beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kiko. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

Zasłużone pięć minut, czyli klasyczny taupe od Kiko


Witajcie! Nie mogę uwierzyć, że to już prawie połowa listopada, a ciągle jeszcze możemy cieszyć się tak wspaniałą, słoneczną pogodą. Prawdziwa złota jesień! Na paznokciach też iście jesienny akcent, lakier Kiko nr 320, klasyczny taupe, czyli trudna do zdefiniowania mieszanina brązu i szarości.




Wybierając lakiery do paznokci, zwykle nie sugeruję się porą roku, ale w tych wszystkich przybrudzonych szarością odcieniach jest coś takiego, że aż chce się je nosić do ciepłych jesiennych swetrów i miękkich szali. Także po kilkumiesięcznej przerwie z ogromną przyjemnością wracam do moich ulubionych "brudasków" [kto nie widział? KLIK], w ogóle nie broniąc się przed jesiennymi skojarzeniami.




Ten konkretny lakier Kiko przywiozłam sobie jakiś czas temu z Włoch. Lada dzień na szczęście na zakupy wystarczy wybrać się znacznie bliżej, mianowicie do warszawskiej Arkadii, gdzie z końcem listopada otwarty zostanie pierwszy salon tej marki w Polsce. Mam nadzieję, że nie ostatni! Życzyłabym sobie szybko rozrastającej się sieci, a Wy?




Lubię lakiery Kiko za ich niebanalne kolory, konsystencję ułatwiającą malowanie, bardzo wygodny pędzelek, no i oczywiście za przystępne ceny, rzędu kilku euro (polskich cen jeszcze nie znam, może ktoś się orientuje?). Szaraczka, którego widzicie dziś na zdjęciach, również charakteryzują wszystkie te cechy, ma ciekawy, nieoczywisty odcień (w odpowiednim świetle oprócz szarości i brązu dostrzec w nim można też niewyraźne nuty zgaszonego, wyblakłego fioletu), bezproblemowo się aplikuje, a w przeliczeniu na złotówki kosztuje nie więcej niż kilkanaście złotych.




Wiem, że część z Was czeka na prezentację Chanel Paradoxal i roziskrzonego duetu O.P.I. z kolekcji NYC Ballet, które to lakiery wstępnie pokazywałam Wam w podsumowaniu października [KLIK], ale co się odwlecze, to nie uciecze, a Kiko też zasłużył przecież na swoje pięć minut. Mam nadzieję, że lubicie takie przybrudzone odcienie i że dostrzegacie ich nienachalny urok. Chyba się ze mną zgodzicie, że najpiękniej wyglądają właśnie jesienią?

Napiszcie, proszę, po jakie lakiery najchętniej teraz sięgacie (mnie oprócz "brudasków" ostatnio biorą też czerwienie, i to jak!). Klasyczne odcienie taupe, w typie prezentowanego dziś Kiko, robią na Was wrażenie, czy niekoniecznie? Dajcie znać. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

wtorek, 22 lipca 2014

Wedle życzenia, czyli rzut oka na czerwienie | JOKO, Rimmel, Kiko


Tyle tych czerwonych lakierów do paznokci, że jak przychodzi co do czego, to nie wiadomo, który wybrać, bo w gruncie rzeczy każda czerwień jest inna. Ja w każdym razie doskonale znam te dylematy :DDD Najwyraźniej Wy także je miewacie, bo po ostatnim wpisie z makową czerwienią JOKO w roli głównej, poprosiłyście o porównanie tego odcienia do innych czerwieni, które pojawiały się wcześniej na blogu. Także wychodząc naprzeciw Waszym prośbom, przygotowałam porównanie trzech czerwonych lakierów - JOKO Poppy, Rimmel Salon Pro Hip Hop i Kiko Poppy Red




Kolory niby podobne, ale wprawne oko szybko wychwyci niuanse. Najjaskrawszy zdecydowanie jest lakier Rimmel, w którym doszukać się można sporej ilości pomarańczowego pigmentu. Najciemniejszą, najgłębszą czerwienią jest na pewno Kiko. JOKO natomiast na tle konkurencji w zasadzie się nie wyróżnia. 




I co, która czerwień najładniejsza? Moją faworytką przez długi, długi czas była ta z Kiko, od niedawna zdetronizowana jednak przez Rimmel. Pomidorowy, żywy odcień Hip Hop wspaniale prezentuje się w letnim, mocnym słońcu i na tę chwilę mogę powiedzieć, że to mój ulubiony czerwony lakier. Ale co będzie jesienią, tego nie wie nikt :DDD

Założę się, że też macie swoje ulubione czerwone lakiery. Czerwone, jak setki innych, a jednak niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. No przecież :DDD Zdradźcie swoje typy, czekam na Wasze komentarze! Najpiękniejsza czerwień to ...?

Buziaki,
Cammie



środa, 16 kwietnia 2014

"Brudaski", czyli lakiery z domieszką szarości | Kiko, Essie, Rimmel


Ponieważ Essie Smokin' hot, który pokazywałam Wam w poprzednim poście ---> KLIK, przypadł Wam do gustu i ciekawe byłyście jego podobieństwa do głośnego w blogosferze Rimmel Punk rock, wychodzę dziś naprzeciw Waszym oczekiwaniom i zapraszam na porównawcze zestawienie, w którym oprócz wspomnianej już dwójki zamieściłam też inne "brudaski", jak czule nazywam lakiery z domieszką szarości. Lubię mieć wybór, więc mam ich kilka.

Bardzo podobają mi się takie przybrudzone odcienie i często po nie sięgam. Choć wiele je łączy, tak naprawdę każdy jest inny. Spójrzcie.






Cóż, wszystko widać jak na dłoni, choć chyba trafniej byłoby powiedzieć, że jak na wzorniku :D W każdym razie macie przegląd tzw. "greyish purples", czyli zgaszonych fioletów przybrudzonych szarością. W zasadzie z tego określenia wyłamuje się tylko Essie Bobbing for baubles, który mimo że szarawy, jest wyraźnie granatowy. 

Podobają mi się wszystkie, jednak moim faworytem szybko stał się Essie Smokin' hot. Zdeklasował nawet dotychczasowego ulubieńca, czyli Rimmel Punk rock, głównie dzięki chłodniejszemu, bardziej uniwersalnemu odcieniowi i wygodniejszemu pędzelkowi, komfort aplikacji też jest przecież ważny.

Wiem, że zaraz wiele z Was powie, że nie nosi takich kolorów wiosną, ale ja na pory roku nie zwracam w tym kontekście uwagi i sięgam po prostu po takie lakiery, na jakie mam ochotę. A na "brudaski" ochotę mam często, jak rok okrągły.


A Wy? Lubicie takie przybrudzone kolory? Który z moich "brudasków" spodobał Wam się najbardziej? A może macie innych faworytów w tej kategorii? Koniecznie napiszcie, może gdzieś tam na świecie jest jeszcze jakiś piękniś, o którym nie mam pojęcia :DDD


Buziaki,
Cammie.



niedziela, 6 października 2013

Przywrócony do łask, czyli szaraczek Kiko

Wiem, że czekacie na prezentację nowości Wibo, ale zanim przygotuję zdjęcia, minie trochę czasu, a tak się składa, że Kiko nr 327 mogę pokazać Wam już dziś. Mam ten lakier od dawna, nawet już kiedyś gościł na blogu w zestawieniu z brokatowym topem, ale jakoś nie doczekał się nigdy pełnej recenzji. Tymczasem ostatnio wrócił do łask i pomyślałam, że taka piękna szarość zasługuje na odrębnego posta.






Kiko nr 327 to głęboki, ciemny odcień szarości o idealnie kremowym wykończeniu. Kolor bezpieczny i uniwersalny, pasujący do wszystkiego. Stanowi też dobrą bazę pod wszelkie świecidełkowe topy, choć najlepiej moim zdaniem współgra ze srebrem i zgaszonym różem. Lubię zestawiać go z Essence Romeo & Julia i O.P.I. Pink Yet Lavender. Solo chyba jednak podoba mi się najbardziej.






1. Dostępność - 0 (marka w Polsce trudno dostępna).
2. Cena - 1 (niewygórowana, około 10 zł).
3. Kolor - 1 (może i powtarzalny, ale głęboki i nasycony).
4. Aplikacja - 1 (dość prosta, choć trzeba uważać na gęstą konsystencję, która może utrudniać precyzyjne malowanie).
5. Pędzelek - 1 (raczej szeroki, wygodny i poręczny).
6. Krycie - 1 (bardzo, bardzo dobre, na upartego wystarczy jedna warstwa).
7. Wysychanie - 1 (szybkie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Golden Rose All in One, Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (bezproblemowa).
9. Trwałość - 1 (świetna, kilkudniowa).
10. Zmywanie - 1 (nadspodziewanie łatwe, co nie jest oczywistością przy ciemnych kolorach).

Moja ocena: 9/10.


Nie jest tajemnicą, że lakiery Kiko bardzo lubię, ubolewając, że ciągle jeszcze mamy do nich w Polsce mocno ograniczony dostęp. Szaraczek też mnie nie zawiódł, nie odstaje jakością od innych odcieni, jakie znam. W dodatku sprawdza się w wielu sytuacjach, bo mimo wyrazistości nie bije po oczach. Noszę go z dużą przyjemnością. I coś mi mówi, że będzie doskonałym tłem dla białych płatków Wibo, które pokazywałam Wam wczoraj. Sprawdzę!


Tymczasem całuję,
Cammie.




wtorek, 18 czerwca 2013

Makowa panienka, czyli KIKO Poppy red

Zdaję sobie sprawę, że jeśli chodzi o KIKO, to rekordy popularności biją właśnie lakiery piaskowe, ale na przekór trendom pokażę Wam klasyczny krem w odcieniu żywej czerwieni, 362 Poppy red. Mam go już prawie od roku, zupełnie nie wiem, jak to się stało, że jeszcze go Wam nie prezentowałam. A sięgam po niego regularnie, czerwień to jeden z tych nielicznych kolorów, które sprawdzają się w każdej sytuacji.










Lubię ten lakier za ciekawy odcień, głęboki i pulsujący. To rzeczywiście taka czerwień kwiatów maku,  ostra i żywa, jarząca się  w ostrym świetle (pierwsze zdjęcie), gasnąca w cieniu (drugie zdjęcie).


1. Dostępność - 0 (marka w Polsce ciągle trudno dostępna).
2. Cena - 1 (regularnie 2,5 euro, czyli około 10 zł).
3. Kolor - 1 (niby zwykła czerwień, ale wyróżniająca się głębią i ostrością).
4. Aplikacja - 1 (lakier, choć gęsty, rozprowadza się równą warstwą).
5. Pędzelek - 1 (raczej szeroki, wygodny i poręczny).
6. Krycie - 1 (bardzo, bardzo dobre, właściwie wystarczyłaby jedna warstwa).
7. Wysychanie - 1 (zaskakująco szybkie, jak na lakier o gęstej konsystencji).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (wzorowa).
9. Trwałość - 0 (nie więcej niż trzy, cztery dni, dość szybko się wyciera na końcówkach).
10. Zmywanie - 1 (łatwe).

Moja ocena: 8/10.


Generalnie lubię lakiery KIKO, mam ich kilka. Ich kremowa, gęsta konsystencja sprawia co prawda, że dla zachowania precyzji do malowania trzeba się nieco przyłożyć, ale trud wynagradza gładka, błyszcząca tafla koloru. W przypadku Poppy red życzyłabym sobie jedynie lepszej trwałości, lakier z każdym dniem traci na wyglądzie, po mniej więcej czterech prezentując się już tragicznie. Poza tym cud miód ultramaryna!

Ach, żeby salony KIKO pojawiły się wreszcie w Polsce! Wykupiłabym chyba pół kolekcji :DDD


Jak Wam się podoba Poppy Red, makowa panienka? 


Buziaki,
Cammie.




niedziela, 2 września 2012

Nie aż tak ;)))

Coraz więcej z Was ciepło spogląda na Kiko, mimo że marka niestety nadal nie jest dostępna w Polsce (why???). Ale podróżujecie, macie podróżujących przyjaciół i często decydujecie się na zakupy za granicą. Moje kikusie, jak pamiętacie, też dotarły do mnie dzięki czyjejś uprzejmości. Kiedy je Wam prezentowałam [KLIK], wzbudziły wiele emocji, gorąco prosiłyście o dokładniejsze zdjęcia. Zgodnie z życzeniem pokażę dziś pierwszy z lakierów, Kiko nr 282 Coral Pink :)))









Cóż, na zdjęciu ten odcień wydaje się  bardziej "pink" niż "coral", ale muszę podkreślić, że to kwestia światła. W ostrym słońcu kolor nabiera intensywności, wyglądając niemal neonowo, w miękkim, przytłumionym świetle sztucznym zyskując na subtelności. Właśnie w takich warunkach wychodzi z niego zgaszony koral.


1. Dostępność - 0 (marka w Polsce niedostępna).
2. Cena - 1 (do przyjęcia, regularnie 2,5 euro, czyli około 10 zł).
3. Kolor - 0 (odejmuję punkt, bo mimo całej jego urody, spodziewałam się czegoś wyraźniej wpadającego w koral).
4. Aplikacja - 1 (prosta, bez smużenia i zalewania skórek).
5. Pędzelek - 1 (wygodny, dobrze przycięty, nie za wąski, nie za szeroki).
6. Krycie - 1 (standardowy dwuwarstwowiec).
7. Wysychanie - 1 (bezproblemowe, przy pomocy topu wręcz błyskawiczne).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: rewelacyjny Kiko Gel Look Ultra Glossy Effect Top Coat) - 1 (bez zastrzeżeń).
9. Trwałość - 1 (przez pięć dni mani nieskazitelny, szóstego dnia wszystkie plagi jednocześnie - otarcia, pękanie, odpryski, no ale pięć dni to i tak dużo).
10. Zmywanie - 1 (banalnie łatwe, bez barwienia skóry wokół paznokci, czego szczerze nie znoszę).

Moja ocena: 8/10.



Bardzo udany róż, może nie tak koralowy, jakbym sobie tego życzyła, ale mimo to ładny. Jestem pewna, że będę po niego często sięgać, bo świetnie wpisuje się w gamę moich ulubionych kolorów. Nie jest jednak na tyle oryginalny, żeby czegoś podobnego nie znaleźć w ofercie naszych rodzimych marek. Jest fajny, ale nie AŻ TAK :DDD

A jakie odcienie Wy najchętniej widzicie na swoich paznokciach?


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Moja radosna twórczość ;)))

Witajcie! Jak Wam minął weekend? Mnie bardzo uroczyście i rodzinnie :))) To dlatego tu nie zaglądałam. Ale dziś już jestem i koniecznie muszę Wam coś pokazać! Zainspirowana tutorialem Pastereczki [KLIK] oraz postem Noli [KLIK], oddałam się wczoraj eksperymentom :)))

Spodobała mi się podpatrzona u Pastereczki technika "sandwich nails", dzięki której brokat, nałożony pod warstwę jasnego, mlecznego lakieru, zyskuje na subtelności. Jako lakier bazowy i nawierzchniowy zastosowałam O.P.I. At First Sight, za wypełnienie "kanapki" posłużył Special Effect Topper z Essence, a wszystko to utwardziłam Kiko Gel Look Ultra Glossy Effect Top Coat.






Po tym, co zobaczyłam u Noli, postanowiłam brokat nałożyć tylko na końcówki paznokci. Patrzcie, co mi wyszło. Jak dla mnie bomba! Wiem, że to nieskromne, ale jestem pod ogromnym wrażeniem uzyskanego efektu. Delikatnego, a jednocześnie ozdobnego. W dodatku tak łatwego do osiągnięcia!






Blask brokatu zdecydowanie osłabł, jednak jego drobiny nadal są wyraźnie widoczne. Uważam, że wygląda to ślicznie. A Wam jak się podoba ta moja radosna twórczość? :)))

niedziela, 29 lipca 2012

Raz się żyje!

Tak, wiem, miałam nie kupować żadnych lakierów. Jednak w pewnych okolicznościach po prostu nie można się ograniczać! Ja jestem przywiązana teraz do domu i dziecka, ale moje przyjaciółki podróżują po świecie i grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Także wiecie, rozumiecie ... :DDD Drogie panie, moje najnowsze nabytki, prosto z Mediolanu! Kolorowe kikusie ;)))



Przedstawiam od lewej:

KIKO nr 362 Poppy Red

KIKO nr 360 Strawberry Pink

KIKO nr 282 Coral Pink

KIKO nr 358 Peach Rose

KIKO nr 359 Light Peach 









A do kompletu

Gel Look 
Ultra Glossy Effect
Top Coat :)))






Same widzicie, że ciężko było się oprzeć. Więc się nie opierałam :ppp Raz się żyje!

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Niezbędnik :)))

Wielkiego kosmetycznego podsumowania minionego roku nie będzie, w końcu o wszystkich swoich zachwytach i rozczarowaniach pisałam Wam na bieżąco. Pomyślałam jednak, że warto zaprezentować kilka produktów, po które sięgałam najczęściej, zwykle nawet tego sobie nie uświadamiając, ale wiernie wracając do nich po nieudanych makijażowych eksperymentach.

Co trafiło na listę ulubieńców roku 2011? Po surowej selekcji ostatecznie znalazło się na niej pięć kosmetyków. Część z nich już znacie z moich wcześniejszych recenzji.






1. Podkład Catrice Inifinite Matt [recenzja TUTAJ], z którym nie rozstaję się od dobrych kilku miesięcy. Oczywiście zdarzało mi się w tym czasie sięgać po inne, ale żaden nie sprawdził się na mojej cerze tak dobrze jak Infinite Matt, którego trzecie opakowanie kupię lada dzień :)

2. Lakier Kiko w odcieniu nr 241 [recenzja TUTAJ], który przywiozłam sobie z mojej wielkiej wrześniowej wyprawy. Nie pamiętam, żebym po jakikolwiek inny lakier sięgała w minionym roku równie często. Lubię w nim wszystko - ciekawy kolor, łatwość aplikacji, trwałość. Żałuję, że marka nie jest dostępna w Polsce.

3. Róż Benefit Thrrrob [recenzja TUTAJ], moje wielkie odkrycie roku 2010, nad którym niezmiennie trwam w zachwycie aż do tej pory. Odcień stworzony jakby specjalnie dla mnie - bardzo jasny, chłodny róż z subtelną srebrną poświatą. Cudo! Ilość róży w moich zbiorach jest skandaliczna, ale i tak raz za razem w obroty idzie Thrrrob. Muszę pomyśleć o kolejnym opakowaniu, bo w dotychczasowym pozostały już tylko okruszki.

4. Korektor Bourjois Healthy Mix, bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. Jest niezwykle uniwersalny, nadając się zarówno do kamuflowania niedoskonałości, jak i korygowania wyglądu skóry wokół oczu. Lekki, a zarazem kryjący, w dodatku niesamowicie wydajny! Stosuję go codziennie, w przeciągu dwóch lat kupiłam dwa opakowania.

5. Żel Essence Lash & Brow Gel Mascara, który stosuję do ujarzmiania brwi. Nie zliczę nawet, ile jego opakowań zużyłam, od miesięcy kupuję jedno za drugim. Bezbarwny i mocny, świetnie nadaje się do modelowania łuku brwiowego i utrwalania jego kształtu.



To moje typy, mój makijażowy niezbędnik. Ciekawa jestem natomiast Waszych ulubieńców. Śmiało, piszcie, bez czego w 2011 roku nie umiałyście się obejść :)))

niedziela, 18 grudnia 2011

Nie taki diabeł straszny :)))

Okazało się, że wbrew moim obawom, brokatowe topy na paznokciach generalnie bardzo Wam się podobają, czemu dałyście wyraz w licznych komentarzach pod postem, w którym pokazywałam Wam efekt pewnego eksperymentu [KLIK]. Na fali zainteresowania tematem dziś pokażę wam kolejną brokatową kombinację, nieco nawet bardziej strojną niż poprzednia :)

Jako baza posłużył mi lakier KIKO nr 327 w pięknym, głębokim odcieniu szarości, o idealnie kremowym wykończeniu.






Po top ponownie sięgnęłam do gamy Essence, znowu decydując się na serię Nail Art Twins, wybierając tym razem lakier nawierzchniowy z zestawu Romeo & Julia, pełen srebrnych drobin opalizujących w świetle w kolorach tęczy.






Duet prezentuje się całkiem ciekawie. Srebrny brokat ładnie kontrastuje z szarym tłem, w świetle pokazując swoje prawdziwe, kolorowe oblicze. Uwaga! Nie dla skromniś! To zestawienie naprawdę rzuca się w oczy :)))






Na koniec clou dzisiejszego wpisu :) W komentarzach pod wspomnianym wyżej postem często pisałyście, że brokatowy manicure bardzo Wam się podoba, ale raczej nie malujecie tak paznokci ze względu na trudności z jego zmywaniem. Otóż jest na to sposób! Czego potrzebujecie? Zmywacza do paznokci, kilku płatków kosmetycznych i zwykłej kuchennej folii aluminiowej :)))






Tak zwana metoda foliowa jest bardzo skuteczna, uwierzcie mi, że poradzi sobie z każdym brokatem. Wystarczy płatki kosmetyczne nasączyć zmywaczem, nałożyć je na paznokcie i szczelnie owinąć kawałkami folii, a po kilku minutach po prostu wszystko zdjąć. Prawdopodobnie pozostałości lakieru bazowego trzeba będzie gdzieniegdzie przy skórkach jeszcze doczyścić, ale drobinki znikną, bezproblemowo i bez śladu. Także nie bójcie się brokatu, bo nie ma czego! Nie taki diabeł straszny :)))

poniedziałek, 31 października 2011

I jak tu dogodzić? :DDD

Pokazywałam Wam niedawno Kiko nr 320 w odcieniu szarości przełamanej zgaszonym fioletem [KLIK], ale domagałyście się czegoś żywszego. Doprawdy, trudno Wam dogodzić ;))) Ale nie ma sprawy, proszę bardzo! Roziskrzona srebrzystymi drobinami malinowa czerwień Kiko nr 241.








Ten kolor powinien przypaść Wam do gustu. Jest żywy, ale nie na tyle, żeby drażnić. Podoba mi się jego uniwersalność, dzięki której pasuje i na co dzień do dżinsów, i od święta do sukienki :)))



1. Dostępność - 0 (marka niedostępna w Polsce).
2. Cena - 1 (niewygórowana, 2,5 euro).
3. Kolor - 1 (bardzo uniwersalna czerwień, pasująca do wszystkiego).
4. Aplikacja -1 (bezproblemowa).
5. Pędzelek - 1 (charakterystyczny dla Kiko, ergonomiczny i wygodny).
6. Krycie - 1 (standardowe).
7. Wysychanie - 1 (bez zastrzeżeń).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Seche Vite) - 0 (podatność na obkurczanie na końcówkach, podobnie jak w przypadku poprzednio ocenianego odcienia).
9. Trwałość - 1 (do 5 dni).
10. Zmywanie - (bardzo łatwe, mimo drobin brokatu).

Moja ocena: 8/10.



Niby zwykła nudna czerwień, ale w ładnym odcieniu. Charakteru dodaje jej brokat, drobniutki, raczej iskrzący niż błyszczący, dzięki czemu nie prezentuje się tandetnie. Bardzo lubię ten kolor i mam nadzieję, że też dostrzeżecie jego urok. A jak nie, to już sama nie wiem, jak Wam dogodzić ;)))

sobota, 22 października 2011

To coś :)))

Wieki całe nie prezentowałam Wam lakierów do paznokci. Pora to nadrobić, zwłaszcza że w kolejce do zrecenzowania czeka kilka naprawdę ciekawych egzemplarzy. W pierwszej kolejności pokażę Wam jeden z moich najnowszych nabytków, szaro - fioletowy Kiko nr 320 :)))









Ten lakier ma dwie twarze. W buteleczce delikatnie trąci wrzosem (co zresztą widać na zdjęciu), na paznokciach natomiast szarzeje. Wystarczy jednak najmniejszy ruch dłoni, zmiana kąta padania światła i pokazuje swoje prawdziwe, fioletowe oblicze. A wszystko to przy idealnie kremowym wykończeniu.



1. Dostępność - 0 (salony KIKO znaleźć można tylko we Włoszech, Hiszpanii i Niemczech; edit: jak mi właśnie doniesiono, także w Wielkiej Brytanii i Francji).
2. Cena -1 (niewygórowana, 2,5 euro).
3. Kolor -1 (bardzo ciekawy, oryginalny, choć gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że znam co najmniej dwa odpowiedniki - P2 208 Rich & Royal i Essie Merino Cool).
4. Aplikacja - 1 (bezproblemowa).
5. Pędzelek - 1 (dość szeroki, wygodny).
6. Krycie - 1 (standardowe, dwie warstwy dają idealny efekt).
7. Wysychanie - 1 (w normie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Seche Vite) - 0 (niestety z łatwością poddaje się obkurczaniu na końcówkach, co w ekstremalnych przypadkach może wyglądać na otarcia).
9. Trwałość - 1 (niezawodna przez około 4 - 5 dni).
10. Zmywanie - 1 (bajecznie proste, bez przebarwień).

Moja ocena: 8/10.


To jeden z czterech lakierów Kiko, które sobie kupiłam i już żałuję, że nie zdecydowałam się na więcej. Relacja ceny do jakości fantastyczna! A było w czym wybierać ... Paleta kolorów jest olbrzymia i zachwyca niecodziennymi, niespotykanymi odcieniami. 320 jest tego najlepszym przykładem. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się nudny, tak naprawdę ma w sobie "to coś" :)))

wtorek, 4 października 2011

Punkt G ;)))

Już dawno z koleżankami ustaliłyśmy, że słynny punkt G rzeczywiście istnieje. Gdzie? Na końcu słowa shoppinG! ;))) Oczywiście trzymałam się tej prostej prawdy w czasie mojej podróży, co poskutkowało udanymi zakupami :D






Drogerie DM spotykałam na swojej trasie bardzo często, począwszy od Czech, przez Austrię, aż po Słowenię. Oferowały jednak asortyment na tyle zbliżony do tego, co możemy kupić w Polsce, że skusiłam się jedynie na kilka niedostępnych u nas gadżetów do kąpieli Balea i podkład Caviar Long Stay Dermacol. W moim koszyku wylądowała też niemalże cała męska seria Alverde, która następnie trafiła do kosmetyczki mojego męża :)))






W Słowenii skusił mnie Lush. Na salon natknęłam się w zasadzie przypadkiem, ale zakupy, mimo że nieplanowane, poczyniłam całkiem spore. Nie mogłam oprzeć się tym wszystkim zapachom! Najchętniej wykupiłabym pół sklepu, ale koniec końców stanęło na kulach do kąpieli (Big Blue i Fizzbanger), bąbelkach (Karma i Amandopondo) i mydłach (Sea Vegetable, Karma i Lemslip). Zakupy były na tyle satysfakcjonujące, że później we Włoszech jakoś udało mi się ignorować plakaty o treści "Follow your nose, Lush is close" ;)))






Na koniec, we Włoszech, trafiłam do świątyni makijażu, salonu Kiko. Oszołomił mnie! Trzeba przyznać, że ekspozycja robi wrażenie. Uporządkowana, posegregowana w sekwencje tematyczne i kolorystyczne, w całości dostępna dla klientek, które bez przeszkód i kłopotliwego nadzoru obsługi mogą korzystać z ogromnej ilości testerów, oddać się w ręce makijażystki bądź po prostu pooglądać asortyment. Testowałam więc, oglądałam, wybierając ostatecznie kilka lakierów do paznokci, puder mineralny Soft Focus Compact Wet & Dry Mineral Foundation, szary, precyzyjny cień sypki z serii Eyetech Look i przepiękną paletkę Color Fever.






Tak sobie patrzę na te zakupy i myślę, że dopieściłam nie tylko G, ale też wszystkie pozostałe litery alfabetu ;)))