beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O tym się mówi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O tym się mówi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

O tym się mówi, czyli bananowa pielęgnacja włosów The Body Shop


Lubicie zapach bananów? Założę się, że tak. Któż oparłby się temu słodkiemu, owocowemu i jakże apetycznemu aromatowi? Wiele wskazuje na to, że to właśnie ten charakterystyczny i miły dla nosa zapach stoi za sukcesem i niesłabnącą popularnością bananowej linii do pielęgnacji włosów The Body Shop. Przynajmniej w moim odczuciu. Zaraz wytłumaczę Wam, dlaczego tak to widzę. Zapraszam na post z serii O tym się mówi, dziś rzecz o The Body Shop Banana Shampoo & Banana Conditioner.




O bananowym duecie do włosów The Body Shop po raz pierwszy usłyszałam ładnych parę lat temu na You Tube, miał wtedy swoje vlogowe pięć minut, po jakiejś przerwie wracając do sprzedaży. W tamtym okresie marka ta była jednak poza moim zasięgiem (ktoś mi powie, dlaczego salonów TBS nadal jest tak mało? ...) i nawet jeśli miałam ochotę sprawdzić, o co tyle hałasu, to po prostu nie było ku temu okazji. Okoliczności jednak się zmieniają i dziś do jej oferty mam dużo łatwiejszy dostęp. Jakiś czas temu, korzystając z atrakcyjnej promocji ("dwa w cenie jednego"), kupiłam w końcu ten tak zachwalany bananowy zestaw, szampon i odżywkę.

Muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było piorunujące. Intensywnie żółty kolor i gęsta konsystencja przywodziła na myśl bananowy mus. Skojarzenie było tym silniejsze, że wzmocnione niesamowitym bananowym zapachem, bowiem zarówno szampon, jak i odżywka cudownie pachną dojrzałymi bananami ze słodką domieszką miodu. Naprawdę, coś pięknego. Mycie włosów przy użyciu tego zestawu okazało się prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza że szampon dobrze się pieni, a odżywka szybko wygładza włosy, zapobiegając ich plątaniu. Komfort mycia to jednak nie wszystko, szczerze mówiąc spodziewałam się lepszych efektów pielęgnacyjnych. Producent obiecuje głębokie oczyszczenie, niesamowity połysk i wyjątkową miękkość włosów, tymczasem wszystkie te aspekty w moich oczach wypadają przeciętnie. Przyzwoicie, ale nie rewelacyjnie. Owszem, włosy apetycznie pachną, ale brakuje im lekkości i sypkości, nad ich objętością trzeba popracować. Mówiąc krótko, w regularnej cenie (25 zł za sztukę, 50 zł za komplet) tego zestawu bym nie kupiła, boski zapach to jednak trochę za mało.




Cieszę się, że miałam okazję zmierzyć się z tą bananową legendą, ale jeszcze bardziej cieszę się, że zmierzyłam się z nią w promocyjnej cenie :))) Zapach jest naprawdę obłędny, więc zakupu nie żałuję, ale powtarzać go nie zamierzam.

Miałyście do czynienia z tymi produktami? Jakie zrobiły na Was wrażenie? Też jesteście pod urokiem ich bananowego zapachu? A efekty tej bananowej pielęgnacji? Nieco rozczarowujące, jak w moim przypadku, czy jednak zachwycające, jak obiecuje producent? Dajcie znać, ciekawa jestem Waszej opinii. Zdradźcie też, do jakich zapachów w kosmetykach do włosów macie największą słabość. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 24 marca 2015

O tym się mówi, czyli paleta Makeup Revolution


Systematyczność nie jest ostatnio moją mocną stroną, kolejna niepokojąco przedłużająca się cisza na blogu była tego najlepszym dowodem. Pojęcia nie mam, czy niemoc twórczą mam już całkowicie za sobą, to się dopiero okaże, w każdym razie dziś mam nareszcie ochotę coś dla Was napisać. Korzystając z tej niespodziewanej weny, serdecznie zapraszam na post z serii O tym się mówi. Przyjrzyjmy się palecie Makeup RevolutionCzy wśród Was ostał się ktoś, kto o cieniach tej marki jeszcze nie słyszał? To chyba niemożliwe. O nich naprawdę się mówi!




Marka Makeup Revolution jakiś czas temu szturmem wdarła się do blogosfery, z miejsca zyskując ogromną popularność, którą w największej chyba mierze zawdzięcza bogactwu oferty i atrakcyjnym cenom. Takich na każdą kieszeń. Takich, dzięki którym po prostu łatwo zdecydować się na zakup, naprawdę niewiele przy tym ryzykując. Ten argument przeważył także w moim przypadku, bo choć nowych cieni na pewno nie potrzebowałam, pchana ciekawością parę miesięcy temu kupiłam jedną z palet tej marki.




Najbardziej rozpoznawalne cienie Makeup Revolution to zdecydowanie trzy palety Iconic, imitujące serię Naked od Urban Decay. Przez chwilę rozważałam nawet zakup jednej z nich, ale ostatecznie wybrałam What you waiting for?. Urzekła mnie kompozycja jej pięknych, naturalnych kolorów, dwunastu błyszczących i sześciu matowych. Spójrzcie. Wygląda obiecująco, prawda?




Cóż, paleta na pierwszy rzut oka rzeczywiście prezentuje się bardzo ładnie, ale szybko okazało się, że prezencja jest niestety jedną z niewielu jej zalet. Mówiąc krótko, w moich oczach w tym przypadku za niską ceną idzie dość niska jakość.

Kolory w kasecie naprawdę robią wrażenie, są świetnie dopasowane, od jasnych, po ciemne, od chłodnych, po ciepłe, od błyszczących, po matowe, od dziennych, po wieczorowe. Co z tego jednak, kiedy roztarte na powiekach w większości przypadków tracą swój urok? Z obiecywanej przez producenta pigmentacji niewiele zostaje, zwłaszcza w przypadku matów, których nasycenie woła o pomstę do nieba. Błyszczące są pod tym względem dużo lepsze, choć i tak przy rozcieraniu tracą kolor, pozostawiając wybijającą się na pierwszy plan perłę ... W dodatku wśród tych generalnie bardzo średnich cieni zdarzają się też pojedyncze naprawdę fatalne sztuki.

Zobaczcie. Pierwsza szóstka nawet równa i całkiem dobrze napigmentowana, choć przede wszystkim bardzo, bardzo błyszcząca.




Kolejna szóstka jest już bardziej zróżnicowana, ciemniejsze odcienie wyraźnie odstają od jaśniejszych poziomem nasycenia.




Ostatnia, matowa szóstka to już prawdziwa tragedia. Jaśniejszych kolorów, mimo moich starań i kilku warstw cieni na skórze, prawie nie widać. Super hot female to jakieś kompletne nieporozumienie.




Jestem ogromnie rozczarowana. W moim odczuciu potencjał tej świetnie skomponowanej palety został zmarnowany przez poślednią jakość cieni. Z tych błyszczących coś tam przy odrobinie dobrej woli można jeszcze wyczarować, ale matowe naprawdę pozostawiają wiele do życzenia. Sama kasetka też nie zrobiła zresztą na mnie wrażenia, toporny czarny plastik wygląda po prostu tanio, a zatrzask grozi połamaniem paznokci. Słabo ulokowane trzy dychy, niestety. 

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z paletami Makeup Revolution. Miałyście z nimi do czynienia? Jak je oceniacie? Koniecznie dajcie znać. Ja nie rozumiem fenomenu ich popularności ... Może tylko What you waiting for? jest tak słaba? Muszę taką możliwość brać pod uwagę, bo inaczej nie umiem wytłumaczyć sobie wszechobecnych zachwytów nad cieniami tej marki ... Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



środa, 17 grudnia 2014

O tym się mówi, czyli czytnik ebooków Kindle


Skoro już jesteśmy w temacie książek [kto przegapił ostatniego posta? nadrabiajcie zaległości, czekają na Was dwa pięknie wydane albumy o kanonach kobiecej urody na przestrzeni dziejów ---> KLIK], to pociągnijmy go jeszcze przez chwilę, zatrzymując się przy nowoczesnej alternatywie dla papieru, czyli czytniku ebooków Kindle. Odkąd dwa lata temu opublikowałam pierwszy post o tym urządzeniu [KLIK], ciągle dostaję od Was pytania, w których dociekacie najczęściej, jak mi się z niego korzysta, czy jest wygodne w użyciu, czy od czytania nie bolą mnie oczy, no i oczywiście czy nie tęsknię za tradycyjnymi, pachnącymi farbą drukarską lub kurzem książkami. Pomyślałam zatem, że warto znowu poświęcić mu kilka słów, rozwiewając Wasze wątpliwości. Zapraszam na kolejny post z cyklu O tym się mówi




Tak jak wspominałam, napisałam już kiedyś obszernego posta na temat Kindle'a i w zasadzie podtrzymuję każde słowo, które wtedy padło. Pozwólcie, że przytoczę najważniejsze stwierdzenie:

Uwielbiam go za pojemność (tysiące książek zawsze przy sobie), uwielbiam go za oszczędność  pieniędzy (książki i gazety elektroniczne są tańsze niż papierowe) i miejsca (moja domowa biblioteczka przestaje nareszcie pękać w szwach), uwielbiam go w końcu za gabaryty (jest lekki i niewielki, noszę go ze sobą wszędzie, wykorzystując na lekturę każdą sprzyjającą chwilę).

Sama prawda. Regularnie uzupełniam swoją bibliotekę, nie zważając na ilość kupowanych ebooków, bo nie muszę przejmować się ani miejscem, które musiałabym zapewnić na półkach tradycyjnym książkom, ani cenami, bo wydania elektroniczne nie dość, że są sporo tańsze od tych papierowych, to jeszcze w moich ulubionych e-księgarniach bardzo często obejmowane bywają bardzo atrakcyjnymi zniżkami. Nie minę się też z prawdą, jeśli napiszę, że czytam więcej niż kiedyś. Myślałam, że to niemożliwe, bo zawsze czytałam sporo, ale teraz całą moją biblioteczkę w postaci tego sprytnego, niewielkiego urządzenia mam po prostu zawsze ze sobą, co sprawia, że po lekturę sięgam w wielu sytuacjach, w których po tradycyjną książkę nie miałabym szans sięgnąć. Chociażby z tego prostego powodu, że nie miałabym jej przy sobie. Idealne rozwiązanie dla każdego mola książkowego.





Swojego pierwszego Kindle'a, 4 Touch, eksploatowałam jakieś dwa i pół roku. Służył mi zupełnie bezawaryjnie, ale niedawno zdecydowałam się wymienić go na nowszy model. Od kilku miesięcy mam Paperwhite II. Od mojej poprzedniej wersji różni się głównie nawigacją i pozwalającym na czytanie w każdych warunkach podświetlanym ekranem, odrobinę też gabarytami, poza tym to ten sam stary dobry Kindle, zawsze niezawodny i zawsze pod ręką. Pokochałam go od pierwszego włączenia. Ciągle powtarzam, że czytnik, wcześniej Touch, teraz Paperwhite, to mój ulubiony elektroniczny gadżet. Bije na głowę chyba nawet smartfona, choć muszę przyznać, że z aplikacji Kindle na telefonie też zdarza mi się korzystać. Jest to zaskakująco bezproblemowe, pliki jednym kliknięciem można ściągnąć z chmury.




Odpowiadając na najczęściej zadawane przez Was pytania, muszę dodać, że Kindle jest naprawdę wygodny w użyciu. Jest lekki, więc nie obciąża dłoni, strony zmienia się muśnięciem palca. Posiada wiele ułatwiających czytanie funkcji, od najprostszych, jak zakładka, śledzenie postępu lektury czy ustawianie pożądanej wielkości czcionki, po bardziej skomplikowane, jak wbudowane słowniki, czy możliwość robienia podkreśleń i notatek. Bardzo polubiłam też podświetlany ekran, który wbrew Waszym obawom nie powoduje zmęczenia oczu. Jest wręcz przeciwnie, w każdych warunkach mogę sobie w dowolnym natężeniu doświetlić tekst, podnosząc komfort czytania, zwłaszcza że emitowane światło ma naturalną barwę. Sam wyświetlacz natomiast to nieobciążający oczu i nieodbijający światła epapier, zachowujący cechy najzwyklejszego na świecie wydruku na papierze. Oczy naprawdę nie męczą się bardziej niż przy tradycyjnej lekturze. Wiem, że niedowiarków nie przekonam, ale poważnie zainteresowanych zakupem czytnika powinno to uspokoić.

Nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać, żeby dać Wam do zrozumienia, jak fajne jest to urządzenie. Dla mnie, miłośniczki książek, jego zakup był prawdziwą rewolucją, wychodzącą naprzeciw wszelkich moich czytelniczych potrzeb. Uwielbiam swój czytnik! I choć tradycyjne książki mają swój niewątpliwy urok, nie wyobrażam już sobie życia bez Kindle'a. Zwłaszcza że emocje, jakie towarzyszą nam w czasie lektury, nie zależą przecież od nośnika treści, tylko od tego, co mamy w głowie :))) Jeśli czuję potrzebę obcowania z papierem, owszem, sięgam po papier, na co dzień jednak zdecydowanie wolę ebooki. Bez dwóch zdań wygodniejsze i bardziej ekonomiczne!

Ciekawa jestem, jakie macie podejście do książek elektronicznych. Używacie czytników, dostrzegacie ich potencjał, czy ich zalety pozostają dla Was w sferze niepojętej abstrakcji? Udogodnienie i znak czasów, czy jednak niepotrzebne wymysły? Moje zdanie już znacie, teraz Was zapraszam do zabrania głosu. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Uwaga, rozdanie! 
Dwa egzemplarze książki "Kanony kobiecej urody. 
Od starożytności po XXI wiek. Makijaż i stylizacje"
dla Was! KLIK




niedziela, 9 listopada 2014

O tym się mówi, czyli zielona kulka Vichy


Bohaterka dzisiejszego posta z serii O tym się mówi. Gwiazda pielęgnacji, słynny antyperspirant o legendzie jak stąd do Chin. Traitement Anti-Transpirant 48H, czyli po prostu zielona kulka Vichy.





To jeden z tych produktów, których popularność zbudowały blogosfera i vlogosfera. Nie zliczę, jak wiele recenzji na temat tej kulki czytałam na rozmaitych blogach bądź oglądałam na YT, zwykle entuzjastycznie pochlebnych, pełnych zachwytu nad jej skutecznością. Z każdą kolejną moja ciekawość narastała i choć z antyperspirantów, jakich używałam do tej pory, byłam bardzo zadowolona, postanowiłam w końcu sprawdzić, o co tyle hałasu. Bo może coś mnie omija? Jakaś nowa jakość, której nie umiem sobie nawet wyobrazić? 





Zawiera substancje czynne - mikronizowane sole aluminium, działające bezpośrednio na ujścia gruczołów potowych. Przeciwdziała nadmiernemu poceniu oraz brzydkiemu zapachowi. Hipoalergiczny. Zawiera Wodę Termalną z Vichy. Bez alkoholu.

Skład: aqua, aluminum chlorohydrate, aluminum sesquichlorohydrate, ppg-15 stearyl ether, cetearyl alcohol, ceteareth-33, parfum, dimethicone, iodopropynyl butylcarbamate, peg-4 dilaurate, peg-4 laurate.

Cena: od dwudziestu kilku do nawet pięćdziesięciu złotych / 50 ml




Niestety, nie dołączę do tych wszystkich pochwalnych peanów na temat tego produktu. Bardzo chciałam się zachwycić, ale się nie zachwyciłam. Nie zachwyciłam się ani rzekomą wyjątkową skutecznością, ani obiecywanym przedłużonym działaniem ani płynną formułą, która przypomniała mi, dlaczego wolę antyperspiranty w kremie. Jak dla mnie, Vichy Traitement Anti-Transpirant 48H nie wytrzymuje zderzenia z własną sławą, zwłaszcza w kontekście swojej dość wysokiej jak na tę kategorię produktów ceny. Ot, zwykła kulka z doskonałym wizerunkiem marketingowym.

Ochronę przed potem daje przyzwoitą, ale nie z gatunku tych absolutnie niezawodnych. Po antyperspirancie rekomendowanym nawet osobom o nadmiernej potliwości spodziewałam się czegoś rzeczywiście mocnego, tymczasem kilkakrotnie okazał się on dla mnie za słaby. Zaznaczam przy tym, że prowadzę zwykły, biurowo-domowy tryb życia i nadmiernie się nie pocę. Kiedy dzień biegnie swoim normalnym rytmem, kulka Vichy daje mi komfort świeżości, jednak jeśli tylko bieg wydarzeń przyspiesza albo znajdę się w jakiejś stresującej sytuacji, kaplica, zaraz czuję się przegrzana i mokra. Parę dni temu właśnie spotkało mnie coś takiego, ostatecznie utwierdzając mnie w przekonaniu, że nie lubię tego antyperspirantu, bo nie mogę mu ufać. W przeciwieństwie do starej, dobrej, sprawdzonej Rexony. Czy choćby Lady Speed Stick. Trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość i przyznać, że pachnie świeżym, czystym, a przy tym nienachalnym zapachem i jest delikatny dla skóry, nawet podrażnionej depilacją. Pozwólcie, że do 48-godzinnej skuteczności się nie odniosę, lubię swoje codzienne prysznice :DDD Swoją drogą zawsze mnie zastanawia, czy ktoś naprawdę kupuje antyperspiranty z myślą o ich przedłużonym działaniu? Straszne, zwłaszcza w kontekście niektórych antyperspirantów dla mężczyzn, które potrafią obiecywać ochronę nawet 72-godzinną :DDD

Denerwuje mnie w kulce Vichy coś jeszcze, ale to już kwestia moich osobistych upodobań. Otóż nie przepadam za jej płynną formułą, zdecydowanie wolę antyperspiranty w kremie. Na Vichy skusiłam się z ciekawości i nie był to dobry ruch. Przypomniałam sobie, jak to jest tracić rano cenne minuty w oczekiwaniu aż antyperspirant pod pachami wyschnie i będzie można swobodnie się ubrać, bez ryzyka poplamienia bluzki czy sukienki. Decydując się na kulkę Vichy, trzeba mieć tych kilka dodatkowych minut albo przeorganizować poranny rytuał szykowania się do wyjścia.

Jednym słowem, klapa. Kulka Vichy nie trafia ani w moje potrzeby, ani w moje preferencje. Więcej nie kupię.

Znacie ten antyperspirant? Co o nim sądzicie? Podzielacie powszechne zachwyty, czy niestety rozczarowałyście się nim podobnie jak ja? Koniecznie napiszcie. Zdradźcie też, po jakie antyperspiranty sięgacie najchętniej, które uważacie za najskuteczniejsze? Dajcie znać, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 9 października 2014

O tym się mówi, czyli wygładzające usta jajeczko EOS


Ciesząc się, że z takim zainteresowaniem parę tygodni temu przyjęłyście pierwszy post z nowej na No to pięknie! serii O tym się mówi [KLIK], dziś zapraszam Was na wpis o kolejnym kosmetycznym hicie. Tym razem, na Wasze wyraźne życzenie, przybliżę produkt do pielęgnacji ust, słynne jajeczko EOS

Popularność jajek EOS (czyli Evolution of Smooth) dotarła do nas zza wielkiej wody. Już nawet nie pamiętam, gdzie po raz pierwszy o nich usłyszałam, podejrzewam, że musiał być to You Tube. Chociaż ich dostępność w Polsce w tamtym czasie była praktycznie zerowa, szybko zyskały rozgłos, wzbudzając zainteresowanie, a często i pożądanie, które po zbójeckich cenach zaspokoić mogły tylko portale aukcyjne. Dziś możemy kupić je już bez problemu w wielu polskich drogeriach internetowych, w dodatku za niewielkie pieniądze, przebierając do woli w różnych wersjach smakowo - zapachowych. Ja zdecydowałam się na słodką miętę.




Dlaczego wybrałam miętę? Lubię miętową nutę w kosmetykach i skusiło mnie wyobrażenie świeżości i orzeźwienia, jakie zwykle jej towarzyszą. Rzeczywiście, mięta w przypadku tego balsamu jest bardzo wyczuwalna, w smaku i zapachu przypomina mocną, ale słodką miętową gumę do żucia, dając na ustach wręcz mroźny, nieco mrowiący efekt. Teraz jeszcze mi to nie przeszkadza, ale zimą na pewno nie będzie to nic przyjemnego, gdybym więc chciała zostać przy EOS na dłużej, powinnam pomyśleć chyba o innej wersji, na przykład kokosowej czy miodowej.




A wiele wskazuje na to, że faktycznie mogłabym się na kolejne jajka tej marki skusić. Pomijając już fakt, że jajeczko jest po prostu śliczne, a wśród całej masy rozmaitych produktów do ust niepowtarzalne w swojej formie, jest też praktyczne i bardzo, bardzo wygodne. Jajeczkowe opakowanie, dzięki charakterystycznemu kształtowi i kolorowi rzuca się w oczy nawet w najbardziej zagraconej kosmetyczce czy torebce. Nie dość, że stanowi ozdobę samo w sobie, to jeszcze ma dodatkowy walor w postaci praktycznego zamknięcia, dzięki wyraźnemu kliknięciu wiemy bowiem, że zostało szczelnie zakręcone. Sam balsam również uformowany jest w kształt jajka, dzięki dość dużej powierzchni pozwalając na posmarowanie całych ust jednym pociągnięciem. 




Jeśli chodzi o walory pielęgnacyjne, to przyznaję, że są spore. Bardzo odpowiada mi fakt, że balsam nie zawiera wazeliny, bo nie cierpię produktów, które pozostawiają na ustach tę charakterystyczną, tłustawą, nigdy nie wchłaniającą się, skłonną do nieestetycznego zasychania warstewkę, która daje efekt raczej ochronny niż prawdziwie odżywczy. Jajeczko EOS co prawda również pozostawia na ustach film, ale z gatunku z tych stapiających się ze skórą, nie sprawiających żadnego dyskomfortu. Balsam po prostu natychmiastowo wygładza i nawilża usta, dodatkowo je otulając. Biorąc pod uwagę jeszcze filozofię marki i skład jej produktów, naprawdę jest dobrze.


Balsam do ust EOS Sweet Mint, bogaty w składniki odżywcze i antyoksydanty, znakomicie pielęgnuje, długotrwale nawilża, głęboko odżywia i wspaniale wygładza skórę warg. Naturalny zapach i smak mięty jest bardzo odświeżający! Idealny również do stosowania na noc, aby nadać ustom niezrównaną miękkość. Zawiera 95% składników organicznych - posiada elitarny certyfikat USDA ORGANIC, jest w 100% naturalny, zawiera 100% naturalnego aromatu, nie zawiera parabenów, ftalanów ani wazeliny, nie jest testowany na zwierzętach.

Składniki: Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Beeswax (Cire D'abeille), Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Mentha Piperita (Peppermint) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract, Tocopherol, Limonene, Linalool, Organic Component of Mentha Piperita (Peppermint) Oil, Certified Organic by Oregon Tilth.

Cena: około 20 zł / 7 g


Cóż, wydaje mi się, że popularność balsamów EOS jest w pełni uzasadniona. Wyróżnia je na pewno charakterystyczny, gadżeciarski kształt, ale też niezaprzeczalna jakość w rozsądnej cenie. Myślę, że warto choć raz zdecydować się na zakup, chociażby po to, by przekonać się, o co tyle hałasu. 


Miałyście do czynienia z jajeczkami EOS? Co o nich myślicie? Którą wersję lubicie najbardziej? A może zakup dopiero przed Wami? Byłybyście skłonne skusić się na ten balsam? Dajcie znać, ciekawa jestem Waszej opinii.

Dzisiaj to wszystko, ale już teraz zapraszam na kolejny post z cyklu O tym się mówi, poświęcę go zielonej kulce Vichy. Tymczasem zapraszam do komentowania!

Buziaki, 
Cammie.

Konkurs dla moli książkowych!
Zagraj o powieść Katarzyny Majgier
"Stuletnia Gospoda", KLIK.
Możesz też spróbować szczęścia na FB, KLIK.


poniedziałek, 8 września 2014

O tym się mówi, czyli oczyszczająca emulsja Alterra Bio-Granat | Nowa seria postów!


Istnieją takie produkty, które od zawsze cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, odznaczając się niezwykłymi właściwościami bądź uchodząc za wyjątkowo skuteczne i warte każdej złotówki. Zdarza się też, że jakiś produkt wchodząc na rynek szturmem zdobywa blogosferę, z różnych względów szybko zyskując ogromną popularność. Pomyślałam, że warto byłoby od czasu do czasu napisać o którymś z nich, sprawdzając, o co tyle hałasu. Zapraszam więc dziś na pierwszy post z nowej serii O tym się mówi, w którym pod lupę biorę emulsję oczyszczającą Alterra Bio-Granat. Czy jest ktoś, kto jeszcze o niej nie słyszał? :)))




Ile ja się za tą emulsją nachodziłam! Wszędzie rzucały mi się w oczy pochlebne opinie na jej temat, pozytywne recenzje i namowy do zakupu. Najwyraźniej uległam im nie tylko ja, bo przez kilka tygodni we wszystkich Rossmannach w moim mieście była nie do dostania, ciągle odbijałam się od pustych półek. Oczywiście im dłużej nie mogłam jej kupić, tym bardziej jej pragnęłam :DDD W końcu udało się, znalazłam! Kupiłam, choć szczerze mówiąc miałam moment zawahania, w końcu jest to produkt przeznaczony do cery suchej, a moja ma skłonności do przetłuszczania się, ostatecznie jednak ciekawość zwyciężyła. Jak dobrze, że się nie rozmyśliłam!

Cóż, pewnie już się domyślacie, że podzielę wszystkie zachwyty na jej temat. Ale nie będę Wam pisać o tak oczywistych zaletach jak bogaty naturalny skład czy piękny zapach, w końcu to cechy charakterystyczne wszystkich kosmetyków Alterry. Ja po prostu dawno już nie miałam tak przyjemnego preparatu do oczyszczania twarzy!

Emulsja oczyszczająca do skóry bardzo suchej. Zawiera masło shea BIO i aloes BIO. Łagodne substancje pochodzenia roślinnego szczególnie delikatnie oczyszczają skórę. Kombinacja składników takich jak cenny olej z nasion granatu BIO i żel z aloesu BIO nawilża skórę już podczas oczyszczania. Testy dermatologiczne potwierdzają bardzo dobrą tolerancję emulsji oczyszczającej do twarzy Alterra przez skórę. 

Skład: Aqua, Glycine Soja Oil*, Glycerin, Alcohol*, Glyceryl Stearate Citrate, Myristyl Myristate, Myristyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Caprylic/Capric Triglyceride, Coco - Glucoside, Xanthan Gum, Butyrospermum Parkii Butter*, Punica Granatum Seed Oil*, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Bisabolot, Ginko Biloba Leaf Extract, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Parfum**, Linalool**, Limonene**, Geraniol**, Citral**, Citronellol**. (*Składniki z upraw ekologicznych,** Z olejków eterycznych).

Cena: 8,50 zł / 125 ml





Formuła tej emulsji to dla mnie nowość (wmasowuje się ją w suchą skórę i dopiero potem spłukuje wodą), ale okazało się, że bardzo mi ona służy, zostawiając cerę nie tylko czystą, ale też przyjemnie gładką, mięciutką i nawilżoną. Niesamowite uczucie! Zero ściągnięcia, zero podrażnień, po prostu komfort.

Żeby nie było wątpliwości: jak tej emulsji używam? Najpierw zmywam makijaż oczu (płynem micelarnym Garnier 3w1), potem ścieram makijaż twarzy chusteczką do demakijażu (Cleanic Grape Vit Formula - swoją drogą świetne chusteczki, na ich rzecz jakiś czas temu całkiem porzuciłam rossmannowe Lilibe), na koniec sięgam właśnie po emulsję. Rozprowadzam ją palcami po twarzy, dokładnie wmasowuję ją w skórę i mniej więcej po minucie spłukuję ciepłą wodą. Piszę o tym, bo sposób użycia na opakowaniu opisany jest dość enigmatycznie.

Obawiałam się, że tego typu demakijaż (emulsję stosuję tylko wieczorem) będzie dla mojej tłustej, skłonnej do zanieczyszczeń cery niewystarczający, ale mijają już dwa tygodnie, odkąd codziennie po nią sięgam i nie zauważyłam absolutnie żadnych niepokojących objawów. Wręcz przeciwnie, codziennie cieszę się skórą nie tylko łagodnie oczyszczoną, ale też ukojoną i odprężoną.




Bardzo tę emulsję polubiłam, ale chcąc zachować obiektywizm, nie mogę nie wspomnieć na koniec o jej kiepskiej wydajności. Po dwóch tygodniach dostrzegam w tubce spory ubytek. Myślę, że gdyby stosować ją regularnie dwa razy dziennie, opakowanie wystarczyłoby na maksymalnie trzy, może cztery tygodnie. Na szczęście jest to niedrogi kosmetyk, także można przymknąć na to oko.

Polecam tę emulsję głównie osobom o cerze suchej, choć jak widać, sprawdza się ona także w przypadku cery takiej jak moja, czyli przetłuszczającej się, ale dojrzałej, skłonnej do odwodnienia, drażnionej kuracjami przeciw wypryskom i przebarwieniom. Także nawet jeśli nie macie cery suchej, ale nie boicie się kosmetycznych eksperymentów, koniecznie ją wypróbujcie. Teraz dostaniecie ją w promocji, za mniej więcej 6 zł. O ile oczywiście znajdziecie ją jeszcze na sklepowych półkach, bo nadal znika z prędkością światła. Ja miałam szczęście, właśnie kupiłam na zapas drugie opakowanie :)))


To tyle, jeśli chodzi o pierwszy wpis z cyklu O tym się mówi. Jak Wam się spodobał? Mam nadzieję, że seria się przyjmie i z zainteresowaniem będziecie czytać o takich przebojowych produktach, jak właśnie emulsja Alterra Bio-Granat. Myślę, że to fajna okazja, żeby czegoś się o nich dowiedzieć przed ewentualnym zakupem albo po prostu porównać doświadczenia. Pomysłów mi w każdym razie nie brakuje, lista produktów, o których "się mówi", jest przecież długa. W następnej kolejności chciałabym wziąć się za balsam do ust Nuxe albo jajeczko Eos, co Wy na to? A może macie inną propozycję? Koniecznie napiszcie. Dajcie też znać, czy miałyście już do czynienia z emulsją Bio-Granat? Co o niej myślicie? Planujecie ulec temu zbiorowemu szałowi, czy jesteście na niego zupełnie odporne? A może już uległyście, tak jak ja? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.

Zagraj o świecę zapachową
Bridgewater Sweet Grace!