Witajcie. Kontynuując temat walki z przebarwieniami cery (wprowadzenie sprzed paru tygodni znajdziecie TUTAJ), chciałabym zaprosić Was dziś na recenzję dwóch wąsko wyspecjalizowanych produktów, które włączyłam do swojej pielęgnacji jesienią, dając im ładnych kilka miesięcy na pokazanie swojego potencjału. Mowa o rozjaśniającym skórę serum Lightning i złuszczającej masce z kwasem glikolowym Rapid Facial wchodzącej na nasz polski rynek brytyjskiej marki Skin Chemists. Jeśli jeszcze o niej nie słyszałyście, koniecznie zapamiętajcie tę nazwę, to stosunkowo nowy gracz na naszym kosmetycznym boisku!

Marka Skin Chemists ---> KLIK zachwala swój asortyment jako popartą wnikliwymi badaniami alternatywę dla inwazyjnych zabiegów medycyny estetycznej. W jej ofercie znaleźć można preparaty, których działanie, wymierzone w różne problemy skóry, oparte jest na najwyższej jakości wyselekcjonowanych składnikach aktywnych. Jak wiecie, moją bolączką są przebarwienia, zdecydowałam się więc dać szansę produktom rozjaśniającym.
Największe nadzieje wiązałam z serum Lightning, które obiecywało wyraźne wyrównanie kolorytu cery i przywrócenie jej zdrowego blasku. Przecież właśnie o to mi chodziło, prawda?

Kosmetyki Skin Chemists do najtańszych nie należą (serum Lightning to wydatek rzędu ponad stu funtów, na polskiej stronie preparat w tym momencie nie jest dostępny) i muszę przyznać, że to widać, od razu ma się wrażenie, że obcuje się z czymś wyjątkowym, opartym na zdobyczach nauki. Opakowania są eleganckie i konsekwentnie utrzymane w bardzo minimalistycznej stylistyce, choć z zachowaniem funkcjonalności. Lightning, za którego aktywność odpowiada Whitonyl, składnik o 4% stężeniu,
wspomagający rozjaśnianie przebarwień i redukowanie blizn potrądzikowych, jest tego najlepszym przykładem - smukłą, szklaną, niczym nie ozdobioną buteleczkę z pompką łatwo skojarzyć z jakimś nowoczesnym laboratorium, w którym mądre głowy pracują nad innowacyjnymi recepturami. To działa na wyobraźnię. Skojarzenia skojarzeniami, ale czy ta konkretna receptura działa na rzeczywisty problem dermatologiczny?
Cóż ... I tak, i nie. Serum okazało się niesamowicie przyjemne w stosowaniu (idealna, lekko kremowa, wchłaniająca się bez śladu formuła), przy każdym użyciu dając błyskawiczne efekty w postaci wygładzenia cery (świetna baza pod makijaż, nawet w zestawieniu z filtrem) i podniesienia jej komfortu (dobry stopień nawilżenia i odżywienia), jednak szczerze powiem, że znaczącej poprawy pod kątem redukcji przebarwień nie zauważyłam. Rzeczywiście, cera dzięki temu preparatowi wyglądała bardzo dobrze, była gładka i wypielęgnowana, dzięki temu na pewno zyskując na promienności, jednak minęłabym się z prawdą, twierdząc, że jego stosowanie całkowicie rozwiązało mój problem. Dobrze wiecie, że problem był i jest, inaczej po mniej więcej trzech miesiącach regularnego stosowania tego serum nie fundowałabym sobie przecież kuracji w postaci retinoidu, który też zresztą nie do końca sobie poradził.
Na czas stosowania Locacidu serum odstawiłam, w tamtym okresie moja cera potrzebowała zupełnie innej pielęgnacji (o serum nawilżającym, które uzupełniało wtedy działanie moich kosmetyków podstawowych, będziecie mogły przeczytać w następnym poście), ale niedawno ponownie do niego wróciłam. Może i nie daje spektakularnych, tak bardzo oczekiwanych przeze mnie efektów, ale nie można odmówić mu wielu zalet, dzięki którym jego stosowanie jest po prostu przyjemnością dla skóry.

Dużo więcej dobrego mam natomiast do powiedzenia odnośnie skuteczności Rapid Facial, delikatnie złuszczającej maseczki z kwasem glikolowym.

W tym przypadku działanie preparatu, porównywane do mikrodermabrazji, było w zasadzie natychmiastowe, widoczne gołym okiem i całkowicie zgodne z obietnicami producenta. Pozostawienie maski na twarzy na kilkanaście minut do wyschnięcia gwarantowało dogłębne oczyszczenie i niesamowite wygładzenie cery, która dzięki złuszczającemu działaniu kwasu glikolowego pięknie się odnawiała. Regularność stosowania z pewnością wspomagała walkę z przebarwieniami. Warto podkreślić, że maska mimo swej niezaprzeczalnej aktywności w żaden sposób nie podrażniała skóry, co było miłą niespodzianką, bo początkowo obawiałam się jakichś niekontrolowanych efektów ubocznych. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to problemy ze zmywaniem, maseczka okazała się bardzo przyczepna i za każdym razem musiałam posiłkować się gąbeczką. Więcej wad nie dostrzegam, żałuję jedynie, że opakowanie nie ma mniejszej pojemności, bo stosując maskę zgodnie z zaleceniami raz w tygodniu, nie byłam w stanie zużyć jej w całości przed upływem terminu zdatności. A regularny koszt Rapid Facial to, bagatela, aż 200 zł! Dużo, tym bardziej szkoda tej przeterminowanej resztki.
Pomimo całej mojej sympatii do Lightning, pewnie nie sięgnęłabym po to serum po raz drugi. Powoli dociera do mnie smutna prawda, że na moje głębokie, hormonalne i posłoneczne przebarwienia w satysfakcjonujący sposób nie zadziała żaden, nawet najlepszy kosmetyk. Jeśli chcę się ich pozbyć, muszę pomyśleć o laserze, tyle w temacie. Nic natomiast nie stoi na przeszkodzie, żebym pielęgnację swojej cery, niezależnie od jej charakteru, wspomagała świetną maseczką, a jakości Rapid Facial nie można odmówić. Muszę tylko liczyć się z tym, że ta jakość swoje kosztuje.
Znacie Skin Chemists, miałyście już z tą stosunkowo nową u nas marką do czynienia? Przemawia do Was idea budowania jej wizerunku w oparciu o odwołania do innowacyjnych, czerpiących z nauki rozwiązań? Byłybyście skłonne poznać jej asortyment? Dajcie znać. Napiszcie też, proszę, czy zainteresowały was produkty, o których dziś opowiadałam. Ciekawa jestem zwłaszcza Waszego zdania na temat maseczki. Czy obietnica odmłodzonej, gładkiej, dogłębnie oczyszczonej, rozpromienionej cery warta jest tych dwustu złotych, jakie trzeba na ten specyfik wydać? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!
Buziaki,
Cammie.
Znacie Skin Chemists, miałyście już z tą stosunkowo nową u nas marką do czynienia? Przemawia do Was idea budowania jej wizerunku w oparciu o odwołania do innowacyjnych, czerpiących z nauki rozwiązań? Byłybyście skłonne poznać jej asortyment? Dajcie znać. Napiszcie też, proszę, czy zainteresowały was produkty, o których dziś opowiadałam. Ciekawa jestem zwłaszcza Waszego zdania na temat maseczki. Czy obietnica odmłodzonej, gładkiej, dogłębnie oczyszczonej, rozpromienionej cery warta jest tych dwustu złotych, jakie trzeba na ten specyfik wydać? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!
Buziaki,
Cammie.






