beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcesoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcesoria. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2015

To nie są żarty, czyli #KylieJennerChallenge


W jednym z ostatnich postów wspominałam Wam o #KylieJennerChallenge, obiecując, że wrócę jeszcze do tego tematu. Bo i jak bez słowa komentarza przejść obok tak idiotycznego trendu?

Do niedawna nie wiedziałam nawet, kim jest Kylie Jenner. Jej osoba znajdowała się kompletnie poza sferą moich zainteresowań i tak sobie żyłam sobie w nieświadomości, że gdzieś tam w świecie dziewczyna zgromadziła wokół siebie ogromną społeczność śledzącą jej życie, podziwiającą ją i poniekąd stawiającą ją sobie za wzór. Zalew informacji o wyzwaniu, które pod jej nazwiskiem zaczęło jakiś czas temu krążyć po internecie, uświadomił mi w końcu, że Kylie to nastoletnia siostra Kim Kardashian. To poniekąd tłumaczy jej zagadkową dla mnie wcześniej popularność, której naprawdę nie można jej odmówić, lajki na serwisach społecznościowych idą w miliony! Nic więc dziwnego, że chcąc upodobnić się do swojej idolki, #KylieJennerChallenge podjęło tak wiele osób.

Kylie to śliczna, młoda dziewczyna. Uwagę przyciągają zwłaszcza jej wydatne, zawsze podkreślone usta.




Naturalność ust Kylie jest kwestią dyskusyjną (poszukajcie sobie jej starych zdjęć, jest coś na rzeczy), ale to temat na zupełnie inny post. Faktem jest natomiast, że mnóstwo jej fanek (i fanów, gwoli ścisłości) pragnie wyglądać jak ona, marząc właśnie o pełnych, ponętnych ustach.

I tu zaczyna się problem. Nie każdy obdarzony został przez naturę dużymi ustami. Co zrobić, żeby szybko je powiększyć, bez zastrzyków i wypełniaczy? Potrzeba matką wynalazku. Amerykańska marka Fullips opatentowała specjalne nakładki, które należy przyłożyć do ust i mocno zassać, dzięki czemu pod wpływem ciśnienia podrażnione usta momentalnie stają się lekko opuchnięte, zyskując tym samym na wydatności. Efekt ten oczywiście przez producenta opisany został bardziej zachęcająco, cytując za polską stroną, podciśnienie sprawia, że wargi stają się jędrne, pełniejsze i kusząco uwydatnione jak po profesjonalnym zabiegu w gabinecie. 




Nakładki, choć niepozorne, swoje jednak kosztują (jedna sztuka to wydatek rzędu 20 dolarów, w Polsce wydać trzeba 100 zł), mimo to szybko zyskały sporą popularność. Rzekomo działają. Nie wiem, nie mam potrzeby sprawdzać. Kłopot w tym, że na fali tej popularności szybko poszukano tańszych zamienników, sięgając po prostu po wszystko, co swoim kształtem choć w przybliżeniu przypomina opatentowany oryginał. Jakieś kieliszki, szklanki, butelki, nakrętki, sama nie wiem, co jeszcze. Eksperyment wymknął się spod kontroli i hula po internecie pod hasztagiem #KylieJennerChallenge, młodzież masowo sprawdza metodę na własnej skórze (czy też może trafniej byłoby powiedzieć, że na własnych ustach), dążąc do ideału, czyli pięknych, pełnych ust swojej idolki.

Jak możecie się domyślać, skutki tych zasysań bywają opłakane. Obrzęki, zasinienia, wybroczyny, pęknięcia, a nawet otwarte rany, jak w przypadku chłopaka, któremu szklanka pod wpływem ciśnienia eksplodowała w ustach! Po prostu cały repertuar obrażeń i podrażnień. Nawet nie będę Wam tego opisywać, same spójrzcie.




To nie są żarty, to jest niebezpieczne. Naprawdę można zrobić sobie dużą krzywdę. Trend jest niestety bardzo silny, serwisy społecznościowe pękają w szwach od filmów i zdjęć otagowanych #KylieJennerChallenge, wystarczy poguglać, skala zjawiska jest ogromna. Dla mnie przerażające jest to, że wyzwania podejmują się nawet dzieciaki. Na szczęście pojawia się coraz więcej komentarzy do całej tej sytuacji, sprawa staje się głośna i mam nadzieję, że ostrzeżenia w jakimś przynajmniej stopniu spełnią swoją rolę, uzmysławiając ludziom, jak nieszczęśliwie może się skończyć ta niewinna z pozoru zabawa.

Natknęłyście się w sieci na #KylieJennerChallenge? Co myślcie o całym tym wyzwaniu? Wasze nastawienie jest równie krytyczne jak moje? Dajcie znać. Ciekawa też jestem, czy byłybyście skłonne wypróbować Fullips. Wierzycie, że oryginalne nakładki są bezpieczne? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Zagrałaś już w konkursie urodzinowym
o 1 z 5 zestawów bajecznie pachnących kosmetyków Allverne? KLIK
A w konkursie o dużą świecę zapachową Goose Creek Candle,
który toczy się na FB? KLIK



niedziela, 12 kwietnia 2015

Dwa w jednym, czyli zaległe podsumowanie lutego i marca | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, zakupy


Kwiecień nabrał już rozpędu, a tymczasem ja zabieram się dopiero za podsumowanie marca. I przy okazji lutego, żeby było śmieszniej. No cóż, tak się złożyło, lepiej późno niż wcale. A zatem dwa w jednym, zapraszam. Tradycyjnie przypomnę najpopularniejsze posty, podam kilka ciekawych linków, zdradzę, jak spędzałam czas wolny, pokażę też zakupy z ostatnich tygodni. Nie przegapcie!




Rzut oka na statystyki pozwolił mi wytypować najpopularniejsze lutowe i marcowe posty. Zdecydowanie z największym zainteresowaniem przyjęłyście podsumowanie stycznia ---> KLIK, ale niemal równie chętnie czytałyście o kosmetycznym odkryciu marca ---> KLIK i o znaczeniu ochrony przeciwsłonecznej ---> KLIK. Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze!

Nawiązując do FB (polubiłaś już? ---> KLIK), chciałabym na chwilę wrócić do tematu, o którym właśnie tam kilka tygodni temu wspominałam. Słyszałyście o BookRage ---> KLIK? To arcyciekawa inicjatywa, dzięki której kupić możemy pakiety ebooków (uwaga! każdy pakiet w sprzedaży jest tylko przez dwa tygodnie!), samodzielnie decydując, ile za nie zapłacić. Mało tego, od nas zależy też, ile naszych pieniędzy trafić ma do autorów książek (może wszystko? ty tu rządzisz!), ile do serwisu BookRange, a ile do patronującej akcji Fundacji Nowoczesna Polska. Szczegóły w obszernym artykule z jednego z weekendowych wydań Gazety, o tutaj ---> KLIK. Dajcie znać, jak zapatrujecie się na to przedsięwzięcie, co myślicie o takiej nietypowej formie sprzedaży.

Skoro już jesteśmy przy książkach, pozwólcie, że zainteresowanych odeślę w tym miejscu do postów o moich lutowych ---> KLIK i marcowych ---> KLIK lekturach. 






Nie będzie też lepszego momentu, żeby napomknąć o fantastycznej "Cukierni Lidla". Niezorientowanym (są w ogóle tacy?) w tym miejscu wyjaśnię, że Lidl po raz drugi już wydał książkę kucharską, którą klienci zdobyć mogli w przedświątecznym programie lojalnościowym. Przepiękne zdjęcia! Wzroku nie można oderwać. Brawo, Lidl! Macie swój egzemplarz?




Oprócz książek czas wolny wypełniał mi też serial. Pewnie nie będzie dla Was niespodzianką, jak napiszę, że w dalszym ciągu oglądam How I met your mother? Już prawie finiszuję, jeszcze tylko jeden sezon i może w końcu się dowiem, jak on, do licha, poznał ich matkę :DDD Powiem Wam, że trudno będzie mi się z tym serialem rozstać. Kto jeszcze lubi tego tasiemca, palec do budki? :)))




A zakupy? Możecie się domyślać, że przez dwa miesiące zdążyłam kupić co nieco :))) Wszystkiego nie będę Wam pokazywać, skupmy się na najciekawszych rzeczach. Na początek może coś azjatyckiego? W lutym skusiłam się na kolejny bb krem, tym razem stawiając na Dr.G Bright+ Super Light Brightening Balm. Mimo nieco sinego koloru (na szczęście odcień dostosowuje się do karnacji), polubiłam go od pierwszego użycia, jeszcze Wam o nim napiszę. Na zdjęcie załapał się też mój nowy beauty blender. Ktoś się może orientuje, czy dwupaki zniknęły ze sprzedaży tylko u polskiego dystrybutora, czy też całkiem zniknęły z oferty marki? 




Marce Sylveco opierałam się naprawdę długo, ale w końcu uległam. Może dlatego, że wreszcie znalazłam w swoim mieście sklep, w którym dostępna jest jej pełna oferta? Na dobry początek zdecydowałam się na peeling oczyszczający z korundem, ekstraktem ze skrzypu polnego i olejkiem z drzewa herbacianego oraz na peelingującą pomadkę odżywczą z drobinkami brązowego cukru. Powiem krótko - szybko zrozumiałam, skąd te wszechobecne zachwyty. Dołączam! Polecacie szczególnie jakiś produkt tej marki? Koniecznie napiszcie.




W ostatnich tygodniach zrobiłam też niewielkie zamówienie na Truskawce. Zbiegiem okoliczności w jednym czasie udało mi się upolować w świetnych cenach akcesoria, które już od dawna chodziły mi po głowie - pęsetę Tweezerman i zalotkę Shu Uemura, jako nieplanowaną zachciankę do koszyka wrzuciłam też na próbę podkład w sztyfcie Becca (nieprzyzwoicie przeceniony, grzech było nie wziąć!). W tle zdjęcia z akcesoriami widzicie maskarę Miss Sporty Studio Lash (całkiem fajna, choć bardzo usztywnia rzęsy) i odżywkę do rzęs Eveline Advance Volumiere (ładnie rozdziela rzęsy, stanowiąc dobrą bazę pod tusz).






Nareszcie wróciłam też do mojego ukochanego żelu do włosów, Kemon Hair Manya Cosmo.  Nic tak nie ujarzmia baby hair jak to jadowicie zielone dziwadło. Swoje niestety kosztuje, więc przez jakiś czas próbowałam znaleźć dla niego zamiennik, jednak zawsze był to kompromis, nigdy nie byłam do końca zadowolona. Welcome home, baby!




Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, na szczególną uwagę zasłużył sobie jeden, bladoróżowy topper Catrice Luxury Lacquers 04 Lost'N Roses. Już niedługo pokażę go w pełnej krasie!




Zamykając temat zakupów, chciałabym pokazać Wam moje nowe nabytki pozakosmetyczne, wiem, że również z ciekawością je oglądacie. Najpierw coś dla miłośniczek dużych, strojnych naszyjników. Mam do tego typu biżuterii ogromną słabość, moja kolekcja szybko się powiększa. W ostatnim czasie nie oparłam się czarnym kryształkom z Reserved (w rzeczywistości są nieco przejrzyste, przez co przybierają odcień odbijających się w nich rzeczy, widać to nawet na zdjęciu, zwróćcie uwagę na niebieski poblask) i błyskotkom z Top Secret (szarości w starym złocie, nietypowe, a jednak bardzo udane połączenie). Być może części z Was tego typu biżuteria wydaje się krzykliwa, ale to jest właśnie mój styl - proste, jednokolorowe, gładkie ubrania plus jakiś jeden widoczny, wyrazisty element, który przykuwa uwagę i kolokwialnie mówiąc, "robi robotę". Napiszcie, proszę, czy nosicie takie naszyjniki, a jeśli tak, zdradźcie, gdzie wyszukujecie swoje biżuteryjne zdobycze.




Znalazłam też  w końcu (w Reserved) dużą, szarą torbę, którą w dodatku udało mi się kupić ze sporą zniżką. Rozglądałam się za czymś w tym stylu już od dłuższego czasu, ta jest po prostu idealna - jasna, pojemna, a przy tym lekka i bardzo, bardzo prosta, bez żadnych wątpliwej urody ozdób. Musiałam jedynie włożyć do niej organizer, bo jest jednokomorowa i w pięć sekund robił mi się w niej bałagan. Wybaczcie, że posiłkuję się zdjęciem z sieci, moje ujęcia nie oddawały dobrze jej kształtu.




A na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Słyszałyście o najnowszej kampanii Dove? Marka ta słynie z promowania naturalnego piękna i jej nowa kampania nie odbiega od tego charakterystycznego, sprawdzonego już schematu. Kilka dni temu opublikowany został film Choose Beautiful, koniecznie zobaczcie! Myślę, że będzie szeroko komentowany. Już teraz można o nim poczytać chociażby tutaj ---> KLIK.





To w zasadzie tyle. Rozpisałam się ponad normę, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Bo ciągle tu jesteście, prawda? :)))

Już wiecie, jak minęły mi ostatnie tygodnie, teraz Wasza kolej, napiszcie, co u Was słychać. Liczę też oczywiście na komentarze odnoszące się do poruszanych dziś przeze mnie tematów. Coś szczególnie Was zainteresowało, coś wpadło Wam w oczy? Piszcie, nie dajcie się prosić!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 10 stycznia 2015

Retrospekcja, czyli podsumowanie minionego roku | długi post o wszystkim!


Trudno było mi zmobilizować się do napisania tego posta, długo szukałam formy, w jakiej mogłabym go ująć, ale w końcu jest, podsumowanie minionego roku! Mam nadzieję, że nie znudziły się Wam jeszcze wszechobecne ostatnio blogowe retrospekcje i z ciekawością rzucicie okiem na to, co przygotowałam. Zapraszam!

Zwlekałam, bo nie do końca wiedziałam, jaki ten wpis ma być, wiedziałam na szczęście przynajmniej, jaki ma nie być, a to już połowa sukcesu :))) A zatem, nie będzie to post o kosmetycznych odkryciach, bo takie pisałam przez cały rok regularnie co miesiąc ---> KLIK. Nie będzie przypominania najpopularniejszych treści, jakie w ciągu roku pojawiały się na blogu, bo uważam, że publikowane regularnie podsumowania z serii Summa Summarum ---> KLIK wyczerpały już temat. Nie będzie statystyk, bo to nudne. Nie będzie też typowych recenzji,  bo to nie czas i miejsce, spodziewajcie się raczej luźnych refleksji i swobodnie biegnących myśli. Te wszystkie zastrzeżenia nie oznaczają jednak, że będzie syntetycznie, oj nie! Lubicie długie posty, prawda? :DDD

Na dobry początek kosmetyki kolorowe, które postanowiłam wyróżnić. W 2014 roku miałam do czynienia z wieloma produktami, zarówno z nowościami, jak i ze znanymi od lat bestsellerami, i z górnej, i z dolnej półki, jednak kiedy się dobrze zastanowiłam, okazało się, że z całego tego kolorowego rogu obfitości systematycznie sięgałam tylko po kilka.




Na miano kosmetyku roku zdecydowanie zasłużył czarny liner w pisaku Blackbuster z L'Oreal ---> KLIK. Uwielbiam go! Namalowanie ładnej kreski nigdy nie było tak łatwe. Odkąd pod koniec 2013 roku skusiłam się na niego po raz pierwszy, co parę miesięcy kupuję nową sztukę i nawet nie rozglądam się za niczym innym. Jedynie raz zrobiłam skok w bok, zdradzając go na rzecz podobnego i nieco tańszego pisaka z Inglota, który po pierwszych zachwytach rozczarował mnie jednak kiepską wydajnością. Drugi raz tego błędu nie popełnię, na tę chwilę nie chcę niczego innego, Blackbuster to dokładnie to, czego potrzebuję.

W 2014 roku po raz pierwszy miałam styczność z kosmetykami marki FM, której katalog wywarł na mnie takie wrażenie (bez kitu, najładniej wydany katalog kosmetyczny, jaki widziałam!), że zapragnęłam zrobić zamówienie. Prasowany puder bambusowy ---> KLIK, który wtedy kupiłam, tak mi się spodobał, że już nie wyobrażam sobie nie mieć go w kosmetyczce, czego wyrazem jest fakt, że właśnie przymierzam się do zakupu trzeciego już opakowania. To chyba mówi samo za siebie. Nadal bardzo lubię też przepięknie wygładzający cerę puder Lucidity Estee Lauder ---> KLIK, który w ciągu minionego roku wielokrotnie Wam zachwalałam, ale jeśli chodzi o niezawodność, w sensie utrwalania makijażu, FM jednak wygrywa, poza tym nie chciałam umieszczać dwóch pudrów w zestawieniu.

W 2014 roku nie ustawałam też w poszukiwaniach idealnego kremu BB. Spróbowałam kilku, a najlepszym okazał się Skin79 Dear Rose BB Cream ---> KLIK. Przyjemnie lekki, jasny, żółtawy i przyzwoicie kryjący - właśnie tak opisałabym go, gdybym miała to zrobić w skrócie. Szkoda tylko, że jest tak trudno dostępny, na zwykle niezawodnym ebay pojawia się coraz rzadziej ... 

Nie mogę nie wspomnieć o moim ukochanym różu, czyli Golden Rose Terracotta Blush 07. Sprawa jest przedziwna, bo sięgam po niego zdecydowanie najczęściej, ignorując wszystkie moje piękne maczki czy inne szanele, a jeszcze chyba nigdy nie pokazałam go na blogu. A zatem robię to dziś, dodając, że ma cudowny, bardzo jasny, chłodny odcień, a dzięki wypiekanej formule daje ożywiające cerę rozświetlenie. Wymarzony róż dla osób o bladej skórze.

Na koniec rzecz o korektorze. A w zasadzie o kamuflażu, bo mowa o Catrice Camouflage Cream. Bardzo dobry produkt, świetnie kryjący i trwały, a w dobranym kolorze niewidoczny na skórze. W dodatku niedrogi. Był to dość przypadkowy zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jako że mam do ukrycia sporo przebarwień, posiłkuję się nim w każdym makijażu i myślę, że jak przyjdzie czas (już niebawem, ze względu na upływ terminu zdatności do użycia), kupię kolejne opakowanie. Polecam wszystkim borykającym się z problematyczną cerą.

A pielęgnacja? W 2014 roku skoncentrowana była wyłącznie na walce z przebarwieniami cery, opierając się głównie na produktach z kwasem azelainowym (Acne-derm i Skinoren, moi najlepsi przyjaciele!), który stosować można w zasadzie bez ograniczeń, niezależnie od pory roku, ale sięgałam też oczywiście po inne preparaty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Napisanie posta o przebiegu mojej kuracji jest dla mnie blogowym priorytetem na najbliższe tygodnie, także spodziewajcie się niebawem obszernej relacji, a póki co poznajcie specyfiki, które z perspektywy czasu oceniam najwyżej. Jako bonus dorzucam suplementy, które w końcówce roku pomogły mi uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów.





Zdecydowanie najdłużej był ze mną kupiony wczesną wiosną delikatnie złuszczający krem Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym ---> KLIK. Wiem, że zdania na jego temat są różne, od entuzjastycznie pochlebnych po skrajnie krytyczne, ja w każdym razie jestem jego gorącą zwolenniczką. Bardzo dobrze wpływał na stan mojej cery, nie usuwając co prawda w jakiś wyraźny sposób przebarwień, ale trzymając ją w ryzach i stopniowo wygładzając. Przyznaję jednak, że jego początkowo silne działanie z biegiem czasu słabło, jakby skóra coraz słabiej reagowała na jego składniki, także lubiłam robić sobie od niego kilkutygodniowe przerwy, po których znowu odczuwałam jego moc. Podsumowując, świetny krem dla wymagającej, skłonnej do zanieczyszczeń skóry.

Prawdziwym pogromcą przebarwień (i nie tylko) okazał się Locacid, czyli krem z retinoidem w postaci tretinoiny. Od razu uprzedzam jednak, że jest to preparat wydawany na receptę, miejcie tego świadomość. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tej kuracji nie obawiałam, bo z retonoidami nie miałam wcześniej do czynienia, na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. Okupując co prawda efekty pewnymi skutkami ubocznymi (łuszczenie się, przesuszenie i uwrażliwienie skóry), z dnia na dzień cieszę się coraz ładniejszą cerą. Szczegóły, tak jak zapowiadałam wyżej, w jednym z kolejnych postów, już teraz zapraszam.

Uzupełnienie mojej kuracji stanowi oczyszczający płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego Pharmaceris z serii T, który stosuję po prostu jak zwykły tonik. Genialny! Mam już drugie opakowanie, na pewno będą też kolejne. Jest stosunkowo niedrogi i bardzo, bardzo skuteczny. Więcej o nim w swoim czasie.

Na zdjęciu widzicie też dwa produkty La Roche-Posay, ale wspomnieć chcę tylko o jednym, mianowicie kremie Toleriane Ultra Fluid, silnie nawilżającym specyfiku do cery wrażliwej. Na moją zmaltretowaną Locacidem skórę działa jak przynoszący ulgę kompres. Świetny, odczuwalnie kojący, w żaden sposób nie szkodzący cerze krem. Leżący obok żel do mycia twarzy Effaclar nie spisał się już niestety tak dobrze, ale o tym innym razem.

Pisząc o pielęgnacji, nie mogę nie poświęcić chwili suplementom, które poratowały mnie w kłopocie z włosami, które parę miesięcy temu leciały mi z głowy jak szalone, codziennie gubiłam ilości grubo przekraczające normę. Przekopałam internety i w pierwszym odruchu zdecydowałam się dać szansę Calcium Pantothenicum, ale dopiero polecony mi przez Was Biotebal przyniósł pożądane, w dodatku błyskawiczne efekty. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłam już po zaledwie dwóch tygodniach regularnego przyjmowania tych tabletek, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. W tym momencie mogę powiedzieć, że dzięki nim problem znacznie ograniczyłam. Zapamiętajcie tę nazwę, to działa! Jeszcze Wam zresztą o tym suplemencie przypomnę, o moich zmaganiach z wypadającymi włosami planuję napisać kiedyś odrębnego posta.

To oczywiście nie jest tak, że napisałam Wam o wszystkim, co systematycznie stosowałam. Jest cała masa kosmetyków, do których regularnie w minionym roku wracałam (żeby wspomnieć chociażby stosowany do włosów olej kokosowy, płyn micelarny Garnier, delikatny żel-krem łagodzący Be Beauty do mycia twarzy, emulsję z granatem Alterra, olejki do ciała Alverde, chusteczki do demakijażu Cleanic, czy serum do rąk Evree Max Repair), uznałam jednak, że gdybym miała tak wszystko wymieniać, zanudziłabym Was na śmierć. Skupiłam się więc na creme de la creme, produktach, które z różnych względów najbardziej zapadły mi w pamięć.

Cofam się zatem w czasie raz jeszcze, przywołując w pamięci moje ulubione w 2014 roku lakiery do paznokci. Muszę przyznać, że mój gust ostatnio nieco się odmienił, wśród preferowanych dotąd przeze mnie nasyconych kolorów niespodziewanie znalazły się także odcienie jasne i delikatne. Spójrzcie zresztą. 




Kolorem roku ogłaszam ciemny, mocny róż Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK. Dlaczego? Bo to on zdecydowanie najczęściej gościł na moich paznokciach, zarówno na dłoniach, jak i na stopach. W ogóle całą tę serię polubiłam, za ogromną gamę kolorów, za wygodny pędzelek i za trwałość. Myślę, że będę do niej jeszcze nie raz wracać.

Lakierem, który przyczynił się do zmiany moich kolorystycznych upodobań, był Essie Topless & Barefoot w pięknym, idealnie wyważonym odcieniu nude ---> KLIK. Trafił do mnie przez przypadek, a dziś nie wyobrażam sobie nie mieć go pod ręką. Sprawdza się w każdej sytuacji, jest klasyczny i elegancki. Bardzo lubię łączyć go z piaskowym złotem Golden Rose (Holiday Nail Color nr 82).

Z końcem roku trafił do mnie duet O.P.I. z dość starej już co prawda kolekcji New York City Ballet, w postaci mlecznobiałego lakieru Don't Touch My Tutu i srebrnego toppera Pirouette My Whistle ---> KLIK. Miłość od pierwszego wejrzenia!

W 2014 roku pogłębiła się też moja słabość do czerwieni. Moje poszukiwania idealnego odcienia zaowocowały dwoma wspaniałymi lakierami, Rimmel Salon Pro Hip Hop ---> KLIK, który przepięknie prezentował się w letnim słońcu, i Essie A list ---> KLIK, jeden z moich ostatnich nabytków, który szybko zyskał status zimowego ulubieńca. Ale myślę, że w kwestii czerwieni nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa :))) Za parę dni się zresztą przekonacie.

Pozwólcie, że teraz zatrzymam się na chwilę przy ulubionych gadżetach. Moja krótka lista liczy zaledwie trzy punkty, ale każdy jest mocny!





Jeśli chodzi o gadżet kosmetyczny, to rok 2014 należał do szczoteczki sonicznej Clarisonic. Mój model to Mia 2, pisałam Wam o nim TUTAJ. Jedna z lepszych inwestycji w urodę, jakie w życiu zrobiłam, dzięki tej szczoteczce oczyszczanie twarzy weszło na nowy dla mnie, dużo wyższy poziom. Chwilowo co prawda, ze względu na uwrażliwienie skóry przez Locacid, nie korzystam z niej, ale z ogromną przyjemnością wrócę do niej po zakończeniu kuracji. Albo i szybciej, o ile kupię odpowiednią dla cery wrażliwej końcówkę.

Clarisonic kupiłam na początku roku, z jego końcem natomiast rzutem na taśmę do moich ulubionych gadżetów dołączył nowy telefon, iPhone 6. Normalnie pewnie bym Wam o tym nie pisała, ale ostatnie dwa lata z jego poprzednikiem (HTC) były tak trudne (żeby wspomnieć tylko o ciągłym zawieszaniu się, czy samoczynnym wyłączaniu ...), że różnica jest dla mnie szokująca i po prostu nie mogę tego przemilczeć. Stary wylądował na dnie szuflady (choć zarzekałam się, że zrzucę go z najwyższego budynku w mieście :DDD), a nowy z każdym dniem coraz bardziej mnie zachwyca, jest wielofunkcyjny, intuicyjny i przede wszystkim niezawodny.

Ale to nie telefon zasłużył na miano gadżetu roku, tytuł ten zgarnia Kindle Paperwhite II! Mniej więcej w połowie roku pożegnałam się ze starszym modelem (wcześniej miałam 4 Touch), wymieniając go na nowsze cacko. Całkiem niedawno o nim pisałam, więc teraz nie będę się powtarzać, odsyłam Was po prostu do tamtego tekstu ---> KLIK. Spisuje się świetnie, uwielbiam wszystkie jego funkcje, wprost nie wyobrażając sobie bez niego życia. Wspaniałe urządzenie, wszystkie książki świata w zasięgu kilku kliknięć, zawsze pod ręką.

Skoro już o książkach mowa, to chciałabym płynnie przejść do tematu najważniejszych dla mnie lektur ubiegłego roku. Miałam problem z dokonaniem wyboru (policzyłam, w ciągu roku przeczytałam 53 pozycje, było z czego wybierać), ale udało się.




Autorka, której twórczość zrobiła na mnie największe wrażenie, to Joanna Bator. Jej "Piaskowa Góra" ---> KLIK to zdecydowanie najlepsza książka, po jaką sięgnęłam w 2014 r. Z wytypowaniem tej pozycji nie miałam akurat żadnego problemu. To jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina, mądra, klimatyczna, napisana pięknym językiem. Kto nie czytał, niech koniecznie to zrobi!

Wyraźny ślad po sobie zostawiła we mnie także dwutomowa "Antologia polskiego reportażu XX wieku" opracowana pod redakcją bardzo przeze mnie cenionego Mariusza Szczygła, zbiór najważniejszych i najciekawszych reportaży dwudziestego stulecia ---> KLIK. Ciągle żywe jest też we mnie wspomnienie o ni to śmiesznej, ni to strasznej książce "On wrócił" Timura Vermesa, w której autor, ubierając fabułę w humorystyczne fatałaszki, snuje tak naprawdę wstrząsającą wizję współczesnego świata, w którym ponownie zjawia się Hitler razem ze swoją chorą ideologią ---> KLIK

Książki książkami, a co z serialami? W 2014 roku obejrzałam ich naprawdę sporo, ale wyróżnić chcę tylko kilka.




Po pierwsze Breaking Bad, za wszystkie emocje i za jedynego w swoim rodzaju Waltera White'a. Po drugie House of Cards, za intrygę i klimat. Po trzecie Suits, za dwóch przystojniaków i jednego Louisa Litta ;))) Po czwarte Sherlock, za całokształt. No i po piąte, last but not least, The big bang theory, za niesamowitą dawkę humoru.

Gdybym miała wybrać słowo roku, postawiłabym na rutynę. Rok 2014  upłynął mi spokojnie, dni  i tygodnie toczyły się jeden za drugim z góry ustalonym trybem, powtarzalnym, może i nudnym, ale bezpiecznym. Właśnie tego potrzebowała moja rodzina i cieszę się, że mogłam jej to zapewnić, dzieląc czas między pracę i dom. Choć nie ukrywam, że emocją roku było poczucie poświęcenia, rezygnacji z wielu własnych przyjemności życia toczącego się poza domem. Myślę, że dobrze rozumieją mnie wszystkie matki małych dzieci, przez większość czasu zdanych wyłącznie na ich opiekę. Niech no tylko moja córa podrośnie! :)))

A blog? To też ważna część mojego życia, więc na koniec poświęcę mu kilka zdań. W 2014 roku, jak pewnie zauważyłyście, przeszedł małą metamorfozę, pisałam zdecydowanie rzadziej, mniej miejsca poświęcając typowym recenzjom, więcej natomiast tematom luźnym, szeroko rozumianym okołourodowym i z braku lepszego słowa powiedzmy, że lajfstajlowym. Wyszło tak w sumie samoistnie, ale No to pięknie! ma się dobrze, nowych czytelników stale przybywa, więc chyba zmierzam w dobrym kierunku? Gdzie jest kres tej drogi, jeszcze jednak nie wiem, bo skłamałabym twierdząc, że blogowe zwątpienia są mi obce. Myśli o zawieszeniu lub nawet całkowitym zamknięciu bloga pojawiały się w mojej głowie w minionym roku często jak nigdy. Póki co jestem na etapie kolejnej fali entuzjazmu, ale co będzie w przyszłości? Nie wiem. Piszę zupełnie szczerze. Mam nadzieję, że mimo wszystkich chwil zniechęcenia, jakie pewnie mnie czekają, spotkamy się tu przy okazji podobnego posta za rok.

A tymczasem raz na zawsze pożegnajmy rok 2014. Już wiecie, jaki był dla mnie, zdradźcie więc, jak Wam upłynął, dobrze czy źle? Może chciałybyście pochwalić się jakimś kosmetycznym bądź niekosmetycznym odkryciem? Może macie ochotę napisać mi o jakimś ważnym dla Was wydarzeniu? A może po prostu chcecie odnieść się do jakiejś kwestii, którą dziś poruszyłam? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




wtorek, 28 października 2014

Rewelacyjna wiadomość, czyli pędzle Real Techniques w drogeriach Rossmann!


Planowałam opublikować dziś posta o kosmetycznym odkryciu października, w zasadzie jest gotowy i tylko czeka, aby ujrzeć światło dzienne, przed chwilą natchnęło mnie jednak, żeby mimo wszystko napisać o czymś innym. Na FB wiadomość rozniosła się lotem błyskawicy, ale podejrzewam, że tutaj nie wszyscy jeszcze wiedzą, że w drogeriach Rossmann pojawiły się pędzle Real Techniques? Pomyślałam, że dam Wam znać, szkoda, żeby ominął Was taki news.


Zdjęcie z telefonu, wybaczcie jakość.


W ofercie drogerii Rossmann znalazł się stippling brush, czyli wielozadaniowy pędzel do makijażu, expert face brush, czyli pędzel do podkładu i blush brush, czyli pędzel do różu. Z Waszych komentarzy na FB wiem, że jeszcze nie we wszystkich drogeriach można te pędzle znaleźć, ale to na pewno tylko kwestia czasu, kiedy pojawią się na półkach. Pojawią się i pewnie szybko znikną, bo jak widać chociażby na powyższym zdjęciu, rozchodzą się jak świeże bułeczki, w Rossmannie, w którym je zrobiłam, po pędzlu do różu pozostało tylko wspomnienie. Dwa pozostałe wylądowały oczywiście w moim koszyku :))) 






Oba zdążyłam już wypróbować i z obu jestem bardzo zadowolona, zdołały zatrzeć złe wrażenie, jakie pozostawił po sobie silicone liner brush, na temat którego pisałam TUTAJ.

Marki Real Techniques na pewno nikomu interesującemu się makijażem nie trzeba przedstawiać, to fantastycznie, że nareszcie jej słynne pędzle możemy kupić stacjonarnie. Co prawda póki co tylko kilka podstawowych modeli, ale może w przyszłości oferta zostanie poszerzona? Oby, zwłaszcza że choć ceny porównywalne są z tymi w drogeriach internetowych, to jednak odpadają koszty przesyłki. No i mamy swoje zakupy od razu w rękach, co jest dobrą opcją dla niecierpliwych. Myślę też, że prędzej czy później możemy spodziewać się atrakcyjnych promocji, które pozwolą nam kupić te pędzle znacznie taniej (a propos, podobno promocja -40% na kolorówkę startuje 10 listopada, słyszałyście coś na ten temat?).


Dotarła już do Was ta rewelacyjna wiadomość, czy dowiadujecie się właśnie ode mnie? Widziałyście pędzle Real Techniques w swoich lokalnych Rossmannach? Planujecie zakupy? Dajcie znać, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Nie przegapcie konkursu!
Do wygrania trzy zestawy
naturalnych kosmetyków Ikarov,
w skład każdego wchodzi
woda różana, masło shea i olejek migdałowy :)))


środa, 22 października 2014

Nie dla każdego (a na pewno nie dla mnie), czyli gumki Invisibobble


Wiem, że gumki Invisibobble w krótkim czasie zdążyły zgromadzić sporą grupę oddanych fanek, ja jednak ogromnie się nimi rozczarowałam i daleka jestem od  ich wychwalania. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, dlaczego nastawiona jestem wobec nich tak niechętnie, zapraszam!




Przypominające sprężynki gumki Invisibobble są na pewno gadżetem pomysłowym. Wyglądają oryginalnie, ale o ich wyjątkowości przesądzać ma nie tyle ich wygląd, co rewolucyjne rzekomo właściwości. Według producenta gumki Invisibobble to nowa jakość, dzięki której możemy związywać włosy bez ryzyka ich wyrywania, nadmiernego ściskania i odkształcania. Przyznaję, że wizja możliwości zachowania gładkiej fryzury, bez śladów po gumce, naprawdę do mnie przemówiła. Uwierzyłam też w zapewnienia o niezwykłej elastyczności i trwałości tych sprężynek. Koniec końców kupiłam, z wielu wariantów kolorystycznych wybierając klasyczną czerń.




Mieszczące trzy sztuki opakowanie kosztuje 15 zł, co nie czyni z Invisibobble najtańszych gumek świata, jednak nie jest to też na pewno koszt nie do przełknięcia. Inna rzecz, czy warto tych kilkanaście złotych wydać. Według mnie niekoniecznie ...

Oczywiście wiele zależy od rodzaju włosów. Na moich, bardzo długich, grubych, ciężkich i z natury gładkich, gumki Invisibobble kompletnie nie zdały egzaminu. Pomijam już nawet fakt, że obietnice o ich trwałości można między bajki włożyć, bo jedna z nich pękła mi na dzień dobry już przy pierwszej próbie związania włosów, pozostałe dwie bardzo szybko natomiast odkształciły się, nie wracając do fabrycznego kształtu ciasnej sprężynki. Pal licho, ostatecznie można przymknąć na to oko. Gorzej, że one nie są w stanie utrzymać się na miejscu, po prostu ześlizgują się z kitki. Wiem, że założenie jest takie, żeby kitka związana Invisibobble była luźna, a przez to bardziej komfortowa, jednak w moim przypadku o komforcie nie ma mowy. Gumka zawiązana na dwa razy nie wytrzymuje naporu włosów, na trzy razy natomiast zawiązać się nie da, bo włosów mam po prostu za dużo (wychodzi na to, że najlepiej byłoby, gdybym miała ich jeszcze więcej albo nieco mniej). Nie nadaje się też do uformowania nocnego koczka, bo nie jest w stanie utrzymać jego ciężaru. To czyni Ivisibobble dla mnie praktycznie bezużytecznymi (wybaczcie, ale sugestii producenta, żeby gumki traktować jak biżuterię i nosić na nadgarstkach jako bransoletki, nie traktuję poważnie ...).




Oddając gumkom Invisibobble sprawiedliwość, trzeba dodać, że ładnie się na kitce prezentują, zaplatając się w ciekawy wzór. Na pewno trzeba też je pochwalić za delikatność, bo faktycznie nie przyczyniają się do wyrywania włosów. Łatwo też utrzymać je w czystości, bo tworzywo, z jakiego są wykonane, doskonale znosi kontakt z wodą. Ale zdecydowanie nie jest to propozycja dla każdego. Jeśli włosów macie dużo, a w dodatku są one niskoporowate, a więc naturalnie gładkie i lejące, Invisibobble mogą nie dać im rady. Takie jest moje doświadczenie, więcej ich nie kupię. Zwłaszcza że ślady na włosach to one jednak jakieś tam zostawiają ...

Gumki Invisibobble zdobyły ogromną popularność, na pewno więc wiele z Was ich używa. Jestem ogromnie ciekawa, co o nich myślicie. Kochacie je bezkrytycznie, czy jednak przychylacie się do mojej opinii? Koniecznie dajcie znać. Zdradźcie też, jak najchętniej radzicie sobie z włosami, związujecie je, czy spinacie? Czego używacie, gumek, klamer, spinek? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 20 października 2014

Lekko i świeżo, czyli nowa gąbeczka do makijażu i nowy bb krem | Real Techniques & Skin79


Ostatnio na Real Techniques narzekałam [KLIK], a dziś dla odmiany będę tę markę chwalić. Żeby zachować równowagę, postanowiłam napisać Wam kilka słów na temat świetnej Miracle Complexion Sponge, mojej nowej gąbeczki do makijażu będącej odpowiedzią Real Techniques na oryginalny Beauty Blender. Przy okazji pokażę Wam mój ulubiony ostatnio bb krem, czyli Skin79 Dear Rose, będziecie miały okazję zobaczyć, jak wygląda na skórze zaaplikowany właśnie gąbeczką. Zapraszam! 




Do niedawna nie wierzyłam, że jakikolwiek odpowiednik jest w stanie dorównać Beauty Blenderowi. Kilka razy próbowałam oryginalne jajo czymś zastąpić (żółtym jajem z Sephory, czy różowym z Inglota), ale zawsze były to próby wyjątkowo nieudane. Zamienniki nie przypominały oryginału ani fakturą, ani elastycznością, ani właściwościami. Nic więc dziwnego, że i do Miracle Complexion Sponge podchodziłam sceptycznie. Ostatecznie zdecydowałam się na zakup, bo stwierdziłam, że tyle zachwalających tę gąbkę osób po prostu nie może się mylić. Faktycznie, pomarańczowe jajo Real Techniques jest naprawdę dobre. Owszem, od Beauty Blendera różni się nieco kształtem, jest też odrobinę bardziej porowate, ale jakością w moich oczach mu nie ustępuje. 




Moim zdaniem efekt, jaki Miracle Complexion Sponge pozostawia na skórze, nie różni się niczym od tego, do jakiego przyzwyczaił mnie Beauty Blender. W obu przypadkach podkład czy korektor rozprowadza się równomiernie, cieniutką warstwą, bez plam czy smug, doskonale wtapiając się w cerę. Metoda oczywiście jest ta sama, gąbkę przed użyciem należy namoczyć i odsączyć z nadmiaru wody, dzięki czemu zwiększy ona swoją objętość i pozwoli na aplikację na mokro. Jedyna zauważalna różnica tkwi w kształcie gąbki, Beauty Blender jest idealnym jajem, Miracle Complexion Sponge jest jajem ściętym z jednej strony na płasko. O dziwo, okazało się, że tą płaską częścią stempluje się nawet wygodniej niż w oryginalną zaokrągloną, bo można pracować większą powierzchnią, co przyspiesza cały proces nakładania makijażu. 

Bardzo tę gąbeczkę polubiłam i naprawdę nie wiem, co zrobię, kiedy przyjdzie mi kupić nową. A przyjdzie mi na pewno, bo to zdecydowanie moje ulubione akcesorium do aplikacji podkładu. Siła przyzwyczajenia skłania mnie ku Beauty Blenderowi, ale rozsądek każe rozważyć powrót do tańszego, a przecież jakże udanego zamiennika. Bo różnica w cenie jest konkretna, Beauty Blender kosztuje 79 zł, Miracle Complexion Sponge tylko 30 zł, czyli ponad dwukrotnie mniej! To jest argument, prawda? 

Za chwilę pokażę Wam, jak prezentuje się makijaż nałożony Miracle Complexion Sponge, ale zanim przejdę do tej prezentacji, wspomnę jeszcze o bb kremie, którego użyłam, moim najnowszym azjatyckim nabytku, ulubieńcu ostatnich tygodni, Skin79 Dear Rose BB Cream.




Już Wam w którymś poście wspominałam, że Dear Rose to odpowiednik na rynek tajwański niedostępnego już niestety koreańskiego Scandal Rose&Vanilla [KLIK]. Dear Rose na szczęście ciągle jeszcze na ebay można dostać, także kliknęłam, jak tylko trafiłam na atrakcyjną ofertę (jakieś 30 dolarów za pełnowymiarowe opakowanie, bardzo ładne nota bene, dość nietypowe w kształcie, różowe ze złotymi elementami). Krem daje wysoką ochronę przeciwsłoneczną, charakteryzuje się właściwościami rozjaśniającymi cerę i przeciwzmarszczkowymi, mnie jednak zależało na nim głównie ze względu na idealnie pasujący mi kolor, jasny i żółtawy. Nie bez znaczenia był też dość spory jak na bb krem poziom krycia i ładne wykończenie. 




Niżej moja twarz bez makijażu. Jak widać, do zakrycia sporo przebarwień i zwykłych piegów. Tragedii co prawda nie ma, bo przynajmniej stanów zapalnych brak, ale Dear Rose i tak może się wykazać, bo mimo wszystko jest co ukrywać.




Tak jak wspominałam wcześniej, bb krem zaaplikowałam gąbeczką Real Techniques. Spójrzcie, jak się prezentuje. Ładnie wtopił się w cerę, wyrównał jej koloryt, ukrył przebarwienia. Jedynie cienie pod oczami nadal są widoczne, ale to akurat wina korektora (Eveline Art Scenic, więcej nie kupię), który niestety okazał się za słaby na zniwelowanie skutków nieprzespanej nocy.




Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale według mnie makijaż wygląda świeżo i lekko. Nie mam wątpliwości, że duża w tym zasługa gąbeczki. Żadnym pędzlem nie umiem uzyskać podobnego efektu, idealnego stopienia się podkładu z cerą i zakrycia niedoskonałości tak małą ilością produktu. Uwielbiam też to charakterystyczne, naturalnie wyglądające wykończenie makijażu, ani nadmiernie pudrowe czy matowe, ani nadmiernie błyszczące. W tym miejscu muszę bardzo pochwalić Dear Rose, którego właściwości bardzo sprawę ułatwiają. To najlepszy bb krem, z jakim miałam do czynienia, zdecydowanie zdeklasował wcześniejszych ulubieńców. W duecie z gąbeczką, czy to Beauty Blenderem, czy to Miracle Complexion Sponge, sprawdza się po prostu świetnie.

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, gorąco zachęcam Was do wypróbowania tej metody aplikowania podkładu, zwłaszcza że jak widzicie na przykładzie Miracle Complexion Sponge, na dobrej jakości gąbeczkę wcale nie trzeba wydawać fortuny.

Dajcie znać, jak podoba Wam się efekt, jaki osiągnęłam malując się Skin79 Dear Rose za pomocą gąbeczki Real Techniques. Przemawia do Was ta metoda aplikacji podkładu? Jaki w ogóle jest Wasz stosunek do Beauty Blendera i jego odpowiedników innych marek? Szukacie tańszych rozwiązań, czy jednak wierne jesteście oryginałowi? Koniecznie się wypowiedzcie. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


sobota, 18 października 2014

Rozczarowanie, czyli Real Techniques Silicone Liner Brush


Pędzle Real Techniques cieszą się takim uznaniem, że w końcu ja także zapragnęłam poznać ich potencjał. Szkoda tylko, że zamiast postawić na klasykę, na początek zdecydowałam się na Silicone Liner Brush, czyli silikonowy pędzelek do kresek, który w moich oczach okazał się niestety bublem. Mój niefortunny wybór co prawda nie zniechęcił mnie do marki i kolejnych zakupów wcale nie wykluczam, wierząc, że z tradycyjnych pędzli byłabym zadowolona, jednak ten silikonowy niewypał obsmarować po prostu muszę.




Kreski to w moim makijażu absolutna podstawa, mam opadające powieki i to właśnie liner pozwala mi w widoczny sposób podkreślić oczy. Najwygodniejsze są dla mnie linery w pisakach, ale te żelowe też bardzo lubię, dlatego pędzelków do kresek mam naprawdę sporo (licząc w pamięci, dobrnęłam do dziewięciu sztuk). Ciągle jednak szukam ideału, pędzla, który idealną kreskę malowałby niemalże sam i bardzo liczyłam na to, że dzięki nietypowej silikonowej formie to właśnie pędzelek Real Techniques okaże się takim rewolucyjnym rozwiązaniem, które piękną, równą kreskę pozwoli wyczarować jednym pociągnięciem. Cóż, przeliczyłam się.




Mój główny zarzut dotyczy sposobu rozprowadzania linera na powiece. Prześwity, prześwity i jeszcze raz prześwity! Ponieważ silikon sam w sobie linera nie chłonie, wszystko zostaje na jego powierzchni. W miejscu, w którym pędzelek po raz pierwszy styka się ze skórą, osadza się większość pigmentu, przeciągając nim po powiece, uzyskujemy więc efekt wyjątkowo nierównomierny, linia jest przerywana, a co najgorsze, przez ślad, jaki ten silikonowy aplikator po sobie zostawia, często także niedomalowana, bledsza w środku, ciemniejsza na obrzeżach. Chcąc namalować akceptowalną kreskę, raz po raz trzeba dokładać linera, co sprawia, że staje się ona coraz grubsza i coraz mniej precyzyjna. Próbowałam malować kreski różnymi linerami, pod różnymi kątami, z różną siłą nacisku, ale kolejne nieudane próby tylko mnie jeszcze bardziej do tego pędzelka zniechęcały.




Liczyłam na cienkie, ładnie wyciągnięte kreski, ale z tym pędzelkiem osiągnięcie takiego efektu jest po prostu niemożliwe. Silikonowa końcówka wizualnie była obiecująca, zapowiadała precyzję i ergonomię, jednak w praktyce narzędzie okazało się trudne w obsłudze i po prostu kiepskie. Żałuję 30 złotych, które na ten pędzel wydałam.

Jednym słowem, rozczarowanie. Z podkulonym ogonem wracam do swoich starych sprawdzonych pędzelków, a z Silicone Liner Brush raz na zawsze się żegnam. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię, ale kresek malować na pewno nim nie będę. Nie mam do tego nerwów!

Wiem, że ten pędzel to stosunkowa nowość, ale może miałyście już z nim do czynienia? Jeśli nie, to trzy razy się zastanówcie, zanim zdecydujecie się go kupić. A jeśli tak, to co o nim myślicie? Zgadzacie się z moją niepochlebną opinią, czy niekoniecznie? Dajcie znać. Zdradźcie też, czy zdarzyło się Wam rozczarować się jakimś akcesorium do makijażu. Macie okazję wylać swoje gorzkie żale, piszcie! Czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.


niedziela, 5 października 2014

Niezły miszmasz, czyli podsumowanie września | Popularne posty, rozrywka, fitness, kuracja, zakupy


Październik już nabiera rozpędu, a ja dopiero biorę się za podsumowanie września. Mam jednak nadzieję, że ten mały poślizg nie będzie Wam przeszkadzał, zwłaszcza że wspominając wrzesień, pokażę Wam też, o czym będziecie mogły poczytać w najbliższych tygodniach. A zakupy we wrześniu miałam bardzo udane! Poza tym tak jak zawsze wspomnę o najpopularniejszych postach, zdradzę, jak spędzałam czas wolny, pokażę Wam też, czym postanowiłam ratować nadmiernie wypadające włosy. Ale po kolei :)))




Bezapelacyjnym wrześniowym rekordzistą okazał się post, w którym zaprezentowałam Wam piękny odcień nude z kolekcji Golden Rose Color Rich ---> KLIK (zapowiadałam Wam wtedy, że niebawem pokażę jeszcze głęboki fiolet z tej serii i rzeczywiście wkrótce możecie spodziewać się wpisu z tym lakierem w roli głównej, zdjęcia już zrobione, czekają tylko na obróbkę). Sporym zainteresowaniem cieszyło się też moje wrześniowe odkrycie, czyli nowa dla mnie metoda aplikacji podkładu ---> KLIK. Równie chętnie czytałyście też o kiepskim w moich oczach lakierze Revlon Parfumerie ---> KLIK oraz zastosowaniach, jakie znalazłam w swoim domu dla farby tablicowej ---> KLIK. Mnie osobiście najbardziej ucieszyło ciepłe przyjęcie nowego cyklu postów O tym się mówi ---> KLIK. Kto jakiś z tych tematów przegapił, teraz ma okazję nadrobić :)))

Na FB największy zasięg osiągnął status, w którym zapraszałam Was do udziału w konkursie z okazji publikacji tysięcznego posta na No to pięknie!. Konkurs został już rozstrzygnięty, więc linkować nie będę, skorzystam jednak ze sposobności, żeby jeszcze raz podziękować Wam za obecność i aktywność, bez Was, kochane czytelniczki, nie miałabym dla kogo tego tysiąca postów napisać :*

Jeśli chodzi o fitness, to przyznaję bez bicia, że we wrześniu poniosłam sromotną klęskę. Tak jak zapowiadałam ostatnio, po uporaniu się z bólem kolana wróciłam do 30 day ripped Jillian Michaels, ale już w pierwszym tygodniu tak się przeziębiłam, że na żadne ćwiczenia nie miałam siły i znowu przerwałam trening. Uznałam, że realizacja tego programu najwidoczniej nie jest mi pisana (ileż razy można zaczynać od początku??? święty straciłby cierpliwość :D), więc w następnym tygodniu w drodze eksperymentu zaczęłam ćwiczyć z Mel B. Ćwiczenia nawet mi się spodobały, tylko co z tego, skoro odezwało się niedoleczone wcześniej przeziębienie. Ostatecznie całkowicie się rozchorowałam, wylądowałam na zwolnieniu, na którym jestem do dziś i póki co o żadnych formach aktywności nawet nie myślę. Mam jednak nadzieję, że podsumowując za miesiąc październik, będę miała już czym się pochwalić.

Przez te wszystkie uziemiające mnie choróbska we wrześniu miałam sporo czasu na seriale. A w zasadzie na serial, bo przez cały miesiąc towarzyszył mi tylko jeden, The Killing. Obejrzałam trzy sezony.




Świetny serial, niesamowicie klimatyczny. Rzadko się zdarza, żeby wszystkie odcinki utrzymane były tak konsekwentnie w jakiejś charakterystycznej atmosferze, w przypadku tego serialu to się udało. Ach, ten świat zasnuty mgłą, ten nieustający deszcz, ta wszechobecna wilgoć, ten spowijający wszystko półmrok! Wyobraźcie sobie jeszcze główne postaci, parę tropiących morderców detektywów w brzydkich grubych swetrach i porozciąganych dresach, z ich wszystkimi kłopotami zawodowymi, z ich poważnymi problemami osobistymi, ale mimo wszystko poświęcających się pracy bez reszty. Klasa! Jeśli lubicie kryminały, a The Killing jeszcze nie widziałyście, koniecznie obejrzyjcie.

Co do moich wrześniowych lektur, to tradycyjnie odsyłam Was do posta na ich temat. Przypominam jednocześnie, że ciągle jeszcze możecie zagrać o "Stuletnią Gospodę" Katarzyny Majgier, o TUTAJ, zapraszam.

No dobrze, teraz pora na wrześniowe nabytki! Na wyróżnienie zdecydowanie zasługują moje zakupy w internetowej drogerii Cocolita. Co za błyskawiczna obsługa! Wieczorem zamówienie, następnego dnia przesyłka w rękach. Ze spokojnym sumieniem mogę Wam ten sklep polecić.

Co kupiłam? Z myślą o kolejnym poście O tym się mówi zdecydowałam się na miętowe jajeczko EOS, niebawem będziecie mogły o nim poczytać.




Planuję też odrębny wpis na temat Miracle Complexion Sponge Real Techniques. Muszę przyznać, że to pierwszy zamiennik beauty blendera, który według mnie nie odbiega dramatycznie jakością od oryginału.




Skusiłam się też na paletkę Makeup Revolution. Te palety widać teraz dosłownie wszędzie, zaciekawiło mnie, co w nich takiego jest (oprócz atrakcyjnej ceny), że tak szybko zdobyły ogromną popularność. Zdecydowałam się na wersję What you waiting for?, paletę złożoną z 12 cieni satynowych i sześciu cieni matowych w stonowanych odcieniach beżu, brązu i różu.






We wrześniu nie obyło się też bez zamówienia na ebay. Nie mogąc już nigdzie dostać Skin79 Scandal Rose&Vanilla BB Cream, skusiłam się na Skin79 Dear Rose BB Cream, który jest podobno jego odpowiednikiem na rynek tajwański. Chyba rzeczywiście coś w tym jest, bo z miejsca go polubiłam, tak jak wcześniej Scandal Rose&Vanilla. Ma świetny, jasny i żółty kolor, ślicznie wygląda na skórze, no i to urocze opakowanie!




O wszystkich tych produktach jeszcze Wam oczywiście napiszę, szczegółowo je pokazując. Zwłaszcza z bb kremem postaram się nie zwlekać, żeby nie było jak ze Skin79 Vital Orange, którego miniaturę zużyłam, zanim zdążyłam ją zrecenzować. Pora na pełnowymiarowe opakowanie!

Na koniec wspomnę jeszcze o moim głównym wrześniowym pielęgnacyjnym problemie. Nie wiem, czy to kwestia jakiegoś jesiennego przesilenia, osłabienia organizmu wynikającego z tych moich przeziębień, czy jakiejś głębszej przyczyny, w każdym razie włosy ostatnio tak mi wypadają, że nic tylko usiąść i zapłakać. Naprawdę, nie przesadzam, wylatują garściami. Na razie jeszcze zachowuję względny spokój i zanim nakupuję różnych drogeryjnych czy aptecznych wynalazków, próbuję obserwować skórę głowy. Pomyślałam jednak, że jakaś wzmacniająca suplementacja mi nie zaszkodzi i po małym rozpoznaniu zdecydowałam się na Calcium Pantothenicum, które podobno może przynieść doskonałe efekty. Zobaczymy, na pewno dam Wam znać. Póki co przyjmuję dwa razy dziennie po trzy tabletki. 




Ufff, niezły miszmasz mi się z tego wrześniowego podsumowania zrobił. Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca? Jeśli jeszcze tu jesteście, dajcie znać, jak minął Wam wrzesień. Gdzie byłyście, co robiłyście, co widziałyście, jak spędzałyście wolny czas, co ciekawego kupiłyście? Będę też wdzięczna za wszelkie sugestie odnośnie ratunku dla moich wypadających włosów. Zdradźcie, co Wam zwykle pomaga, będę zobowiązana. Z chęcią zapoznam się też z Waszymi uwagami na temat produktów, które dziś pokazałam. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.
Konkurs dla moli książkowych!
Zagraj o powieść Katarzyny Majgier
"Stuletnia Gospoda", KLIK.
Możesz też spróbować szczęścia na FB, KLIK.


poniedziałek, 29 września 2014

Makijażowa herezja, czyli odkrycie września


Witajcie! Wrzesień zmierza ku końcowi, najwyższa więc pora podzielić się z Wami moim wrześniowym odkryciem. Nie napiszę jednak tym razem o żadnym konkretnym produkcie, opowiem Wam za to o pewnym makijażowym triku, który w ostatnich tygodniach całkowicie zrewolucjonizował sposób, w jaki się maluję :))) 

Część z Was najprawdopodobniej już o tej metodzie słyszała, bo video Wayne'a Gossa, w którym doradzał, jak ograniczyć przetłuszczanie się cery i przedłużyć trwałość podkładu, ukazało się na jego youtubowym kanale wiosną. Wiele dziewczyn od razu ten pomysł podchwyciło i rozpropagowało, mnie jednak ta eksperymentalna gorączka wtedy jakoś ominęła i dopiero parę tygodni temu zachciało mi się sprawdzić na własnej skórze, o co tyle hałasu. I co? I przepadłam. 

O co chodzi? W największym skrócie o to, żeby twarz przypudrować przed nałożeniem podkładu, a nie odwrotnie, jak to wszystkie przecież zwykłyśmy robić. Wiem, brzmi jak makijażowa herezja, też w pierwszym odruchu pomyślałam "to nie ma prawa się udać". A jednak! Puder wstemplowany jako primer w nawilżoną kremem skórę stanowi wspaniałą bazę dla płynnych podkładów, zdecydowanie lepiej kontrolując w ciągu dnia błysk cery, a tym samym przedłużając świeżość makijażu, niż nakładany w ostatnim kroku tradycyjnie jako utrwalający wszystko finisher. 

Goss w swoim filmie zaleca przy tej metodzie makijażu używanie pudrów sypkich, ja jednak z powodzeniem sięgam po prasowany puder bambusowy FM (jest naprawdę świetny, chyba kupię drugie opakowanie, z pierwszego zbieram już ostatnie okruszki). Nakładam go oszczędnie stemplującymi ruchami ulubionym pędzlem kabuki z The Body Shop.




Tak przygotowana cera jeszcze przed nałożeniem podkładu zostaje dokładnie zmatowiona i wygładzona, a puder, choć transparentny, delikatnie wyrównuje też jej koloryt. Łatwiej osiągnąć potem satysfakcjonujący poziom krycia, nawet lekkim bb kremem. Ja ostatnio regularnie sięgam po swój najnowszy azjatycki nabytek, Skin79 Dear Rose BB Cream (jeszcze Wam o nim napiszę), ale metoda sprawdzała się też ze Skin79 Orange, a nawet Revlon Colorstay. Jedyne, czego zmieniając podkłady czy bb kremy konsekwentnie się trzymałam, to aplikacja na mokro, beauty blenderem lub pomarańczowym jajem Real Techniques, które niedawno sobie sprawiłam dla porównania z różowym oryginałem.




Makijaż dzięki stawiającej świat na głowie metodzie Gossa rzeczywiście trzyma się dłużej, bo skóra po prostu wolniej się przetłuszcza! Mam tłustą, wiecznie sprawiającą kłopoty cerę, więc wiem, co mówię. Puder pod podkładem oznacza mniej błysku, a czasami nawet brak konieczności poprawiania makijażu w ciągu dnia. Niżej możecie zobaczyć, jak wyglądałam dziś po jakichś dziewięciu godzinach bez poprawek. Żadnych bibułek, żadnego dodatkowego pudrowania, mimo normalnego funkcjonowania specjalnie nie kontrolowałam wyglądu. Zdjęcia nie retuszowałam, pozwoliłam sobie jedynie odrobinę zmiękczyć rysy. Wybaczcie mi ten przejaw próżności, ale nie chciałybyście oglądać mojej 35-letniej twarzy w takim zbliżeniu bez tego łaskawego dla dojrzałej skóry filtra :DDD

Nie jest najgorzej, prawda? To znaczy po tylu godzinach wylazły na wierzch pory, widać, że trochę skruszył się tusz do rzęs (Miss Sporty Pump Up Booster Mascara, nie kupujcie, kiepścizna!), brwi też straciły poranną świeżość, ale generalnie twarz nie wygląda na przetłuszczoną, a krem bb nadal trzyma się skóry, nie starł się i nie spłynął. Metoda Gossa działa!




Jeśli chcecie na jej temat dowiedzieć się więcej, odsyłam Was do źródła, czyli do filmu Gossa. Warto obejrzeć!




Choć tak jak wspominałam, trik Gossa może wydawać się herezją, jednak okazuje się skuteczny. Zachęcam Was do wypróbowania go na własnej skórze. A może już to zrobiłyście? Co myślicie o tej metodzie? Koniecznie dajcie znać. Napiszcie też oczywiście o swoich wrześniowych odkryciach. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Ostatni dzwonek!
Zagraj o 1 z 10 zestawów
Bioderma Sebium,


piątek, 25 lipca 2014

Z wizytą w raju, czyli mój pierwszy raz w Hebe


Wybaczcie mi ten egzaltowany tytuł posta, ale naprawdę czułam się jak w kosmetycznym raju, kiedy w zeszłym tygodniu po raz pierwszy trafiłam do Hebe. W moim mieście ta sieć jest niestety nieobecna (why???), zwykle co najwyżej mogę więc pooglądać sobie cudze zakupy i powzdychać do niedostępnego dla mnie asortymentu. W końcu jednak i ja miałam okazję wydać tam trochę pieniędzy :))) Wiem co prawda, że posty zakupowe generalnie niewiele wnoszą do blogosfery, ale najwyraźniej Wam to nie przeszkadza, bo na fesjbuku wyraźnie zażądałyście, żebym swoje zakupy pokazała, więc co mi tam, pokazuję. Przyjemnego oglądania!

Już na początku przeżyłam szok, kiedy w progu zostałam powitana grzecznym "Dzień dobry, witamy w Hebe" (praktyka niespotykana w innych drogeriach), który w środku tylko się pogłębiał, zaskoczyła mnie bowiem przestrzeń (dwa piętra!), nieskazitelna czystość, komfortowa klimatyzacja i przemiła, aczkolwiek nienachalna obsługa. Pierwsze kroki oczywiście skierowałam do szafy Essie. Mam tych lakierów całkiem sporo, ale wszystkie kupowałam dotąd via internet bądź korzystając z uprzejmości koleżanek, także fajnie było zobaczyć w końcu te wszystkie buteleczki na żywo. Z bogatej oferty wybrałam czarny jak noc Licorice, z sąsiedniej szafy łapiąc przy okazji znany z licznych recenzji top Kinetics Kwik Kote, a z pobliskiej ekspozycji jeden z promowanych nie tak dawno pachnących lakierów Revlon w odcieniu Wild Violets.










Być może na tych kilku drobiazgach moje zakupy by się skończyły, ale traf chciał, że w tamtym dniu obowiązywała 40% zniżka na całą ofertę Catrice. Jak mogłam nie skorzystać? Zwłaszcza że w moim mieście szafa tej marki dostępna jest tylko w jednym miejscu i zawsze, ale to zawsze jest przetrzebiona. W Hebe półki były pełne, także długo się nie zastanawiając, chwyciłam od dawna mnie interesujący kamuflaż w najjaśniejszym odcieniu 010 Ivory, bardzo zachwalaną kredkę do brwi 040 Don't let mi brown, skusiłam się też na pomadkę z serii Ultimate Colour w przepięknym jasnym odcieniu 240 Hey Nude. Na marginesie dodam, że jestem nią zachwycona! Będą zdjęcia, dajcie mi tylko trochę czasu.










W drodze do kasy nie przeszłam też obojętnie obok zyskujących coraz większą popularność gumek Invisibobble. Sama nie wiem, co o nich myśleć. Na pewno za jakiś czas przygotuję dla Was szerszą recenzję, ale póki co nie rozumiem ich fenomenu.




W ostatniej chwili wrzuciłam też do koszyka krem z filtrem do cery mieszanej i tłustej Bielenda Bikini, o którym niedawno usłyszałam od przyjaciółki.  Dziś za wiele o nim nie napiszę, zdradzę tylko, że trafi do posta o odkryciach miesiąca. Coś mi mówi, że to niskobudżetowa alternatywa dla kilkakrotnie droższego kremu Vichy o podobnym działaniu.




Zakupy w Hebe to prawdziwa przyjemność. Miła i kompetentna obsługa, dyskretna, nie łażąca za klientem krok w krok ochrona, przestronny i czysty sklep z doskonale wyeksponowanym towarem (mam na myśli salon na ulicy Grunwaldzkiej w Rzeszowie), wszystkie kosmetyki zabezpieczone przed otwieraniem, bardzo ciekawy asortyment bogaty w marki niedostępne nigdzie indziej (widziałam chociażby Tangle Teezer czy Misslyn), atrakcyjne promocje, no naprawdę, nie mogę się nachwalić.

Macie w swojej okolicy Hebe? Chętnie robicie tam zakupy? Zgadzacie się ze mną, że sieć pozytywnie wyróżnia się na tle konkurencji? Może chciałybyście dodać coś jeszcze do tej litanii zalet, o których wspominałam? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.