W czerwcu miałam okazję spędzić parę dni w Budapeszcie, gdzie zakupowe ścieżki doprowadziły mnie do salonu Lush. Zakupy zrobiłam spore (mogłyście zobaczyć je TUTAJ) i pewnie prędzej czy później o poszczególnych produktach, na które się zdecydowałam, jeszcze Wam napiszę, ale jeden z nich swoje pięć minut będzie miał już dziś. Moje czerwcowe odkrycie, głęboko oczyszczająca maseczka do twarzy i ciała Mask of Magnaminty w nowej, odmienionej formule!

Kosmetyki Lush bardzo lubię i kupuję je, kiedy tylko mam możliwość. Mimo ograniczonej w Polsce dostępności tej marki (doczekamy się w końcu salonu, czy nie???), zdążyłam poznać już całkiem sporą część jej asortymentu. Mask of Magnaminty też dobrze znam, wracam do niej w zasadzie przy każdych zakupach. Dała się poznać jako wyjątkowo skuteczna, mocno oczyszczająca, ściągająca pory i łagodząca wszelkie zmiany skórne maseczka do problematycznej cery. Bardzo odpowiada mi jej działanie, nic więc dziwnego, że korzystając z okazji, kolejny raz chciałam do niej wrócić. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jakiś czas temu przeszła reformulację! Gwoli ścisłości, w sprzedaży dostępne są dwie wersje, stara i nowa, odmieniona. Z ciekawości zdecydowałam się na nowość.

Mask of Magnaminty, jaką pamiętałam, była bardzo, bardzo miętowa i mimo konsystencji pasty dość niejednorodna, grudkowata. Nowa formuła (określona jako "self-preserving", czyli "samokonserwująca się"), sprawiła, że maska zyskała na gładkości, dużo łatwiej ją rozprowadzić. Z tego, co zauważyłam, skład pozostał ten sam, zmieniły się jedynie proporcje poszczególnych składników. W nowej wersji jest dużo więcej miodu i jak się domyślam, to chyba on odpowiada za zmianę konsystencji. Na pewno odpowiada natomiast za zmianę zapachu, który ze świdrująco miętowego przeobraził się w coś zdecydowanie słodszego i delikatniejszego. Niżej zdjęcie etykiety z nowym składem.

Dla porządku wklejam też stary skład, możecie sobie porównać.
List of ingredients: Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Organic Ground Aduki Beans, Glycerine, Evening Primrose Seeds, Peppermint Oil, African Marigold Oil, Fair Trade Vanilla Aboslute, Limonene, Perfume, Chlorophyllin, Methylparaben.
Jeśli starą wersję po prostu lubiłam, nową wprost uwielbiam. Niesamowitemu działaniu (pięknie oczyszczona, ukojona cera) towarzyszy teraz także komfort stosowania (gładsza i bardziej zwarta konsystencja, zasychająca na twarzy bez ściągania skóry) i niezwykle przyjemny zapach (słodki, ale z wyraźną orzeźwiającą nutą). Jeśli tylko macie możliwość zajrzeć do salonu Lush, koniecznie się tej masce przyjrzyjcie! Warto. Ja z pewnością będę do niej wracać, choć pojęcia nie mam, kiedy znowu nadarzy się okazja do zakupów. Pewnie nieprędko. A zapasów nie ma co robić, bo maski Lush to produkty świeże, bez chemicznych konserwantów, z bardzo krótkim terminem zdatności do użycia. Przydałby się choć jeden salon w którymś z polskich miast, oj, przydałby się ...
Znacie Mask of Magnaminty? Starą, czy nową wersję? Jak w Waszych oczach wypada porównanie? Dajcie znać. Zdradźcie też, które z produktów Lush darzycie największą sympatią. A może nie miałyście jeszcze okazji zetknąć się z produktami tej marki? Podzielacie moje zniecierpliwienie w oczekiwaniu na jej wkroczenie do Polski? Zachęcam do wypowiedzi. Nie zapomnijcie też wspomnieć o własnych czerwcowych kosmetycznych odkryciach, umieram z ciekawości! Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.
Buziaki,
Cammie.





















































