Co prawda ostatni post, w którym pokazywałam Wam czerwony topper Lynnderella Ruby Red Ruby --->
KLIK, przyjęłyście z umiarkowanym entuzjazmem, jednak mimo to chciałabym zostać jeszcze przy temacie paznokci, mając nadzieję, że lakiery, które dziś Wam zaprezentuję, wzbudzą w Was większe zainteresowanie. Intuicja mi podpowiada, że w tym przypadku zaciekawić Was nie będzie trudno. Oto bowiem na rynku pojawiło się coś, co prawdopodobnie w jakimś stopniu zrewolucjonizuje tradycyjny, domowy manicure. Przedstawiam gorącą nowość
Sally Hansen, linię
Miracle Gel, w założeniu pozwalającą nam cieszyć się nieskazitelnym lakierem nawet do 14 dni! Brzmi zachęcająco, prawda?

W skład linii Miracle Gel wchodzą lakiery w 12 odcieniach i top coat. Jej innowacyjność polega na tym, że specjalna opatentowana technologia pozwala na wykonanie bardzo trwałego żelowego manicure o charakterze hybrydowym, nie wymagającego jednak wysuszania i utwardzania przy użyciu lamp emitujących światło LED/UV, poddającego się też zwykłemu zmywaczowi do paznokci, nawet bez acetonu. A zatem nie potrzebujemy żadnych dodatkowych akcesoriów, w grę wchodzi najzwyklejsze malowanie paznokci w warunkach domowych.
Przyznaję, że obietnice producenta robią na mnie wrażenie. Trwałość lakieru sięgająca dwóch tygodni? To naprawdę byłoby coś. Testy w toku, od kilku dni mam na paznokciach jeden z odcieni, które do mnie trafiły. Wybierałam spomiędzy beżu 120 Bare Dare, mięty 240 B Girl, lawendy 270 Street Flair, koralu 330 Redgy, ostatecznie decydując się na czerwień 470 Red Eye.
Wszystkie odcienie, które widzicie na zdjęciach, są klasycznie kremowe, charakteryzują się niesamowitą pigmentacją i bardzo ułatwiającą malowanie żelową konsystencją, zwartą, zdyscyplinowaną, nie rozlewającą się w niekontrolowany sposób po paznokciach i skórkach. Pierwsze wrażenie bardzo, bardzo pozytywne.
Dla uzyskania obiecywanego efektu należy pomalować paznokcie dwiema warstwami wybranego lakieru, a następnie pokryć całość spajającym wszystko specjalnym topem.
Stosując się do zaleceń, zrobiłam swój pierwszy #MiracleMani, tak jak wspominałam wyżej, na dobry początek stawiając na czerwień (a to ci niespodzianka :DDD). Po czterech dniach od malowania paznokcie prezentują się zaskakująco dobrze. Zerknijcie sobie na zdjęcie. Owszem, na upartego na końcówkach dostrzegam jakieś mikrootarcia, ale nie jest to nic, czego nie można by błyskawicznie opiłować. Myślę też, że gdybym nosiła dłuższe paznokcie i mogła zabezpieczyć końcówki w czasie malowania (na pewno wiecie, o co mi chodzi - pomalowanie krawędzi paznokci i "podmalowanie" ich od spodu), być może nawet i tych otarć by nie było. W każdym razie, jak dla mnie dotychczasowa trwałość na piątkę!

To na razie tylko cztery dni, do obiecywanych dwóch tygodni jeszcze daleko, póki co studzę więc emocje, czekając na rozwój wypadków. Za jakiś czas na pewno dam Wam znać, jak się sprawy mają. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję i że będę mogła z czystym sumieniem tę linię Wam polecić. Z moich informacji wynika, że w sklepach ma pojawić się w lutym (cena sugerowana - 34 zł), ale z tego, co pisałyście mi na FB, jest już widywana w drogeriach Hebe.
Na koniec jeszcze rzut oka na wzornik ze wszystkimi odcieniami Miracle Gel, jakimi dysponuję. Który podoba Wam się najbardziej, beż, mięta, lawenda, koral, czy czerwień?
Prędzej czy później wszystkie te kolory pokażę Wam na paznokciach, bądźcie cierpliwe. Kto wie, może nawet ozdobione jakimś wzorkiem? Wyobraźcie sobie, że w przesyłce znalazłam też zestaw Konad. To moja pierwsza płytka i za bardzo nawet nie wiem, jak się do tych stempelków zabrać. Pewnie poeksperymentuję, choć za efekty nie ręczę :DDD
No i jak, udało mi się Was zainteresować? Co myślicie o Sally Hansen Miracle Gel? Kusi Was obiecywana wydłużona trwałość lakieru na paznokciach? Przemawia do Was ten hybrydowy system, wprost stworzony do warunków domowych, poza topem nie wymagający żadnych dodatkowych akcesoriów? Koniecznie dajcie znać. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!
Buziaki,
Cammie.