beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lush. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2015

Nowa formuła Lush Mask of Magnaminty, czyli odkrycie czerwca


W czerwcu miałam okazję spędzić parę dni w Budapeszcie, gdzie zakupowe ścieżki doprowadziły mnie do salonu Lush. Zakupy zrobiłam spore (mogłyście zobaczyć je TUTAJ) i pewnie prędzej czy później o poszczególnych produktach, na które się zdecydowałam, jeszcze Wam napiszę, ale jeden z nich swoje pięć minut będzie miał już dziś. Moje czerwcowe odkrycie, głęboko oczyszczająca maseczka do twarzy i ciała Mask of Magnaminty w nowej, odmienionej formule!




Kosmetyki Lush bardzo lubię i kupuję je, kiedy tylko mam możliwość. Mimo ograniczonej w Polsce dostępności tej marki (doczekamy się w końcu salonu, czy nie???), zdążyłam poznać już całkiem sporą część jej asortymentu. Mask of Magnaminty też dobrze znam, wracam do niej w zasadzie przy każdych zakupach. Dała się poznać jako wyjątkowo skuteczna, mocno oczyszczająca, ściągająca pory i łagodząca wszelkie zmiany skórne maseczka do problematycznej cery. Bardzo odpowiada mi jej działanie, nic więc dziwnego, że korzystając z okazji, kolejny raz chciałam do niej wrócić. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jakiś czas temu przeszła reformulację! Gwoli ścisłości, w sprzedaży dostępne są dwie wersje, stara i nowa, odmieniona. Z ciekawości zdecydowałam się na nowość.




Mask of Magnaminty, jaką pamiętałam, była bardzo, bardzo miętowa i mimo konsystencji pasty dość niejednorodna, grudkowata. Nowa formuła (określona jako "self-preserving", czyli "samokonserwująca się"), sprawiła, że maska zyskała na gładkości, dużo łatwiej ją rozprowadzić. Z tego, co zauważyłam, skład pozostał ten sam, zmieniły się jedynie proporcje poszczególnych składników. W nowej wersji jest dużo więcej miodu i jak się domyślam, to chyba on odpowiada za zmianę konsystencji. Na pewno odpowiada natomiast za zmianę zapachu, który ze świdrująco miętowego przeobraził się w coś zdecydowanie słodszego i delikatniejszego. Niżej zdjęcie etykiety z nowym składem.




Dla porządku wklejam też stary skład, możecie sobie porównać.

List of ingredients: Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Organic Ground Aduki Beans, Glycerine, Evening Primrose Seeds, Peppermint Oil, African Marigold Oil, Fair Trade Vanilla Aboslute, Limonene, Perfume, Chlorophyllin, Methylparaben.


Jeśli starą wersję po prostu lubiłam, nową wprost uwielbiam. Niesamowitemu działaniu (pięknie oczyszczona, ukojona cera) towarzyszy teraz także komfort stosowania (gładsza i bardziej zwarta konsystencja, zasychająca na twarzy bez ściągania skóry) i niezwykle przyjemny zapach (słodki, ale z wyraźną orzeźwiającą nutą). Jeśli tylko macie możliwość zajrzeć do salonu Lush, koniecznie się tej masce przyjrzyjcie! Warto. Ja z pewnością będę do niej wracać, choć pojęcia nie mam, kiedy znowu nadarzy się okazja do zakupów. Pewnie nieprędko. A zapasów nie ma co robić, bo maski Lush to produkty świeże, bez chemicznych konserwantów, z bardzo krótkim terminem zdatności do użycia. Przydałby się choć jeden salon w którymś z polskich miast, oj, przydałby się ...


Znacie Mask of Magnaminty? Starą, czy nową wersję? Jak w Waszych oczach wypada porównanie? Dajcie znać. Zdradźcie też, które z produktów Lush darzycie największą sympatią. A może nie miałyście jeszcze okazji zetknąć się z produktami tej marki? Podzielacie moje zniecierpliwienie w oczekiwaniu na jej wkroczenie do Polski? Zachęcam do wypowiedzi. Nie zapomnijcie też wspomnieć o własnych czerwcowych kosmetycznych odkryciach, umieram z ciekawości! Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.




wtorek, 16 czerwca 2015

Pocztówka z wakacji, czyli mój pierwszy raz w Chorwacji | Migawki z Dalmacji, refleksje z wyjazdu i wakacyjne zakupy


Witajcie! Zastanawiałyście się może, gdzie się podziewam? Zniknęłam bez słowa na parę tygodni, ale jestem usprawiedliwiona, urlop ma swoje prawa - oderwana od pracy i internetu wypoczywałam w Chorwacji. W ostatnich latach miałam wrażenie, że jeżdżą tam wszyscy, tylko nie ja, tak się jakoś składało, że w swoich wcześniejszych podróżach na południe zawsze ten kraj omijałam, no ale w końcu i na mnie przyszła pora. Spakowaliśmy walizki i w drogę, kierunek: Zadar!

Relacjonując Wam swoje wcześniejsze wojaże ---> KLIK, zawsze starałam się pokazać Wam coś ciekawego, wyróżniającego w jakiś sposób miejsce, które odwiedzałam. Tym razem jednak mam za sobą zwykłe rodzinne wakacje dostosowane do sił i możliwości mojej ciągle jeszcze sypiającej w dzień trzyletniej córeczki, cały więc praktycznie czas spędziliśmy w jednym miejscu, bez długich wycieczek i wyszukiwania lokalnych atrakcji. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko z chęcią rzucicie okiem na kilka pamiątkowych zdjęć, taki odpoczynek też ma przecież swoje niezaprzeczalne zalety. Migawki postaram się skomentować paroma luźnymi refleksjami, jakie nasuwają mi się po tym wyjeździe. Nie zabraknie też oczywiście wakacyjnych zakupów :))) Zapraszam!




Nasze chorwackie wakacje spędziliśmy w Bibinje, niewielkiej, uroczej miejscowości położonej na obrzeżach Zadaru. Na początku czerwca, tuż przed rozpoczęciem sezonu, sprawiała wrażenie, jakby budziła się ze snu, omywana spokojnymi wodami zatoki. Prowadzącego wzdłuż jej brzegów deptaku nie zalewała jeszcze fala turystów, ale w nadmorskich restauracyjkach powoli zaczynał się już letni ruch. Komfort wypoczynku byłby wspaniały, gdyby nie niemiłosierny upał! Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jakie temperatury panują tam w lipcu i sierpniu, skoro czerwiec przyniósł grubo ponad trzydzieści stopni. Z drugiej strony, raj dla miłośników plażowania i morskich kąpieli.

Pobliski Zadar jest piątym pod względem wielkości miastem Chorwacji, ale wielkomiejskiego wrażenia wcale na mnie nie zrobił. Owszem, tętni życiem, ale łatwo daje się oswoić. Jest gdzie pospacerować, jest gdzie zjeść, jest gdzie kupić pamiątki, jest gdzie podziwiać widoki. Oryginalną ciekawostką są wbudowane w nadmorski deptak morskie organy, wypełniane dźwiękiem przez uderzające w nabrzeże fale. Niesamowita wodna muzyka! Warto posłuchać. Na tym samym deptaku nie można przejść też obojętnie obok "Pochwały Słońca". Dosłownie i w przenośni, bo instalacja wkomponowana została po prostu w trotuar, odtwarzając Układ Słoneczny. Dekoracyjne wielkie kręgi, z których największy, aż 22-metrowy, przedstawia Słońce, to nic innego jak wielkie baterie słoneczne, które wraz z nadejściem nocy rozbłyskują światłem. Piękne widowisko. Mówi się zresztą, że Zadar słynie z przepięknych zachodów słońca i naprawdę coś w tym jest.




Chorwacja w moich oczach? 
  • palące słońce;
  • bezchmurne niebo;
  • ciepłe morze;
  • kamieniste i niezatłoczone jeszcze o tej tej porze roku plaże;
  • zjawiskowe zachody słońca;
  • dość surowy, ale przepiękny w swej prostocie krajobraz;
  • przepyszne lody;
  • śmiesznie tania i bardzo dobra kawa;
  • pozostawiająca jak dla mnie sporo do życzenia kuchnia, nie do końca śródziemnomorska, nie do końca bałkańska, bogata co prawda w owoce morza, ale także w przygotowywane w niezbyt wyrafinowany sposób mięso, z mojego punktu widzenia uboga w warzywa i owoce;
  • przedziwna, niezwykle ciasna zabudowa nadmorskich miejscowości, sprawiająca wrażenie kompletnej samowolki bez ładu i składu;
  • gościnni ludzie;
  • łatwość komunikacji z miejscowymi, dość powszechna znajomość angielskiego.

Na koniec jeszcze słówko o moich wakacyjnych zakupach. Nie mogłam przecież nie wejść do DM, drogerie tej sieci kusiły w Zadarze na każdym niemal rogu. Nie żałowałam sobie, oj nie :DDD 




W drodze powrotnej spędziliśmy jeszcze parę dni w Budapeszcie, co z kolei zaowocowało odwiedzinami salonu Lush. To chyba oczywista oczywistość, że nie wyszłam z pustymi rękami? :)))




Za ilość szamponów, jaką przytargałam z tych wakacji, powinnam pójść do piekła :DDD Ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem :PPP


Wpadło Wam w oko coś z moich wakacyjnych zdobyczy? Dajcie znać. Napiszcie też koniecznie, jakie skojarzenia macie z Chorwacją. Spędzałyście tam kiedyś wakacje? A może macie to w planach? Dodałybyście coś do mojej listy spostrzeżeń? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!


Niebawem wracam do regularnego blogowania, 
tymczasem całuję,
Cammie.



poniedziałek, 20 lutego 2012

Ot co!

Nie jesteście jeszcze zmęczone moimi opowieściami o mydłach? Bo dziś przygotowałam kolejną :DDD Choć dla kontrastu zdecydowanie mniej entuzjastyczną niż ostatnio. Rzecz o Lemslip od Lush.






Mydło Lemslip było jedną z moich wakacyjnych zdobyczy, może pamiętacie, że całkiem spore zakupy zrobiłam w Słowenii, nie mogąc przejść obojętnie obok pachnącej drogerii Lush [KLIK]. Dość długo czekało na swoją kolej, ale w końcu po nie sięgnęłam.

Zapach od razu przypomniał mi, dlaczego spośród całej masy mydeł wybrałam właśnie to. Słodkawy, cytrusowy aromat, który Lemslip zawdzięcza cytrynie, limonce i pomarańczy, momentalnie wypełnił łazienkę. Niestety, w zasadzie była to jedyna zaleta tego mydła ...

Mając w pamięci moje wcześniejsze, bardzo udane doświadczenia z mydłami tej marki, Lemslip rozczarowałam się okrutnie.

Pierwszy i podstawowy zarzut czynię z tego, że zmydla się praktycznie bez piany. Po prostu trudno się nim umyć! Kostka sama w sobie jest twarda i raczej odporna na wilgoć, przez co ciężko rozprowadzić mydło po ciele. Jest z pewnością dzięki temu bardzo wydajne, ale dyskomfort w czasie kąpieli jak dla mnie jest zbyt duży. Zdecydowanie wolę mydła o bogatszych, kremowych formułach, nawet jeśli ich wydajność budzi zastrzeżenia.

Nie mogę też przejść obojętnie obok tego, że orzeźwiający, apetyczny, przypominający cytrynową mambę zapach w czasie kąpieli gdzieś znika! Kompletnie nie utrzymuje się na skórze, co w zestawieniu ze wspominanym już brakiem piany kompletnie to mydło dyskwalifikuje. Lemslip co prawda nie zrobił mojej skórze krzywdy, ale nie dał jej też niczego szczególnego. Równie dobrze mogłabym myć się najzwyklejszym mydłem z pierwszej lepszej drogerii. A tymczasem wydałam na ten cytrusowy bubel całkiem spore pieniądze ...

Cóż, potraktuję ten zakup jak nauczkę. Żadnej marce nie wolno ufać bezkrytycznie. Ot co!

wtorek, 4 października 2011

Punkt G ;)))

Już dawno z koleżankami ustaliłyśmy, że słynny punkt G rzeczywiście istnieje. Gdzie? Na końcu słowa shoppinG! ;))) Oczywiście trzymałam się tej prostej prawdy w czasie mojej podróży, co poskutkowało udanymi zakupami :D






Drogerie DM spotykałam na swojej trasie bardzo często, począwszy od Czech, przez Austrię, aż po Słowenię. Oferowały jednak asortyment na tyle zbliżony do tego, co możemy kupić w Polsce, że skusiłam się jedynie na kilka niedostępnych u nas gadżetów do kąpieli Balea i podkład Caviar Long Stay Dermacol. W moim koszyku wylądowała też niemalże cała męska seria Alverde, która następnie trafiła do kosmetyczki mojego męża :)))






W Słowenii skusił mnie Lush. Na salon natknęłam się w zasadzie przypadkiem, ale zakupy, mimo że nieplanowane, poczyniłam całkiem spore. Nie mogłam oprzeć się tym wszystkim zapachom! Najchętniej wykupiłabym pół sklepu, ale koniec końców stanęło na kulach do kąpieli (Big Blue i Fizzbanger), bąbelkach (Karma i Amandopondo) i mydłach (Sea Vegetable, Karma i Lemslip). Zakupy były na tyle satysfakcjonujące, że później we Włoszech jakoś udało mi się ignorować plakaty o treści "Follow your nose, Lush is close" ;)))






Na koniec, we Włoszech, trafiłam do świątyni makijażu, salonu Kiko. Oszołomił mnie! Trzeba przyznać, że ekspozycja robi wrażenie. Uporządkowana, posegregowana w sekwencje tematyczne i kolorystyczne, w całości dostępna dla klientek, które bez przeszkód i kłopotliwego nadzoru obsługi mogą korzystać z ogromnej ilości testerów, oddać się w ręce makijażystki bądź po prostu pooglądać asortyment. Testowałam więc, oglądałam, wybierając ostatecznie kilka lakierów do paznokci, puder mineralny Soft Focus Compact Wet & Dry Mineral Foundation, szary, precyzyjny cień sypki z serii Eyetech Look i przepiękną paletkę Color Fever.






Tak sobie patrzę na te zakupy i myślę, że dopieściłam nie tylko G, ale też wszystkie pozostałe litery alfabetu ;)))

czwartek, 14 października 2010

Nie wszystko złoto :)

Poproszono mnie o kompleksową recenzję wszystkich produktów marki Lush, z jakimi miałam do czynienia. I tak nosiłam się z tym zamiarem, więc nie ma co dłużej tego odkładać.


Pierwszy kontakt z Lushem miałam, kiedy jeszcze nawet nie śniło mi się o blogu. Także nie dziwcie się, że poddaję ocenie produkty, o których nigdy Wam nie pisałam.

Jaka jest pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy? "Cudów nie ma" :))) Lush uchodzi za producenta przyjaznych skórze naturalnych kosmetyków, ale wystarczy dokładnie poczytać składy, żeby stwierdzić, że czasami to nie do końca tak. Owszem, Lush sięga po mnóstwo składników naturalnego pochodzenia, które w swej ilości i różnorodności wyróżniają tę markę, ale nie udało mu się całkowicie wyeliminować substancji pochodzenia syntetycznego. To w sumie drobnostka, bo tak sobie myślę, że mało kto jest w tym względzie ekstremalnym purystą dokładnie przed zakupem studiującym składy. Ja je czytam, ale mam do nich dystans, nie daję się zwariować.

Druga myśl? Jak wiecie, Lush cieszy się dużą popularnością, ma pozytywny, przyjazny, "zielony", ekologiczny wizerunek. W dodatku oszałamia kolorami i zapachami. Aż się chce z tymi kosmetykami obcować. Tymczasem nie wszystko złoto, co się świeci. Wydawałoby się, że nic, po co tam sięgniemy, nie może nas zawieść, że marka gwarantuje pełną satysfakcję. I często tak jest. Ale niestety często jednak nie jest. W mojej opinii produkty Lush są bardzo nierówne, jedne fantastyczne, inne fatalne. Choć wszystkie kolorowe, pachnące i pięknie zapakowane :))) Dlatego w swojej recenzji podzielę produkty na trzy grupy.


ZDECYDOWANIE TAK

MASK OF MAGNAMINTY

Świetna, oczyszczająca maska o właściwościach peelingujących i orzeźwiających. Co tu dużo gadać: działa. Odświeża i wygładza skórę, zwęża pory, wyrównuje koloryt. Mocno chłodzi. Jest wydajna.

BABY FACE

Kostka do demakijażu bez wody, rozpuszczająca się pod wpływem ciepła skóry. Natłuszczona tym specyfikiem twarz bez problemu poddaje się oczyszczaniu z makijażu, wystarczy przetrzeć wacikiem. Niewielka, ale przy tym wydajna, poręczna, wygodna. Wspaniała alternatywa dla zwykłego demakijażu, zwłaszcza dla cer suchych i bardzo wrażliwych.

DARK ANGELS

Naprawdę mocny, skuteczny peeling. Jedyne, co może przeszkadzać, to konsystencja czarnej, gęstej pasty, niemiłosiernie brudzącej łazienkę. Ale można na to przymknąć oko, bo nie znam lepszego zdzieraka. Jednak uważajcie, to na pewno nie jest produkt dla osób o skórze wrażliwej.

BIG

Bardzo popularny szampon, hit marki o ciekawej, żelowo - kryształkowej konsystencji. Bardzo wydajny i spełniający obietnice producenta - doskonale oczyszczający włosy, nieobciążający.

SEANIK / SQUEAKY GREEN

Bardzo fajne szampony w kostce. Pięknie pachnące, wydajne, wygodne. Spełniające obietnice producenta, zwłaszcza Squeaky Green. Sama przyjemność w używaniu.


ZDECYDOWANIE NIE

GODIVA

Nie rozumiem fenomenu popularności tego szamponu. OK, pięknie pachnie i ma formę kostki, ale w zasadzie na tym kończą się jego zalety. Jego rzekoma wydajność to mit. Wielkie kawałki masła shea wypadają z kostki w trakcie użytkowania nie spełniając swej nawilżającej, odżywczej roli.

AMERICAN CREAM

Kolejny cieszący się dobrą sławą produkt, który nie przypadł mi do gustu. Zapach bardzo ładny, ale co mi po zapachu, skoro właściwości pielęgnacyjne marne? Odżywka, która nie odżywia. A także nie wygładza, ani nie wzmacnia włosów.

TRICHOMANIA

Szampon niewypał. Nie chcę za bardzo go krytykować, bo mam zupełnie proste włosy, a on przeznaczony jest do włosów kręconych. Skusiła mnie jednak wizja mocnego odżywienia i nawilżenia, więc świadomie się na niego zdecydowałam. Nie wiem, jak sprawdza się przy włosach kręconych, z moimi nie robi nic. Nawet ich dokładnie nie myje,bo nie chce się pienić!

HERBALISM

Nie mogę się przemóc. Kupiłam sugerując się zachęcającym opisem, niestety nie powąchałam. Odpycha mnie mocny, ziołowy, podszyty drożdżami i niczym nie złagodzony zapach. Próbowałam używać, ale się poddałam. Denerwowała mnie też luźna, prawie sypka konsystencja, zmieniająca się w gładką masę dopiero pod wpływem wody.


MIESZANE UCZUCIA

HONEY I WASHED THE KIDS / ROCK STAR / SANDSTONE

Nie można im nic zarzucić, bardzo przyjemne mydła. Pięknie pachną, ślicznie wyglądają, ale jednak nie są tak fantastyczne, żebym chciała regularnie je kupować. Są po prostu drogie, a w końcu to tylko mydła. Od czasu do czasu, jako taka fanaberia, dlaczego nie, jak najbardziej.

COAL FACE

Słabsza wersja Dark Angels, w mydle do codziennej pielęgnacji cery. Krzywdy nie robi, ale nie robi też nic spektakularnego, znam lepsze specyfiki. Także nie skreślam, ale mieć nie muszę.

ULTIMATE SHINE

Bardzo wydajny szampon w kostce, faktycznie nabłyszczający, ale niestety plączący włosy. Wyjątkowo plączący, przynajmniej moje :) Nie mogę powiedzieć, że jest do kitu, ale hitem dla mnie też nie jest.


To tyle. Może ten mój subiektywny przegląd na coś Wam się przyda i ułatwi wybór w trakcie zakupów. I pamiętajcie: warto trzymać się założenia, że żadnemu producentowi nie należy wierzyć bezkrytycznie :)))

czwartek, 12 sierpnia 2010

To jest napad! ;)))

Wparowałyśmy do lwowskiego salonu Lush z takim impetem i entuzjazmem, że naprawdę wyglądało to jak napad :))) Od progu gorączkowo rozglądałyśmy się po półkach, próbując rozszyfrować cyrylicę ;) Byłyśmy oczywiście zupełnie niegroźne, aczkolwiek po zakupach każda "łupy" w rękach miała :)

Popatrzcie, jak obłowiły się moje koleżanki.







A moja zdobycz? Oto ona:
- American Cream, KLIK;
- Trichomania, KLIK;
- Rock Star, KLIK.

Wkleiłam linki do strony anglojęzycznej, ukraiński jednak mało kto zna ;) Ale jak ktoś chce po ukraińsku, nie ma sprawy, proszę bardzo! KLIK











AMERICAN CREAM

American Cream to wzmacniająca, kremowa odżywka do włosów. Dostępna jest w trzech pojemnościach (100, 250 i 500 g). W jej składzie dominuje miód, wanilia, truskawka i pomarańcza. Możecie się domyślić, jak fantastyczny zapach oznacza taka mieszanka :)








TRICHOMANIA

Trichomania to szampon w kostce sprzedawany na wagę. W składzie głównie mleczko kokosowe, które ma zapewnić nawilżenie przesuszonym włosom. Przeznaczony zwłaszcza do włosów kręconych. Moje są proste jak druty, ale postanowiłam go wypróbować ze względu na obietnicę wyjątkowego odżywienia i zmiękczenia, skusił mnie też apetyczny kokosowy zapach :)







ROCK STAR

Rock Star to różowiutkie, rozkosznie pachnące mydło kąpielowe. W składzie wanilia i olej kokosowy. Podobno posiada pewne właściwości antyoksydacyjne.





(Obrazki pochodzą ze strony www.lush.co.uk)



Hmmm, widać, że mam słabość do wanilii i kokosa? Ktoś jeszcze? :)))




środa, 11 sierpnia 2010

Prospekt Swobody 27 :)

Zapamiętajcie ten adres: Lwów, Prospekt Swobody 27, Pasaż Opera :)))

Co się tam mieści? Domyślacie się? Podpowiem. Mydła, balsamy, szampony, scruby, maski, odżywki, kremy, obłędne i apetyczne zapachy. Tak, salon LUSH!

Oczywiście nie można było robić zdjęć, ale ostatecznie obsługa salonu przymknęła oko ;))) (Macie pojęcie, jak ja się dla Was narażam? ;)))



















Pasaż Opera to miejsce bardzo ekskluzywne jak na lwowskie warunki, w świetnej lokalizacji, w samym centrum Lwowa (wielkie otwarcie miało miejsce całkiem niedawno, w grudniu 2009 roku KLIK). Także otoczenie salon LUSH ma piękne. Nie pozostaje ono jednak bez wpływu na charakter sklepu. Lush, który odwiedziłam na Wyspach, był zatłoczony, gwarny, ciasny, swojski. Owszem, trochę niszowy, ale jednak dało się odczuć, że to po prostu kosmetyczna sieciówka. A we Lwowie? W sklepie pusto, przestronnie, bardzo jasno, sterylnie, elegancko. Towar wyeksponowany z lekkim zapędem artystycznym. Widać, że oferta nie jest skierowana do zwykłego klienta z ulicy ... Wygląda na to, że na Ukrainie Lush uchodzi za markę z wyższej półki. Co uzasadniają zresztą ceny, nieco wyższe niż w Wielkiej Brytanii, zdecydowanie wysokie, jak na przeciętną ukraińską kieszeń. Moja polska kieszeń jakoś dała radę ;))) Jutro Wam pokażę, co kupiłam :)




środa, 30 czerwca 2010

Do Lusha, do Lusha, do Lusha piechotą będę szła! *

* Tytuł posta zapożyczony od mojego męża, który ostatnio uwielbia nucić sobie tę sparafrazowaną piosenkę, żeby się ze mną podroczyć ;)

Wczoraj pokazałam Wam moje zakupy, dziś pora na kilka słów na ich temat. Oto list moich nabytków:

- mydło Honey I washed the kids, KLIK
- mydło Sandstone, KLIK
- szampon BIG, KLIK
- szampon w kostce Godiva, KLIK
- szampon w kostce Seanik, KLIK
- szampon w kostce Squeaky Green, KLIK
- bar tin, KLIK
- Mask of Magnaminty, KLIK
- Herbalism, KLIK

WSZYSTKIE ZDJĘCIA POCHODZĄ ZE STRONY www.lush.co.uk, KLIK

HONEY I WASHED THE KIDS



Obłędnie pachnące mydło o słodkim, intensywnym zapachu miodu i toffee, aż chce się zjeść ;) Nie umiem nic powiedzieć na temat jego właściwości, bo jeszcze go nie używałam, ale spodziewam się odżywienia i nawilżenia. Dzieliłam to mydełko na mniejsze części, jest miękkie, łatwo podzielne, nie kruszące się. Ozdobione plastrami pszczelego wosku.

SANDSTONE



Kolejne mydło o równie intensywnym, tym razem wyraźnie cytrusowym, pobudzającym zapachu. Zawiera ziarenka piasku, dzięki którym zyskuje właściwości peelingujące. Jeszcze nie próbowałam.

SZAMPON BIG




Jeden z najbardziej znanych produktów LUSH, słynny dodający włosom objętości i blasku szampon z solą morską i sokiem z limonek. Od dłuższego czasu myję nim włosy, więc mogę go rzetelnie zrecenzować.

Pierwszy kontakt z tym specyfikiem może wprawić w konsternację. BIG nie przypomina szamponów, które znamy ze zwykłych drogerii. Pakowany jest w pudełko, a nie tradycyjnie w butelkę i choćby to już go wyróżnia. Ma żelową, wcale nie taką znowu zwartą konsystencję, przypomina zawiesinę, w której tkwią wyraźnie widoczne i wyczuwalne bryłki soli. Czy to w ogóle da się wypłukać?!? Otóż da się :))) Szampon w kontakcie z wodą błyskawicznie się spienia, grudki całkowicie się rozpuszczają. Dla większego komfortu rozczesywania moich długich włosów stosuję po nim odżywkę, ale przy mało wymagającej fryzurze nie będzie takiej potrzeby. Włosy po umyciu są miękkie i błyszczące, choć szczerze mówiąc nie zauważyłam jakiejś szczególnej objętości. Dodam tylko, że mam naprawdę długie i gęste włosy, łatwo je obciążyć, więc nie spodziewałam się cudów. Szampon jest wydajny, zostawia na włosach charakterystyczny, utrzymujący się dość długo zapach morskiej bryzy.

GODIVA



Szampon w kostce. Dziwne, prawda? Mnie to dziwiło, kiedy zetknęłam się z taką formą po raz pierwszy. Miałam jednak okazję przetestować Ultimate Shine i szybko przekonałam się, jaka to wygoda :) Kostki LUSH wbrew obawom fantastycznie się pienią, wystarczy przeciągnąć po włosach. Są nieprawdopodobnie wydajne!

Godiva to bestseller, szampon o jaśminowym zapachu, wzbogacony o odżywkę. Zawiera shea i masło kokosowe. Wygładza i nawilża. Podobno, bo jeszcze nie używałam ;)))

SEANIK



Odpowiednik BIGA w kostce. Podobny skład, podobne właściwości. Wzbogacony o algi o właściwościach zmiękczających. Wściekle niebieski kolor przywodzi na myśl morską wodę.

SQUEAKY GREEN



Cóż, wygląda jak sprasowana karma dla rybek ... ;))) Ale to prawdziwa ziołowa bomba o właściwościach przeciwłupieżowych. Zawiera rozmaryn, pokrzywę i orzeźwiającą miętę. Dzięki ekstraktom z drzewa herbacianego wykazuje też właściwości antybakteryjne. Moc ziół uzupełnia róża, rumianek i wanilia.

BAR TIN



W czymś musimy te nasze szampony przechowywać, no nie? Zwłaszcza kostkę, która akurat jest w użyciu. Bar tin to pudełeczko na miarę, dodawane jako gratis przy zakupie co najmniej dwóch kostek. Można je jednak dostać także w regularnej sprzedaży. Lekkie, estetyczne, łatwe do utrzymania w czystości. Cieszy oko.

MASK OF MAGNAMINTY



Magnaminty to miętowa maska z zawartością glinki. Jest fantastyczna! Świetnie, głęboko oczyszcza, wygładza i zamyka pory. Peelinguje dzięki zawartości nasion. Pozostawia skórę miękką, odświeżoną, z wyrównanym kolorytem. Zabiegowi towarzyszy uczucie chłodu, charakterystyczne dla miętowych specyfików.

HERBALISM



Hmmm ... Wygląda nieciekawie, pachnie też nieszczególnie, ziołowo. Jest to preparat przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery tłustej i problematycznej. Ma postać gęstej, ale niejednolitej pasty, pod palcami wyraźnie można wyczuć grudki. To otręby ryżowe, dzięki którym pasta ma właściwości lekko złuszczające. Zawiera kaolin, rozmaryn, pokrzywę, rumianek i ocet ryżowy. Ja wyczuwam lekko drożdżowy zapach, ale może to tylko złudzenie? W każdym razie preparat jest skuteczny! Porządny oczyszczacz, choć na pewno nie do cery wrażliwej. Moje oczekiwania spełnia, choć mógłby przyjemniej pachnieć. Z drugiej strony mam pewność, że produkt nie został nafaszerowany sztucznymi aromatami wyłącznie po to, by podnieść komfort stosowania.


I co? Jak Wam się podoba? Macie swojego faworyta? A może coś spoza mojej listy? Jestem bardzo ciekawa.

wtorek, 29 czerwca 2010

Uczta dla oka :)

Postanowiłam stopniować napięcie ;))) Dziś tylko zdjęcia, ale bądźcie czujni, niedługo wrócę z komentarzem!

























Do zobaczenia! :xxx

poniedziałek, 28 czerwca 2010

I'm so excited! ;)))

I'm so excited
And I just can't hide it,
I'm about to lose control
And I think I like it!!!



Potraficie sobie wyobrazić ekscytację, jaka mnie ogarnęła, kiedy stanęłam przed salonem LUSH? :)))

Nie wiem, jak to jest, że sklepy tej kosmetycznej marki znajdują się praktycznie w całej Europie, nawet na Ukrainie, a w Polsce nadal ich nie ma ... Tym bardziej cieszyłam się na myśl o czekających mnie zakupach :)

Obłędny zapach uderza w nas już w drzwiach. Mieszanina aromatu ziół, owoców, przypraw, sama nie wiem, czego jeszcze. Półki uginające się pod ciężarem charakterystycznych czarnych pudełek, stoły tonące w kolorowych bryłach mydeł, wszędzie tabliczki z zachęcającym zaproszeniem "TRY ME!", uśmiechnięta, pomocna, ale nienachalna obsługa, która wyrasta jak spod ziemi, kiedy tylko na naszej twarzy zagości wyraz zaciekawienia jakimś specyfikiem. Wszystko na wyciągnięcie ręki - żadnych barierek, żadnych odgradzających kontuarów, żadnej ochrony za plecami. Cokolwiek nas zainteresuje, możemy dotknąć, powąchać, wypróbować, do czego na każdym kroku jesteśmy zresztą zachęcani, czy to przez wszechobecne tabliczki "TRY ME!", czy to bezpośrednio przez obsługę. Po prostu drogeryjny raj! ;)))

Niestety, polityka firmy nie zezwala na fotografowanie salonów w środku. Udało mi się jednak zrobić zdjęcia z zewnątrz. Wybaczcie ich jakość, ukrywałam się, działałam jak paparazzo ;))) Mam nadzieję, że choć trochę przybliżą Wam atmosferę tego miejsca. Proszę, LUSH w całej swej okazałości :)





Nie ukrywam, że wyszłam stamtąd uboższa o kilkadziesiąt funtów. A o co się wzbogaciłam, pokażę Wam już wkrótce :)))

środa, 19 maja 2010

My preciouss ... ;)))

Przyznajcie, opakowanie ma znaczenie, prawda?

Lubię kosmetyki, które wyróżniają się nie tylko swoimi świetnymi właściwościami, ale po prostu cieszą też oko i ładnie się prezentują na półce czy w kuferku.

Podobają mi się różne opakowania. Zwykle zachwycam się dyskretną elegancją, ale potrafię też docenić pomysłowość i funkcjonalność, nawet jeśli idzie to w parze z krzykliwością.

Dzisiaj pokażę Wam wyróżniające się opakowaniem produkty z moich kosmetycznych zbiorów.

Meteoryty Guerlain (na zdjęciach Midnight butterflies, White pastels oraz Mythic):





Pudełeczka przyciągają uwagę. Stwarzają wrażenie ciężkich puzdereczek, w rzeczywistości są jednak lekkie, bo tekturowe. Stylizowane "na bogato" ;)

Rosebud Salve (na zdjęciach Rosebud Salve oraz Brambleberry Rose):





Opakowania tych balsamów do ust są niezwykle urokliwe. Ich stylistyka nieco trąci myszką, ale właśnie to jest fajne. Wykonane z metalu, dzięki czemu trwałe.

Pomadki Inglot:





To coś w moim stylu. Czarne, minimalistyczne, eleganckie. Dopracowane w najmniejszym detalu.

Benefit, Dandelion:





Opakowania firmy Benefit są charakterystyczne, po prostu ładne. Niestety niezbyt trwałe, bo tekturowe, ale funkcjonalne i wygodne.

Lush, Dark Angels:





Na zdjęciach peeling Dark Angels, ale wszystkie opakowania produktów Lush są utrzymane w podobnej, skromnej, czarnej kolorystyce. Cenię je za praktyczność i solidność.

A Wy? Czym kierujecie się w swoich wyborach? Stawiacie na piękny design, czy raczej na funkcjonalność i trwałość? Podawajcie swoje typy!