beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alterra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alterra. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 listopada 2014

Nie do odróżnienia, czyli olejki Alterra i Alverde


Zauważyłyście, że im bardziej coś jest dla nas z różnych względów niedostępne, tym bardziej tego pragniemy? Ja wyraźnie widzę tę prawidłowość. Chociażby na przykładzie asortymentu drogerii DM, koło którego nigdy nie potrafię przejść obojętnie, jeśli tylko mam okazję zrobić zakupy za granicą. Czy jednak naprawdę nasza rodzima oferta jest mniej atrakcyjna? Warto uzmysłowić sobie, że niekoniecznie. Przekonałam się o tym przyglądając się z bliska słynnym olejkom Alverde, które jak się okazało, do złudzenia przypinają olejki Alterra, dostępne dla nas w każdym Rossmannie na wyciągnięcie ręki.

Nie zamierzam raczyć Was dziś żadną recenzją, na temat olejków obu marek napisano już morze słów. Chciałabym raczej zwrócić Waszą uwagę na niesamowite podobieństwo tych produktów, które w moich oczach sprawia, że o ile komuś nie zależy na jakiejś charakterystycznej kombinacji olejków składowych bądź konkretnej nucie zapachowej, nie ma co stawać na głowie, żeby zdobyć akurat te z Alverde. Olejki Alterry w niczym im nie ustępują.




Olejki obu marek łączy naprawdę wiele. Począwszy od opakowania, poprzez gabaryty, na właściwościach kończąc. W obu przypadkach mamy kartonik o identycznych kształtach i identycznych wymiarach, w obu przypadkach w środku znajdujemy identyczną, kryjącą 100 ml produktu butelkę z identyczną pompką z charakterystyczną strzałką. Pod względem wizualnym nie różnią się nawet w najmniejszych detalach.




Obie marki oferują nam kilka wariatów olejków do wyboru. Jeśli chodzi o Alverde, do czynienia miałam z wersją porzeczkową, kokosową i różaną, z oferty Alterry poznałam natomiast widoczną na zdjęciach wersję limonkową, a także migdałową z papają i pomarańczowo-brzozową.




Nie zauważyłam istotnych różnic, jeśli chodzi o ich działanie. Generalnie wszystkie dobrze mi służyły. Ranking, jaki mogłabym stworzyć na własny użytek, uwzględniałby w pierwszej kolejności dominujące nuty zapachowe, bo właściwości olejków (uniwersalność zastosowań, konsystencja, dobroczynne wpływ na ciało i włosy) oceniam na bardzo podobnym poziomie. Niezależnie od marki i wersji, uwielbiam stosować je do szybkiego nawilżania i natłuszczania mokrego ciała po kąpieli, to zdecydowanie moja ulubiona forma ich aplikacji. Kocham łatwość i szybkość, z jaką odczuwalnie poprawiają kondycję mojej skóry, zostawiając na niej przy tym piękny zapach.





Jeśli miałabym odnieść się do jakości, to również nie potrafiłabym szczególnie wyróżnić żadnej z marek. Obie oferują nam olejki w pełni naturalne, wegańskie, o bezpiecznych, bogatych składach, w przyjaznych, niewygórowanych cenach (około 20 zł). Ich wydajność i uniwersalność jest niesamowita, nadają się zarówno do ciała, jak i do włosów, równie dobrze spisując się też jako dodatek do kąpieli, czy środek do masażu. Zdradzę Wam, że sama często używam ich też jako emulgującego ciężkie podkłady czyścika do gąbek do makijażu, sprawdzają się w tej roli znakomicie.

Jak widzicie, trudno powiedzieć, że któraś z marek proponuje nam produkt wyraźnie lepszy. Dla mnie są one naprawdę podobne. Próbowałam nawet ustalić, czy przypadkiem nie mają wspólnego producenta - za pomocą kodów kreskowych w prosty sposób można zrobić to TUTAJ - ale niestety rossmannowego olejku system nie rozpoznał (dla olejku z DM wskazując dm-drogerie markt GmbH + Co. KG). Może Wy wiecie coś więcej na ten temat? Z tego, co się orientuję, sieci drogerii Rossmann i  DM nie należą do jednego koncernu (poprawcie mnie, jeśli się mylę), ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że tak duże podobieństwo to przypadek. 

Zgadzacie się ze mną, że olejki Alverde i Alterra są niemal nie do odróżnienia? Dajcie znać. Napiszcie też koniecznie, czy podobnie jak ja macie skłonność do pożądania rzeczy w Polsce niedostępnych. Choć jak widać, czasami jest to zupełnie nieuzasadnione!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 8 września 2014

O tym się mówi, czyli oczyszczająca emulsja Alterra Bio-Granat | Nowa seria postów!


Istnieją takie produkty, które od zawsze cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, odznaczając się niezwykłymi właściwościami bądź uchodząc za wyjątkowo skuteczne i warte każdej złotówki. Zdarza się też, że jakiś produkt wchodząc na rynek szturmem zdobywa blogosferę, z różnych względów szybko zyskując ogromną popularność. Pomyślałam, że warto byłoby od czasu do czasu napisać o którymś z nich, sprawdzając, o co tyle hałasu. Zapraszam więc dziś na pierwszy post z nowej serii O tym się mówi, w którym pod lupę biorę emulsję oczyszczającą Alterra Bio-Granat. Czy jest ktoś, kto jeszcze o niej nie słyszał? :)))




Ile ja się za tą emulsją nachodziłam! Wszędzie rzucały mi się w oczy pochlebne opinie na jej temat, pozytywne recenzje i namowy do zakupu. Najwyraźniej uległam im nie tylko ja, bo przez kilka tygodni we wszystkich Rossmannach w moim mieście była nie do dostania, ciągle odbijałam się od pustych półek. Oczywiście im dłużej nie mogłam jej kupić, tym bardziej jej pragnęłam :DDD W końcu udało się, znalazłam! Kupiłam, choć szczerze mówiąc miałam moment zawahania, w końcu jest to produkt przeznaczony do cery suchej, a moja ma skłonności do przetłuszczania się, ostatecznie jednak ciekawość zwyciężyła. Jak dobrze, że się nie rozmyśliłam!

Cóż, pewnie już się domyślacie, że podzielę wszystkie zachwyty na jej temat. Ale nie będę Wam pisać o tak oczywistych zaletach jak bogaty naturalny skład czy piękny zapach, w końcu to cechy charakterystyczne wszystkich kosmetyków Alterry. Ja po prostu dawno już nie miałam tak przyjemnego preparatu do oczyszczania twarzy!

Emulsja oczyszczająca do skóry bardzo suchej. Zawiera masło shea BIO i aloes BIO. Łagodne substancje pochodzenia roślinnego szczególnie delikatnie oczyszczają skórę. Kombinacja składników takich jak cenny olej z nasion granatu BIO i żel z aloesu BIO nawilża skórę już podczas oczyszczania. Testy dermatologiczne potwierdzają bardzo dobrą tolerancję emulsji oczyszczającej do twarzy Alterra przez skórę. 

Skład: Aqua, Glycine Soja Oil*, Glycerin, Alcohol*, Glyceryl Stearate Citrate, Myristyl Myristate, Myristyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Caprylic/Capric Triglyceride, Coco - Glucoside, Xanthan Gum, Butyrospermum Parkii Butter*, Punica Granatum Seed Oil*, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Bisabolot, Ginko Biloba Leaf Extract, Tocopherol, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Parfum**, Linalool**, Limonene**, Geraniol**, Citral**, Citronellol**. (*Składniki z upraw ekologicznych,** Z olejków eterycznych).

Cena: 8,50 zł / 125 ml





Formuła tej emulsji to dla mnie nowość (wmasowuje się ją w suchą skórę i dopiero potem spłukuje wodą), ale okazało się, że bardzo mi ona służy, zostawiając cerę nie tylko czystą, ale też przyjemnie gładką, mięciutką i nawilżoną. Niesamowite uczucie! Zero ściągnięcia, zero podrażnień, po prostu komfort.

Żeby nie było wątpliwości: jak tej emulsji używam? Najpierw zmywam makijaż oczu (płynem micelarnym Garnier 3w1), potem ścieram makijaż twarzy chusteczką do demakijażu (Cleanic Grape Vit Formula - swoją drogą świetne chusteczki, na ich rzecz jakiś czas temu całkiem porzuciłam rossmannowe Lilibe), na koniec sięgam właśnie po emulsję. Rozprowadzam ją palcami po twarzy, dokładnie wmasowuję ją w skórę i mniej więcej po minucie spłukuję ciepłą wodą. Piszę o tym, bo sposób użycia na opakowaniu opisany jest dość enigmatycznie.

Obawiałam się, że tego typu demakijaż (emulsję stosuję tylko wieczorem) będzie dla mojej tłustej, skłonnej do zanieczyszczeń cery niewystarczający, ale mijają już dwa tygodnie, odkąd codziennie po nią sięgam i nie zauważyłam absolutnie żadnych niepokojących objawów. Wręcz przeciwnie, codziennie cieszę się skórą nie tylko łagodnie oczyszczoną, ale też ukojoną i odprężoną.




Bardzo tę emulsję polubiłam, ale chcąc zachować obiektywizm, nie mogę nie wspomnieć na koniec o jej kiepskiej wydajności. Po dwóch tygodniach dostrzegam w tubce spory ubytek. Myślę, że gdyby stosować ją regularnie dwa razy dziennie, opakowanie wystarczyłoby na maksymalnie trzy, może cztery tygodnie. Na szczęście jest to niedrogi kosmetyk, także można przymknąć na to oko.

Polecam tę emulsję głównie osobom o cerze suchej, choć jak widać, sprawdza się ona także w przypadku cery takiej jak moja, czyli przetłuszczającej się, ale dojrzałej, skłonnej do odwodnienia, drażnionej kuracjami przeciw wypryskom i przebarwieniom. Także nawet jeśli nie macie cery suchej, ale nie boicie się kosmetycznych eksperymentów, koniecznie ją wypróbujcie. Teraz dostaniecie ją w promocji, za mniej więcej 6 zł. O ile oczywiście znajdziecie ją jeszcze na sklepowych półkach, bo nadal znika z prędkością światła. Ja miałam szczęście, właśnie kupiłam na zapas drugie opakowanie :)))


To tyle, jeśli chodzi o pierwszy wpis z cyklu O tym się mówi. Jak Wam się spodobał? Mam nadzieję, że seria się przyjmie i z zainteresowaniem będziecie czytać o takich przebojowych produktach, jak właśnie emulsja Alterra Bio-Granat. Myślę, że to fajna okazja, żeby czegoś się o nich dowiedzieć przed ewentualnym zakupem albo po prostu porównać doświadczenia. Pomysłów mi w każdym razie nie brakuje, lista produktów, o których "się mówi", jest przecież długa. W następnej kolejności chciałabym wziąć się za balsam do ust Nuxe albo jajeczko Eos, co Wy na to? A może macie inną propozycję? Koniecznie napiszcie. Dajcie też znać, czy miałyście już do czynienia z emulsją Bio-Granat? Co o niej myślicie? Planujecie ulec temu zbiorowemu szałowi, czy jesteście na niego zupełnie odporne? A może już uległyście, tak jak ja? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.

Zagraj o świecę zapachową
Bridgewater Sweet Grace!



piątek, 5 września 2014

Nie ma jak piątkowy wieczór, czyli podsumowanie sierpnia | Popularne posty, rozrywka, fitness, zakupy, nagrody, nowości



Witajcie! Nie ma jak piątkowe wieczory, z tak odległym poniedziałkowym porankiem, co? :DDD Na szczęście jest piątek, do poniedziałku daleko, a ja na dobry początek weekendu zapraszam Was na luźny post podsumowujący sierpień. Mam Wam parę fajnych rzeczy do pokazania!




W zasadzie jeśli chodzi o bloga, to za bardzo nie ma czego podsumowywać, bo w sierpniu, ze względu na urlop i wyjazd, o którym możecie poczytać TUTAJ, pisałam dla Was rzadko i nieregularnie. Pośród tych postów, które udało mi się opublikować, największym zainteresowaniem cieszyło się zdecydowanie zestawienie moich lipcowych lektur ---> KLIK. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło, bo zwykle wpisy z tej serii mają raczej stałe grono czytelników, a tymczasem tym razem liczba odsłon poszybowała w górę, sięgając jak nigdy kilku tysięcy! Super, bardzo mnie to cieszy :))) To dla mnie niezbity dowód na to, że seria Książki miesiąca na dobre zadomowiła się na No to pięknie! i nie powinnam z niej rezygnować. 

Co więcej? W sierpniu licznie przyciągnęły Was też zdjęcia obłędnego różu (fioletu?) Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK, chętnie czytałyście też o moim sierpniowym kosmetycznym odkryciu w postaci bardzo taniej, a jakże skutecznej maski do włosów Loton Provit ---> KLIK.

Jeśli chodzi o FB, to największy zasięg osiągnął post, w którym chwaliłam się, że udało mi się ukończyć 30 day shred. Wszystkich zainteresowanych relacją z miesiąca z Jillian Michaels uspokajam, że pamiętam o niej i na pewno coś napiszę. Tymczasem walczę z kolejnym trzydziestodniowym programem, tym razem 30 day ripped. Nie będę kryć, że jest trudniej. Ze względu na kontuzję kolana w tamtym tygodniu musiałam co prawda przerwać ćwiczenia, ale od poniedziałku znowu biorę się do roboty!

Ponieważ przez jakiś czas nie ćwiczyłam, wieczorami miałam czas na serial. Po fatalnym zakończeniu Lost (miałam wrażenie, że po tych wszystkich godzinach spędzonych nad kilkoma sezonami ktoś mnie po prostu zrobił w bambuko) byłam jednak sceptycznie nastawiona do kolejnego tasiemca i za Waszą radą zdecydowałam się na coś znacznie krótszego. Tylko trzy sezony, każdy po trzy odcinki. Już wiecie? Tak, Sherlock




Sherlock kradł mi wieczory przez bity tydzień, nie mogłam się od tego serialu oderwać! Genialny. Zaskakujący. Zabawny. Tylko tym razem znowu za krótki! A na kolejny sezon trzeba czekać tak długo ... Kto nie widział, niech ogląda, bo naprawdę warto. Niezorientowanym zdradzę tylko, że historia Sherlocka Holmesa przeniesiona została do współczesnego Londynu, gdzie tytułowy Sherlock, piekielnie inteligentny, a dzięki temu jakże seksowny, rozwiązuje zagadki w towarzystwie oczywiście doktora Watsona, który w tej uwspółcześnionej wersji jest lekarzem wojskowym rannym w Afganistanie. Serialowy majstersztyk! Teraz wzięłam się za The killing, ale jeszcze nie wiem, czy mi się podoba, dam Wam znać za miesiąc.

sierpniowych lekturach jak zwykle zdążyłam już Wam napisać, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

Na koniec słówko o zakupach, nagrodach i współpracowych nowościach. Pewnie wiecie, że na urlopie zaszalałam w DM, bo już Wam o tym wspominałam. Nakupiłam głównie szamponów, odżywek, żeli pod prysznic i kremów do rąk, ale raczej nie ma sensu Wam tego wszystkiego dokładnie pokazywać, jest tego cała torba :)))




W zasadzie nic więcej w sierpniu nie kupowałam, małym wyjątkiem była tylko zyskująca coraz większy rozgłos emulsja do mycia twarzy Alterra Bio Granat




Już za kilka dni będziecie mogły poczytać o niej więcej (mam pomysł na nową, ciekawą serię!), dziś napiszę tylko, że ten rozgłos jest w moim odczuciu jak najbardziej uzasadniony.

Parę tygodni temu uśmiechnęło się do mnie szczęście w konkursie organizowanym przez Manię [KLIK], w którym zdobyłam jedną z trzech nagród, zestaw Essie złożony z letniej mini kostki i wygładzającej bazy Ridge filling.  




Kostka zawiera cztery lakiery o pojemności 5 ml, malinowy Haute in the heat, niebieski Strut your stuff, pomarańczowy Roarrrrange i brązowy Fierce not fear.




Z niektórymi z tych kolorów mam pewien problem i nie wiem, czy będę prezentować je na blogu (czy ja kiedyś oswoję na paznokciach niebieski? ...), dlatego póki kostka jest w sprzedaży, pokażę je Wam po prostu na próbniku.




Jeśli chodzi o współprace, w sierpniu przyjęłam tylko jedną propozycję, godząc się na testy zestawu nieznanych jeszcze u nas kosmetyków Skin Chemists [KLIK], serum rozjaśniającego cerę Lightening i maseczki z kwasem glikolowym Rapid Facial. Oczywiście jest o wiele za wcześnie, żeby mówić o efektach ich działania, ale jeśli chodzi o pierwsze wrażenie, to było ono bardzo, bardzo obiecujące.




Za jakiś czas napiszę Wam o tych kosmetykach więcej (choć od razu uprzedzam, że na recenzję przyjdzie Wam czekać ładnych kilka tygodni), dziś tylko słowem wstępu wspomnę, że Skin Chemists to luksusowa brytyjska marka, która niebawem pojawi się w Polsce (jej linii profesjonalnej, Skin Pharmacy, wypatrujcie już na dniach na warszawskich targach Beauty Forum). Jej produkty są wąsko wyspecjalizowane, opierając się na wysokiej jakości składnikach i uderzając bezpośrednio w różne problemy skóry. Drżyjcie, moje przebarwienia!


To już chyba wszystko, o czym chciałam Wam wspomnieć. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się czytało. Dajcie znać, czy coś wpadło Wam w oko. Koniecznie zdradźcie też, jak Wam minął sierpień, co porabiałyście, gdzie byłyście, co widziałyście, co fajnego kupiłyście? Bardzo ciekawi mnie też Wasza opinia na temat Sherlocka, czy tylko ja jestem pod takim wrażeniem tego serialu? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.

Zagraj o świecę zapachową
Bridgewater Sweet Grace!

piątek, 9 sierpnia 2013

Raz lepiej, raz gorzej, czyli marki własne sieci Rossmann

Skandalicznie długo kazałam Wam czekać na recenzję produktów, które znalazłam w ostatniej rossmannowej paczce, ale plus jest taki, że niemal wszystkie zdążyłam zużyć, więc nie mają już przede mną tajemnic. Zanim podzielę się z Wami swoją opinią na ich temat, przypomnę tylko, o czym dokładnie mowa.



ISANA
KREMOWY BALSAM DO CIAŁA Z OLEJKIEM ARGANOWYM

ALTERRA
PEELING POD PRYSZNIC "POMARAŃCZA I CUKIER TRZCINOWY"

ISANA MED
ŻEL POD PRYSZNIC Z OLEJKIEM POMARAŃCZOWYM

ISANA
PIANKA DO WŁOSÓW ULTRA MOCNA

FUSSWOHL
MASŁO DO STÓP






W zestawie znalazłam też konwaliowe mydełko z Aletrry, ale zdążyłam już je dla Was zrecenzować, zainteresowanych zapraszam do lektury TUTAJ.


Tymczasem pozwólcie, że zacznę od balsamu do ciała z olejkiem arganowym. To zdecydowanie mój faworyt wśród wszystkich tych kosmetyków. 



(Zdjęcia: materiały promocyjne Rossmann)



Kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym został opracowany do pielęgnacji skóry bardzo suchej. Wartościowe składniki w postaci masła shea i witaminy E oraz naturalnych olejków pielęgnacyjnych z owoców drzewa arganowego i orzecha kokosowego pomagają w sposób ukierunkowany w regeneracji skóry suchej i zniszczonej. Dzięki zawartości roślinnej gliceryny balsam ma korzystny wpływ na regulację nawilżenia powierzchni skóry. Balsam łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstewki. Skóra sprawia wrażenie gładkiej i sprężystej w dotyku i otacza ją uwodzicielski zapach.

Cena: około 8 zł za 250 ml


Świetny produkt w niskiej cenie! Sama pewnie nigdy bym go nie kupiła, bo preferuję masła i zwykle to na nie pada mój wybór, ale zostałam niezwykle przyjemnie zaskoczona i kto wie, czy nie przekonam się i do balsamów. Ten ma nad masłami jedną podstawową przewagę - niezwykle lekką formułę. Jest niemal płynny i nie wiem, jak to możliwe, bo choć błyskawicznie się wchłania, pozostawia skórę odczuwalnie nawilżoną. Zakładam, że to dzięki swoim dobroczynnym składnikom, olejowi arganowemu (dziesiąte miejsce w składzie), kokosowemu (szóste miejsce w składzie) oraz shea (jedenaste miejsce w składzie). Fakt jest faktem, że mimo tych wszystkich olejków balsam pozostaje zaskakująco lekki i przyjemny w stosowaniu, po chwili znika na skórze bez śladu. Pachnie delikatnie, po prostu kremowo. I niby mogłabym przyczepić się do kiepskiej wydajności, bo moje ciało jest w stanie przyjąć chyba każdą ilość tego balsamu, ale jak pomyślę o jego śmiesznie niskiej cenie, to wydajność przestaje mieć znacznie. Podobnie jak brzydkie opakowanie.


Szczerze mówiąc przypuszczałam, że to pomarańczowo - cukrowy peeling do ciała stanie się moim ulubieńcem. Tymczasem nadal mam co do niego bardzo mieszane uczucia.






Odświeżająca i łagodna pielęgnacja. Peeling pod prysznic o owocowym zapachu czerwonej pomarańczy, z wartościowym cukrem trzcinowym (z kontrolowanej biologicznie uprawy) dostarcza prawdziwego odświeżenia pod prysznicem. Łagodne substancje powierzchniowo czynne na bazie roślinnej oczyszczają ciało wyjątkowo delikatnie, a drobne cząsteczki peelingujące usuwają łagodnie obumarłe fragmenty naskórka. Skóra staje się jedwabiście miękka i odczuwalnie gładka. Pochodzące ze Sprawiedliwego Handlu roślinna gliceryna i cukier trzcinowy dostarczają skórze długotrwałego nawilżenia. Świeży zapach rozpieszcza i harmonizuje zmysły. 

Kosmetyk naturalny, nie zawiera syntetycznych barwników, substancji zapachowych i konserwujących. Tam, gdzie to tylko możliwe, zastosowane składniki roślinne pochodzą z kontrolowanych biologicznie upraw i dziko rosnących zbiorów (certyfikat BDiH). Bez silikonów, parafiny i innych związków olejów mineralnych. Dobra tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie. Produkt wegański, nie zawiera substancji pochodzenia zwierzęcego.

Cena: około 9 zł za 200 ml


Boski, boski zapach! To on obudził moje nadzieje na ucztę dla zmysłów. Wyraźnie pomarańczowy, trochę kwaśny, trochę słodki, trochę gorzki. W tym punkcie w stu procentach trafia w moje upodobania. No ale co z tego, skoro ten peeling praktycznie nie ściera? Drobiny cukru są tak małe i jest ich tak niewiele, że wygładzenie ciała po zastosowaniu tego produktu jest co najwyżej umowne. Właściwości myjące są ok, także radzę potraktować ten peeling po prostu jako zwykły żel pod prysznic i przynajmniej uniknąć rozczarowania. Zwłaszcza że jego konsystencja też jest typowo żelowa, rzadka, co w zestawieniu z denerwująco miękką tubą sprawia zresztą, że trudno optymalnie go dozować. Plus za zapach i przyjemne odświeżenie, na porządne peelingowanie nie ma co liczyć.


Jak nie przepadam za tradycyjnymi żelami pod prysznic (czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie, że wolę mydła? :DDD), tak w przypadku żelu z olejkiem pomarańczowym przełamałam swoje przyzwyczajenia. Przez zapach, a jakże.






Łagodnie i dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej przy tym. Delikatna formuła dostarcza skórze nawilżenia. Naturalne pH o wartości 5,5 stabilizuje kwaśny płaszcz ochronny skóry i zwiększa tym samym jej wytrzymałość. Owocowo-świeży zapach sprawi, że będziesz dzień po dniu przeżywać prawdziwą przygodę wellness. 

Cena: około 8 zł za 250 ml


Tak jak wspomniałam, na początku spodobał mi się po prostu zapach tego żelu, niby pomarańczowy, ale podszyty też jakąś kwiatową nutą, odświeżający, a jednocześnie kojący. Potem odkryłam, że jest też bardzo przyjemny w użyciu, delikatny, a jednak dobrze oczyszczający. Pieni się dość słabo, także nie jest to raczej propozycja dla miłośników kąpieli z pianką, ale jego łagodna formuła powinna do części z Was przemówić. Olejek pomarańczowy (na ósmym miejscu w składzie) dodatkowo podnosi jego walory pielęgnacyjne, choć oczywiście odczuwalnego odżywienia skóry nie ma się co spodziewać. W każdym razie uważam, że jest to produkt godny uwagi i można go polubić, co widać na moim przykładzie, bo na jakiś czas odstawiłam mydełka, zużywając go do ostatniej kropli.


Nad ultra mocną pianką do włosów zachwycać się nie będę. Cieszę się, że dostałam miniaturę, a nie pełnowymiarowe opakowanie.





Pianka Isana ultramocna - dzięki pielęgnacyjnym witaminom i filtrom UV nadaje fryzurze długotrwały kształt i zapewnia ultramocne utrwalenie. 

Cena: około 7 zł za 150 ml


Jest tania i to chyba jej największa zaleta. Nie mam wobec pianek jakichś wygórowanych oczekiwań, lubię, kiedy pomagają ułożyć włosy (na utrwalenie fryzury nie liczę) i dodają im nieco objętości. Ta konkretna pianka może i tę objętość zwiększa, ale niestety mam wrażenie, że bardzo włosy wysusza i pozbawia ich blasku. Nie podoba mi się efekt po jej nałożeniu i żadna siła mnie nie zmusi, żebym nadal jej używała. Zwłaszcza że trafił mi się chyba jakiś felerny egzemplarz, w którym dozownik bardzo ciężko chodzi i mam trudności, żeby w ogóle wydobyć ją z opakowania. Skucha.


Na koniec produkt, który jest mi kompletnie obojętny, ani mnie nie zachwycił, ani nie zniechęcił. Masło do stóp z miętą i limonką, przeciętniak. 






Cenny olej z awokado, masło shea, mięta i limonka pieszczą Twoje stopy i szorstką, popękaną skórę, pozostawiając ją gładką i delikatną. Poczujesz jak twoje stopy odżyją.

Cena: około 8 zł za 200 ml


Przyzwoity, po prostu. Przeznaczony do podstawowej, codziennej pielęgnacji. Duże, rodzinne opakowanie pozwala korzystać z niego kilku osobom, także na pewno jest wariantem ekonomicznym. Zapach do mnie osobiście nie przemawia, ale wiem, że ma swoich miłośników, przy odrobinie dobrej woli można wyczuć w nim kwaskowatą limonkę i odświeżającą miętę, choć wrażliwego na niuanse nosa na pewno nie zadowoli. Nie krytykuję tego masła szczególnie, ale zachwalać też nie będę, ot, zwyklak. 



Raz było lepiej, raz gorzej, ale generalnie tak to już jest. Marki własne sieci Rossmann są tanie i to jest ich ogromna zaleta, zwłaszcza że często proponują kosmetyczne perełki, warto więc poznawać ich asortyment, nawet ryzykując nadzianiem się na bubla. Zestaw, który dostałam, doskonale to odzwierciedla, wśród kilku kosmetyków przeciętnych znalazłam też kilka hitów za gorsze. 

A Wasze hity? Gdybym poprosiła Was o wskazanie jednego, najukochańszego rossmannowskiego produktu, co by to było? Zdradźcie!


Buziaki,
Cammie.




piątek, 26 kwietnia 2013

Kolor ma znaczenie, czyli moje małe wariactwo :DDD

Zawartość wiosennej przesyłki od Rossmanna większość z Was na pewno miała już okazję gdzieś zobaczyć i tylko dla porządku chyba pokażę, co znajdowało się w środku. 






ISANA MED
żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym


FUSSWOHL
masło do stóp


ALTERRA
konwaliowe mydło w kostce


ISANA
kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym


ISANA
ultra mocna pianka do włosów


ALTERRA
peeling pod prysznic Pomarańcza i cukier trzcinowy



Zdecydowana większość tych produktów to dla mnie nowość, jednak jeden z nich znam doskonale. Pewnie się nie zdziwicie, jeśli napiszę, że chodzi o mydło? :DDD I to właśnie dokładnie o te konwaliowe, choć kojarzę, że do wyboru jest co najmniej kilka innych wariantów zapachowych. Kupuję je regularnie od bardzo dawna.






Każda skóra zasługuje na indywidualną pielęgnację. Mydło z olejami roślinnymi Alterra z kwiecistą nutą konwalii majowej produkowane jest z wartościowych, czystych olejów roślinnych. Łagodnie myje skórę i pomaga jednocześnie zachować odpowiednie jej nawilżenie. Subtelny zapach rozpieści Twoje zmysły. Gwarantowane cechy produktu: 100% czyste oleje roślinne, nie zawiera syntetycznych substancji konserwujących ani składników pochodzenia zwierzęcego, dobra tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie.









Dlaczego uparłam się właśnie na konwaliowe, konsekwentnie ignorując na pewno nie gorsze przecież  różane, lawendowe czy oliwkowe? Uśmiejecie się! Ze względu na kolor!

Moja łazienka utrzymana jest w odcieniach bieli i szarości, przełamanych kilkoma akcentami morskiego błękitu. Dużo w niej ogromnych luster i krystalicznego szkła. Wszelkie dodatki, typu ceramika, kosze, czy ręczniki są białe. Jak mogłabym w takim pomieszczeniu trzymać słodkie różowe mydełko? To kłóci się z moim poczuciem estetyki :DDD Także konsekwentnie kupuję mydła białe, najczęściej Dove, Biały Wielbłąd, biedronkowe Be Beauty i właśnie konwaliowe mydło z Alterry. 

Wiem, pokręcona jestem :DDD Ale właśnie tak to wygląda, w przypadku mydeł do rąk decydujące znaczenie ma kolor! Jeśli tylko mydełko mi służy, a przy tym jest białe, to więcej niż pewne, że będę do niego regularnie wracać. I właśnie tak jest z Alterrą. 

Konwaliowe mydełko jest tanie (niespełna dwa złote!), łatwo dostępne, pięknie pachnące i łagodne. Doskonale oczyszcza, nadmiernie nie przesuszając i nie podrażniając skóry. Jak wszystkie produkty Alterry jest produktem wegańskim (żadnych składników odzwierzęcych) i ekologicznym (opakowanie z recyklingowanego papieru), rzadkość wśród asortymentu z tak niskiej przecież półki cenowej. Z czystym sercem polecam, zwłaszcza miłośniczkom bieli ;)))


Idę o zakład, że też macie jakieś swoje małe wariactwa. Znajdzie się odważna, która się przyzna? :DDD


Całuję,
Cammie.



Byłybyście zainteresowane
poznaniem asortymentu
The Secret Soap Store i Paese?
Dostałam propozycje współpracy
i zastanawiam się, czy w to wchodzić.



niedziela, 30 grudnia 2012

Fav lista 2012 :)))

Koniec roku sprzyja podsumowaniom, na wielu blogach widuję ostatnio zestawienia tegorocznych ulubieńców. Uwielbiam je przeglądać, są dla mnie często źródłem inspiracji. Postanowiłam przygotować własną fav listę, ograniczając się jednak wyłącznie do kosmetyków, które odkryłam w 2012 roku. Zapraszam do lektury :)))


Na początek kosmetyki kolorowe. Nie jest ich dużo, ale za to naprawdę każdy mogę całym sercem polecić, praktycznie w żadnym nie dopatrując się wad.






Paletka Sleek Au Naturel ---> KLIK Genialna! Na pewno ją znacie albo przynajmniej o niej słyszałyście. Jej sława jest całkowicie zasłużona, to 12 świetnie dobranych neutralnych cieni, głównie beży i brązów, pasujących chyba każdej tęczówce. Potencjał tej niepozornej palety, pozwalającej stworzyć makijaże zarówno dziennie, jak i wieczorowe, zarówno matowe, jak i błyszczące, jest ogromny. Polecam ją Waszej szczególnej uwadze! Moim zdaniem to najlepsza paleta Sleeka.

Puder brzoskwiniowy Skin Food Peach Sake Silky Finish Powder ---> KLIK. Delikatny, idealnie miałki, niemal niewidoczny na twarzy, doskonale matujący i utrwalający makijaż. Bardzo wydajny. A dodatkowo pięknie pachnie! Jest transparentny, pasuje każdej karnacji. Warto wziąć pod rozwagę.

Lioele Dollish Veil Vita BB Natural Green ---> KLIKKLIK, mój absolutny faworyt w tej kategorii. Daje mi wszystko, czego oczekuję od kremu BB, fantastyczny poziom krycia bez efektu maski, nietłustą formułę i wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Pozornie zielone dziwadło, rozcierające się jednak na ładny, zdrowo wyglądający, wtapiający się w cerę odcień beżu. Pisałam już o tym, ale powtórzę - to bb krem o najbardziej matowym wykończeniu ze wszystkich, jakie znam.

Podkład Bourjois 10 hour sleep effect. Jeszcze Wam o nim nie wspominałam, kupiłam go stosunkowo niedawno, podczas rossmannowskiego kolorowego tygodnia. Miłość od pierwszego użycia. Lekki, pięknie wtapiający się w cerę, sprawiający, że skóra wygląda na zdrową i wypoczętą. Aplikowany na mokro beauty blenderem czyni z moją twarzą cuda. Uwaga! Bardzo słabo kryje. Ja idealnej cery nie mam, co to to nie, ale wolę zakryć co trzeba korektorem, niż szpachlować się jakimś mocno kryjącym podkładem, pozbawiając się tego wspaniałego promiennego efektu, jaki daje 10 hour sleep effect.

Żelowa kredka Sephora Flashy Liner. Naprawdę, miałam już różne żelowe kredki, począwszy od Avonu, kończąc na Urban Decay, ale to właśnie tę uważam za najlepszą. Miękka, ale nie na tyle, żeby stwarzać problemy z temperowaniem, szybko zasychająca, ale nie na tyle szybko, żeby w razie potrzeby nie zdążyć jej rozetrzeć, no i piekielnie trwała, nie do zdarcia przez cały dzień. Duży wybór nasyconych kolorów!


Pora na moje odkrycia pielęgnacyjne. Wyłuskałam same debeściaki ;)))






Filtr The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA+++ ---> KLIK. Hicior tego roku. Spodobał mi się na tyle, że mam już drugą tubkę. Nie bieli (wręcz przeciwnie, delikatnie wyrównuje koloryt cery), fantastycznie nadaje się pod makijaż (ma właściwości wygładzające), a co najważniejsze skutecznie chroni skórę przed słońcem i jego promieniowaniem. Polecam każdemu.

Naturalne mydła do mycia twarzy. Nawet nie to konkretne, które widzicie na zdjęciu (tu akurat bardzo fajne czarne afrykańskie mydełko z iherb), a ogólnie po prostu mydła. Do mycia ciała używam ich od lat, ale dopiero w tym roku na dobre porzuciłam wszelkie żele i regularnie zaczęłam oczyszczać nimi także twarz. Rok 2012 upłynął głównie pod znakiem Mydlarni TULI ---> KLIK.

Jedwab w płynie Green Pharmacy, serum na łamliwe końcówki ---> KLIK. Cudo za grosze, z całkiem dobrym składem bogatym w cenne oleje i ekstrakt z aloesu. Używam niemal codziennie. Doskonale wygładza włosy, nie obciążając ich i nie przetłuszczając. Koniecznie wypróbujcie!






Uniwersalne olejki Alterra i Alverde.  Niestety, te z Alterry jakiś czas temu zniknęły z drogerii (choć podobno wracają! ja w każdym razie jeszcze ich nie widziałam), porzeczkowy z Alverde z tego, co słyszałam, też zniknął z oferty ... Nie będę się na ich temat rozpisywać, doskonale je znacie, zdobyły przecież olbrzymią popularność. Są świetne. Ja stosuję je do pielęgnacji ciała, nakładam na mokro zaraz po wieczornej kąpieli. Mam nadzieję, że znowu pojawią się na półkach, bo inaczej trzeba będzie wrócić do zwykłej oliwki.






Last but not least, krem ujędrniający Tołpa Dermo Body Mum. To właśnie on poratował moje zwiotczałe po ciąży ciało. Działa! Odczuwalnie napina i wygładza skórę, z pewnością wspomaga powrót do formy w połogu. Do tego pięknie pachnie. Nie jest tani, ale wart każdej złotówki. Polecam każdej mamie!



Tak wygląda moja fav lista. Wszystkie te kosmetyki odkryłam dla siebie w 2012 roku, celowo nie wspominałam dziś o ulubieńcach towarzyszących mi od lat. Mam nadzieję, że zainteresowało Was to zestawienie, może nawet wypatrzyłyście coś, co mogłoby służyć także i Wam?

Dajcie koniecznie znać, jakie są Wasze największe tegoroczne kosmetyczne odkrycia. Stwórzmy naszą wspólną listę best of the best!



środa, 25 kwietnia 2012

Co złego, to nie ja :DDD

Ankieta Ty wybierasz! zamknięta! Oddałyście łącznie 233 głosy, z których niezbicie wynika, że największym zainteresowaniem cieszył się tonik do skóry dojrzałej i wymagającej Alterra Orchidea (31% wskazań). Niemal identyczny rezultat (30% wskazań) uzyskał szampon do włosów przetłuszczających się Barwa Naturalna Żurawina & Vitamin Complex LA. Ponieważ oba produkty dzieliła tak nieznaczna różnica głosów, chcąc usatysfakcjonować wszystkich, postanowiłam, że zrecenzuję obydwa :)))

Alterry nie trzeba nikomu przedstawiać. Marka, dostępna w sieci Rossmann, szturmem podbiła serca ekomaniaczek, oferując szeroki asortyment naturalnych kosmetyków o przyjaznych składach w śmiesznie niskich cenach. Tonik Orchidea, o pojemności 150 ml, to wydatek rzędu raptem około 9 złotych.









Naturalny tonik o łagodnej formule opracowany specjalnie dla cery dojrzalej i wymagającej. Zawiera m.in olej arganowy, ekstrakt z orchidei i glicerynę roślinną zapewniające działanie nawilżające i odżywcze. Ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego oraz naturalny koenzym Q10 działają antyrodnikowo i przeciwstarzeniowo. Delikatny kwiatowy zapach rozpieszcza zmysły. Cera staje się odświeżona i przygotowana do kolejnych zabiegów. Produkt posiada certyfikat BDIH. 


Tonik rekomendowany jest cerom dojrzałym. Gdybym wcześniej nie miała do czynienia z kremem pod oczy z tej serii [KLIK], pewnie ominęłabym go szerokim łukiem, uznając, że to produkt dla starszych pań. Na szczęście nauczona doświadczeniem już wiem, że przy wyborze kosmetyków pielęgnacyjnych lepiej kierować się nie wiekiem, a rzeczywistymi potrzebami skóry. A moja skóra zdecydowanie potrzebuje ostatnio odżywienia. I tak mój wybór okazał się strzałem w dziesiątkę!

Orchidea według mnie ma same zalety. Łatwo dostępna i tania, tonizuje, oczyszcza, odświeża, nie ściągając przy tym skóry. Ma lekko tłustawą konsystencję (naprawdę nieznacznie, ale wystarczająco, by przynieść ulgę przesuszonej, cienkiej cerze), dzięki której działa nieco odżywczo, co rzadko zdarza się produktom tego typu. Delikatny, przyjemny zapach to dla mnie kolejny plus. Z pewnością będę to tego toniku wracać! A Was zachęcam do jego wypróbowania :)))



Barwa też jest marką popularną i tanią, rzekłabym nawet, że niskopółkową. Co nie znaczy, że nie warto zainteresować się jej asortymentem. Ja od lat wiernie wracam do jej ziołowych szamponów, najczęściej do pokrzywowego [KLIK]. Ależ miałam niespodziankę, kiedy zorientowałam się, że linia została poszerzona o szampon żurawinowy! Musiał być mój. Zresztą, jak tu się nie skusić, kiedy za 250 ml zapłacić trzeba zaledwie 4 złote? :)))









Krystalicznie czysty szampon z naturalnym ekstraktem z żurawiny i kompleksem witamin przeznaczony do mycia włosów przetłuszczających się. Regularne stosowanie wzmacnia, odżywia, nawilża włosy jednocześnie zwiększając ich puszystość i witalność. Kosmetyk przebadany dermatologicznie. 


Nie jest to zapewne szampon, który ma szansę spodobać się każdemu. Jego prosty skład sprawia, że owszem, dobrze się pieni i świetnie oczyszcza, ale pozbawiony tych wszystkich bajerów, które sprawiają, że po myciu włosy są gładkie i niesplątane, mógłby przez niektórych zostać uznany za bubel. Ja jednak cenię sobie jego właściwości, nawet jeśli nie do końca wierzę w zbawcze działanie zawartego w nim kompleksu witamin ;)))

Szampon ma nieobciążającą formułę, doskonale pielęgnującą włosy przetłuszczające się. Może ich nie wygładza, ale pozwala nadać fryzurze objętości, gwarantując przy tym jej lekkość i świeżość. Piękny kolor i apetyczny zapach sprawiają, że jego stosowanie to sama przyjemność. Mam nadzieję, że seria nadal będzie się rozwijać i że za jakiś czas dostępne będą kolejne warianty Barwy Naturalnej :)))


Edit: Poszperałam na stronie producenta [KLIK] i okazuje się, że w serii Barwa Naturalna dostępny jest także szampon jajeczny, piwny, lniany, agrestowy i jabłkowy! Niestety w sklepach nigdy ich nie widziałam ...


Oba produkty to propozycje niskobudżetowe, chyba na każdą kieszeń, dowodzące, że cena nie jest jedynym wyznacznikiem jakości. Cieszę się, że mogłam Wam coś o nich napisać i być może skusić do zakupów. Tylko w razie czego pamiętajcie, co złego, to nie ja, same wybrałyście! :DDD

środa, 16 listopada 2011

Ładne kwiatki :)))

Delikatna skóra wokół oczu wymaga szczególnej pielęgnacji. Sklepowe półki wręcz uginają się od przeznaczonych do tego celu specyfików. Co wybrać? Nie gubicie się czasem w gąszczu możliwości? Mnie zdarza się to dość często. Właśnie w stanie takiego konsumpcyjnego zmieszania jakiś czas temu mój wybór, dość przypadkowo, padł na krem pod oczy z Alterry. I bingo! Zużywam już trzecie opakowanie :)))

Opcje są dwie. Dzika róża dla skóry młodej oraz orchidea dla skóry dojrzałej. Miałam do czynienia z obiema wersjami, ale to orchidea podbiła moje serce i to właśnie po nią sięgnęłam powtórnie.






Krem z dziką różą ma lekką, płynną konsystencję. Szybko się wchłania, delikatnie nawilżając. Nie podrażnia, choć wyraźnie pachnie, co może przeszkadzać wrażliwcom. Nadaje się pod makijaż. Dla mnie jednak okazał się za mało odżywczy. Mimo to oceniam go wysoko, myślę, że wiele osób usatysfakcjonuje.






Krem z orchideą jest co prawda przeznaczony dla skóry dojrzałej, ale w gruncie rzeczy nie liczy się przecież wiek, tylko rzeczywiste potrzeby skóry. A moja najwyraźniej potrzebuje mocniejszej pielęgnacji. W każdym razie orchidea mi służy. Krem jest skoncentrowany, zwarty, w porównaniu z różą zdecydowanie bardziej treściwy. Pachnie, ale nie uczula. Porządnie nawilża i napina, przynosząc odczuwalny komfort i ukojenie. I o to przecież chodziło!






Kremy wyraźnie się różnią, ale oba są warte uwagi. Wydajne, niedrogie (kilkanaście złotych), higienicznie opakowane i w pełni naturalne, co charakteryzuje wszystkie produkty marki, wydają się dobrym zakupem. Ja wybieram orchideę, ale róża też może dla kogoś okazać się kusząca. Takie to ładne kwiatki :)))