beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bee Yes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bee Yes. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lipca 2015

Propolia, czyli dary ula | Zniżka dla Was!


Witajcie! Pamiętacie pszczółkowe kosmetyki Bee Pure, o których pisałam Wam w zeszłym roku? --->KLIK Dziś mam przyjemność zaprezentować Wam kolejne pszczele dobra, mianowicie produkty francuskiej marki Propolia :)




Propolia to marka, która wszystkie swoje produkty opiera na działaniu propolisu, czyli kitu pszczelego. Jakiś czas temu pojawiła się w asortymencie Bee Yes ---> KLIK, wyłącznego polskiego importera, który konsekwentnie buduje swoją ofertę wokół darów ula. Po wielkim sukcesie Bee Pure (wiedziałyście, że maska Bee Venom Face Mask została laureatem nagrody Qltowy Kosmetyk 2015?), spodziewać się można, że i Propolia z sukcesem podbije polski rynek. Który produkt moim zdaniem ma na to największą szansę? Preparat zwalczający niedoskonałości z olejkiem z drzewa herbacianego? Krem pod oczy z mleczkiem pszczelim, chabrem, kasztanowcem i kofeiną? Serum odmładzające z kwiatem lilii, mleczkiem pszczelim i kwasem hialorunowym? Tonik z wodą kwiatową, miodem i zieloną herbatą? Mleczko oczyszczające z aloesem, miodem i słodką pomarańczą? Maseczka z kaolinem i miodem? Peeling z aloesem i morelą? Czy może kremy na dzień i na noc z olejem jojoba, awokado i mleczkiem pszczelim? Zaraz zdradzę Wam swoje typy!




Ze strony Bee Yes:

Propolis, czyli kit pszczeli, to mieszanina wydzielin gruczołów pszczelich z żywicami drzew i krzewów. Pszczoły zbierają balsam chroniący młode pączki drzew przed bakteriami, roztoczami, grzybami i owadami i przetwarzają go w kit pszczeli, który używają do wypełniania wszelkich nieszczelności i otworów w ulu. Cienką warstwą propolisu pokrywają jego wewnętrzne ścianki, aby stworzyć barierę chroniącą przed inwazją drobnoustrojów.

Propolis jest bardzo złożoną substancją bogatą w biologiczne czynne związki chemiczne, jak flawonoidy, związki fenolowe, kwasy aromatyczne, estry, substancje lipidowo-woskowe, aldehydy, kumarynę, sterole, enzymy kwasy tłuszczowe, a także białka, mikroelementy i witaminy.

Dzięki działaniu synergistycznemu tych substancji propolis ma zdolność niszczenia bakterii, grzybów chorobotwórczych, wirusów i pierwotniaków. Właściwości farmakologiczne propolisu są bardzo korzystne dla zdrowia.




Z całego tego propolisowego arsenału, jaki wymieniłam wyżej, największe wrażenie zrobiło na mnie serum odmładzające. Najwyraźniej najcelniej trafiło w potrzeby mojej cery, bo pozostałym produktom jakości też nie można przecież odmówić. Serum okazało się na tyle treściwe, żeby odczuwalnie odżywić cerę, a jednocześnie wystarczająco lekkie, żeby jej nie obciążyć. Lubię je także za utrzymywanie poziomu nawilżenia skóry na bardzo komfortowym poziomie, to pewnie zasługa kwasu hialuronowego. Nie wiem, czy faktycznie odmładza (śmiem wątpić :DDD), ale robi wiele dobrego.




Szalenie odpowiada mi też preparat na niedoskonałości, choć ten (odpukać!) nie był mi ostatnio zbyt często potrzebny i tylko dlatego wspominam o nim w drugiej kolejności. Po raz kolejny potwierdziło się, że moja cera wyjątkowo podatna jest na antybakteryjne właściwości olejku herbacianego. Jeśli również lubicie jego działanie, a stan Waszej cery niestety wymaga "wspomagania", w razie kłopotów pamiętajcie o tym preparacie. Stosuje się go miejscowo. Mimo jego płynnej konsystencji, aplikacja jest bardzo wygodna, mechanizm roll-on załatwia sprawę. Można by się oczywiście zastanawiać, czy jest to rozwiązanie higieniczne, ale ostatecznie można przecież nałożyć odrobinę na palec i palcem właśnie posmarować wymagające tego miejsca.

W mechanizm roll-on wyposażony jest też krem pod oczy. Na potrzeby mojej 35-letniej cery krem sam w sobie okazał się za słaby (oczekuję mocniejszego odżywienia, moim faworytem w tej kategorii od kilku miesięcy jest Yves Rocher Riche Creme), ale tę metalową kuleczkę uwielbiam! Jej chłód w połączeniu z działaniem kofeiny fantastycznie pomaga pozbyć się porannych obrzęków. Właśnie dla tego odczucia sięgam po niego od czasu do czasu. Myślę, że to świetna propozycja dla osób z tendencją do opuchnięć.




O kremach na dzień i na noc niestety nie jestem w stanie zbyt wiele Wam powiedzieć. Próbowałam włączyć je do swojej pielęgnacji, jednak niestety bez powodzenia. Najzwyczajniej w świecie nie odpowiadają mojej przetłuszczającej się cerze, są dla niej zbyt treściwe. No ale można się było tego spodziewać po kremach rekomendowanych cerom normalnym i suchym. Absolutnie nie czynię więc im żadnych zarzutów.




Sporo do powiedzenia mam natomiast na temat peelingu i maski. Z tego oczyszczającego duetu zdecydowanie stawiam na maseczkę właśnie. Peeling okazał się dla mnie za słaby. Owszem, drobiny są ostre, ale jak dla mnie jest ich zbyt mało, poza tym nie do końca odpowiada mi też luźna, płynna konsystencja. Osoby o wrażliwych cerach, które mają ochotę na romans z peelingiem mechanicznym, powinny być w tym przypadku zadowolone. 

A maseczka? Ma gęstą, błotną, ale przy tym bardzo, bardzo gładką, kremową wręcz konsystencję, dzięki której łatwo ją nakładać. Zasycha, nie ściągając skóry, pozostawiając ją oczyszczoną i mięciutką. Nie stała się moim ulubieńcem tylko dlatego, że coś przeszkadza mi w jej zapachu. Na pewno ją zużyję, ale nie będą to jednak zabiegi pielęgnacyjne rozpieszczające zmysły. 




Na koniec słówko jeszcze o mleczku do demakijażu i toniku. Powiem szczerze - za mleczkami nie przepadam. W tym przypadku miłości też nie ma. Mleczko oczywiście spełnia wszystkie swoje funkcje, zmywa makijaż i zmiękcza skórę, nie podrażniając przy tym oczu, ale to po prostu nie moja bajka. Nie lubię tej konsystencji i już chyba nigdy się do niej nie przekonam. Miłośniczki demakijażu mleczkiem na pewno będą jednak zadowolone. 




Tonik ma z kolei szansę spodobać się osobom z tendencją do odwodnienia cery i wszelkich podrażnień. Ma ciekawą, bogatą formułę, pozostawiającą na skórze lekko wyczuwalny (ale nie lepki!) film, przynosząc ulgę i ukojenie bardziej wymagającym partiom skóry. Przypomina mi uwielbiany kiedyś przeze mnie tonik Oeparol, który miał podobne działanie. To niby tylko tonizacja, ale jakaś taka podrasowana :))) Znowu pojawia się jednak kwestia zapachu ... Według producenta to aromat zielonej herbaty. Może i tak, mnie w każdym razie ten zapach nieco drażni. Jest to jednak kwestia osobistych preferencji, tonik sam w sobie jest bardzo dobry!




Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła jeszcze uwagi na szatę graficzną i funkcjonalność opakowań. Mamy tu piękne, żywe kolory, ciekawą grafikę (czyż nie urocza jest ta pszczółka?), doskonałej jakości mechanizmy (metalowe kuleczki roll-on i pompki), a także solidne tworzywo (szkło bądź mocny plastik). Brawo!

Zapytacie też pewnie o ceny. Rozbieżność jest spora, najtańszy produkt to kosztujący 55 zł preparat na niedoskonałości, najdroższe jest serum, za które zapłacić trzeba 150 zł. Ale mam dobrą wiadomość! Jeśli zdecydujecie się na zakupy, dzięki kodowi BeePieknie otrzymacie aż 20% zniżki. A co najfajniejsze, rabat obejmuje cały asortyment sklepu, nie tylko produkty marki Propolia, ale też Bee Pure i próbki. Zainteresowanych odsyłam TUTAJ :))) Kod działać będzie do 31 lipca.


Wiem, że o marce Propolia mogłyście wcześniej nie słyszeć, ale tak jak wspominałam, to stosunkowa nowość na naszym polskim rynku. Jeśli szukacie czegoś o dobrych, organicznych składach, to z pewnością jest coś dla Was. Jak widzicie, oferta jest dość szeroka i odpowiada na potrzeby różnych typów cery. Może warto się zainteresować?

Dałybyście szansę Propoliii i jej pszczółkom? Który kosmetyk z oferty marki wzbudził w Was największe zaciekawienie? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.




sobota, 7 lutego 2015

Z poślizgiem, czyli podsumowanie stycznia | wyróżnienie, vlogowe odkrycie, nieudany makijażowy trik, rozrywka, kultura, zakupy, prezenty i smakołyki


Luty zdążył nabrać już takiego rozpędu, że zastanawiam się, czy w ogóle jest sens wracać jeszcze do stycznia, no ale żeby tradycji stało się zadość, odsuwam na bok te rozważania i biorę się za podsumowanie minionego miesiąca. Lubię pisać dla Was posty z tej serii i choć ostatnio fala wpisów o podobnym charakterze zalała blogosferę, mam nadzieję, że nie uznacie tego formatu za wyczerpany i nadal moje podsumowania będziecie czytać z niesłabnącym zainteresowaniem. No chyba że macie ich już dość? Koniecznie dajcie znać. Tymczasem pozwólcie jednak, że powspominam styczeń.




Zwykle zaczynam od przypomnienia postów, które w danym miesiącu cieszyły się największą popularnością, w styczniu jednak publikowałam tak mało, że przywołam tylko jeden wpis. Bez zbędnych komentarzy przechodzę do sedna - najwięcej czytelników przyciągnęło podsumowanie 2014 roku. Jeśli ktoś je przegapił, teraz ma szansę nadrobić ---> KLIK.

Jeśli chodzi o bloga, pisząc o styczniu, nie mogę nie wspomnieć o opracowywanym od kilku lat przez Martę rankingu najpopularniejszych polskich blogów kosmetycznych, w którym No to pięknie! po raz kolejny znalazł się tzw. "złotej pięćdziesiątce" ---> KLIK. Traktuję to wyróżnienie jako nasz wspólny sukces, nie byłoby go bez Waszej obecności i aktywności, dzięki! Mam najwspanialsze czytelniczki :*

Jak co miesiąc chciałabym też podzielić się z Wami odkryciem blogowym lub vlogowym. Tym razem padło na YouTube. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia kanału Ditecz ---> KLIK, której poczynania obserwuję już od jakiegoś czasu, darząc ją coraz większą sympatią. Jej filmy to bardzo krótkie formy, w minutę lub dwie (rzadkość na rozgadanym do granic przyzwoitości YT!) pokazujące różne praktyczne, a przy tym bardzo ciekawe, często nietypowe rozwiązania. Osobiście uwielbiam jej propozycje kulinarne, ale cenię także jej inspirujące pomysły na dekorację wnętrz w nurcie DIY. Koniecznie do niej zajrzyjcie!

Skoro już jesteśmy przy You Tube, to w kilku słowach chciałabym opowiedzieć Wam o nieudanym eksperymencie z trikiem makijażowym, jaki w styczniu przetestowałam na sobie za sprawą Gossa.




Generalnie chodzi o to, żeby aplikowany podkład (dowolny, z wyjątkiem tych na bazie wody i proszkowych) przed nałożeniem na twarz mieszać z niewielką ilością oleju, co ma niesamowicie wygładzać cerę, jednocześnie dodatkowo ją pielęgnując. Zachęcona instruktażem postanowiłam spróbować. Jak wiecie, przechodzę kurację retinoidem, przez co moja cera jest przesuszona, skusiła mnie więc wizja nawilżonej, wygładzonej skóry. Niestety, ten trik zupełnie w moim przypadku nie zadziałał. Zrobiłam dwie próby, jedną z olejem z awokado, drugą z olejem kokosowym, za każdym razem nie osiągnęłam jednak nic ponad szybsze przetłuszczanie się cery. Nie wiem, może byłoby inaczej, gdyba moja skóra była w lepszej kondycji? A może ta metoda po prostu nie nadaje się dla cery tłustej? Przeczą temu jednak entuzjastyczne komentarze pod filmem Gossa. Dajcie znać, czy miałyście z tym trikiem do czynienia i jakie daje u Was efekty. Tyle zadowolonych osób w końcu nie może się mylić! Gdzieś na pewno jest klucz do jego skuteczności.

A rozrywka? Za Waszą namową wolny czas w styczniu poświęciłam serialowi Orange is the new black, rzeczywiście jest tak dobry, jak pisałyście! Dziękuję Wam za tę rekomendację. Na poprawę humoru zaczęłam też śledzić losy paczki przyjaciół z How I met your mother.




Oba seriale są bardzo znane, How I met your mother doczekało się już chyba dziewięciu sezonów (poprawcie mnie, jeśli się mylę), fani Orange is the new black czekają właśnie na trzeci. O ile pierwszy z nich to typowa komedia (z genialnym w swojej roli Neilem Patrickiem Harrisem, którego moi rówieśnicy mogą pamiętać jako Doogiego Howsera, nastoletniego lekarza medycyny), o tyle drugi to znacznie cięższego kalibru serial obyczajowy, opowiadający prawdziwą historię dziewczyny z wyższej klasy średniej za głupotę i grzeszki młodości trafiającej do więzienia z kryminalistkami z prawdziwego zdarzenia. Każda z nich ma jednak swoją historię, udowadniającą, że nie wszystko w życiu jest wyłącznie białe i czarne. Serial naprawdę godny uwagi, cieszę się, że dałam się Wam namówić.

Pod koniec stycznia po raz pierwszy od dobrych kilku miesięcy byłam też w kinie. Film, na który się wybrałam, ma dość szeroko zakrojoną promocję, pewnie więc o nim słyszałyście. A może nawet już go widziałyście? Chodzi mi o "Ziarno prawdy" na podstawie bestsellerowego kryminału Zygmunta Miłoszewskiego.




Film sam w sobie świetny, choć jak dla mnie nie do końca oddaje ducha książki. Myślę, że zrobi wrażenie na tych, którzy powieści nie znają, fanów Miłoszewskiego może jednak rozczarować, tak jak mnie. Ten Szacki, mimo doskonałej jak zwykle gry Więckiewicza, jakoś nie taki, i tych pozmienianych i pousuwanych ze scenariusza wątków tak żal ... Ale mimo wszystko do kina wybrać się warto. Chociażby po to, żeby skonfrontować własne wyobrażenia z ekranizacją. Ja akurat byłam świeżo po lekturze książki (ciekawych mojej opinii o całej trylogii Miłoszewskiego oraz o innych książkach, które przeczytałam w styczniu, odsyłam TUTAJ), zderzenie było więc mocne.

Chciałabym zatrzymać się na moment przy jeszcze jednym filmie. Filmie, który mną tak wstrząsnął, że po prostu nie mogę o nim nie wspomnieć. TVP w rocznicę wyzwolenia Auschwitz wyświetliła dokument "Ciemności skryją ziemię" o niemieckich obozach koncentracyjnych, zawierający unikatowe ujęcia filmowane pod koniec wojny przez wojska alianckie. Temat jest bardzo trudny, nie będę się tu o nim rozpisywać, dość powiedzieć, że w życiu nie widziałam tak drastycznych scen. Piszę tu o tym dlatego, że w moim odczuciu nie można tego filmu zignorować, a telewizja będzie nadawać go jeszcze kilkakrotnie, jeśli więc go nie widziałyście, a stać Was na duży wysiłek emocjonalny, koniecznie go obejrzyjcie, w poniedziałek 23 lutego o godz. 22:50 w TVP2, w środę 4 marca o godz. 20:20 w TVP Kultura lub w sobotę 7 marca o godz. 21:40 w TVP Historia.

Przejdźmy do bardziej przyziemnych spraw. Zakupy! W zakupowe szaleństwo co prawda w styczniu nie popadłam, ale z Azji coś tam jednak do mnie przyfrunęło. Mój bb krem (Skin79 Dear Rose) dokonał żywota, szukałam więc czegoś nowego. Wybór był trudny, ale ostatecznie zdecydowałam się tym razem dać szansę nieznanej mi jeszcze marce Etude House, stawiając na Precious Mineral BB Cream w wersji Cotton Fit, czyli przeznaczonej do cery przetłuszczającej się.




Trudno mi jeszcze na jego temat się wypowiedzieć. Na pewno jest jasny i żółtawy, a przy tym dość ciepły, z lekko brzoskwiniowymi nutami. Dobrze kryje. Wydaje się fajny, ale na szerszą recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać.

Razem z bb kremem zamówiłam też filtr, po raz kolejny wybierając coś z oferty The Face Shop. Może pamiętacie, że jakiś czas temu kupiłam wersję nawilżającą, Aqua Sun Gel? Tym razem wzięłam Sebum Control Moisture Sun, który dbając o właściwy poziom nawilżenia, dodatkowo pomaga trzymać przetłuszczającą się cerę w ryzach.




O obu tych filtrach na pewno napiszę Wam jeszcze coś więcej, dziś wspomnę jedynie, że cała linia The Face Shop Natural Sun naprawdę warta jest uwagi.

Moją kosmetyczkę w styczniu zasiliły też gorące nowości Bee Yes, zupełnie nowa w Polsce linia pielęgnacyjna francuskiej marki Propolia.




Stopniowo będę Wam wszystkie te kosmetyki prezentować, dziś słowem wstępu napiszę tylko, że Propolia to marka oferująca produkty organiczne i ekologiczne, zainteresowanych szczegółami odsyłam TUTAJ.

Niespodziankę sprawił mi też Rimmel, podsyłając paczkę z kilkoma kolorowymi drobiazgami. Myślę, że czerwienie niebawem trafią do kogoś z Was, chętnie zrobię komuś ogniście czerwony prezent na Walentynki. Bądźcie czujne :)))




A teraz coś z życia prywatnego. Styczeń, styczeń, styczeń ... Miesiąc moich urodzin. Parę dni temu skończyłam 35 lat. Dla części z Was to pewnie sporo, prawda? W każdym razie mój sześcioletni chrześniak, składając mi urodzinowe życzenia, stwierdził, że strasznie stara jestem :DDD Niech mu będzie. Na osłodę prezent od moich kochanych koleżanek (jeszcze raz dzięki, dziewczyny :*), mój wyśniony rozświetlacz MAC Lightscapade (Mary Lou niech się schowa!), a do tego baza pod cienie i liner Kiko.




Na koniec smakołyki. Poszukując jakiejś dobrej herbaty, parę tygodni temu natknęłam się na bardzo fajny sklep, cudmiodherbata.pl ---> KLIK. Koniecznie muszę go Wam polecić, bo nie dość, że asortyment okazał się wspaniały, to jeszcze obsługa zasługuje na najwyższą pochwałę. Spośród wielu wysokogatunkowych herbat ostatecznie wybrałam Teapigs z płatkami czekolady i muminkową Nordqvist z różnymi dodatkami owocowymi.






Czyż te muminki nie są rozbrajające? Czarna muminkowa herbata cytrynowa (to ta z Małą Mi) jest aktualnie moim absolutnym ulubieńcem, choć wersja z truskawką i rabarbarem stanowi dla niej godną konkurencję.

A jakie herbaty umilają Wasze zimowe wieczory? Chciałybyście może polecić coś pysznego, niekoniecznie do picia? Zdradźcie swoje małe grzeszki :DDD Opowiedzcie też koniecznie, jak minął Wam styczeń. Zapraszam do dyskusji, czekam na Wasze komentarze! Liczę na to, że w tym moim długim poście jest coś, do czego chciałybyście się odnieść :)))

Buziaki,
Cammie.



piątek, 22 sierpnia 2014

Pracowita złota pszczółka, czyli o kosmetykach Bee Pure | Próbki i zniżki dla Was!


U Was też takie załamanie pogody? Deszcz bębni o szyby, przepowiadając nadchodzącą jesień, a mi przypominając, że już czas pomyśleć o zmianie kosmetyków pielęgnacyjnych. Jeszcze chwila i zacznę rozglądać się za kwasami (przebarwienia, przebarwienia, przebarwienia ...), ale póki co może w końcu napiszę co nieco o dotychczasowej pielęgnacji? To już grubo ponad dwa miesiące, odkąd dzięki produktom Bee Pure rozpieszczam skórę jadem pszczelim i miodem manuka, najwyższy czas na recenzję!




O nowozelandzkiej marce Bee Pure, którą Polki poznać mogą dzięki wyłącznemu europejskiemu importerowi, czyli Bee Yes ---> KLIK, pisałam szeroko TUTAJ. Zachęcam Was serdecznie do rzucenia okiem na tamten tekst, bo jest dość wyczerpujący, dokładnie opisuje markę, jej pochodzenie i charakter jej produktów. Dziś, zanim przejdę do właściwej recenzji, krótko przypomnę tylko właściwości jadu pszczelego i miodu manuka, które są ich głównymi składnikami czynnymi. Warto to zrobić, bo podejrzewam, że choć o miodzie manuka mogłyście już gdzieś słyszeć, to niekoniecznie w kontekście pielęgnacji, z kolei jad pszczeli może być dla Was zupełną zagadką, bo jest to na polskim rynku kosmetycznym zupełna nowość. 

Jad pszczeli to wyjątkowo aktywna substancja, nazywana alternatywą dla botoksu, która aplikowana na skórę w niewielkich ilościach stymuluje ją do produkcji kolagenu i elastyny, przyczyniając się do wygładzenia zmarszczek, zwężenia porów, ujędrnienia, poprawy napięcia i wyrównania kolorytu cery (cytując za stroną importera: aplikacja na skórę niewielkiej ilości jadu pszczelego symuluje rzeczywiste użądlenie pszczoły i drażniące działanie jednej z głównych toksyn jadu - melityny, stymuluje to organizm do dostarczenia w zainfekowane miejsce większej ilości krwi i zwiększenia produkcji protein: kolagenu i elastyny, przy czym kolagen wzmacnia skórę, a elastyna działa ujędrniająco oraz odmładzająco.) Miód manuka natomiast uchodzi za jeden z najdroższych miodów świata, jego wyjątkowość ściśle związana jest z jego bardzo silnymi właściwościami antybakteryjnymi, a dodatkowo probiotycznymi, przeciwzapalnymi i przeciwgrzybicznymi. W kosmetyce wykorzystywane jest też jego działanie nawilżające, uelastyczniające i przeciwutleniające. Warto podkreślić, że w produktach Bee Pure stosuje się miód manuka o sile działania UMF 20+ (UMF to sposób znakowania miodów manuka, 20+ to najwyższa możliwa zawartość jego substancji aktywnych).

Linia kosmetyków Bee Pure, których uroczym symbolem jest złota pszczółka, składa się z trzech produktów, czyli przeciwzmarszczkowego serum wygładzającego cerę Bee Venom Serum, ujędrniającej, napinającej i zwężającej pory maski - kremu Bee Venom Face Mask oraz redukującego cienie i opuchnięcia kremu pod oczy Bee Venom Eye Cream. Wszystkie trzy przez ostatnie miesiące stanowiły podstawę mojej pielęgnacji.




Od razu powiem, że złota pszczółka Bee Pure jest bardzo pracowita i robi naprawdę dobrą robotę, zwłaszcza w przypadku serum. Ale choć mam dla tych kosmetyków wiele sympatii, nie pozostaję wobec nich bezkrytyczna, także oprócz zachwytów, będą też pewne zastrzeżenia. I może właśnie od nich zacznijmy, bo dotyczą w zasadzie spraw drugorzędnych, miejmy więc to szybko z głowy.

Co mi w produktach Bee Pure przeszkadza? Opakowania. Wizualnie są prześliczne, przyjemne dla oka kartonowe pudełka kryją eleganckie na pierwszy rzut oka słoiczki utrzymane w prostej, nieprzekombinowanej stylistyce. Gdyby były szklane, byłabym zachwycona, tymczasem niestety jest to zwykły plastik. Szybko okazało się, że wieczka nie są zbyt odporne, jedno pękło mi "od niczego" (na zdjęciu niżej dobrze widać to pęknięcie), nagminnie wypadały mi też ze środka elementy mechanizmu zakręcania. Pompka, w którą wyposażone jest serum, też płatała mi figle, pryskając preparatem na wszystkie strony, dopóki nie nauczyłam się aplikować go precyzyjnie w zagłębienie dłoni, a nie na palce, jak to miałam w zwyczaju. Nie wiem, może uznacie, że się czepiam, ale od produktów z tej półki cenowej (179 zł za krem pod oczy, 209 zł za serum i 259 zł za maskę) naprawdę oczekiwałabym czegoś więcej. Zastanawia mnie, jak wygląda nowozelandzki rynek kosmetyków, z którego marka Bee Pure się wywodzi, może tamtejsze kobiety mają mniejsze wymagania? Mam wrażenie, że Europejki w tym aspekcie przywykły się do nieco wyższych standardów.




Ale jak wiadomo, liczy się wnętrze :))) A w tym przypadku jest ono naprawdę bogate! W zasadzie od pierwszego użycia czuć, że te kosmetyki działają, zwłaszcza w przypadku serum, które szybko stało się moim ulubieńcem.

Serum, oprócz oczywiście opisywanego już wyżej pszczelego jadu i miodu manuka, zawiera także 24-karatowe złoto! Dokładnie o tym składniku możecie poczytać TUTAJ. Płatki złota są maleńkie, ale widoczne, to właśnie nim serum zawdzięcza swój charakterystyczny żółtawy kolor. Roztarte na skórze wygląda na szczęście zupełnie neutralnie, żółte tony znikają, choć trzeba zaznaczyć, że złote drobinki dają po oczach. Jeśli się nie malujecie, efekt może wydać Wam się przesadny. Ale pod makijażem jednak znikają, także nie obawiajcie efektu bombki. Najważniejsze, że formuła działa. Skóra staje się napięta, gładka i rozjaśniona. Nie zapomnę zaskoczenia, jakie przeżyłam, kiedy zmyłam makijaż w dniu, kiedy pierwszy raz to serum zaaplikowałam, nie mogłam uwierzyć, jak dobrze prezentowała się moja cera, jakaś taka zdrowsza, z wyrównanym kolorytem. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to brak ochrony przeciwsłonecznej, przez co nie mogłam stosować tego specyfiku solo.

Maska-krem to naprawdę ciężka artyleria. Jest treściwa, ale za to zupełnie nietłusta. Otula skórę niczym kojący, odżywczy kompres. Dzięki nietłustej konsystencji oszczędnie nałożona nadaje się pod makijaż, jednak ja zdecydowanie wolę aplikować ją grubszą warstwą na noc. Mam wtedy poczucie, że robię dla siebie coś dobrego, mimo że efekty nie są tak spektakularne i widoczne gołym okiem jak po serum. W tym przypadku to raczej kwestia komfortu skóry, niż jej wyglądu.

Krem pod oczy również jest treściwy, ale jego konsystencja jest na tyle niekłopotliwa, że nadaje się zarówno na noc, jak i na dzień. Łatwo się rozprowadza, nie rolując się i nie klejąc, dobrze pielęgnując wrażliwe okolice oczu, bez podrażnień, pieczenia czy łzawienia. Z całej tej trójki wywarł jednak na mnie najmniejsze wrażenie, po prostu nie widzę w nim cech, które znacząco wyróżniałyby go spośród innych dobrych kosmetyków tego typu.


Chciałabym odnieść się jeszcze do kwestii uczulenia na jad pszczeli zawarty w kosmetykach Bee Pure, bo wiem, że niektóre z Was ta sprawa nieco niepokoi. Otóż producent zapewnia, że reakcje alergiczne na jad w oferowanej postaci są niezwykle rzadkie, jednakże dla bezpieczeństwa przed zastosowaniem któregoś z oferowanych specyfików zalecany jest test skórny ---> KLIK. Mnie produkty Bee Pure absolutnie w żaden sposób nie podrażniały, choć początkowo aplikacja serum wiązała się niewielkim, przyjemnym wręcz mrowieniem skóry, która jednak szybko do nowej pielęgnacji się przyzwyczaiła. Była to oznaka działania substancji czynnych.


Gdybym miała polecić Wam tylko jeden produkt z tej serii, na pewno byłoby to serum, bez dwóch zdań. Pomijając zapach, charakterystyczny zresztą dla wszystkich kosmetyków tej marki, który jest dość specyficzny i nie każdemu może przypaść do gustu, mogę je tylko zachwalać. Warte jest uwagi! Docenią je na pewno osoby o skórze dojrzałej, potrzebującej poprawy napięcia i wygładzenia. Jeśli nie przeraża Was cena, dajcie mu szansę.


A propos cen, to mam dla Was na koniec tej długiej recenzji przyjemną niespodziankę. Jeśli chciałybyście osobiście przekonać się, jak działają te pszczółkowe kosmetyki i ile dobrego mogą zrobić dla Waszej skóry, to do 31 sierpnia macie niepowtarzalną okazję zamówienia (TUTAJ) próbek produktów Bee Pure 10 zł taniej niż normalnie, płacąc zaledwie 1 zł za samplowy słoiczek maski-kremu, 2 zł za słoiczek kremu pod oczy lub 4 zł za słoiczek serum, wysyłka gratis. Wystarczy przy składaniu zamówienia wpisać kod "NO-TO-PIEKNIE". Z tej atrakcyjnej oferty może skorzystać 20 osób (ale uwaga! każda osoba nie więcej niż jeden raz), kto pierwszy, ten lepszy! Jeśli jednak chciałybyście kupić od razu pełnowymiarowe opakowania, to również do końca sierpnia skorzystać możecie z 15% zniżki na hasło "RABAT BLOGERSKI". Gdybyście przed podjęciem decyzji potrzebowały więcej informacji o marce, odsyłam Was do strony Bee Yes ---> KLIK oraz na ich funpage na FB ---> KLIK (dla zainteresowanych kolejne linki: Instagram ---> KLIK oraz raczkujący Pinterest ---> KLIK).


Dajcie znać, co myślicie o marce Bee Pure i jej produktach. Przemawia do Was importowana z dalekiej Nowej Zelandii idea pielęgnacji cery oparta na pszczelim jadzie i miodzie manuka? Jak myślicie, złota nowozelandzka pszczółka ma szansę zdobyć sympatię na naszym polskim podwórku? Ja w każdym razie już ją polubiłam, widzę efekty jej pracowitości i mam nadzieję, że będzie jej tu u nas bardzo dobrze!


Buziaki,
Cammie.



niedziela, 25 maja 2014

Ostatni dzwonek, czyli przypomnienie o urodzinowym rozdaniu


Wszystkim spóźnialskim przypominam, że dziś mija termin zgłaszania się do urodzinowego rozdania z okazji czwartej rocznicy No to pięknie! Jeśli macie ochotę na zestaw ekskluzywnych kosmetyków Bee Pure na bazie jadu pszczelego i miodu manuka o wartości aż 650 zł, nie zwlekajcie już ani chwili i wypełnijcie formularz zgłoszeniowy, który znajdziecie TUTAJ.



Nie przegapcie okazji! Zagrajcie póki czas, żeby później nie żałować.

Życzę wszystkim powodzenia, wyniki ogłoszę w przeciągu kilku najbliższych dni. Może nawet już jutro?

Buziaki,
Cammie.



sobota, 10 maja 2014

To już cztery lata, czyli świętujemy! | Urodzinowe rozdanie


To dziś! Czwarte urodziny No to pięknie! Chcąc podziękować Wam, że jesteście ze mną tak długo, przygotowałam dla Was urodzinowy prezent. Dzięki marce Bee Yes, o której pisałam Wam w poprzednim poście ---> KLIK, mam dla Was ekskluzywny zestaw kosmetyków Bee Pure na bazie jadu pszczelego i miodu manuka o wartości, bagatela, 650 zł!


BEE VENOM SERUM
wygładzające serum przeciwzmarszczkowe

BEE VENOM EYE CREAM
redukujący cienie i opuchnięcia krem pod oczy

BEE VENOM FACE MASK
ujędrniająca i zwężająca pory maska - krem




Wszystkich chętnych zapraszam do gry!




Dla zainteresowanych:
profil Bee Yes na FB ---> KLIK
profil No to pięknie! na FB ---> KLIK


Wam życzę powodzenia, a sobie kolejnych satysfakcjonujących lat blogowania. Z takimi czytelnikami nie będzie to trudne! Z całego serca dziękuję, że jesteście.


Całuję,
Cammie.



czwartek, 8 maja 2014

Tego jeszcze nie było, czyli luksusowa pielęgnacja prosto z ula


Dawno nie prezentowałam Wam żadnych kosmetycznych nowinek, ale dziś to nadrobię, pokażę Wam coś naprawdę wyjątkowego, stanowiącego gorącą nowość nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Zrobię to z tym większą przyjemnością, że serce biznesu, o którym zaraz opowiem, bije w moim niewielkim przecież mieście, gdzie jak się okazuje, nie brakuje przedsiębiorczych kobiet z pasją. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Jolę, a Was zapraszam na spotkanie z marką Bee Yes, wyłącznego importera na rynek unijny nowozelandzkich kosmetyków Bee Pure, których działanie oparte jest na niezwykłych właściwościach jadu pszczelego i cennego miodu manuka. Naprawdę, tego jeszcze nie było!




Linia Bee Pure jest co prawda krótka, ale w zasadzie pozwala kompleksowo zadbać o potrzeby wymagającej cery. W jej skład wchodzi Bee Venom Serum, czyli przeciwzmarszczkowe, wygładzające serum, Bee Venom Face Mask, czyli ujędrniająca, napinająca i zwężająca pory maska - krem oraz Bee Venom Eye Cream, czyli redukujący cienie i opuchnięcia krem pod oczy. 




Wszystkie trzy produkty zawierają wspominany już jad pszczeli z peptydami, a także miód manuka o sile działania UMF 20+.




Przyznam się Wam szczerze, że wcześniej nie interesowałam się wykorzystaniem jadu pszczelego w kosmetyce. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, jak szeroki jest wachlarz produktów pszczelich, ale jad jakoś nigdy wcześniej mnie nie zaciekawił. Tymczasem okazuje się, że jest to substancja wyjątkowo czynna, nazywana alternatywą dla botoksu, która aplikowana na skórę w niewielkich ilościach stymuluje ją do produkcji kolagenu i elastyny, przyczyniając się do wygładzenia zmarszczek, zwężenia porów, ujędrnienia, poprawy napięcia i wyrównania kolorytu cery. 

Jad pszczeli wykorzystywany w kosmetykach Bee Pure pozyskiwany jest w nowozelandzkich pasiekach. Od razu uprzedzę, że żadna pszczoła w tym procesie nie cierpi i nie traci życia, stosowane są w tym celu metody z wykorzystaniem bardzo niskiego napięcia elektrycznego, które nie czyni pszczołom żadnej krzywdy, pobudzając je jednak do wydalenia jadu (bez utraty żądła!).

Z Nową Zelandią ściśle związany jest też miód manuka, uchodzący za jeden z najdroższych miodów świata, a swoją nazwę biorący od krzewu manuka, zwanego drzewem herbacianym (brzmi znajomo?) rosnącego naturalnie niemal wyłącznie w tym dalekim kraju. Miód oczywiście zawdzięczamy żywiącym się nektarem z jego kwiatów nowozelandzkim pszczołom. Wyjątkowość miodu manuka ściśle związana jest z jego bardzo silnymi właściwościami antybakteryjnymi, a dodatkowo probiotycznymi, przeciwzapalnymi i przeciwgrzybicznymi. W kosmetyce wykorzystywane jest też jego działanie nawilżające, uelastyczniające i przeciwutleniające.




Ceny tych kosmetyków wahają się od 179 do 259 zł, czyniąc z Bee Pure w zasadzie markę luksusową. Tak jak wspominałam, jej polskim importerem jest Bee Yes, młoda, raczkująca jeszcze marka z wielkimi ambicjami i ciekawym pomysłem na zapełnienie niszy, stawiająca bowiem na rozmaite preparaty wyłącznie na bazie produktów pszczelich. Zachęcam Wam do odwiedzenia ich strony internetowej ---> KLIK i profilu na FB ---> KLIK, znajdziecie tam wszelkie informacje na temat aktualnej oferty marki i jej planów biznesowych. 

A Bee Pure? Im więcej o tych kosmetykach czytam (zainteresowanych odsyłam TUTAJ), tym bardziej mam chęć wprowadzić je do swojej pielęgnacji, ale rozsądek podpowiada, żeby jeszcze chwilę z tym zaczekać. Nadal bardzo służy mi krem Bandi i skoro słońce póki co nie przypieka, będę się go na razie trzymać. Ale pszczółkowy zestaw już na mnie czeka i pewnie w okolicach lipca, może sierpnia napiszę Wam na jego temat coś więcej.


Jak zwykle czekam na Wasze komentarze. Co myślicie o tej nowej w Polsce marce i jej produktach? Podoba Wam się idea wykorzystania właściwości jadu pszczelego w połączeniu z potencjałem miodu manuka? Mam nadzieję, że wzbudziła Wasze zainteresowanie. Jeśli tak, to zdradzę Wam, że warto wypatrywać kolejnego posta, będę miała dla Was niespodziankę :))) Nie przegapcie, zapraszam pojutrze!

Tymczasem całuję,
Cammie.