beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rossmann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rossmann. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 kwietnia 2015

Klęska urodzaju, czyli promocje w drogeriach Natura i Rossmann | Moja lista zakupów, tylko sprawdzone hity!


Jeśli chodzi o drogeryjne promocje, to zdaje się, że mamy właśnie klęskę urodzaju. Nie narzekam, po prostu nie sposób nie zauważyć, że najpopularniejsze sieci biją się o drenaż naszych portfeli. Jak pewnie wiecie, w drogeriach Natura od wczoraj (do 29 kwietnia) trwa promocja dająca 40% zniżki na całą kolorówkę, a począwszy od piątku przez kolejne niemal trzy tygodnie w drogeriach Rossmann skorzystać będziemy mogły z obejmującej tę kategorię kosmetyków zniżki rzędu aż 49%. Pora przygotować listę zakupów! Na mojej znalazły się same sprawdzone hity :)))




Co planuję kupić w Naturze? Stawiam na dwa produkty Catrice:

  1. Camouflage Cream - bezkonkurencyjny korektor, który wyratował mnie z niejednej dermatologicznej opresji. Daje bardzo silne krycie, nie odznaczając się jednak na skórze, nie ciemniejąc i nie ścierając się w ciągu dnia. Niezawodny! Polegam na nim bardziej niż na wychwalanym wszem wobec MAC Studio Finish Concealer, z którym jest zresztą często porównywany (chcecie może taką recenzję porównawczą?). Niestety traci zdatność do użytku już sześć miesięcy od otwarcia, właśnie dlatego potrzebuję kolejnego opakowania. Mam nadzieję, że bez problemów uda mi się kupić najjaśniejszy odcień, wiem, że z tym niestety może być różnie.
  2. Eyebrow Set - paletka do makijażu brwi, złożona z dwóch chłodnych odcieni brązu. Kasetka w środku kryje także lusterko i podręczne akcesoria w postaci szczoteczki i pędzelka do brwi oraz pęsety. Ciągle poszukuję czegoś nowego, a koniec końców i tak zawsze wracam do tego sprawdzonego zestawu. Bardzo odpowiadają mi kolory tych cieni, dające nieprzerysowany, naturalny efekt. Niestety, trwałość opakowania jest marna, moje rozleciało się już w drobny mak. Pora na nówkę sztukę!

Jeśli chodzi o Naturę, to w zasadzie tyle, na resztę pozycji z mojej listy polować będę w Rossmannie, korzystając z większej zniżki:
  1. L'Oreal Super Liner Blackbuster - najlepszy liner w pisaku, jaki znam! Wygodny, pozwalający z łatwością namalować piękną kreskę, czy to cieniutką i precyzyjną, czy to grubszą i wyrazistą. Pisak świetnie leży w dłoni, dając ładną, miękką, dzienną czerń. Bardzo, bardzo go lubię i regularnie kupuję. Przy takiej promocji grzechem byłoby nie zrobić zapasu.
  2. L'Oreal Brow Artist Plumber - żel do brwi, który od pierwszego użycia podbił moje serce. Odcień ciemnego brązu idealnie pasuje do mojej oprawy oka, a maleńka, precyzyjna szczoteczka pozwala na wygodne przeczesanie brwi i nadanie im mocno utrwalonego kształtu. Odkąd kupiłam pierwsze opakowanie, zrezygnowałam ze wszelkich innych produktów tego typu, to chyba o czymś świadczy?
  3. Eveline Advance Volumiere - odżywka do rzęs do stosowania pod tusz. W ostatnich miesiącach zdobyła sporą popularność, na fali której ja także zdecydowałam się na zakup. I co? Używam codziennie! Świetnie przygotowuje rzęsy do nałożenia tuszu, perfekcyjnie je rozdziela i delikatnie pogrubia. Na tak przygotowanych rzęsach każda maskara wygląda lepiej!
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - tusz do rzęs, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, bestseller o zasłużonej sławie. Bardzo tani i bardzo dobry, świetnie podkreśla rzęsy. Jak się uda, kupię kilka sztuk.
  5. Rimmel Salon Pro - bardzo lubię te lakiery i na pewno skorzystam z okazji, żeby kupić jakiś nowy odcień (mam na oku Navy Seal). Jeszcze się na tej serii nie zawiodłam, w parze z oryginalnymi kolorami zawsze idzie świetna jakość.
  6. Last but not least, Max Factor Creme Puff Blush - nowinka kosmetyczna, która już cieszy się sporym zainteresowaniem. Nic dziwnego, róże z tej kolekcji naprawdę przyciągają uwagę. Jakiś czas temu kupiłam najjaśniejszy z dostępnych odcieni (05 Lovely Pink) i urzeczona jego miękkim, rozświetlającym efektem, doskonałą pigmentacją i trwałością na skórze mam ochotę na jeszcze jeden, tym razem nieco ciemniejszy. 

Jak widzicie, moja lista nie jest szczególnie długa, postawiłam na naprawdę sprawdzone produkty, które i tak bym kupiła, nawet w cenie regularnej, nie żałując żadnej złotówki. Nie wykluczam jednak, że skuszę się też na kosmetyki, których jeszcze nie znam, bardzo ciekawi mnie bowiem krem CC od Bourjois, chodzą mi też po głowie konturówki Essence. Zobaczymy, najważniejsze, to odhaczyć punkty z listy! 

Znacie produkty, o których dziś pisałam? Znalazły się także na Waszych listach? Planujecie w ogóle zakupy? Koniecznie dajcie znać, czy stawiacie na sprawdzone hity, czy te atrakcyjne promocje traktujecie raczej jako okazję do poznania nowości. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


Gdyby komuś było mało,
to atrakcyjną promocję przygotowała także Sephora.
Do 27 kwietnia,
przynosząc do sklepu swoje stare kosmetyki kolorowe,
nowe marki Sephora kupić można ze zniżką rzędu 40% :)))



piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 25 listopada 2014

Nie do odróżnienia, czyli olejki Alterra i Alverde


Zauważyłyście, że im bardziej coś jest dla nas z różnych względów niedostępne, tym bardziej tego pragniemy? Ja wyraźnie widzę tę prawidłowość. Chociażby na przykładzie asortymentu drogerii DM, koło którego nigdy nie potrafię przejść obojętnie, jeśli tylko mam okazję zrobić zakupy za granicą. Czy jednak naprawdę nasza rodzima oferta jest mniej atrakcyjna? Warto uzmysłowić sobie, że niekoniecznie. Przekonałam się o tym przyglądając się z bliska słynnym olejkom Alverde, które jak się okazało, do złudzenia przypinają olejki Alterra, dostępne dla nas w każdym Rossmannie na wyciągnięcie ręki.

Nie zamierzam raczyć Was dziś żadną recenzją, na temat olejków obu marek napisano już morze słów. Chciałabym raczej zwrócić Waszą uwagę na niesamowite podobieństwo tych produktów, które w moich oczach sprawia, że o ile komuś nie zależy na jakiejś charakterystycznej kombinacji olejków składowych bądź konkretnej nucie zapachowej, nie ma co stawać na głowie, żeby zdobyć akurat te z Alverde. Olejki Alterry w niczym im nie ustępują.




Olejki obu marek łączy naprawdę wiele. Począwszy od opakowania, poprzez gabaryty, na właściwościach kończąc. W obu przypadkach mamy kartonik o identycznych kształtach i identycznych wymiarach, w obu przypadkach w środku znajdujemy identyczną, kryjącą 100 ml produktu butelkę z identyczną pompką z charakterystyczną strzałką. Pod względem wizualnym nie różnią się nawet w najmniejszych detalach.




Obie marki oferują nam kilka wariatów olejków do wyboru. Jeśli chodzi o Alverde, do czynienia miałam z wersją porzeczkową, kokosową i różaną, z oferty Alterry poznałam natomiast widoczną na zdjęciach wersję limonkową, a także migdałową z papają i pomarańczowo-brzozową.




Nie zauważyłam istotnych różnic, jeśli chodzi o ich działanie. Generalnie wszystkie dobrze mi służyły. Ranking, jaki mogłabym stworzyć na własny użytek, uwzględniałby w pierwszej kolejności dominujące nuty zapachowe, bo właściwości olejków (uniwersalność zastosowań, konsystencja, dobroczynne wpływ na ciało i włosy) oceniam na bardzo podobnym poziomie. Niezależnie od marki i wersji, uwielbiam stosować je do szybkiego nawilżania i natłuszczania mokrego ciała po kąpieli, to zdecydowanie moja ulubiona forma ich aplikacji. Kocham łatwość i szybkość, z jaką odczuwalnie poprawiają kondycję mojej skóry, zostawiając na niej przy tym piękny zapach.





Jeśli miałabym odnieść się do jakości, to również nie potrafiłabym szczególnie wyróżnić żadnej z marek. Obie oferują nam olejki w pełni naturalne, wegańskie, o bezpiecznych, bogatych składach, w przyjaznych, niewygórowanych cenach (około 20 zł). Ich wydajność i uniwersalność jest niesamowita, nadają się zarówno do ciała, jak i do włosów, równie dobrze spisując się też jako dodatek do kąpieli, czy środek do masażu. Zdradzę Wam, że sama często używam ich też jako emulgującego ciężkie podkłady czyścika do gąbek do makijażu, sprawdzają się w tej roli znakomicie.

Jak widzicie, trudno powiedzieć, że któraś z marek proponuje nam produkt wyraźnie lepszy. Dla mnie są one naprawdę podobne. Próbowałam nawet ustalić, czy przypadkiem nie mają wspólnego producenta - za pomocą kodów kreskowych w prosty sposób można zrobić to TUTAJ - ale niestety rossmannowego olejku system nie rozpoznał (dla olejku z DM wskazując dm-drogerie markt GmbH + Co. KG). Może Wy wiecie coś więcej na ten temat? Z tego, co się orientuję, sieci drogerii Rossmann i  DM nie należą do jednego koncernu (poprawcie mnie, jeśli się mylę), ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że tak duże podobieństwo to przypadek. 

Zgadzacie się ze mną, że olejki Alverde i Alterra są niemal nie do odróżnienia? Dajcie znać. Napiszcie też koniecznie, czy podobnie jak ja macie skłonność do pożądania rzeczy w Polsce niedostępnych. Choć jak widać, czasami jest to zupełnie nieuzasadnione!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 28 października 2014

Rewelacyjna wiadomość, czyli pędzle Real Techniques w drogeriach Rossmann!


Planowałam opublikować dziś posta o kosmetycznym odkryciu października, w zasadzie jest gotowy i tylko czeka, aby ujrzeć światło dzienne, przed chwilą natchnęło mnie jednak, żeby mimo wszystko napisać o czymś innym. Na FB wiadomość rozniosła się lotem błyskawicy, ale podejrzewam, że tutaj nie wszyscy jeszcze wiedzą, że w drogeriach Rossmann pojawiły się pędzle Real Techniques? Pomyślałam, że dam Wam znać, szkoda, żeby ominął Was taki news.


Zdjęcie z telefonu, wybaczcie jakość.


W ofercie drogerii Rossmann znalazł się stippling brush, czyli wielozadaniowy pędzel do makijażu, expert face brush, czyli pędzel do podkładu i blush brush, czyli pędzel do różu. Z Waszych komentarzy na FB wiem, że jeszcze nie we wszystkich drogeriach można te pędzle znaleźć, ale to na pewno tylko kwestia czasu, kiedy pojawią się na półkach. Pojawią się i pewnie szybko znikną, bo jak widać chociażby na powyższym zdjęciu, rozchodzą się jak świeże bułeczki, w Rossmannie, w którym je zrobiłam, po pędzlu do różu pozostało tylko wspomnienie. Dwa pozostałe wylądowały oczywiście w moim koszyku :))) 






Oba zdążyłam już wypróbować i z obu jestem bardzo zadowolona, zdołały zatrzeć złe wrażenie, jakie pozostawił po sobie silicone liner brush, na temat którego pisałam TUTAJ.

Marki Real Techniques na pewno nikomu interesującemu się makijażem nie trzeba przedstawiać, to fantastycznie, że nareszcie jej słynne pędzle możemy kupić stacjonarnie. Co prawda póki co tylko kilka podstawowych modeli, ale może w przyszłości oferta zostanie poszerzona? Oby, zwłaszcza że choć ceny porównywalne są z tymi w drogeriach internetowych, to jednak odpadają koszty przesyłki. No i mamy swoje zakupy od razu w rękach, co jest dobrą opcją dla niecierpliwych. Myślę też, że prędzej czy później możemy spodziewać się atrakcyjnych promocji, które pozwolą nam kupić te pędzle znacznie taniej (a propos, podobno promocja -40% na kolorówkę startuje 10 listopada, słyszałyście coś na ten temat?).


Dotarła już do Was ta rewelacyjna wiadomość, czy dowiadujecie się właśnie ode mnie? Widziałyście pędzle Real Techniques w swoich lokalnych Rossmannach? Planujecie zakupy? Dajcie znać, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Nie przegapcie konkursu!
Do wygrania trzy zestawy
naturalnych kosmetyków Ikarov,
w skład każdego wchodzi
woda różana, masło shea i olejek migdałowy :)))


sobota, 23 listopada 2013

Ryzykując, czyli moje rossmannowe zakupy ;)))

Zamieszczając dzisiejszy post pewnie narażam się na hejt, bo na wpisy o rossamannowej promocji co niektórzy reagują już alergią, ale co tam, zaryzykuję :DDD Chcę pokazać, co kupiłam

Byłam twarda, trzymałam się listy ---> KLIK. I w zasadzie niemal w całości udało mi się ją zrealizować.






Nie dostałam jedynie czarnego lakieru do paznokci L'Oreal Black Swan, byłam w dwóch Rossmannach i w żadnym go nie było. Za to w obu stan reszty lakierów L'Oreal wołał o pomstę do nieba! Dramat. Wyeksponowane na samej górze, tuż pod głównymi lampami szafy, wszystkie co do jednego były obrzydliwie rozwarstwione. Zastanawiam się, kto to w ogóle kupi? Już nie wspominając o tym, że nawet gdybym upadła na głowę i jednak chciała za któryś zapłacić i tak nic by z tego nie było, bo nie mogłam do tej półeczki dosięgnąć i czegokolwiek z niej ściągnąć. W szpilkach! Owszem, nie jestem wysoka, no ale bez przesady. Nie wiem, nawet jeśli sposób ekspozycji nie interesuje producenta, to powinien interesować dystrybutora, który przecież przez te pozornie błahe sprawy traci potencjalnych klientów.

Także czarnego lakieru nie mam. Ale mam za to czerwony. I złoty top coat :DDD Próżni przecież być nie może ;)))






Złoty top coat Wibo chodził za mną już od kliku tygodni, ale jak na złość nigdy nie mogłam na niego trafić. Wczoraj nie było nawet śladu po reszcie kolekcji WOW, za to to jedno złotko na mnie czekało. Czerwień natomiast skusiła mnie swoim klasycznym odcieniem i idealnie kremową formułą. Brakowało mi takiego lakieru.

Trafił mi się też gratis! Dwie wiśniowe pomadki ochronne Nivea Fruity Shine.






Miła niespodzianka. Pomadek ochronnych mam teraz pod takim dostatkiem, że chyba na całą zimę wystarczy :))) A skoro już o pielęgnacji ust mowa, to na koniec dodam tylko, że Baby Lips jednak nie były objęte promocją, jedną sztukę na próbę kupiłam więc w regularnej cenie.


A jak tam Wasze zakupy? Udane? Jak wrażenia?


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 21 listopada 2013

Zaczynamy odliczanie, czyli moje plany zakupowe

To co, zaczynamy odliczanie? :DDD Jak już na pewno wiecie, jutro startuje rossmannowa promocja -40% na kolorówkę. Potrwa przez tydzień, to jest do 28 listopada, ale jak znam życie, chcąc mieć komfort wyboru, warto zaplanować zakupy jak najszybciej. Ja jadę do Rossmanna jutro zaraz po pracy i liczę na to, że nie zastanę pustych półek :DDD Moja zakupowa lista już gotowa, jednak traktuję ją raczej jako punkt wyjścia, bo pewnie skuszę się na coś więcej. Ale na tych kilka kosmetyków z listy jestem zdecydowana już teraz.







  1. L'Oreal Super Liner Blackbuster - tusz do kresek w markerze. Mam na niego chrapkę już od kilku dobrych miesięcy. Zawsze odstraszała mnie jego cena, a teraz kupię bez wyrzutów sumienia. Szalenie intryguje mnie ten pisak.
  2. L'Oreal Color Riche Le Vernis Black Swan - czarny lakier do paznokci. Czarnego lakieru poszukuję od dawna, ale ciągle trafiam na buble. Mam nadzieję, że ten mnie w końcu usatysfakcjonuje.
  3. Bourjois Healthy Mix Correcting Concealer - mój ulubiony korektor. Sięgam po niego codziennie od kilku lat, to będzie moja czwarta tubka.
  4. Max Factor False Lash Effect - czarny tusz do rzęs. Biorę na zapas, za kilka tygodni będzie jak znalazł, a w tak atrakcyjnej cenie już go nie kupię.
  5. Maybelline Color Tattoo Permanent Taupe - matowy cień w kremie. Ogromnie mnie ciekawi, czy rzeczywiście nadaje się do podkreślania brwi.
  6. Maybelline Baby Lips - pielęgnujące pomadki do ust. Gorąca nowość na polskim rynku, chcę sprawdzić, o co tyle hałasu. Pojęcia nie mam, czy obejmie je promocja na kolorówkę, ale zdecydowana jestem kupić ze dwie nawet w regularnej cenie.

Tak na tę chwilę wygląda moja lista. Co do reszty zakupów, to pewnie rozejrzę się jeszcze za jakąś kredką do brwi i być może skuszę się na więcej lakierów do paznokci. Nie interesują mnie za to podkłady, pudry, róże, szminki i cienie, tego stuffu mam aż nadto i nawet w ich stronę nie zamierzam patrzeć. W tym zakupowym szaleństwie musi być jakaś metoda, więc będę się tego postanowienia trzymać. Trzeba zachować zdrowy rozsądek!


Zamierzacie skorzystać z tej promocji? Co jest na Waszych zakupowych listach? 


Udanych zakupów!
Cammie.



piątek, 9 sierpnia 2013

Raz lepiej, raz gorzej, czyli marki własne sieci Rossmann

Skandalicznie długo kazałam Wam czekać na recenzję produktów, które znalazłam w ostatniej rossmannowej paczce, ale plus jest taki, że niemal wszystkie zdążyłam zużyć, więc nie mają już przede mną tajemnic. Zanim podzielę się z Wami swoją opinią na ich temat, przypomnę tylko, o czym dokładnie mowa.



ISANA
KREMOWY BALSAM DO CIAŁA Z OLEJKIEM ARGANOWYM

ALTERRA
PEELING POD PRYSZNIC "POMARAŃCZA I CUKIER TRZCINOWY"

ISANA MED
ŻEL POD PRYSZNIC Z OLEJKIEM POMARAŃCZOWYM

ISANA
PIANKA DO WŁOSÓW ULTRA MOCNA

FUSSWOHL
MASŁO DO STÓP






W zestawie znalazłam też konwaliowe mydełko z Aletrry, ale zdążyłam już je dla Was zrecenzować, zainteresowanych zapraszam do lektury TUTAJ.


Tymczasem pozwólcie, że zacznę od balsamu do ciała z olejkiem arganowym. To zdecydowanie mój faworyt wśród wszystkich tych kosmetyków. 



(Zdjęcia: materiały promocyjne Rossmann)



Kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym został opracowany do pielęgnacji skóry bardzo suchej. Wartościowe składniki w postaci masła shea i witaminy E oraz naturalnych olejków pielęgnacyjnych z owoców drzewa arganowego i orzecha kokosowego pomagają w sposób ukierunkowany w regeneracji skóry suchej i zniszczonej. Dzięki zawartości roślinnej gliceryny balsam ma korzystny wpływ na regulację nawilżenia powierzchni skóry. Balsam łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej warstewki. Skóra sprawia wrażenie gładkiej i sprężystej w dotyku i otacza ją uwodzicielski zapach.

Cena: około 8 zł za 250 ml


Świetny produkt w niskiej cenie! Sama pewnie nigdy bym go nie kupiła, bo preferuję masła i zwykle to na nie pada mój wybór, ale zostałam niezwykle przyjemnie zaskoczona i kto wie, czy nie przekonam się i do balsamów. Ten ma nad masłami jedną podstawową przewagę - niezwykle lekką formułę. Jest niemal płynny i nie wiem, jak to możliwe, bo choć błyskawicznie się wchłania, pozostawia skórę odczuwalnie nawilżoną. Zakładam, że to dzięki swoim dobroczynnym składnikom, olejowi arganowemu (dziesiąte miejsce w składzie), kokosowemu (szóste miejsce w składzie) oraz shea (jedenaste miejsce w składzie). Fakt jest faktem, że mimo tych wszystkich olejków balsam pozostaje zaskakująco lekki i przyjemny w stosowaniu, po chwili znika na skórze bez śladu. Pachnie delikatnie, po prostu kremowo. I niby mogłabym przyczepić się do kiepskiej wydajności, bo moje ciało jest w stanie przyjąć chyba każdą ilość tego balsamu, ale jak pomyślę o jego śmiesznie niskiej cenie, to wydajność przestaje mieć znacznie. Podobnie jak brzydkie opakowanie.


Szczerze mówiąc przypuszczałam, że to pomarańczowo - cukrowy peeling do ciała stanie się moim ulubieńcem. Tymczasem nadal mam co do niego bardzo mieszane uczucia.






Odświeżająca i łagodna pielęgnacja. Peeling pod prysznic o owocowym zapachu czerwonej pomarańczy, z wartościowym cukrem trzcinowym (z kontrolowanej biologicznie uprawy) dostarcza prawdziwego odświeżenia pod prysznicem. Łagodne substancje powierzchniowo czynne na bazie roślinnej oczyszczają ciało wyjątkowo delikatnie, a drobne cząsteczki peelingujące usuwają łagodnie obumarłe fragmenty naskórka. Skóra staje się jedwabiście miękka i odczuwalnie gładka. Pochodzące ze Sprawiedliwego Handlu roślinna gliceryna i cukier trzcinowy dostarczają skórze długotrwałego nawilżenia. Świeży zapach rozpieszcza i harmonizuje zmysły. 

Kosmetyk naturalny, nie zawiera syntetycznych barwników, substancji zapachowych i konserwujących. Tam, gdzie to tylko możliwe, zastosowane składniki roślinne pochodzą z kontrolowanych biologicznie upraw i dziko rosnących zbiorów (certyfikat BDiH). Bez silikonów, parafiny i innych związków olejów mineralnych. Dobra tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie. Produkt wegański, nie zawiera substancji pochodzenia zwierzęcego.

Cena: około 9 zł za 200 ml


Boski, boski zapach! To on obudził moje nadzieje na ucztę dla zmysłów. Wyraźnie pomarańczowy, trochę kwaśny, trochę słodki, trochę gorzki. W tym punkcie w stu procentach trafia w moje upodobania. No ale co z tego, skoro ten peeling praktycznie nie ściera? Drobiny cukru są tak małe i jest ich tak niewiele, że wygładzenie ciała po zastosowaniu tego produktu jest co najwyżej umowne. Właściwości myjące są ok, także radzę potraktować ten peeling po prostu jako zwykły żel pod prysznic i przynajmniej uniknąć rozczarowania. Zwłaszcza że jego konsystencja też jest typowo żelowa, rzadka, co w zestawieniu z denerwująco miękką tubą sprawia zresztą, że trudno optymalnie go dozować. Plus za zapach i przyjemne odświeżenie, na porządne peelingowanie nie ma co liczyć.


Jak nie przepadam za tradycyjnymi żelami pod prysznic (czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie, że wolę mydła? :DDD), tak w przypadku żelu z olejkiem pomarańczowym przełamałam swoje przyzwyczajenia. Przez zapach, a jakże.






Łagodnie i dokładnie oczyszcza skórę, nie wysuszając jej przy tym. Delikatna formuła dostarcza skórze nawilżenia. Naturalne pH o wartości 5,5 stabilizuje kwaśny płaszcz ochronny skóry i zwiększa tym samym jej wytrzymałość. Owocowo-świeży zapach sprawi, że będziesz dzień po dniu przeżywać prawdziwą przygodę wellness. 

Cena: około 8 zł za 250 ml


Tak jak wspomniałam, na początku spodobał mi się po prostu zapach tego żelu, niby pomarańczowy, ale podszyty też jakąś kwiatową nutą, odświeżający, a jednocześnie kojący. Potem odkryłam, że jest też bardzo przyjemny w użyciu, delikatny, a jednak dobrze oczyszczający. Pieni się dość słabo, także nie jest to raczej propozycja dla miłośników kąpieli z pianką, ale jego łagodna formuła powinna do części z Was przemówić. Olejek pomarańczowy (na ósmym miejscu w składzie) dodatkowo podnosi jego walory pielęgnacyjne, choć oczywiście odczuwalnego odżywienia skóry nie ma się co spodziewać. W każdym razie uważam, że jest to produkt godny uwagi i można go polubić, co widać na moim przykładzie, bo na jakiś czas odstawiłam mydełka, zużywając go do ostatniej kropli.


Nad ultra mocną pianką do włosów zachwycać się nie będę. Cieszę się, że dostałam miniaturę, a nie pełnowymiarowe opakowanie.





Pianka Isana ultramocna - dzięki pielęgnacyjnym witaminom i filtrom UV nadaje fryzurze długotrwały kształt i zapewnia ultramocne utrwalenie. 

Cena: około 7 zł za 150 ml


Jest tania i to chyba jej największa zaleta. Nie mam wobec pianek jakichś wygórowanych oczekiwań, lubię, kiedy pomagają ułożyć włosy (na utrwalenie fryzury nie liczę) i dodają im nieco objętości. Ta konkretna pianka może i tę objętość zwiększa, ale niestety mam wrażenie, że bardzo włosy wysusza i pozbawia ich blasku. Nie podoba mi się efekt po jej nałożeniu i żadna siła mnie nie zmusi, żebym nadal jej używała. Zwłaszcza że trafił mi się chyba jakiś felerny egzemplarz, w którym dozownik bardzo ciężko chodzi i mam trudności, żeby w ogóle wydobyć ją z opakowania. Skucha.


Na koniec produkt, który jest mi kompletnie obojętny, ani mnie nie zachwycił, ani nie zniechęcił. Masło do stóp z miętą i limonką, przeciętniak. 






Cenny olej z awokado, masło shea, mięta i limonka pieszczą Twoje stopy i szorstką, popękaną skórę, pozostawiając ją gładką i delikatną. Poczujesz jak twoje stopy odżyją.

Cena: około 8 zł za 200 ml


Przyzwoity, po prostu. Przeznaczony do podstawowej, codziennej pielęgnacji. Duże, rodzinne opakowanie pozwala korzystać z niego kilku osobom, także na pewno jest wariantem ekonomicznym. Zapach do mnie osobiście nie przemawia, ale wiem, że ma swoich miłośników, przy odrobinie dobrej woli można wyczuć w nim kwaskowatą limonkę i odświeżającą miętę, choć wrażliwego na niuanse nosa na pewno nie zadowoli. Nie krytykuję tego masła szczególnie, ale zachwalać też nie będę, ot, zwyklak. 



Raz było lepiej, raz gorzej, ale generalnie tak to już jest. Marki własne sieci Rossmann są tanie i to jest ich ogromna zaleta, zwłaszcza że często proponują kosmetyczne perełki, warto więc poznawać ich asortyment, nawet ryzykując nadzianiem się na bubla. Zestaw, który dostałam, doskonale to odzwierciedla, wśród kilku kosmetyków przeciętnych znalazłam też kilka hitów za gorsze. 

A Wasze hity? Gdybym poprosiła Was o wskazanie jednego, najukochańszego rossmannowskiego produktu, co by to było? Zdradźcie!


Buziaki,
Cammie.




piątek, 31 maja 2013

Laureat i pretendent, czyli odkrycia maja

Maj powoli odchodzi w przeszłość, pora więc na odkrycia miesiąca. Fajerwerków może nie było, ale dwa produkty na pewno zasługują na swoje pięć minut. Jeden jako laureat w tym comiesięcznym rankingu, drugi raczej jako pretendent do zaszczytnego tytułu odkrycia.


Nagrodę główną, czyli status odkrycia maja zgarnia krem do rąk Isana z masłem shea i kakaoNie wiem, jak to się stało, ale nie miałam pojęcia, że w ogóle jest w ofercie, natknęłam się na niego przez przypadek kilka tygodni temu, robiąc zakupy z myślą o powrocie do pracy. Bardzo lubię krem do ciała z tej serii, także zdecydowałam się na niego w tej samej chwili, w której go zauważyłam. Dobra decyzja!






Isana krem do rąk masło shea i kakao został opracowany specjalnie do pielęgnacji suchej skóry dłoni. Bogata formuła pielęgnująca z masłem kakaowym, masłem shea i gliceryną intensywnie rozpieszcza dłonie. Dopełnieniem kompozycji pielęgnującej jest wysokowartościowy pantenol. Krem do rąk łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając na skórze klejącej się warstewki.


Świetny jest! Nawilża i wygładza dłonie, skutecznie łagodzi wszelkie podrażnienia, w dodatku pięknie pachnie, jak słodkie kakao. Głównie dzięki zapachowi mam dla tego kremu tyle sympatii, choć oczywiście nie tylko. Jest dość treściwy (w konsystencji i we właściwościach przypomina mi krem oliwkowy tej samej marki), ale aplikacja nie jest uciążliwa, żadnego mozolnego wcierania, żadnej tłustej powłoki. Cena też jest zachęcająca (dokładnie nie pamiętam, ale coś około 4 złotych). Używam tego kremu już od kilku tygodni i śmiało mogę powiedzieć, że nie dostrzegam w nim wad, zdecydowanie zasługuje więc na miano odkrycia miesiąca. Martwi mnie jedynie to, że pochodzi z edycji limitowanej i nie wiem, jak długo jeszcze będzie w sprzedaży. 



Drugi z wytypowanych w maju produktów kupiłam zaledwie kilka dni temu i choć urzekł mnie od pierwszej aplikacji, to jednak było to tak niedawno, że może być najwyżej pretendentem do tytułu odkrycia miesiąca. Za słabo się jeszcze znamy ;))) Mowa o korektorze  L'Oreal Perfect Match.






Korektor z popularnej serii True Match, dopasowuje się do koloru oraz struktury skóry. Dzięki zawartości Opti - Match świetnie wyrównuje kolor skóry, ukrywa niedoskonałości oraz cienie pod oczami. Produkowany jest w 9 odcieniach - po 3 odcienie dla każdego rodzaju skóry (ciepły, neutralny i chłodny). Nie wysusza. Beztłuszczowa formuła.


Chcąc skorzystać z atrakcyjnej zniżki w Rossmannie, rozglądałam się za korektorem pod oczy i mój wybór padł ostatecznie na Perfect Match. Przekonał mnie jaśniutki odcień beżu z wyraźnymi żółtymi tonami oraz lekka formuła. Już po pierwszych testach wiedziałam, że dobrze wydałam pieniądze (regularna cena to około 30 zł, ja skorzystałam z 40% rabatu). Korektor zaskakująco dobrze kryje, nie obciążając przy tym delikatnej skóry wokół oczu i nie włażąc z zmarszczki, co dla mnie powoli zaczyna już mieć znaczenie. Co więcej okazało, się, że pięknie odbija światło, dając efekt, o jaki zawsze mi chodzi przy maskowaniu cieni. Jestem bardzo zadowolona z zakupu i nic nie zapowiada, żebym zmieniła zdanie. Może i słabo się znamy, ale czyż nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? :DDD


A co Was zachwyciło w ostatnim czasie? Czekam na Wasze komentarze! 


Buziaki,
Cammie.





czwartek, 23 maja 2013

Pragnienia i potrzeby, czyli ekstra zniżka!

Jestem przekonana, że większość z Was na tę cudną nowinę już gdzieś się natknęła, ale pozwólcie, że i tak o tym napiszę, żeby nikomu nie umknęło. Bo okazja doprawdy zacna! Dziś w sieci Rossmann wystartowała akcja promocyjna dająca 40% zniżki na kolorówkę i pielęgnację twarzy!






Promocja trwa do 29 maja, ale podejrzewam, że przy tak atrakcyjnych rabatach półki szybko zostaną przetrzebione. Także biegiem do najbliższego Rossmanna!

Będę polować na Rimmel Wake Me Up (choć szczerze mówiąc obawiam się, że najjaśniejszy odcień i tak okaże się dla mnie za ciemny ... zobaczymy) i na jakiś fajny korektor pod oczy (może coś polecicie?), ale coś czuję, że na tym się nie skończy :DDD A Wy? Na co planujecie się skusić? Co by to nie było, udanych zakupów!


Buziaki, 
Cammie.





piątek, 26 kwietnia 2013

Kolor ma znaczenie, czyli moje małe wariactwo :DDD

Zawartość wiosennej przesyłki od Rossmanna większość z Was na pewno miała już okazję gdzieś zobaczyć i tylko dla porządku chyba pokażę, co znajdowało się w środku. 






ISANA MED
żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym


FUSSWOHL
masło do stóp


ALTERRA
konwaliowe mydło w kostce


ISANA
kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym


ISANA
ultra mocna pianka do włosów


ALTERRA
peeling pod prysznic Pomarańcza i cukier trzcinowy



Zdecydowana większość tych produktów to dla mnie nowość, jednak jeden z nich znam doskonale. Pewnie się nie zdziwicie, jeśli napiszę, że chodzi o mydło? :DDD I to właśnie dokładnie o te konwaliowe, choć kojarzę, że do wyboru jest co najmniej kilka innych wariantów zapachowych. Kupuję je regularnie od bardzo dawna.






Każda skóra zasługuje na indywidualną pielęgnację. Mydło z olejami roślinnymi Alterra z kwiecistą nutą konwalii majowej produkowane jest z wartościowych, czystych olejów roślinnych. Łagodnie myje skórę i pomaga jednocześnie zachować odpowiednie jej nawilżenie. Subtelny zapach rozpieści Twoje zmysły. Gwarantowane cechy produktu: 100% czyste oleje roślinne, nie zawiera syntetycznych substancji konserwujących ani składników pochodzenia zwierzęcego, dobra tolerancja przez skórę potwierdzona dermatologicznie.









Dlaczego uparłam się właśnie na konwaliowe, konsekwentnie ignorując na pewno nie gorsze przecież  różane, lawendowe czy oliwkowe? Uśmiejecie się! Ze względu na kolor!

Moja łazienka utrzymana jest w odcieniach bieli i szarości, przełamanych kilkoma akcentami morskiego błękitu. Dużo w niej ogromnych luster i krystalicznego szkła. Wszelkie dodatki, typu ceramika, kosze, czy ręczniki są białe. Jak mogłabym w takim pomieszczeniu trzymać słodkie różowe mydełko? To kłóci się z moim poczuciem estetyki :DDD Także konsekwentnie kupuję mydła białe, najczęściej Dove, Biały Wielbłąd, biedronkowe Be Beauty i właśnie konwaliowe mydło z Alterry. 

Wiem, pokręcona jestem :DDD Ale właśnie tak to wygląda, w przypadku mydeł do rąk decydujące znaczenie ma kolor! Jeśli tylko mydełko mi służy, a przy tym jest białe, to więcej niż pewne, że będę do niego regularnie wracać. I właśnie tak jest z Alterrą. 

Konwaliowe mydełko jest tanie (niespełna dwa złote!), łatwo dostępne, pięknie pachnące i łagodne. Doskonale oczyszcza, nadmiernie nie przesuszając i nie podrażniając skóry. Jak wszystkie produkty Alterry jest produktem wegańskim (żadnych składników odzwierzęcych) i ekologicznym (opakowanie z recyklingowanego papieru), rzadkość wśród asortymentu z tak niskiej przecież półki cenowej. Z czystym sercem polecam, zwłaszcza miłośniczkom bieli ;)))


Idę o zakład, że też macie jakieś swoje małe wariactwa. Znajdzie się odważna, która się przyzna? :DDD


Całuję,
Cammie.



Byłybyście zainteresowane
poznaniem asortymentu
The Secret Soap Store i Paese?
Dostałam propozycje współpracy
i zastanawiam się, czy w to wchodzić.



czwartek, 31 stycznia 2013

Styczniowe odkrycia :)))

Zapraszam na styczniowe odkrycia! Tym samym rozpoczynam nowy cykl, w którym planuję co miesiąc prezentować Wam, co takiego zachwyciło mnie w ostatnim czasie. I nie mam tu na myśli ulubieńców, bo ulubione kosmetyki często towarzyszą mi przez całe lata, a właśnie o godne polecenia nowości, które pojawiły się w moim makijażu i w mojej pielęgnacji w przeciągu mijającego miesiąca. Jak Wam się podoba ten pomysł? 


Jeśli chodzi o makijaż, styczeń w odkrycia był ubogi. Było tylko jedno, ale za to jakie! Catrice Eyebrow Set, nareszcie coś, co "robi" mi brwi :DDD









Ta paletka (dwa odcienie chłodnego brązu plus miniakcesoria zamknięte w solidnej, czarnej kasetce) to oczywiście żadna nowość, na pewno doskonale ją znacie. Ja skusiłam się na nią parę tygodni temu i skaczę z radości, bo wygląda na to, że po długich poszukiwaniach w końcu udało mi się dobrać produkt, którym jestem w stanie w nieprzerysowany sposób zdefiniować swoje brwi. Alleluja! :DDD 



Dużo więcej działo się w pielęgnacji. Zacznę od kremu do rąk, bo skradł moje serce bez reszty. A chodzi o najzwyklejszy i chyba najtańszy na rossmannowskiej półce krem Isana Hand Creme Kamille.






Cudo za grosze (a dokładnie za jakieś trzy złote :DDD)! Niepozorne, okrągłe pudełko kryje wspaniały krem rumiankowy, który świetnie pielęgnuje dłonie, będąc przy tym na tyle uniwersalnym, że spisuje się także w pielęgnacji stóp. Nawilża, odżywia, koi, dobrze się wchłania, ładnie pachnie, czego chcieć więcej? Zostaje u mnie na stałe.


Na płyn micelarny Be Beauty z Biedronki musiałam trochę polować. Wiedziałam z Waszych doniesień, że pojawił się w stałej ofercie, jednak dość długo nie mogłam na niego trafić. Aż w końcu się udało :)))






Kolejny hit za śmiesznie niską cenę (4,5 zł). W dodatku produkowany dla Biedronki przez Tołpę, czyli znaną i godną zaufania markę (dla niezorientowanych wspomnę, że producenta można sprawdzić wpisując kod kreskowy w odpowiednie wyszukiwarki, np. TUTAJ). Jest skuteczny, a przy tym łagodny, już zdążyłam go polubić. Nie mogę się nadziwić, że trafił do sprzedaży w tak atrakcyjnej cenie!


Oto dowód, że przypadkowy zakup może okazać się strzałem w dziesiątkę. Eva Natura, bezalkoholowy tonik pielęgnacyjny Herbal Garden z ekstraktem z czerwonej koniczyny.






Wpadł mi do koszyka w supermarkecie, potrzebowałam czegoś "na gwałt". Wyboru dokonałam w ciemno, stawiając po prostu na polską markę. Atrakcyjna cena (dokładnie nie pamiętam, około 8zł?) była dodatkowym atutem. To był bardzo dobry zakup! Na tyle dobry, że zamierzam trzymać się tego toniku. Jego stosowanie to sama przyjemność. Uwielbiam jego zapach, kojarzy mi się z rozgrzaną słońcem łąką :)))


Na koniec gadżety, jednorazowe papierowe ręczniki Alouette i chusteczki do demakijażu Lilibe z Rossmanna.






Papierowe jednorazowe ręczniki to genialne, bardzo higieniczne rozwiązanie dla każdego, kto boryka się z trudną, skłonną do zanieczyszczeń i stanów zapalnych cerą. Obawiałam się co prawda, że będą się rwać, ale papier okazał się chłonny i mocny, nie rozlatuje się w palcach pod wpływem wilgoci. Zużywam już drugie opakowanie (około 5,5 zł za 30 sztuk), trzecie czeka w zapasie. Chusteczek Lilibe też na pewno mi nie zabraknie. Przestawiłam się na nie zupełnie, całkowicie odchodząc od chusteczek dla niemowląt, którymi wcześniej wstępnie usuwałam makeup przed kolejnymi krokami demakijażu. Choć służyły mi dobrze, odkąd mam dziecko, ich zapach kojarzy mi się tylko z jednym ... Także Lilibe (około 5,5 zł za 25 sztuk) wybawiły mnie z kłopotu :DDD Jestem z nich bardzo zadowolona, są mocne i idealnie nasączone.


W zasadzie to tyle, nic więcej nie zasłużyło sobie na obecność w tym zestawieniu. I tak uważam, że rok zaczął się dość dobrze. Może nie luksusowo, bo wszystkie moje odkrycia to propozycje niskopółkowe, ale po prostu tak się złożyło. 

Napiszcie, proszę, co takiego Was zdołało zachwycić w styczniu!


Całuję,
Cammie.



czwartek, 24 stycznia 2013

Szybki przegląd :)))

Zawartość świątecznej paczki od Rossmanna powoli staje się tylko wspomnieniem, myślę, że najwyższy czas, żeby przybliżyć Wam produkty, które w niej znalazłam. Tym bardziej, że dwa z nich pochodzą z edycji limitowanych, także o ile nabrałybyście na nie ochoty, trzeba by się spieszyć :)))






Na pierwszy ogień hit ostatnich tygodni, zimowy żel pod prysznic Isana Żurawina i Biała Herbata, o którym jakiś czas temu zrobiło się naprawdę głośno. W sieci pełno zachwytów na temat tego produktu i pewnie komuś się narażę, ale prawda jest taka, że dla mnie ten żel jest zupełnie przeciętny. 






Isana żel pod prysznic Żurawina i Biała Herbata: to wzbogacony ekstraktami z żurawin i białej herbaty, limitowany zimowy żel pod prysznic. Zawarty w produkcie pielęgnujący kompleks pomaga nawilżyć skórę, zapobiegając tym samym jej przesuszeniu. Kosmetyk ma subtelny owocowy zapach, który sprawia, że codzienny prysznic stanie się prawdziwą przyjemnością. Żel nie zastąpi odżywczo-regeneracyjnego działania masła czy mleczka do ciała, jednakże jego regularne stosowanie sprawi, że skóra nabierze miękkości i sprężystości. Kosmetyk nie zawiera parabenów. 

Cena: 3,99 zł/ 300 ml



Owszem, pachnie przyjemnie, ale nie jest to zapach, dla którego mogłabym stracić głowę. Konsystencja jak dla mnie za rzadka, przez co wydajność pozostawia wiele do życzenia, no ale biorąc pod uwagę niezwykle atrakcyjną cenę (zaledwie 4 zł za 300 ml!), naprawdę nie ma się czego czepiać. To po prostu niedrogi, przeciętny w działaniu żel pod prysznic, którego atrakcyjność podnosi limitowana wersja zapachowa spoza normalnej oferty. Dla sympatyków żeli Isany gratka, dla pozostałych z całą pewnością żaden tam must have.



Dużo bardziej polubiłam mandarynkowo - jogurtowe masło do ciała Wellness & Beauty. Początkowa nieufność przerodziła się w prawdziwą sympatię.







Wellness & Beauty masło do ciała Mandarynka i Jogurt: masło sprawdzi się szczególnie przy pielęgnacji skóry suchej i zniszczonej. Jego intensywnie owocowy zapach z pewnością przypadnie do gustu osobom lubiącym ciekawe i wyraziste nuty. Odżywcze masło Shea oraz cenny olejek Jojoba koją zniszczoną skórę i intensywnie nawilżają naskórek, chroniąc go przed nadmiernym wysuszeniem. Natomiast pielęgnująca witamina E i gliceryna dodatkowo go nawilżają. 

Cena: 10,29 zł/ 200 ml



Pierwsze wrażenie, przyznaję, było nieszczególne, głównie za sprawą zapachu. Wielokrotnie Wam pisałam, że mam słabość do nut cytrusowych w kosmetykach, nic dziwnego, że mandarynka podziałała mi na wyobraźnię. Niestety na wyobrażeniach się skończyło, bo w rzeczywistości zapachowi tego masła daleko do prawdziwej mandarynki. To raczej zapach słodkiego ulepka, cytrusowej gumy mamby na przykład. Ale szybko się do niego przekonałam, zwłaszcza że mój mąż po każdej aplikacji chodził za mną, pytając: co tu tak ładnie pachnie, co tu tak ładnie pachnie? :DDD Właściwości natomiast całkowicie mi odpowiadają. Masło jest gęste, treściwe, ale nietłuste. Regularnie stosowane odczuwalnie wygładza skórę. Zaznaczam jednak, że niektórym może przeszkadzać to, że jest dość "tępe", nie daje się gładko rozsmarować po ciele jednym ruchem, trzeba się przy nim trochę namachać. Mimo to uważam, że jest warte uwagi, za 10 złotych dostajemy całkiem dobry produkt. 



Peeling do ciała Wellness & Beauty Algi i Minerały Morskie może wzbudzać pewne kontrowersje, bo to jeden z tych produktów, które pozostawiają na skórze tłustą warstwę. Wiem, że mało kto to lubi.






Wellness & Beauty peeling Algi i Minerały Morskie: dzięki wyjątkowo drobnym kryształkom soli peeling skutecznie oczyszcza skórę, usuwając wszelkie zanieczyszczenia i martwy naskórek. Zawarty w produkcie olejek z migdałów odżywia skórę sprawiając, że staje się aksamitnie gładka. Peeling może się przydać do wykonania odprężającego masażu całego ciała, który jednocześnie poprawi krążenie i wygładzi skórę. Doskonale nadaje się na zimowy czas, kiedy to możemy pozwolić sobie na nieco mocniejsze złuszczanie naskórka, niż w lecie, gdy jest to równoznaczne z usuwaniem nawet nieznacznej opalenizny. 

Cena: 13,99 zł/ 300 g



Owszem, zostawia tłustą warstwę, ale uwaga! Nie ma w nim ani grama parafiny! Efekt ten to zasługa wyłącznie olejku migdałowego i oleju słonecznikowego, dość wysoko w składzie. Także świetna opcja dla każdego (na przykład dla mnie), kto lubi po kąpieli potraktować ciało oliwką. Sam peeling natomiast jest doskonały, drobiny soli morskiej pozostawiają skórę porządnie wygładzoną. Fajny, odświeżający zapach (mnie kojarzący się z jakąś popularną nutą męskich perfum) jest dodatkowym atutem. No i opakowanie! Bardzo ładny, szklany słoik z potencjałem na przyszłość, na pewno będzie można do czegoś go wykorzystać.


Na koniec bubel, przynajmniej w moich oczach. Produkt słaby i właściwie zbędny, Fusswohl rozświetlający lotion do nóg.






Fusswohl rozświetlający lotion do nóg: ten delikatnie nabłyszczający kosmetyk, przyda się nie tylko na wielkie sylwestrowo-karnawałowe wyjścia. Dzięki zawartości odżywczych składników sprawdzi się również przy codziennej pielęgnacji nóg. Formuła kosmetyku zawierająca olej z orzechów makadamia i masło Shea pomoże utrzymać odpowiednie nawilżenie oraz sprawi, że skóra stanie się delikatna i bardziej sprężysta. Natomiast ekstrakt z jedwabiu nada skórze subtelnego blasku. Kosmetyk szybko się wchłania nie pozostawiając na nogach tłustej warstwy, a dodatkowo ma delikatny, jaśminowo-waniliowy zapach.

Cena: 7,79 zł/ 125 ml


Rozświetlający lotion do nóg? Spodziewałam się dyskretnego efektu glow. Tymczasem mamy efekt potłuczonej choinkowej bombki. Żadnego subtelnego rozświetlenia, po prostu wielkie drobiny brokatu. Rozumiem, że w zamyśle miała to być propozycja na karnawał, ale przyznam szczerze, że do mnie to nie przemawia, podobnie jak idea pielęgnacji nóg czymś takim, także naprawdę nie wiem, co z tym cudakiem zrobię. Przyznać mu jednak trzeba, że całkiem dobrze nawilża. Zapach za to ma jak dla mnie bardzo, bardzo słaby.



To w zasadzie tyle, cztery produkty, cztery minirecenzje. Podoba Wam się w ogóle taka forma szybkiego przeglądu, czy wolicie może, żebym pozostała przy dotychczasowym stylu? Wydawało mi się, że warto napisać o wszystkich tych kosmetykach jednocześnie, tak jak Wam je jakiś czas temu prezentowałam. Dajcie znać, co myślicie :)))


Buziaki,
Cammie.