beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bell. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 października 2013

Jak piorun w rabarbar, czyli kosmetyczne zakupy w Biedronce

Naiwnością z mojej strony było myśleć, że kosmetyczne zakupy w Biedronce przebiegną bezproblemowo. To znaczy nie było tłumów i nawet towar nie był jeszcze za bardzo przetrzebiony, ale to, co zastałam na półkach, w koszach i na standach, po prostu powaliło mnie na łopatki. Bałagan, bałagan, bałagan, żeby nie użyć mocniejszego słowa. Jakby tornado przeszło po sklepie. Tornado, które z największą siłą uderzyło w kolorówkę :DDD Jakoś jednak udało mi się odgrzebać prawie wszystko, co mnie interesowało.


Kusiły mnie przede wszystkim produkty do kąpieli. Przekopałam kilka pudeł i w końcu spośród zwałów kul z zieloną herbatą, które najwyraźniej nie cieszyły się popularnością, znalazłam ostatnie sztuki z płatkami róży i z miodem.






Kosztowały niespełna 4 zł, czyli śmiesznie mało jak na produkt tego typu, musujący, z dodatkiem masła shea i naturalnych olejków. W dodatku ręcznie robiony, jak zapewnia producent. Na etykiecie widnieje marka Jardins de Provence, ale szybkie śledztwo wykazało, że pod tą enigmatyczną nazwą kryje się znana wszystkim Marba (znacie, znacie, na pewno kojarzycie linię kosmetyków Dairy Fun z taką charakterystyczną krówką, dostępną chociażby w Rossmannie).


Skusiłam się też na olejek do kąpieli Tutti Frutti z Farmony, wybrałam wersję karmelowo - cynamonową.






Półlitrowa butla olejku o przytulnym zapachu rozgrzanego karmelu i świeżo zmielonego cynamonu kosztowała niespełna 10 zł. Producent obiecuje obfitą pianę, relaks dla zmysłów i nawilżenie dla ciała. Oby tak było!


No i na koniec zanurkowałam w kolorówce. Wszystko było pomieszane i porozrzucane, widać było, że kosmetyki przeglądało mnóstwo osób, nie dbając o odłożenie ich na właściwe miejsce. Jakby piorun w rabarbar strzelił :DDD 

Nastawiałam się głównie na lakiery, ale dostępne kolory wydały mi się jakieś takie wtórne i w końcu nie wzięłam żadnego. W gazetce zaciekawiły mnie linery, jednak niestety nie udało mi się ich odnaleźć. Ostatecznie zdecydowałam się tylko na tusz do rzęs Bell.






Wybrałam wersję pogrubiającą, czyli Ladycode Super Volume. Zobaczymy, jak się spisze. Wygląda obiecująco, lubię takie tradycyjne duże szczoty. Dokładnej ceny nie pamiętam, ale nie było to więcej niż 8-9 zł.


Mogę narzekać na bałagan, ale muszę podkreślić jedną zasadniczą przewagę Biedronki nad drogeriami. Blistry! Wszystkie kolorowe kosmetyki opakowane są w plastikowe osłonki, dzięki czemu nareszcie mam pewność, że nikt przede mną się do nich nie dobierał. Jeśli choć raz nacięłyście się na kompletnie wyschnięty tusz do rzęs czy aż nieprzyzwoicie wymacaną pomadkę, płacąc za nie niejednokrotnie spore sumy w eleganckich sklepach, na pewno wiecie, o czym mowa. Pod tym względem Biedronka górą!


Na koniec zdradzę Wam jeszcze, jak łatwo sprawdzić producenta kosmetyków czy innych rzeczy dostępnych w różnych sklepach pod tak zwanymi markami własnymi. Wystarczy kod kreskowy wpisać do specjalnej wyszukiwarki! Polecam Wam tę stronę ---> KLIK. Właśnie tak ustaliłam, że Jardins de Provence to tak naprawdę Marba.


Skusiłyście się na biedronkową kosmetyczną ofertę specjalną? Kupiłyście coś, czy tylko zrobiłyście bałagan? ;)))


Buziaki,
Cammie.





czwartek, 28 lutego 2013

Odkrycia lutego :)

Żegnamy luty, czas więc na podsumowanie miesiąca. Otwierając cykl Odkrycia, zastanawiałam się, czy w ogóle będę miała o czym pisać, ale kolejny już miesiąc pokazał, że zawsze znajdzie się coś wartego uwagi. Zapraszam zatem na odkrycia lutowe!


Też tak macie, że kupując coś na allegro, przetrząsacie całą ofertę sprzedawcy, żeby sprawdzić, co jeszcze ma ciekawego? Ja zwykle tak szperam, co czasem kończy się większymi zakupami. Jakiś czas temu w taki właśnie sposób do koszyka wpadł mi podkład Maybelline Whitestay UV.






Przyznam szczerze, że praktycznie nic na jego temat nie wiem, w necie trudno o jakiekolwiek rzetelne informacje. "Krzaczki" na etykiecie sugerują, że produkowany jest na rynek azjatycki [edit: napisy podobno jednak są po arabsku!]. Do zakupu zachęciła mnie oczywiście ciekawość napędzana dodatkowo bardzo atrakcyjną ceną (zaledwie 7 zł!) i nazwą sugerującą rozjaśniający cerę efekt (to też typowo azjatyckie, prawda?). Nie znalazłam żadnych swatchy, dlatego kolor wybierałam intuicyjnie, padło na N01 Buff, który na szczęście okazał się bardzo "twarzowy", zaskakująco jasny i żółtawy. Spójrzcie, jak prezentuje się w zestawieniu z Bourjois 10 Hour Sleep Effect w najjaśniejszym odcieniu gamy, czyli nr 71 Abricote Clair. 






Przyznacie, że odcień prezentuje się arcyciekawie? Dla mnie jest w zasadzie idealny, choć korci mnie, żeby kiedyś sprawdzić sobie jeszcze C00, czyli prawdopodobnie jeszcze jaśniejszy Snow White.

Polubiłam Whitestay od pierwszego użycia. Jest płynny (przed aplikacją wymaga mocnego wstrząśnięcia) i bardzo lekki, na skórze prawie niewyczuwalny, daje przy tym naprawdę porządne krycie. Większe skazy na cerze pozostają co prawda widoczne, ale łatwo dają się zatuszować, podkład dobrze współpracuje z korektorami. Do jego trwałości też nie mam zastrzeżeń.

Zupełnie przypadkowy zakup, a jaki udany!


Odtłuszczacz do paznokci Sensique w zasadzie też kupiłam przez przypadek. W Naturze bywam bardzo rzadko, słabo znam jej asortyment i kiedy już do tej drogerii trafiam, zwykle nie wiem, na czym oko zawiesić. Zazwyczaj więc moją uwagę przykuwają po prostu promocje. W taki też właśnie sposób natknęłam się na ten preparat.






Preparat przeznaczony do usuwania z naturalnej płytki paznokcia resztek substancji oleistych pochodzących ze zmywaczy do paznokci lub kremów czy balsamów. Dokładne odtłuszczenie zwiększa przyczepność emalii i przedłuża jej trwałość.


Za 120 ml zapłaciłam około 6 zł, w regularnej cenie jest droższy o kilka złotych. Nie jest to nic rewolucyjnego, ale cieszę się, że go kupiłam, bo znacznie ułatwia manicure. Doskonale odtłuszcza paznokcie, dzięki czemu łatwiej się je maluje, bez smug i nierówności. Skuteczny, wydajny, przyjemnie pachnący, czego chcieć więcej?


Na koniec coś, co wyciągnęłam w lutym ze swoich zapasów. Bell Push Up Mascara, pogrubiający tusz, który kupiłam kiedyś na którejś z biedronkowych promocji. Czekał na swoją kolej, czekał, aż się doczekał.









Maskara zawiera woski otulające rzęsy - precyzyjnie pokrywające je od nasady, aż po same końce. W efekcie rzęsy zwiększają swoją objętość na całej długości. Lekka i elastyczna formuła tuszu unosi rzęsy, pozostawiając je naturalnie miękkimi. Dzięki specjalnie zaprojektowanej szczoteczce tusz nie skleja rzęs i sprawia, że są jednocześnie maksymalnie pogrubione. Maskara stworzona dla Pań pragnących uzyskać oszałamiający efekt sztucznych rzęs.


Obietnice producenta odnośnie efektu sztucznych rzęs są co prawda przesadzone, ale nie czepiam się, bo dawno już nie miałam tuszu, który tak pięknie by rzęsy rozdzielał! Trzeba co prawda dać mu po otwarciu jakiś tydzień czy dwa, żeby "pooddychał", bo początkowo sprawia kiepskie wrażenie, ale po tym czasie ujawnia cały swój potencjał.






Jeśli lubicie efekt objętości rzęs uzyskiwać nie tyle poprzez ich teatralne pogrubienie, co poprzez porządne rozczesanie, to zdecydowanie jest to tusz dla Was. Nie pamiętam dokładnej ceny, ale nie kosztował pewnie więcej niż 10 zł. Warto się skusić!


Tak prezentują się moje lutowe odkrycia. Znacie te produkty, czy odkrywacie je razem ze mną?


Buziaki,
Cammie.



Ogłoszenia parafialne ;)))

Po pierwsze, witam wszystkie nowe czytelniczki! 
Szalenie miło mi  Was tu widzieć :*

Po drugie, jeszcze tylko dziś możecie zagrać
o Maybelline Dream Touch Blush, szczegóły TUTAJ.

Po trzecie, wszystkim zainteresowanym zdjęciami
uzupełniającymi wczorajszego posta obiecuję,
że  niebawem się pojawią.
Dam znać.

Edit: KLIK

I po czwarte, odsyłam do posta 
o rękawicy do czyszczenia pędzli.
Edytowałam go,
dodając dwie skrajnie różne
"jutubowe" recenzje na jej temat.

Teraz naprawdę się żegnam,
buziaki, Cammie.



wtorek, 22 stycznia 2013

Ktoś chętny? :)))

Uwaga, uwaga, bazarek! Tak jak zapowiadałam wczoraj, dziś wpadam z dwoma bronzerami, które nie zdały u mnie egzaminu. Nowego domu szuka E.L.F. Contouring Blush & Brozning Powder oraz Bell Bronze Sun Powder.



na czarno - na sprzedaż
na różowo - rezerwacja
na szaro - sprzedane



E.L.F. CONTOURING BLUSH & BRONZING POWDER
(SPRZEDANE)

Popularne duo składające się z koralowo - złotego różu i lekko połyskującego bronzera. Wyraziste kolory, mocna pigmentacja, zestaw dla osób dobrze radzących sobie z konturowaniem. Czyli nie dla mnie :DDD Zużycie śladowe.

Cena sklepowa - 20 zł

Moja cena - 10 zł









BELL BRONZE SUN POWDER

Zestaw składający się z rozświetlacza i bronzera o subtelnie połyskującym wykończeniu, odcień 020, czyli najjaśniejszy, dla osób o ciepłej karnacji. Pudry można łączyć lub stosować osobno. Zużycie śladowe.

Cena sklepowa: 20 zł

Moja cena: 10 zł









Do cen, które zaproponowałam, trzeba doliczyć koszt przesyłki (6 zł za zwykły list polecony lub 7 zł za list polecony priorytetowy). Jeśli jesteście zainteresowane, proszę o maila (cammie.blog@poczta.fm). Zapraszam! Ktoś chętny? :)))

piątek, 10 września 2010

Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko ...

Zrozum to, co powiem
Spróbuj to zrozumieć dobrze
Jak życzenia najlepsze te urodzinowe
albo noworoczne jeszcze lepsze może
O północy, gdy składane
Drżącym głosem, niekłamane

Z nim będziesz szczęśliwsza
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim
Ja cóż - włóczęga, niespokojny duch
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się
A jaka zaczyna

...

Ze mną można tylko
W dali zniknąć cicho



Znacie tę rzewną piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa do słów Edwarda Stachury? KLIK Słucham jej i od razu jakoś tak nostalgicznie, wzruszająco ... A przed oczami wrzosowisko ...


(Obrazek: www.commons.wikimedia.org)

Wrzos ze swoim stonowanym, zgaszonym kolorem idealnie wpisuje się w nadchodzącą jesień. Instynktownie sięgam po fiolety także w makijażu. Przyjrzyjcie się wrzosowisku na paznokciach.

Bell Fashion nr 304, blady, wrzosowy fiolet z satynowym, delikatnie połyskującym wykończeniem:



1. Dostępność - 0 (bardzo rzadko widuję Bell w drogeriach, zwykle od przypadku do przypadku w malutkich sklepikach, byłam zdziwiona widząc szafę Bell w Naturze w krakowskiej Galerii Kazimierz).
2. Cena - 1 (przystępna, około 7-8 zł, wybaczcie, dokładnie nie pamiętam).
3. Kolor - 1 (urokliwy, nie różniący się od odcienia w buteleczce).
4. Aplikacja -1 (bardzo, bardzo prosta, świetna konsystencja).
5. Pędzelek - 1 (wygodny).
6. Krycie - 0 (położyłam dwie warstwy, ale to jednak za mało, dostrzegam gdzieniegdzie delikatne prześwity ...)
7. Wysychanie - 1 (naprawdę błyskawiczne).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: ponownie Inglot Diamond Top Coat) - 1 (bez zarzutu).
9. Trwałość - 1 (początkowo oceniałam trwałość na zero, bo już po dwóch dniach zauważyłam otarcia na końcówkach, ale opiłowałam delikatnie paznokcie i dziś właśnie minął SIÓDMY dzień, a lakier nadal był w stanie nienaruszonym! ani pęknięcia, ani odprysku, naprawdę).
10. Zmywanie - 1 (cudownie proste).

Moja ocena: 8/10

Jestem z tego lakieru naprawdę zadowolona. Świetny kolor, świetna cena, świetna jakość. Czego chcieć więcej? Może odrobiny słońca zamiast tych deszczowych, pochmurnych dni :)