwierzu, który został wielkim lekarzem. Anglia, XI wiek. Rob J. Cole, syn cieśli i hafciarki, po śmierci rodziców zostaje pomocnikiem wędrownego balwierza parającego się również leczeniem. Wykazuje nie tylko zapał do nauki, ale też ową szczególną wrażliwość, która pozwala "czytać" w chorym organizmie, dostrzegać w nim wolę walki lub chęć poddania się. Punktem zwrotnym w jego życiu staje się spotkanie z żydowskim lekarzem, którego kunszt przewyższa nikłe umiejętności średniowiecznych medyków. Odtąd każdym krokiem Roba kieruje jedno tylko pragnienie: dotrzeć do Isfahanu i zostać uczniem sławnego perskiego lekarza, Ibn Siny, w świecie zachodnim zwanego Awicenną.

Ta książka to dla mnie powrót do przeszłości, po raz pierwszy czytałam ją jako nastolatka. Pamiętałam raczej emocje, które kiedyś przy jej lekturze mi towarzyszyły, niż faktyczne szczegóły fabuły, ale tym lepiej czytało mi się ją po raz drugi. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, ale całkiem zgrabnie napisana powieść, wciągająca i wartka. Opowiada historię życia tytułowego medicusa, który do swej jakże rzadkiej w swoich średniowiecznych czasach profesji lekarza doszedł nie tylko dzięki wrodzonej inteligencji, ale też dzięki łutowi szczęścia i odważnemu podstępowi. Z rodzinnej Anglii wyruszył po wiedzę do mędrców Wschodu, po drodze dosłownie i w przenośni stając się innym człowiekiem. Głęboka determinacja, z jaką dążył do celu, dyktowana była nadprzyrodzonym darem, dzięki któremu od dziecka szóstym zmysłem czuł, z kogo ulatuje życie. "Medicus" to dość głośny tytuł, od lat cieszy się sporą popularnością, więc pewnie część z Was tę powieść zna, ale jeśli tak się złożyło, że jeszcze jej nie czytałyście, to może warto się skusić? Fajne czytadło.


Noah Gordon, "Szaman"

Druga część trylogii o lekarskim rodzie Cole'ów. Osiemset lat po Robie J. Cole'u, bohaterze powieści "Medicus", człowiek o tym samym imieniu i nazwisku, przedstawiciel tej samej profesji, opuszcza Szkocję i udaje się do Ameryki. Odbywszy praktykę pod okiem słynnego chirurga, wyrusza w prerie Illinois, gdzie osiada w powstającym dopiero miasteczku. Tam spotyka przyszłą żonę, tam też przychodzi na świat jego syn, zwany Szamanem, który dziedziczy po ojcu Dar - umiejętność "czytania" w chorym organizmie. Jego powołaniem jest leczenie ludzi. Niestety, Szaman traci słuch... 
"Szaman" to - podobnie jak "Medicus" - ciepła, głęboko humanistyczna powieść, której bohaterowie, ludzie różnych wyznań i kultur, przeciwstawiają się fanatyzmowi i obskurantyzmowi, to także powieść o miłości, poświęceniu i współczuciu dla cierpiących oraz o walce ze słabością własnego organizmu.

"Szaman" to kontynuacja "Medicusa", niestety trochę słabsza. Akcja osadzona została w dziewiętnastowiecznych Stanach Zjednoczonych, w jej tle autor umieścił wątki związane z grabieżą indiańskich habitatów i z potwornościami wojny secesyjnej. Okazuje się, że niezwykły zmysł pozwalający przewidzieć śmierć pacjenta przechodzi z ojca na syna i w kolejnych pokoleniach ród wydał wielu utalentowanych lekarzy. Tytułowy Szaman to jego kolejny przedstawiciel obdarzony darem, który marzenie o leczeniu ludzi realizuje z tym większym trudem, że boryka się nabytą w dzieciństwie głuchotą. Ostatecznie nie przeszkadza mu to w zdobyciu wykształcenia i rozpoczęciu lekarskiej praktyki. Przeczytać można, ale radzę nie nastawiać się na poziom pierwszej części.


Noah Gordon, "Spadkobierczyni medicusa"

Kontynuacja dziejów lekarskiego rodu Cole'ów, którego protoplastą był żyjący w XI wieku dr. Robert J.Cole, bohater "Medicusa". Wielu jego potomków było lekarzami, niektórzy zaś odznaczali się niezwykłym szóstym zmysłem. zwanym w rodzinie Darem, pozwalającym przeczuwać, czy pacjent wyzdrowieje. W XX wieku Dar odziedziczyła Roberta Cole, która sprawiła zawód ukochanemu ojcu, gdy wybrała studia prawnicze, nie medyczne. Powołanie okazało się jednak silniejsze- Roberta poddała się w końcu przeznaczeniu, kontynuując tradycję długiej linii przodków.

Ostatnia część trylogii, zdecydowanie jej najsłabsze ogniwo. Tym razem czasy współczesne i kobieta jako główna bohaterka, lekarka, która rezygnuje z wielkomiejskiej kariery i zaszywa się na prowincji, gdzie na nowo odkrywa swoje powołanie. W tle tym razem problemy społeczne w postaci kontrowersji wokół ruchu antyaborcyjnego. Temat na pewno ważki, ale forma tej powieści ... Szkoda czasu!


Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti, "Bez strachu. Jak umiera człowiek"

Tajemnica śmierci, zagadka odchodzenia, ciało i dusza... Magdalena Rigamonti odsłania fizyczność i metafizykę śmierci w rozmowie z jedynym polskim balsamistą, przed którym ludzkie ciało nie ma żadnych tajemnic. Rozmawia o znakach, energii, zdarzeniach niewyjaśnionych i fizjologii człowieka, z którą mierzy się balsamista, przygotowując go do ostatniej drogi. Na co dzień nie przyjaźnimy się ze śmiercią, nie chcemy oglądać wypadków, chorób, zmarłych... To wszystko zmienia się w chwili, kiedy odchodzą najbliżsi. Wtedy zaczynają się trudne rozmowy i decyzje. Bliscy przychodzą do prosektorium pełni bólu, żalu, w rozpaczy i z poczuciem straty. A balsamista...? Ma ich zrozumieć, opanować emocje, przyjąć na siebie pierwsze uderzenie. Zapytać, czy mama chciałaby trzymać w rękach książeczkę do nabożeństwa, bo skoro tata nie trzymał, to ona mu w niebie przekaże. Jakiego koloru ma być szminka, jakie rajstopy, jak uczesać grzywkę. I dzieci, maleńkie nieżywe płody, które zaprzeczają logice istnienia, i zmarłe kobiety w ciąży. Czy do balsamisty przychodzą duchy? Podobno nie, bo on robi wszystko tak, jak zmarli by sobie życzyli. Nie boi się z nimi przebywać.

"Bez strachu" to najważniejsza lektura na mojej kwietniowej liście. Niesamowicie interesująca, odsłania bowiem tabu związane ze śmiercią, uchyla rąbka tajemnicy okrywającej przygotowanie ciała do pochówku. Napisana z niezwykłym wyczuciem, bez taniej sensacji i egzaltacji. Autorka jest wnikliwą obserwatorką i dobrym słuchaczem, głos oddaje swoim rozmówcom, osobom zawodowo zajmującym się pielęgnacją umarłych, w tym Adamowi Ragielowi, jednemu z najbardziej doświadczonych balsamistów w Polsce. Nam, czytelnikom, pozwala towarzyszyć sobie w odkrywaniu tajników tej profesji, dzieląc się z nami swoimi refleksjami. Nie jest łatwo przyglądać się sekcji, patrzeć na zwłoki zniszczone czasem czy straszliwymi niekiedy okolicznościami śmierci - samobójców, topielców, ofiar nieszczęśliwych wypadków ... Gorąco namawiam Was do lektury tej arcyciekawej książki! 


Richard Bachman (Stephen King), "Uciekinier"

Przerażająca wizja Ameryki ze zdegradowanym środowiskiem naturalnym, wyraźnym podziałem na dwie klasy społeczne (biednych oraz bogatych) i wszechobecną telewizją Free Vee. Jedyną rozrywką są liczne teleturnieje i gry, których uczestnicy ryzykują życiem, gdyż rząd praktycznie zalegalizował morderstwo. Przebojem jest prowadzona na żywo i wzbudzająca w ludziach najgorsze instynkty gra zwana UCIEKINIEREM, gdzie zgłaszający się mają szanse wygrać miliard dolarów – muszą tylko przez trzydzieści dni zwodzić pogoń polujących nań morderców, zwanych łowcami. Oraz wszechobecnej policji. Do tej pory nikomu się to nie udało. Dla Bena Richardsa udział w Free Vee to jedyna szansa na zdobycie pieniędzy niezbędnych do uratowania jego osiemnastomiesięcznej córeczki Cathy. Przechodzi pomyślnie wymagane testy umysłowe i sprawnościowe i przystępuje do Gry. Rozpoczyna się pościg. Przegrana oznacza tylko jedno – śmierć. Ale „zwierzyna” okazuje się sprytniejsza od myśliwego...

"Uciekinier" to jedna z książek Stephena Kinga napisana pod pseudonimem. Zainteresowałam się nią, bo natknęłam się gdzieś na porównanie z "Igrzyskami śmierci", z którymi łączy ją rzekomo podobieństwo. Owszem, podobieństw można się doszukać, fabuła oparta jest bowiem na uczestnictwie głównego bohatera w okrutnym reality show, w którym na śmierć i życie walczy o przetrwanie. Na tym jednak w moim odczuciu podobieństwa się kończą. "Igrzyska" są rozbudowane, pełne niuansów, sylwetki i losy bohaterów nakreślone są tam z dużą dbałością o szczegóły, a zdegenerowany świat tytułowego uciekiniera przedstawiony jest w moim odczuciu powierzchownie. Narracja skupia się raczej na akcji i to w taki sposób, w jaki kręcone są niezbyt wysokich lotów filmy sensacyjne (swoją drogą powieść została zekranizowana, główną rolę grał Arnold Schwarzenegger). Sam finał jest tak nieprawdopodobny, że po prostu rozczarowujący. Krótko mówiąc, książka mi się nie podobała.


Jonas Jonasson, "Analfabetka, która potrafiła liczyć"

Autor wielkiego międzynarodowego przeboju o „Stulatku, który wyskoczył przez okno i zniknął” (aż w końcu trafił na wielki ekran w święcącej i u nas sukcesy szwedzkiej komedii pod tym samym tytułem) powraca z nową książką. Jej bohaterką jest Nombeko Mayeki, która urodziła się wprawdzie w południowoafrykańskiej dzielnicy nędzy, sercu apartheidu, ale pod szczęśliwą gwiazdą. Dzięki temu po latach przyszło jej jeść kolację z królem i premierem Szwecji. Chociaż w momencie, w którym to się zdarzyło, chyba już nic nie było w stanie jej zdziwić… 
Międzynarodowa polityka, skomplikowane zagadki matematyki i fizyki, los chińskich emigrantów, podrabianie starożytnych dzieł sztuki, fanatycy szwedzkiej monarchii, stały kontakt z bombą atomową oraz ludzie, którzy teoretycznie nie istnieją, bo nie figurują w żadnych urzędowych rejestrach, pomimo że można z nimi porozmawiać i ich dotknąć, to tylko niektóre z dziwnych rzeczy, do których przywykła Nombeko, i o których przeczytamy w tej książce. Jonas Jonasson daje lekcję historii najnowszej z przymrużeniem oka, przy okazji sprawiając, że wciągnięty w wir akcji czytelnik będzie się zaśmiewał do łez, przewracając jak najszybciej kolejne strony powieści.

Kolejna świetna, zabawna powieść autora "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął". Jeśli przy lekturze lubicie się pośmiać, rozluźnić w atmosferze absurdalnego humoru, ta książka jest właśnie dla Was! "Analfabetka" powiela pewien schemat "Stulatka", nie tylko napisana jest bowiem podobnym, bardzo charakterystycznym lekkim stylem, ale w podobny sposób losy bohaterów splata też ze zwrotnymi punktami historii świata. Efekt genialny! Zachęcam Was do lektury i zapoznania się z przedziwnymi kolejami życia rezolutnej Nombeko, która rozmaitymi zbiegami okoliczności z południowoafrykańskich slumsów trafia do Szwecji, gdzie wiąże się z mężczyzną, który nie istnieje, przez dobrych parę lat opiekując się bombą atomową, skutecznie unikając przy tym agentów Mosadu ;))) Dobra zabawa gwarantowana!


Matthew Gregory Lewis, "Mnich"

Akcja powieści rozgrywa się częściowo w ponurej scenerii: stare zamczyska, groty, labirynty podziemnych korytarzy, grobowce. Na tym tle pojawiają się moce nadprzyrodzone, krwiożercze upiory, szatany w ponętnych wcieleniach, obsesja śmierci. Zjawiska przyrody solidarnie współdziałają z owymi elementami grozy. Są też w "Mnichu" pełne napięcia epizody i sytuacje - krwawa oberża, porwania, pogoń za uciekającymi, którzy salwowali się z rąk podstępnych zbójców, nadto dworni kawalerowie, piękna dziewczyna, zmuszona przez przewrotnych krewnych do wstąpienia do klasztoru; przebiegły pazik zakochanego kawalera, serenady pod oknem ukochanej, cygańskie wróżby, które się sprawdzają...

"Mnich" to kolejny powrót po latach, czytałam tę książkę dawno, dawno temu. Podejrzewam, że Wy także kiedyś się z nią zetknęłyście albo przynajmniej o niej słyszałyście, bo uchodzi ona za klasyczną gotycką powieść grozy. Napisana pod koniec osiemnastego stulecia charakterystycznym, nie przystającym do współczesnego języka stylem, stanowi swoistą ucztę dla konesera. Fajnie było do niej wrócić po tak długim czasie, odświeżyć sobie fabułę i odtworzyć jej mroczny klimat. Wszystko w tej książce znajdziecie - słabych ludzi, upadające cnoty, nieszczęśliwe miłości, złe moce i krwawe zbrodnie. Nie do wiary, co mogą kryć klasztorne mury ... Czy polecam? Sama nie wiem, tak jak wspominałam, to nie jest współczesna proza, jeśli brakuje Wam poznawczego zacięcia, możecie się rozczarować. Ja osobiście wychodzę jednak z założenia, że klasykę trzeba znać!


To już wszystko. Znacie książki, o których dziś pisałam? Chciałybyście powiedzieć coś na ich temat? A może za moją namową macie ochotę sięgnąć po którąś z nich? Dajcie znać, zachęcam do zostawienia komentarza. Jak zwykle liczę też na wypowiedzi odnośnie Waszych lektur, co ciekawego ostatnio czytałyście? A może teraz, w trakcie tej jakże pochmurnej i deszczowej majówki, spędzacie czas z jakąś wyjątkowo ciekawą książką? Ja ze swojej strony jeszcze raz gorąco polecam Wam "Bez strachu", a zaraz potem, dla rozluźnienia, "Analfabetkę, która potrafiła liczyć". Satysfakcja gwarantowana!

Buziaki,
Cammie.