Do rzeczy. Mam dla Was proste równanie:
zalotka + maskara + grzebyk = podkręcone, długie, rozdzielone rzęsy
Oczywiście jakość tuszu do rzęs, a przede wszystkim jego szczoteczki, jest bardzo istotna, ale przy pomocy zalotki i grzebyka nawet z najzwyklejszym tuszem można wyczarować piękne, wyraziste spojrzenie. Ja używam zalotki For Your Beauty, wygodnej i zabezpieczonej gumką, dzięki czemu nie jest zbyt inwazyjna oraz metalowego składanego grzebyka z Inglota, pozwalającego rozczesać nawet najbardziej sklejone rzęsy.


Dzięki tym niewielkim gadżetom z łatwością wyczarowuję zadowalający mnie efekt.



Makijaż ten zrobiłam przy minimum wysiłku, wykorzystując zaledwie kilka produktów: dwa sypkie mineralne cienie Sweetscents (opalizującą Deltę nałożyłam na całą powiekę ruchomą, a czerwonawy Cactus Blossom roztarłam w załamaniu powieki), czarny eyeliner Lovely i tusz The Falsies Volum' Express Maybelline (na marginesie dodam, że cienie i liner dostałam niedawno od Fanki Fiorda, za co jeszcze raz pięknie jej dziękuję!).

Jak widzicie, naprawdę minimum. Ale dzięki zalotce i grzebykowi spojrzenie jest świeże, a oko podkreślone, otwarte i wyraziste. Trzeba tylko pamiętać, żeby zalotki używać przed pomalowaniem rzęs, bo w innym przypadku po prostu je połamiemy.

Takie tortury nie są mi straszne :))) Zalotka to dla mnie fantastyczne udogodnienie, dzięki któremu spojrzenie w pół sekundy nabiera charakteru, a grzebyk to podręczne s.o.s., kiedy tusz brzydko skleja rzęsy. A dla Was? Zbędna fanaberia czy niezbędny "must have"?