beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swatches. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Swatches. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2015

Powrót do łask, czyli kto zrozumie kobietę? | China Glaze Let's groove


Ufff, jak gorąco! Wam też upał daje się we znaki? Powietrze jest tak rozgrzane, że aż drga! Ale skoro mój pracodawca w swej łaskawości wypuścił mnie dziś do domu dwie godziny wcześniej, mogę skryć się w cieniu rolet i owiewana wiatrakiem, z zimną wodą pod ręką, w końcu coś dla Was napisać. 

W zeszłym tygodniu wzięło mnie na lakierowe porządki. Segregując i układając, przypomniałam sobie o kilku lakierach, które z jakichś niezrozumiałych teraz dla mnie względów poupychałam kiedyś w różne zakamarki. Właśnie w takich okolicznościach do łask wrócił śliwkowy fiolet China Glaze Let's groove. Zabijcie mnie, nie pamiętam, dlaczego go schowałam, jest przecież przepiękny! Od razu wylądował na paznokciach, minimalnie ożywiony O.P.I. Pirouette my whistle.




Let's groove pochodzi z jesiennej kolekcji Retro diva sprzed kilku lat. To głęboki, ciemny i nasycony fiolet o błyszczącym wykończeniu, którego nie umiem nazwać (nie jest to krem, nie jest to też foil), z delikatną niebieską i czerwoną poświatą. W wielu opisach tego konkretnego odcienia pojawia się określenie "sexy" i chyba coś w tym jest.




Let's groove bardzo dobrze kryje, bezproblemowo się aplikuje i ślicznie podkreśla jasną karnację. Nie wiem, czym mi niegdyś zawinił, co mi w nim przeszkadzało, ale niniejszym ogłaszam jego wielki powrót do łask! Kto zrozumie kobietę? :DDD

Zdarzyło Wam się zachwycić się lakierem, który wcześniej z jakichś względów nie do końca Wam odpowiadał? Pamiętacie, co to był za odcień? Koniecznie napiszcie. Dajcie też znać, jak podoba Wam się Let's groove. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Niech chłód będzie z Wami,
Cammie.






niedziela, 21 czerwca 2015

Mój jedyny, czyli na niebiesko


O czym by napisać w takie piękne (bo wolne, pogoda niestety nie dopisuje) niedzielne popołudnie? W przyszłym tygodniu planuję kontynuować temat związany z pielęgnacją wymierzoną w przebarwienia, dziś w takim razie może coś lżejszego? Dawno na przykład nie pokazywałam żadnego lakieru do paznokci, a tak się składa, że akurat mam do zaprezentowania bardzo ciekawy kolor, Rimmel Salon Pro 411 Navy Seal. Na ten moment to mój jedyny niebieski lakier. Niebieskości szalenie podobają mi się u innych, jednak sama praktycznie na paznokciach ich nie noszę, w kontraście z moją jasną karnacją zwykle wyglądają po prostu sino. Tym razem jest inaczej, Navy Seal jest kolorem zgaszonym, dostrzec można w nim lekką domieszkę szarości, dzięki której bardzo dobrze komponuje się z moją skórą, nie podkreślając brzydko jej bladości. Choć sporo jaśniejszy, niezwykle przypomina mi 711 Punk Rock z tej samej kolekcji, jest równie przybrudzony i niejednoznaczny. Popatrzcie.




To ta sama rodzina kolorów, niebieski Navy Seal nie odbiega daleko od granatowego Punk Rock, oba odcienie straciły czystość na rzecz domieszki podobnej przykurzonej nuty.




Tak jak wspominałam, pomimo podziwiania takich kolorów u innych, ja sama rzadko czuję się dobrze z niebieskim lakierem na paznokciach, Navy Seal okazał się jednak wyjątkiem. Nie dość, że jestem zadowolona z efektu, jaki daje, to jeszcze zostałam parę razy skomplementowana :))) Gdyby był czystym, jaśniutkim błękitem, komplementu na pewno bym się nie doczekała, już prędzej porównania do topielicy ;))) A tymczasem "brudasek" robi robotę!




Do jakości Navy Seal nie mam żadnych zastrzeżeń, nadal podtrzymuję opinię, że Rimmel Salon Pro to jedne z najlepszych drogeryjnych lakierów (KLIK). 




Jeśli chodzi o Punk Rock, to wyrazem tego, jak bardzo go lubię, jest fakt, że mam już drugą jego buteleczkę. Nie wiem, czy w przypadku Navy Seal moja sympatia będzie równie mocna, ale wiele na to wskazuje :)




Jaki jest Wasz stosunek do niebieskości na paznokciach? Lubicie, nie lubicie? W jakie odcienie zwykle celujecie? Żywe błękity, nasycone kobalty, stonowane granaty? Dajcie znać, ciekawa jestem Waszych upodobań. Zdradźcie też, jak podoba Wam się Navy Seal. Wpisuje się w Wasz gust? No i co w ogóle myślicie o Rimmel Salon Pro, lubicie te lakiery tak samo jak ja? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 18 czerwca 2015

Chyba upadłam na głowę, czyli moja wakacyjna kosmetyczka z kolorówką


Pakując swoją wakacyjną kosmetyczkę z kolorówką, musiałam chyba na głowę upaść. Czego w niej nie było! BB kremy o różnym stopniu krycia, "bo przecież nie wiadomo, w jakim stanie będzie moja cera", korektory do różnych zadań specjalnych, "bo przecież muszę mieć coś lżejszego pod oczy i coś cięższego na przebarwienia", pudry o różnych formułach, "bo przecież sypki sypkim, no ale w razie czego muszę mieć prasowany do torebki", róż i rozświetlacz, "bo przecież to w końcu lato, odrobina blasku musi być", coś do rzęs, coś do brwi, a nawet liner i paletka cieni, "bo przecież na pewno będę chciała na wieczorne spacery mocniej się pomalować". Taaaa ... Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, ale upał szybko i skutecznie zniechęcił mnie do makijażu. Gdybym pakowała kosmetyczkę dziś, jej zawartość wyglądałaby zgoła inaczej. Wiozłam to wszystko przez pół Europy, a jak przyszło co do czego, okazało się, że sięgam po najwyżej kilka rzeczy. Jeśli ciekawi Was, co okazało się must have i sprawdziło się w gorącym chorwackim klimacie, zapraszam na krótką prezentację! 




  1. Skin79 Complete CC Cream Correct - moje podkłady i bb kremy w temperaturach sięgających niemal 35 stopni byłyby pomyłką, na szczęście miałam ze sobą leciutki CC krem Skin79, który mimo wysokich temperatur zupełnie nie obciążał skóry, kryjąc przy tym na tyle dobrze, żebym wychodząc do ludzi nie czuła się niekomfortowo z moimi przebarwieniami. Dodatkowy plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną!
  2. Innisfree No-Sebum Mineral Powder - najlepszy! Wspaniały, sypki, niezwykle skuteczny matujący puder utrwalający, który nie zawiódł mnie nawet w największym upale. Pisałam Wam o nim TUTAJ.
  3. MAC Well Dressed - mój ukochany (niestety już mi się kończy ...), leciutko rozświetlający róż o niepowtarzalnym jasnym odcieniu. Uniwersalny, nadaje się na każdą okazję i każdą pogodę. W pełnym słońcu też pięknie wyglądał, ładnie ożywiał cerę.  
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - czarny tusz, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Bardzo tani i zaskakująco jak na swoją cenę dobry (niespełna 10 zł). Lubię sposób, w jaki rozdziela rzęsy. Dał radę.
  5. Golden Rose Eyebrow Powder nr 104 - mój ulubiony od kilku miesięcy cień do brwi w naturalnym odcieniu dość ciemnego, chłodnego brązu. Dla części z Was kosmetyk tego typu w takim upale jest zbędny, ale moje brwi, choć z natury ciemne i wyraziste, nie mają niestety regularnego, pełnego kształtu i wymagają korekty, więc przynajmniej minimalne poprawki są konieczne. Wakacje, czy nie wakacje, brwi lubię mieć podkreślone!
  6. L'Oreal Brow Artist Plumper - żel utrwalający do brwi. Świetny, wielokrotnie Wam o nim wspominałam (chociażby TUTAJ). Spisał się bez zarzutu.

To w zasadzie tyle. Niewiele tego, prawda? Na koniec wspomnę jeszcze tylko o lakierze do paznokci i perfumach, bez jednego i drugiego nigdzie się nie ruszam. Jeśli chodzi o paznokcie, przez cały wyjazd towarzyszył mi neonowy róż Maybelline Forever Strong Super Stay Gel Nail Color 155 Bubble Gum, a co do zapachu, to postawiłam na jeden ze swoich odwiecznych ulubieńców, L de Lolita, kojarzący mi się właśnie ze słońcem, morzem i morską solą.

Pozwólcie, że poświęcę jeszcze parę słów kremowi CC, jakiś czas temu wygrałam go w konkursie i nie miałam jak dotąd okazji szerzej o nim napisać, a podejrzewam, że część z Was może być tym produktem zainteresowana. 

Skin79 Complete CC Cream Correct ma ciekawą formułę, dzięki której pod wpływem rozcierania na skórze zmienia kolor z białego na żółtawy, świetnie dostosowując się do karnacji. Serio, w życiu nie miałam podkładu, który tak dobrze by to robił. Jest lekki (na zdjęciu niżej nałożony grubą warstwą, żebyście cokolwiek zobaczyły), daje więc niewielkie krycie, spokojnie jednak można je budować. Wykończenie nazwałabym satynowym, ale nieprzesadnym, doskonale imitującym zdrową, promienną skórę. Na mojej przetłuszczającej się cerze wymaga przypudrowania, ale osoby o cerze normalnej bądź suchej pewnie mogą to sobie podarować. Jasny, żółtawy, doskonale dopasowujący się odcień, piękny efekt na skórze, lekka formuła, ochrona przeciwsłoneczna (SPF 30, PA++) i bardzo funkcjonalne opakowanie z pompką, brawo! Wspaniała propozycja na lato.




Również zdarza Wam się przesadzić z ilością zabieranych w podróż kosmetyków kolorowych? Też macie poczucie, że musicie zabezpieczyć się na każdą okazję? Z takim nastawieniem łatwo przesadzić. A koniec końców i tak okazuje się, że w ruch idzie parę produktów na krzyż. Co to jest w Waszym przypadku? Bez jakiego kosmetyku absolutnie nie wyobrażacie sobie żadnego wyjazdu? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Dajcie też znać, czy znacie produkty z mojej kosmetyczki, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat.

Buziaki,
Cammie.



piątek, 27 marca 2015

Wzór do naśladowania, czyli pozory mylą | Nowa kolekcja lakierów Rimmel i akcja Fundacji DKMS


Witajcie! Całe szczęście, że to już weekend, prawda? Na jego dobry początek zapraszam Was serdecznie na post poświęcony najnowszej kolekcji lakierów do paznokci Rimmel by Rita Ora. Przy okazji opowiem Wam też o wyjątkowej akcji Fundacji DKMS, Wzór do naśladowania, dzięki której w prosty sposób wesprzeć możemy walkę z rakiem krwi. Mogłoby się wydawać, że te dwa tematy mają się do siebie nijak, ale pozory mylą!

Wzór do naśladowania to akcja, w ramach której jej partnerzy, czyli marki Rimmel, Sally Hansen, Astor, Miss Sporty i Manhattan, jeden procent ze sprzedaży lakierów do paznokci przekazują Fundacji DKMS, od ponad dwudziestu już lat pomagającej kojarzyć dawców z pacjentami potrzebującymi przeszczepu szpiku lub komórek macierzystych. Symbolem przedsięwzięcia jest znak "&", który ma być wyrazem naszego zaangażowania. Kupując lakiery wymienionych marek i odwzorowując znak na paznokciach, nie tylko wspieramy chorych na raka krwi, ale możemy stać się wzorem dla innych, zachęcając ich do zainteresowania się tematem. Jeśli nie na co dzień, to przynajmniej 28 maja, czyli w Światowy Dzień Raka Krwi. Zapamiętajcie tę datę i ten symbol!




A nowa lakierowa kolekcja Rimmel? Wspaniała, prawdziwie wiosenna, błyszcząca, kolorowa. Seria 60 seconds wzbogaciła się o siedem szybkoschnących słodkich, soczystych odcieni. Dziś prezentuję Wam aż sześć z nich.




Kolekcję po raz kolejny firmuje Rita Ora. Hasła kampanii to "festiwal koloru" i "flower-power", muszę przyznać, że oba są dość trafione. Choć mnie osobiście nasuwa się też skojarzenie z landrynkami. 





Same spójrzcie, czyż te kolory nie przywodzą na myśl cukiereczków? Landrynki jak nic. Plus jedna miętówka :DDD




Nawet jasne kolory tej kolekcji są mocno nasycone, dając przez to prawie neonowy efekt. Na szczęście  dla preferujących subtelniejsze odcienie też coś się znajdzie. 




W tym tygodniu przez kilka dni nosiłam róż, 270 Sweet retreat, który dał na paznokciach dość grubą, twardą i błyszczącą warstwę, okazał się przy tym bardzo trwały. Lakier oceniam wysoko i już się zastanawiam, po który kolor sięgnąć w następnej kolejności! Wszystkie są śliczne, trudno się zdecydować.

A Wam który odcień najbardziej przypadł do gustu? Zostawiam Was z tym pytaniem, na koniec przypominając raz jeszcze o akcji Fundacji DKMS i zachęcając do odwiedzenia strony wzordonasladownia.pl KLIK.




Jak postrzegacie angażowanie się marek w przedsięwzięcia tego typu? Widzicie w tym jedynie sposób na kreowanie ich pozytywnego wizerunku, czy doceniacie wsparcie, jakiego przy takich okazjach udzielają, działając na rzecz różnych szczytnych celów? Napiszcie, co o tym myślicie, chętnie poczytam. No i nie zapomnijcie dodać, jak podoba Wam się nowa kolekcja lakierów Rimmel!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 24 marca 2015

O tym się mówi, czyli paleta Makeup Revolution


Systematyczność nie jest ostatnio moją mocną stroną, kolejna niepokojąco przedłużająca się cisza na blogu była tego najlepszym dowodem. Pojęcia nie mam, czy niemoc twórczą mam już całkowicie za sobą, to się dopiero okaże, w każdym razie dziś mam nareszcie ochotę coś dla Was napisać. Korzystając z tej niespodziewanej weny, serdecznie zapraszam na post z serii O tym się mówi. Przyjrzyjmy się palecie Makeup RevolutionCzy wśród Was ostał się ktoś, kto o cieniach tej marki jeszcze nie słyszał? To chyba niemożliwe. O nich naprawdę się mówi!




Marka Makeup Revolution jakiś czas temu szturmem wdarła się do blogosfery, z miejsca zyskując ogromną popularność, którą w największej chyba mierze zawdzięcza bogactwu oferty i atrakcyjnym cenom. Takich na każdą kieszeń. Takich, dzięki którym po prostu łatwo zdecydować się na zakup, naprawdę niewiele przy tym ryzykując. Ten argument przeważył także w moim przypadku, bo choć nowych cieni na pewno nie potrzebowałam, pchana ciekawością parę miesięcy temu kupiłam jedną z palet tej marki.




Najbardziej rozpoznawalne cienie Makeup Revolution to zdecydowanie trzy palety Iconic, imitujące serię Naked od Urban Decay. Przez chwilę rozważałam nawet zakup jednej z nich, ale ostatecznie wybrałam What you waiting for?. Urzekła mnie kompozycja jej pięknych, naturalnych kolorów, dwunastu błyszczących i sześciu matowych. Spójrzcie. Wygląda obiecująco, prawda?




Cóż, paleta na pierwszy rzut oka rzeczywiście prezentuje się bardzo ładnie, ale szybko okazało się, że prezencja jest niestety jedną z niewielu jej zalet. Mówiąc krótko, w moich oczach w tym przypadku za niską ceną idzie dość niska jakość.

Kolory w kasecie naprawdę robią wrażenie, są świetnie dopasowane, od jasnych, po ciemne, od chłodnych, po ciepłe, od błyszczących, po matowe, od dziennych, po wieczorowe. Co z tego jednak, kiedy roztarte na powiekach w większości przypadków tracą swój urok? Z obiecywanej przez producenta pigmentacji niewiele zostaje, zwłaszcza w przypadku matów, których nasycenie woła o pomstę do nieba. Błyszczące są pod tym względem dużo lepsze, choć i tak przy rozcieraniu tracą kolor, pozostawiając wybijającą się na pierwszy plan perłę ... W dodatku wśród tych generalnie bardzo średnich cieni zdarzają się też pojedyncze naprawdę fatalne sztuki.

Zobaczcie. Pierwsza szóstka nawet równa i całkiem dobrze napigmentowana, choć przede wszystkim bardzo, bardzo błyszcząca.




Kolejna szóstka jest już bardziej zróżnicowana, ciemniejsze odcienie wyraźnie odstają od jaśniejszych poziomem nasycenia.




Ostatnia, matowa szóstka to już prawdziwa tragedia. Jaśniejszych kolorów, mimo moich starań i kilku warstw cieni na skórze, prawie nie widać. Super hot female to jakieś kompletne nieporozumienie.




Jestem ogromnie rozczarowana. W moim odczuciu potencjał tej świetnie skomponowanej palety został zmarnowany przez poślednią jakość cieni. Z tych błyszczących coś tam przy odrobinie dobrej woli można jeszcze wyczarować, ale matowe naprawdę pozostawiają wiele do życzenia. Sama kasetka też nie zrobiła zresztą na mnie wrażenia, toporny czarny plastik wygląda po prostu tanio, a zatrzask grozi połamaniem paznokci. Słabo ulokowane trzy dychy, niestety. 

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z paletami Makeup Revolution. Miałyście z nimi do czynienia? Jak je oceniacie? Koniecznie dajcie znać. Ja nie rozumiem fenomenu ich popularności ... Może tylko What you waiting for? jest tak słaba? Muszę taką możliwość brać pod uwagę, bo inaczej nie umiem wytłumaczyć sobie wszechobecnych zachwytów nad cieniami tej marki ... Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 12 marca 2015

Apetyt na róż, czyli wiosna na paznokciach | Eveline i Maybelline


Jeszcze kilka miesięcy temu nie liczyło się dla mnie nic oprócz czerwieni, teraz, z pierwszym tchnieniem wiosny, nagle zapragnęłam na paznokciach różu. Mocnego, żywego, nasyconego, żadnych kompromisów. Niby mam trochę tych lakierów, ale jak przyszło co do czego, rozczarowanie, nie było w czym wybierać (znacie to uczucie? kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem :DDD). Jak możecie się domyślać, skończyło się zakupami. Nie mogąc się zdecydować pomiędzy głęboką fuksją a neonową różową landrynką, ostatecznie wyszłam ze sklepu z dwoma buteleczkami, Eveline Color Edition nr 920 oraz Maybelline Super Stay Gel Nail Color nr 155 Bubble Gum.

Na pierwszy ogień poszedł ciemniejszy odcień, czyli róż Eveline. Ogromnie podobał mi się na sklepowej półce.




W rzeczywistości na paznokciach okazał się bardziej zgaszony i cieplejszy, niż sobie wyobrażałam, ale muszę przyznać, że bardzo komfortowo mi się go nosi. Jest wyrazisty, ale jednocześnie na tyle stonowany, żeby pasować w zasadzie do wszystkiego.




Róż Maybelline to już inna historia, jest jaskrawy, niemalże neonowy, w dodatku mikroskopijny shimmer daje mu niebieskawy połysk. 




Koncentrat energii! Właśnie o to mi chodziło. Choć kolor ten na pewno nie można nazwać uniwersalnym, świetnie się czuję, nosząc go na paznokciach. Sto procent różu w różu, jest moc.




Na zdjęciu porównawczym wyraźnie widać, że te dwa odcienie różu to zupełnie inne bajki. Który ładniejszy? Sama nie wiem. 




Nie znałam wcześniej lakierów z tych konkretnych serii, kupiłam je po raz pierwszy. Choć oba kolory bardzo mi się podobają, to jednak uczciwie muszę przyznać, że pod względem jakości Maybelline bije Eveline na głowę. Pędzelki są niby podobne, szerokie i wygodne, ale już konsystencja, komfort aplikacji i nasycenie zdecydowanie leżą po stronie Maybelline, który dał świetne krycie, gładką taflę i niesamowity połysk. Z Eveline musiałam bardzo uważać, bo przy malowaniu miał lekką tendencję do bąbelkowania. Więcej kolorów na pewno nie kupię. Za to na kolejne odcienie Maybelline mam ogromną ochotę! Bardzo, bardzo udana seria.

Kto podziela moją słabość do różu? Który z prezentowanych dziś lakierów wpadł Wam w oko? Znacie serie, z których pochodzą? Co o nich myślicie? Koniecznie dajcie znać. Liczę też na Wasze "różowe rekomendacje", jaki różowy lakier możecie mi polecić? Bo czuję, że mój apetyt na róż nie został jeszcze zaspokojony! Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.



sobota, 17 stycznia 2015

#MiracleMani, czyli supertrwałe lakiery Sally Hansen Miracle Gel | Gorąca nowość!


Co prawda ostatni post, w którym pokazywałam Wam czerwony topper Lynnderella Ruby Red Ruby ---> KLIK, przyjęłyście z umiarkowanym entuzjazmem, jednak mimo to chciałabym zostać jeszcze przy temacie paznokci, mając nadzieję, że lakiery, które dziś Wam zaprezentuję, wzbudzą w Was większe zainteresowanie. Intuicja mi podpowiada, że w tym przypadku zaciekawić Was nie będzie trudno. Oto bowiem na rynku pojawiło się coś, co prawdopodobnie w jakimś stopniu zrewolucjonizuje tradycyjny, domowy manicure. Przedstawiam gorącą nowość Sally Hansen, linię Miracle Gel, w założeniu pozwalającą nam cieszyć się nieskazitelnym lakierem nawet do 14 dni! Brzmi zachęcająco, prawda?




W skład linii Miracle Gel wchodzą lakiery w 12 odcieniach i top coat. Jej innowacyjność polega na tym, że specjalna opatentowana technologia pozwala na wykonanie bardzo trwałego żelowego manicure o charakterze hybrydowym, nie wymagającego jednak wysuszania i utwardzania przy użyciu lamp emitujących światło LED/UV, poddającego się też zwykłemu zmywaczowi do paznokci, nawet bez acetonu. A zatem nie potrzebujemy żadnych dodatkowych akcesoriów, w grę wchodzi najzwyklejsze malowanie paznokci w warunkach domowych. 

Przyznaję, że obietnice producenta robią na mnie wrażenie. Trwałość lakieru sięgająca dwóch tygodni? To naprawdę byłoby coś. Testy w toku, od kilku dni mam na paznokciach jeden z odcieni, które do mnie trafiły. Wybierałam spomiędzy beżu 120 Bare Dare, mięty 240 B Girl,  lawendy 270 Street Flair, koralu 330 Redgy, ostatecznie decydując się na czerwień 470 Red Eye.




Wszystkie odcienie, które widzicie na zdjęciach, są klasycznie kremowe, charakteryzują się niesamowitą pigmentacją i bardzo ułatwiającą malowanie żelową konsystencją, zwartą, zdyscyplinowaną, nie rozlewającą się w niekontrolowany sposób po paznokciach i skórkach. Pierwsze wrażenie bardzo, bardzo pozytywne.






Dla uzyskania obiecywanego efektu należy pomalować paznokcie dwiema warstwami wybranego lakieru, a następnie pokryć całość spajającym wszystko specjalnym topem. 




Stosując się do zaleceń, zrobiłam swój pierwszy #MiracleMani, tak jak wspominałam wyżej, na dobry początek stawiając na czerwień (a to ci niespodzianka :DDD). Po czterech dniach od malowania paznokcie prezentują się zaskakująco dobrze. Zerknijcie sobie na zdjęcie. Owszem, na upartego na końcówkach dostrzegam jakieś mikrootarcia, ale nie jest to nic, czego nie można by błyskawicznie opiłować. Myślę też, że gdybym nosiła dłuższe paznokcie i mogła zabezpieczyć końcówki w czasie malowania (na pewno wiecie, o co mi chodzi - pomalowanie krawędzi paznokci i "podmalowanie" ich od spodu), być może nawet i tych otarć by nie było. W każdym razie, jak dla mnie dotychczasowa trwałość na piątkę!




To na razie tylko cztery dni, do obiecywanych dwóch tygodni jeszcze daleko, póki co studzę więc emocje, czekając na rozwój wypadków. Za jakiś czas na pewno dam Wam znać, jak się sprawy mają. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję i że będę mogła z czystym sumieniem tę linię Wam polecić. Z moich informacji wynika, że w sklepach ma pojawić się w lutym (cena sugerowana - 34 zł), ale z tego, co pisałyście mi na FB, jest już widywana w drogeriach Hebe. 

Na koniec jeszcze rzut oka na wzornik ze wszystkimi odcieniami Miracle Gel, jakimi dysponuję. Który podoba Wam się najbardziej, beż, mięta, lawenda, koral, czy czerwień?




Prędzej czy później wszystkie te kolory pokażę Wam na paznokciach, bądźcie cierpliwe. Kto wie, może nawet ozdobione jakimś wzorkiem? Wyobraźcie sobie, że w przesyłce znalazłam też zestaw Konad. To moja pierwsza płytka i za bardzo nawet nie wiem, jak się do tych stempelków zabrać. Pewnie poeksperymentuję, choć za efekty nie ręczę :DDD




No i jak, udało mi się Was zainteresować? Co myślicie o Sally Hansen Miracle Gel? Kusi Was obiecywana wydłużona trwałość lakieru na paznokciach? Przemawia do Was ten hybrydowy system, wprost stworzony do warunków domowych, poza topem nie wymagający żadnych dodatkowych akcesoriów? Koniecznie dajcie znać. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



środa, 14 stycznia 2015

Niczym klejnot, czyli Lynnderella Ruby Red Ruby


Pamiętacie, jak po raz pierwszy pisałam Wam o ręcznie robionych topperach Lynnderella ---> KLIK? Byłam wtedy pod absolutnym urokiem białych płatków Snow Angel, który z bliska w jego delikatnej odsłonie mogłyście zobaczyć TUTAJ, w wersji bardziej drapieżnej natomiast TUTAJ. Dziś, dokładnie po roku, mogę pokazać Wam kolejny śliczny top od Lynnderelli, ogniście czerwony Ruby Red Ruby!




Być może część z Was pamięta, że Ruby Red Ruby znalazł się na mojej świątecznej liście marzeń ---> KLIK. Pod choinką co prawda go nie znalazłam, ale zaraz po świętach sama zrobiłam sobie prezent, składając niewielkie zamówienie na norwaynails.com (to nadal jedyny znany mi sklep, w którym bez problemu amerykańskie toppery Lynnderelli zamawiać można do Polski), już po kilku dniach ciesząc się swoim nowym cackiem.




Zdjęcia nie do końca oddają moc czerwieni tego lakieru, jego migotanie siłą rzeczy można zobaczyć jedynie na żywo. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko dostrzeżecie potencjał, jaki w nim drzemie. Ruby Red Ruby to masa srebrnych drobin zanurzonych w jaskrawo czerwonej bazie, sprawiającej, że płatki brokatu na paznokciach też wydają się czerwone, błyszcząc niczym klejnot. Efekt jest na tyle mocny, że wymaga zachowania umiaru. Ja zresztą od początku miałam w głowie jego połączenie z jakąś ładną klasyczną kremową czerwienią w postaci zdobienia wyłącznie na palcu serdecznym. Mój wybór ostatecznie padł na Sensique Strong & Tredny Nails nr 144.




Czerwień Sensique jest dość jasna i żywa, stanowiąc dla Lynnderelli ładne tło. Połączenie tych dwóch lakierów prezentuje się naprawdę ciekawie, jest na pewno widoczne, ale nieprzesadne. Szalenie podoba mi się zestawienie czerwieni z czerwienią, myślę, że na żadnym innym kolorze Ruby Red Ruby nie wyglądałby tak dobrze, za bardzo rzucałby się w oczy.








O ile lakier Sensique zastąpić można dowolną czerwienią, o tyle Ruby Red Ruby jest nie do podrobienia. Nie znam żadnego innego topperu, który dawałby podobnie biżuteryjny, czysto czerwony, prawdziwie rubinowy efekt. Jeśli Wam jakaś alternatywa przychodzi do głowy, koniecznie o niej napiszcie, z chęcią poznam Wasze typy, jak wiecie, ostatnio zwariowałam na punkcie czerwieni na paznokciach. Zachęcam więc do komentowania! Dajcie też koniecznie znać, co myślicie o Ruby Red Ruby. Spodobał Wam się ten topper i idea łączenia czerwieni z czerwienią? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 28 grudnia 2014

Nie taki brąz straszny, czyli odkrycie grudnia


I po świętach! Jak Wam minęły? Mam nadzieję, że dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłyście. Ja w każdym razie powoli otrząsam się z leniwej, świątecznej atmosfery i wracam do codzienności. Na szczęście mogę to robić niespiesznie, przede mną jeszcze sporo urlopu! Urlopu od bloga jednak nie biorę, z przyjemnością powracam do Was już dziś, zapraszając na grudniowy post z serii Odkrycia. Dziś o bardzo ciekawej pomadce, przez którą powinnam się w piekle smażyć, bo pozwoliłam jej leżeć w mojej toaletce chyba z pół roku, zanim w końcu ją wypróbowałam. Zanim opowiem Wam, dlaczego tak się stało, zdradzę, że mowa o JOKO Long Lasting Lipstick w odcieniu nr 31.




Dlaczego tak długo leżała bezużytecznie? Otóż rozczarował mnie jej odcień. Kiedy się na niego decydowałam, wyłącznie na podstawie zdjęć w sieci, wydawał mi się nudziakiem z dominującym tonem różowym (takie lubię najbardziej), na żywo okazał się jednak co prawda dość jasnym, ale wyraźnym brązem, z którym jakoś w letniej aurze nie było mi po drodze. Szminkę odłożyłam i o niej zapomniałam. Aż do teraz. Parę tygodni temu szczęśliwie znowu wpadła w moje ręce, a ja wykazałam się większą chęcią do makijażowych eksperymentów. Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie taki brąz straszny! Zwłaszcza że stanowi doskonałe uzupełnienie makijażu oczu, w którym ostatnio główną rolę gra moja nowa paleta Urban Decay Naked 2 (o niej innym razem).




Wyrazisty kolor + idealne krycie = megaefekt przez wiele godzin.

Kremowa konsystencja pomadki zapewnia przyjemną i łatwą aplikację, nadając ustom długotrwały, żywy kolor. Koktajl dobroczynnych składników zawarty w pomadce Long Lasting otula usta cienkim welonem odżywczego masła shea oraz naturalnym woskiem - nawilża, zmiękcza oraz wygładza delikatną skórę ust.

Cena: około 20 zł


Za co tę pomadkę polubiłam? Przede wszystkim za niesamowitą relację komfortu aplikacji i noszenia do trwałości. Zwykle szminki typu long lasting wysuszają usta, podkreślając każdy ich mankament, w tym przypadku natomiast nie ma o tym mowy. Pomadka JOKO co prawda mocno przywiera do ust, ale zachowuje przyjemną kremowość i miękkość, mimo matowego i dającego pełne krycie wykończenia (które zresztą też ogromnie mi się podoba). Trwałość oceniam na około 4 godziny, w tym czasie można normalnie rozmawiać i pić (z jedzeniem niestety gorzej). Nie jest to może mistrzostwo świata, ale najgorzej też nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę niekłopotliwe, równomierne ścieranie się, brak tendencji do migracji pigmentu, no i niewygórowaną w sumie cenę. Spójrzcie, jak prezentuje się na ustach. 




Dla ciekawskich:
na twarzy Skin79 Dear Rose BB Cream, prasowany puder bambusowy FM, meteoryty Guerlain i róż Rose Ecrin Chanel, miejscowo kamuflaż 010 Ivory Catrice, pod oczami kamuflaż 002 Beige Alverde, na powiekach baza Hean, cienie z palety Naked 2 Urban Decay i czarny liner Blackbuster L'Oreal, na rzęsach czarna maskara False Lash Wings L'Oreal, na linii wodnej cielista kredka 090 Natural Glaze Max Factor, na brwiach kremowy cień Permanent Taupe Maybelline.


Jak wiecie, kocham pomadki w odcieniach nude i trudno przekonać mi się do ciemniejszych kolorów. Ten brąz, mimo że przecież nie taki znowu ciemny, początkowo jakoś mnie mimo wszystko wystraszył. Cieszę się, że się do niego przekonałam, bo okazało się, że czuję się w nim nadspodziewanie dobrze. Sięgałam po niego przez cały grudzień i pewnie sięgałabym nadal, gdyby nie groźny rywal, szminka MAC w odcieniu Blankety, jeden z moich świątecznych prezentów. Styczeń będzie należał chyba do niej!




A Wy? Po jakie odcienie szminek sięgacie najczęściej? Chętnie eksperymentujecie z nowymi kolorami? Lubicie formuły long lasting? Co myślicie o propozycji JOKO? Dajcie znać. Napiszcie też o własnych grudniowych zachwytach kosmetycznych. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


sobota, 20 grudnia 2014

Gwiazdka na Gwiazdkę, czyli czerwień Essie ze złotym akcentem


Jakiś czas temu na FB zadałam Wam pytanie o najpiękniejszy Waszym zdaniem czerwony lakier do paznokci. Padło wiele propozycji, ale najczęściej wskazywałyście Essie A List. Przy pierwszej nadarzającej się okazji przyjrzałam mu się z bliska i oczywiście nie wypuściłam już z rąk, rzeczywiście okazał się przepiękny! 




A List to ciemna, głęboka, kremowa czerwień, stonowana i bardzo elegancka. Właśnie czegoś takiego szukałam, pytając Was o wskazówki. Dziękuję wszystkim dziewczynom, które zwróciły na niego moją uwagę!




Kolor jest bezbłędny, mam go zaledwie od dwóch tygodni, pomalowałam nim paznokcie raptem ze dwa, trzy razy, a już zdążyłam usłyszeć na jego temat kilka komplementów. Żałuję jedynie, że nie jest bardziej napigmentowany, niestety podoba mi się dopiero przy trzech warstwach. Przy dwóch u nasady paznokci ciągle widzę jakieś prześwity. Być może to jednak kwestia lakieru podkładowego (używam Essie Ridge Filling), mam wrażenie, że wchodzi z A List w jakąś niepożądaną reakcję (podobnie dzieje się też z Big Spender). W każdym razie nawet z płatającą figle bazą trzy warstwy prezentują się już nienagannie, dając błyszczącą taflę klasycznej czerwieni.




Aż prosi się, żeby sięgnąć po tę czerwień na święta. Pomyślałam, że warto dodać do niej jakiś typowo świąteczny akcent. Znacie mnie już trochę, wiecie, że jeśli chodzi o zdobienia paznokci, jestem bardzo zachowawcza, nie dla mnie wszelkie wzorki i inne paznokciowe cuda wianki. Słabość mam jedynie do ciekawych topperów, ale nawet ich używam z umiarem, nakładając je zwykle jedynie na palec serdeczny. Tym razem postanowiłam jednak zaszaleć i zamówiłam sobie na allegro maleńkie złote gwiazdki (widzicie je rozsypane na zdjęciach), upewniając się wcześniej, że nadają się do zdobienia paznokci naturalnych. Zaledwie dwa pięćdziesiąt, a tyle radości! :DDD




Oczywiście i tym razem zachowałam umiar, na paznokcie trafiła tylko jedna gwiazdka. Moim zdaniem wystarczy. Robi robotę. Mała złota gwiazdka na Gwiazdkę!




Czerwień i złoto, iście świąteczne zestawienie. Ciekawa jestem, jak Wam się podoba. Co myślicie o Essie A List? Wpadły Wam w oko moje złote gwiazdki? Ciekawy pomysł na zdobienie, czy niekoniecznie? Dajcie znać. Zdradźcie też koniecznie, jak same planujecie pomalować paznokcie na święta. Piszcie, czekam na Wasze komentarze! 

Buziaki,
Cammie.


Uwaga, rozdanie! 
Dwa egzemplarze książki "Kanony kobiecej urody. 
Od starożytności po XXI wiek.
Makijaż i stylizacje" dla Was! KLIK
Na zgłoszenia czekam jeszcze tylko do jutra!


wtorek, 9 grudnia 2014

Kwintesencja subtelności, czyli dwa najpiękniejsze lakiery z kolekcji baletowej O.P.I.


O.P.I. New York City Ballet, Don't Touch My Tutu i Pirouette My Whistle. Kwintesencja subtelności. Kiedy zobaczyłam ten duet na zdjęciach, momentalnie go zapragnęłam. Te lakiery są po prostu dla siebie stworzone, łagodna, mleczna biel jednego jest idealnym tłem dla srebrzystej mgiełki drugiego. Nic dziwnego, że to najczęściej zestawiana ze sobą dwójka z całej tej baletowej kolekcji. Ja także znalazłam się pod jej urokiem.




Biały mleczak, choć piękny, wygląda w sumie dość niepozornie, o uroku tego zestawu zdecydowanie stanowi topper. Jest niesamowity, pełen delikatnych srebrzystych drobin i płatków srebrnego brokatu. Oczywiście daje charakterystyczny dla brokatowych topperów połysk, ale bardzo dyskretny, stłumiony.




Połączenie tych dwóch lakierów niezwykle mi się podoba. Dzięki białemu Don't Touch My Tutu paznokcie wyglądają czysto, schludnie i elegancko, dzięki Pirouette My Whistle zyskując nieco biżuteryjne, ale nienachalne zdobienie.




Na zdjęciach topper widzicie tylko na palcu serdecznym, ale w gruncie rzeczy jest on tak delikatny, że równie dobrze prezentuje się nałożony na wszystkie paznokcie. Często właśnie tak go noszę, naprawdę nie mając przy tym poczucia przesady. Myślę, że pięknie będzie się też prezentował nałożony tylko na końcówki, z szarym, kremowym lakierem w tle. Kiedyś na pewno coś takiego zmaluję, tymczasem proponuję jednak zbliżenie na duet z mleczną bielą.




Koniecznie muszę w tym miejscu tę biel pochwalić. Don't Touch My Tutu ma niesamowitą jakość, w ogóle nie smuży, co przy tak jasnych odcieniach jest niestety raczej smutną normą. Tu najwyraźniej mamy do czynienia z wyjątkiem od tej reguły, lakier jest bowiem zupełnie bezproblemowy, przy pierwszej warstwie dając efekt naturalnych, bardzo zdrowych paznokci, przy dwóch kryjąc niemal w pełni. Trzecia warstwa pogłębia efekt, ale nie jest konieczna.




Wiem, że zestawienie, jakie Wam dziś pokazałam, nie rzuca się w oczy i może wydawać się nudne, ale ta delikatność ma swój niezaprzeczalny urok. Rzeczywiście kojarzy się ze zwiewnym baletem. Miękka, mleczna biel Don't Touch My Tutu jest po prostu prześliczna, srebrne drobiny Pirouette My Whistle tylko to podkreślają. Mam nadzieję, że to dostrzegacie.

Dajcie znać, jak Wam się to zestawienie podoba. Przemawia do Was tak subtelny efekt, czy niekoniecznie? Z czym Wam się kojarzy? Z klasyką, elegancją, naturalnością, lekkością, bezpieczeństwem, tak jak mi? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.