beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BB Cream. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BB Cream. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Chyba upadłam na głowę, czyli moja wakacyjna kosmetyczka z kolorówką


Pakując swoją wakacyjną kosmetyczkę z kolorówką, musiałam chyba na głowę upaść. Czego w niej nie było! BB kremy o różnym stopniu krycia, "bo przecież nie wiadomo, w jakim stanie będzie moja cera", korektory do różnych zadań specjalnych, "bo przecież muszę mieć coś lżejszego pod oczy i coś cięższego na przebarwienia", pudry o różnych formułach, "bo przecież sypki sypkim, no ale w razie czego muszę mieć prasowany do torebki", róż i rozświetlacz, "bo przecież to w końcu lato, odrobina blasku musi być", coś do rzęs, coś do brwi, a nawet liner i paletka cieni, "bo przecież na pewno będę chciała na wieczorne spacery mocniej się pomalować". Taaaa ... Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, ale upał szybko i skutecznie zniechęcił mnie do makijażu. Gdybym pakowała kosmetyczkę dziś, jej zawartość wyglądałaby zgoła inaczej. Wiozłam to wszystko przez pół Europy, a jak przyszło co do czego, okazało się, że sięgam po najwyżej kilka rzeczy. Jeśli ciekawi Was, co okazało się must have i sprawdziło się w gorącym chorwackim klimacie, zapraszam na krótką prezentację! 




  1. Skin79 Complete CC Cream Correct - moje podkłady i bb kremy w temperaturach sięgających niemal 35 stopni byłyby pomyłką, na szczęście miałam ze sobą leciutki CC krem Skin79, który mimo wysokich temperatur zupełnie nie obciążał skóry, kryjąc przy tym na tyle dobrze, żebym wychodząc do ludzi nie czuła się niekomfortowo z moimi przebarwieniami. Dodatkowy plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną!
  2. Innisfree No-Sebum Mineral Powder - najlepszy! Wspaniały, sypki, niezwykle skuteczny matujący puder utrwalający, który nie zawiódł mnie nawet w największym upale. Pisałam Wam o nim TUTAJ.
  3. MAC Well Dressed - mój ukochany (niestety już mi się kończy ...), leciutko rozświetlający róż o niepowtarzalnym jasnym odcieniu. Uniwersalny, nadaje się na każdą okazję i każdą pogodę. W pełnym słońcu też pięknie wyglądał, ładnie ożywiał cerę.  
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - czarny tusz, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Bardzo tani i zaskakująco jak na swoją cenę dobry (niespełna 10 zł). Lubię sposób, w jaki rozdziela rzęsy. Dał radę.
  5. Golden Rose Eyebrow Powder nr 104 - mój ulubiony od kilku miesięcy cień do brwi w naturalnym odcieniu dość ciemnego, chłodnego brązu. Dla części z Was kosmetyk tego typu w takim upale jest zbędny, ale moje brwi, choć z natury ciemne i wyraziste, nie mają niestety regularnego, pełnego kształtu i wymagają korekty, więc przynajmniej minimalne poprawki są konieczne. Wakacje, czy nie wakacje, brwi lubię mieć podkreślone!
  6. L'Oreal Brow Artist Plumper - żel utrwalający do brwi. Świetny, wielokrotnie Wam o nim wspominałam (chociażby TUTAJ). Spisał się bez zarzutu.

To w zasadzie tyle. Niewiele tego, prawda? Na koniec wspomnę jeszcze tylko o lakierze do paznokci i perfumach, bez jednego i drugiego nigdzie się nie ruszam. Jeśli chodzi o paznokcie, przez cały wyjazd towarzyszył mi neonowy róż Maybelline Forever Strong Super Stay Gel Nail Color 155 Bubble Gum, a co do zapachu, to postawiłam na jeden ze swoich odwiecznych ulubieńców, L de Lolita, kojarzący mi się właśnie ze słońcem, morzem i morską solą.

Pozwólcie, że poświęcę jeszcze parę słów kremowi CC, jakiś czas temu wygrałam go w konkursie i nie miałam jak dotąd okazji szerzej o nim napisać, a podejrzewam, że część z Was może być tym produktem zainteresowana. 

Skin79 Complete CC Cream Correct ma ciekawą formułę, dzięki której pod wpływem rozcierania na skórze zmienia kolor z białego na żółtawy, świetnie dostosowując się do karnacji. Serio, w życiu nie miałam podkładu, który tak dobrze by to robił. Jest lekki (na zdjęciu niżej nałożony grubą warstwą, żebyście cokolwiek zobaczyły), daje więc niewielkie krycie, spokojnie jednak można je budować. Wykończenie nazwałabym satynowym, ale nieprzesadnym, doskonale imitującym zdrową, promienną skórę. Na mojej przetłuszczającej się cerze wymaga przypudrowania, ale osoby o cerze normalnej bądź suchej pewnie mogą to sobie podarować. Jasny, żółtawy, doskonale dopasowujący się odcień, piękny efekt na skórze, lekka formuła, ochrona przeciwsłoneczna (SPF 30, PA++) i bardzo funkcjonalne opakowanie z pompką, brawo! Wspaniała propozycja na lato.




Również zdarza Wam się przesadzić z ilością zabieranych w podróż kosmetyków kolorowych? Też macie poczucie, że musicie zabezpieczyć się na każdą okazję? Z takim nastawieniem łatwo przesadzić. A koniec końców i tak okazuje się, że w ruch idzie parę produktów na krzyż. Co to jest w Waszym przypadku? Bez jakiego kosmetyku absolutnie nie wyobrażacie sobie żadnego wyjazdu? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Dajcie też znać, czy znacie produkty z mojej kosmetyczki, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat.

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 12 kwietnia 2015

Dwa w jednym, czyli zaległe podsumowanie lutego i marca | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, zakupy


Kwiecień nabrał już rozpędu, a tymczasem ja zabieram się dopiero za podsumowanie marca. I przy okazji lutego, żeby było śmieszniej. No cóż, tak się złożyło, lepiej późno niż wcale. A zatem dwa w jednym, zapraszam. Tradycyjnie przypomnę najpopularniejsze posty, podam kilka ciekawych linków, zdradzę, jak spędzałam czas wolny, pokażę też zakupy z ostatnich tygodni. Nie przegapcie!




Rzut oka na statystyki pozwolił mi wytypować najpopularniejsze lutowe i marcowe posty. Zdecydowanie z największym zainteresowaniem przyjęłyście podsumowanie stycznia ---> KLIK, ale niemal równie chętnie czytałyście o kosmetycznym odkryciu marca ---> KLIK i o znaczeniu ochrony przeciwsłonecznej ---> KLIK. Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze!

Nawiązując do FB (polubiłaś już? ---> KLIK), chciałabym na chwilę wrócić do tematu, o którym właśnie tam kilka tygodni temu wspominałam. Słyszałyście o BookRage ---> KLIK? To arcyciekawa inicjatywa, dzięki której kupić możemy pakiety ebooków (uwaga! każdy pakiet w sprzedaży jest tylko przez dwa tygodnie!), samodzielnie decydując, ile za nie zapłacić. Mało tego, od nas zależy też, ile naszych pieniędzy trafić ma do autorów książek (może wszystko? ty tu rządzisz!), ile do serwisu BookRange, a ile do patronującej akcji Fundacji Nowoczesna Polska. Szczegóły w obszernym artykule z jednego z weekendowych wydań Gazety, o tutaj ---> KLIK. Dajcie znać, jak zapatrujecie się na to przedsięwzięcie, co myślicie o takiej nietypowej formie sprzedaży.

Skoro już jesteśmy przy książkach, pozwólcie, że zainteresowanych odeślę w tym miejscu do postów o moich lutowych ---> KLIK i marcowych ---> KLIK lekturach. 






Nie będzie też lepszego momentu, żeby napomknąć o fantastycznej "Cukierni Lidla". Niezorientowanym (są w ogóle tacy?) w tym miejscu wyjaśnię, że Lidl po raz drugi już wydał książkę kucharską, którą klienci zdobyć mogli w przedświątecznym programie lojalnościowym. Przepiękne zdjęcia! Wzroku nie można oderwać. Brawo, Lidl! Macie swój egzemplarz?




Oprócz książek czas wolny wypełniał mi też serial. Pewnie nie będzie dla Was niespodzianką, jak napiszę, że w dalszym ciągu oglądam How I met your mother? Już prawie finiszuję, jeszcze tylko jeden sezon i może w końcu się dowiem, jak on, do licha, poznał ich matkę :DDD Powiem Wam, że trudno będzie mi się z tym serialem rozstać. Kto jeszcze lubi tego tasiemca, palec do budki? :)))




A zakupy? Możecie się domyślać, że przez dwa miesiące zdążyłam kupić co nieco :))) Wszystkiego nie będę Wam pokazywać, skupmy się na najciekawszych rzeczach. Na początek może coś azjatyckiego? W lutym skusiłam się na kolejny bb krem, tym razem stawiając na Dr.G Bright+ Super Light Brightening Balm. Mimo nieco sinego koloru (na szczęście odcień dostosowuje się do karnacji), polubiłam go od pierwszego użycia, jeszcze Wam o nim napiszę. Na zdjęcie załapał się też mój nowy beauty blender. Ktoś się może orientuje, czy dwupaki zniknęły ze sprzedaży tylko u polskiego dystrybutora, czy też całkiem zniknęły z oferty marki? 




Marce Sylveco opierałam się naprawdę długo, ale w końcu uległam. Może dlatego, że wreszcie znalazłam w swoim mieście sklep, w którym dostępna jest jej pełna oferta? Na dobry początek zdecydowałam się na peeling oczyszczający z korundem, ekstraktem ze skrzypu polnego i olejkiem z drzewa herbacianego oraz na peelingującą pomadkę odżywczą z drobinkami brązowego cukru. Powiem krótko - szybko zrozumiałam, skąd te wszechobecne zachwyty. Dołączam! Polecacie szczególnie jakiś produkt tej marki? Koniecznie napiszcie.




W ostatnich tygodniach zrobiłam też niewielkie zamówienie na Truskawce. Zbiegiem okoliczności w jednym czasie udało mi się upolować w świetnych cenach akcesoria, które już od dawna chodziły mi po głowie - pęsetę Tweezerman i zalotkę Shu Uemura, jako nieplanowaną zachciankę do koszyka wrzuciłam też na próbę podkład w sztyfcie Becca (nieprzyzwoicie przeceniony, grzech było nie wziąć!). W tle zdjęcia z akcesoriami widzicie maskarę Miss Sporty Studio Lash (całkiem fajna, choć bardzo usztywnia rzęsy) i odżywkę do rzęs Eveline Advance Volumiere (ładnie rozdziela rzęsy, stanowiąc dobrą bazę pod tusz).






Nareszcie wróciłam też do mojego ukochanego żelu do włosów, Kemon Hair Manya Cosmo.  Nic tak nie ujarzmia baby hair jak to jadowicie zielone dziwadło. Swoje niestety kosztuje, więc przez jakiś czas próbowałam znaleźć dla niego zamiennik, jednak zawsze był to kompromis, nigdy nie byłam do końca zadowolona. Welcome home, baby!




Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, na szczególną uwagę zasłużył sobie jeden, bladoróżowy topper Catrice Luxury Lacquers 04 Lost'N Roses. Już niedługo pokażę go w pełnej krasie!




Zamykając temat zakupów, chciałabym pokazać Wam moje nowe nabytki pozakosmetyczne, wiem, że również z ciekawością je oglądacie. Najpierw coś dla miłośniczek dużych, strojnych naszyjników. Mam do tego typu biżuterii ogromną słabość, moja kolekcja szybko się powiększa. W ostatnim czasie nie oparłam się czarnym kryształkom z Reserved (w rzeczywistości są nieco przejrzyste, przez co przybierają odcień odbijających się w nich rzeczy, widać to nawet na zdjęciu, zwróćcie uwagę na niebieski poblask) i błyskotkom z Top Secret (szarości w starym złocie, nietypowe, a jednak bardzo udane połączenie). Być może części z Was tego typu biżuteria wydaje się krzykliwa, ale to jest właśnie mój styl - proste, jednokolorowe, gładkie ubrania plus jakiś jeden widoczny, wyrazisty element, który przykuwa uwagę i kolokwialnie mówiąc, "robi robotę". Napiszcie, proszę, czy nosicie takie naszyjniki, a jeśli tak, zdradźcie, gdzie wyszukujecie swoje biżuteryjne zdobycze.




Znalazłam też  w końcu (w Reserved) dużą, szarą torbę, którą w dodatku udało mi się kupić ze sporą zniżką. Rozglądałam się za czymś w tym stylu już od dłuższego czasu, ta jest po prostu idealna - jasna, pojemna, a przy tym lekka i bardzo, bardzo prosta, bez żadnych wątpliwej urody ozdób. Musiałam jedynie włożyć do niej organizer, bo jest jednokomorowa i w pięć sekund robił mi się w niej bałagan. Wybaczcie, że posiłkuję się zdjęciem z sieci, moje ujęcia nie oddawały dobrze jej kształtu.




A na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Słyszałyście o najnowszej kampanii Dove? Marka ta słynie z promowania naturalnego piękna i jej nowa kampania nie odbiega od tego charakterystycznego, sprawdzonego już schematu. Kilka dni temu opublikowany został film Choose Beautiful, koniecznie zobaczcie! Myślę, że będzie szeroko komentowany. Już teraz można o nim poczytać chociażby tutaj ---> KLIK.





To w zasadzie tyle. Rozpisałam się ponad normę, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Bo ciągle tu jesteście, prawda? :)))

Już wiecie, jak minęły mi ostatnie tygodnie, teraz Wasza kolej, napiszcie, co u Was słychać. Liczę też oczywiście na komentarze odnoszące się do poruszanych dziś przeze mnie tematów. Coś szczególnie Was zainteresowało, coś wpadło Wam w oczy? Piszcie, nie dajcie się prosić!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 7 lutego 2015

Z poślizgiem, czyli podsumowanie stycznia | wyróżnienie, vlogowe odkrycie, nieudany makijażowy trik, rozrywka, kultura, zakupy, prezenty i smakołyki


Luty zdążył nabrać już takiego rozpędu, że zastanawiam się, czy w ogóle jest sens wracać jeszcze do stycznia, no ale żeby tradycji stało się zadość, odsuwam na bok te rozważania i biorę się za podsumowanie minionego miesiąca. Lubię pisać dla Was posty z tej serii i choć ostatnio fala wpisów o podobnym charakterze zalała blogosferę, mam nadzieję, że nie uznacie tego formatu za wyczerpany i nadal moje podsumowania będziecie czytać z niesłabnącym zainteresowaniem. No chyba że macie ich już dość? Koniecznie dajcie znać. Tymczasem pozwólcie jednak, że powspominam styczeń.




Zwykle zaczynam od przypomnienia postów, które w danym miesiącu cieszyły się największą popularnością, w styczniu jednak publikowałam tak mało, że przywołam tylko jeden wpis. Bez zbędnych komentarzy przechodzę do sedna - najwięcej czytelników przyciągnęło podsumowanie 2014 roku. Jeśli ktoś je przegapił, teraz ma szansę nadrobić ---> KLIK.

Jeśli chodzi o bloga, pisząc o styczniu, nie mogę nie wspomnieć o opracowywanym od kilku lat przez Martę rankingu najpopularniejszych polskich blogów kosmetycznych, w którym No to pięknie! po raz kolejny znalazł się tzw. "złotej pięćdziesiątce" ---> KLIK. Traktuję to wyróżnienie jako nasz wspólny sukces, nie byłoby go bez Waszej obecności i aktywności, dzięki! Mam najwspanialsze czytelniczki :*

Jak co miesiąc chciałabym też podzielić się z Wami odkryciem blogowym lub vlogowym. Tym razem padło na YouTube. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia kanału Ditecz ---> KLIK, której poczynania obserwuję już od jakiegoś czasu, darząc ją coraz większą sympatią. Jej filmy to bardzo krótkie formy, w minutę lub dwie (rzadkość na rozgadanym do granic przyzwoitości YT!) pokazujące różne praktyczne, a przy tym bardzo ciekawe, często nietypowe rozwiązania. Osobiście uwielbiam jej propozycje kulinarne, ale cenię także jej inspirujące pomysły na dekorację wnętrz w nurcie DIY. Koniecznie do niej zajrzyjcie!

Skoro już jesteśmy przy You Tube, to w kilku słowach chciałabym opowiedzieć Wam o nieudanym eksperymencie z trikiem makijażowym, jaki w styczniu przetestowałam na sobie za sprawą Gossa.




Generalnie chodzi o to, żeby aplikowany podkład (dowolny, z wyjątkiem tych na bazie wody i proszkowych) przed nałożeniem na twarz mieszać z niewielką ilością oleju, co ma niesamowicie wygładzać cerę, jednocześnie dodatkowo ją pielęgnując. Zachęcona instruktażem postanowiłam spróbować. Jak wiecie, przechodzę kurację retinoidem, przez co moja cera jest przesuszona, skusiła mnie więc wizja nawilżonej, wygładzonej skóry. Niestety, ten trik zupełnie w moim przypadku nie zadziałał. Zrobiłam dwie próby, jedną z olejem z awokado, drugą z olejem kokosowym, za każdym razem nie osiągnęłam jednak nic ponad szybsze przetłuszczanie się cery. Nie wiem, może byłoby inaczej, gdyba moja skóra była w lepszej kondycji? A może ta metoda po prostu nie nadaje się dla cery tłustej? Przeczą temu jednak entuzjastyczne komentarze pod filmem Gossa. Dajcie znać, czy miałyście z tym trikiem do czynienia i jakie daje u Was efekty. Tyle zadowolonych osób w końcu nie może się mylić! Gdzieś na pewno jest klucz do jego skuteczności.

A rozrywka? Za Waszą namową wolny czas w styczniu poświęciłam serialowi Orange is the new black, rzeczywiście jest tak dobry, jak pisałyście! Dziękuję Wam za tę rekomendację. Na poprawę humoru zaczęłam też śledzić losy paczki przyjaciół z How I met your mother.




Oba seriale są bardzo znane, How I met your mother doczekało się już chyba dziewięciu sezonów (poprawcie mnie, jeśli się mylę), fani Orange is the new black czekają właśnie na trzeci. O ile pierwszy z nich to typowa komedia (z genialnym w swojej roli Neilem Patrickiem Harrisem, którego moi rówieśnicy mogą pamiętać jako Doogiego Howsera, nastoletniego lekarza medycyny), o tyle drugi to znacznie cięższego kalibru serial obyczajowy, opowiadający prawdziwą historię dziewczyny z wyższej klasy średniej za głupotę i grzeszki młodości trafiającej do więzienia z kryminalistkami z prawdziwego zdarzenia. Każda z nich ma jednak swoją historię, udowadniającą, że nie wszystko w życiu jest wyłącznie białe i czarne. Serial naprawdę godny uwagi, cieszę się, że dałam się Wam namówić.

Pod koniec stycznia po raz pierwszy od dobrych kilku miesięcy byłam też w kinie. Film, na który się wybrałam, ma dość szeroko zakrojoną promocję, pewnie więc o nim słyszałyście. A może nawet już go widziałyście? Chodzi mi o "Ziarno prawdy" na podstawie bestsellerowego kryminału Zygmunta Miłoszewskiego.




Film sam w sobie świetny, choć jak dla mnie nie do końca oddaje ducha książki. Myślę, że zrobi wrażenie na tych, którzy powieści nie znają, fanów Miłoszewskiego może jednak rozczarować, tak jak mnie. Ten Szacki, mimo doskonałej jak zwykle gry Więckiewicza, jakoś nie taki, i tych pozmienianych i pousuwanych ze scenariusza wątków tak żal ... Ale mimo wszystko do kina wybrać się warto. Chociażby po to, żeby skonfrontować własne wyobrażenia z ekranizacją. Ja akurat byłam świeżo po lekturze książki (ciekawych mojej opinii o całej trylogii Miłoszewskiego oraz o innych książkach, które przeczytałam w styczniu, odsyłam TUTAJ), zderzenie było więc mocne.

Chciałabym zatrzymać się na moment przy jeszcze jednym filmie. Filmie, który mną tak wstrząsnął, że po prostu nie mogę o nim nie wspomnieć. TVP w rocznicę wyzwolenia Auschwitz wyświetliła dokument "Ciemności skryją ziemię" o niemieckich obozach koncentracyjnych, zawierający unikatowe ujęcia filmowane pod koniec wojny przez wojska alianckie. Temat jest bardzo trudny, nie będę się tu o nim rozpisywać, dość powiedzieć, że w życiu nie widziałam tak drastycznych scen. Piszę tu o tym dlatego, że w moim odczuciu nie można tego filmu zignorować, a telewizja będzie nadawać go jeszcze kilkakrotnie, jeśli więc go nie widziałyście, a stać Was na duży wysiłek emocjonalny, koniecznie go obejrzyjcie, w poniedziałek 23 lutego o godz. 22:50 w TVP2, w środę 4 marca o godz. 20:20 w TVP Kultura lub w sobotę 7 marca o godz. 21:40 w TVP Historia.

Przejdźmy do bardziej przyziemnych spraw. Zakupy! W zakupowe szaleństwo co prawda w styczniu nie popadłam, ale z Azji coś tam jednak do mnie przyfrunęło. Mój bb krem (Skin79 Dear Rose) dokonał żywota, szukałam więc czegoś nowego. Wybór był trudny, ale ostatecznie zdecydowałam się tym razem dać szansę nieznanej mi jeszcze marce Etude House, stawiając na Precious Mineral BB Cream w wersji Cotton Fit, czyli przeznaczonej do cery przetłuszczającej się.




Trudno mi jeszcze na jego temat się wypowiedzieć. Na pewno jest jasny i żółtawy, a przy tym dość ciepły, z lekko brzoskwiniowymi nutami. Dobrze kryje. Wydaje się fajny, ale na szerszą recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać.

Razem z bb kremem zamówiłam też filtr, po raz kolejny wybierając coś z oferty The Face Shop. Może pamiętacie, że jakiś czas temu kupiłam wersję nawilżającą, Aqua Sun Gel? Tym razem wzięłam Sebum Control Moisture Sun, który dbając o właściwy poziom nawilżenia, dodatkowo pomaga trzymać przetłuszczającą się cerę w ryzach.




O obu tych filtrach na pewno napiszę Wam jeszcze coś więcej, dziś wspomnę jedynie, że cała linia The Face Shop Natural Sun naprawdę warta jest uwagi.

Moją kosmetyczkę w styczniu zasiliły też gorące nowości Bee Yes, zupełnie nowa w Polsce linia pielęgnacyjna francuskiej marki Propolia.




Stopniowo będę Wam wszystkie te kosmetyki prezentować, dziś słowem wstępu napiszę tylko, że Propolia to marka oferująca produkty organiczne i ekologiczne, zainteresowanych szczegółami odsyłam TUTAJ.

Niespodziankę sprawił mi też Rimmel, podsyłając paczkę z kilkoma kolorowymi drobiazgami. Myślę, że czerwienie niebawem trafią do kogoś z Was, chętnie zrobię komuś ogniście czerwony prezent na Walentynki. Bądźcie czujne :)))




A teraz coś z życia prywatnego. Styczeń, styczeń, styczeń ... Miesiąc moich urodzin. Parę dni temu skończyłam 35 lat. Dla części z Was to pewnie sporo, prawda? W każdym razie mój sześcioletni chrześniak, składając mi urodzinowe życzenia, stwierdził, że strasznie stara jestem :DDD Niech mu będzie. Na osłodę prezent od moich kochanych koleżanek (jeszcze raz dzięki, dziewczyny :*), mój wyśniony rozświetlacz MAC Lightscapade (Mary Lou niech się schowa!), a do tego baza pod cienie i liner Kiko.




Na koniec smakołyki. Poszukując jakiejś dobrej herbaty, parę tygodni temu natknęłam się na bardzo fajny sklep, cudmiodherbata.pl ---> KLIK. Koniecznie muszę go Wam polecić, bo nie dość, że asortyment okazał się wspaniały, to jeszcze obsługa zasługuje na najwyższą pochwałę. Spośród wielu wysokogatunkowych herbat ostatecznie wybrałam Teapigs z płatkami czekolady i muminkową Nordqvist z różnymi dodatkami owocowymi.






Czyż te muminki nie są rozbrajające? Czarna muminkowa herbata cytrynowa (to ta z Małą Mi) jest aktualnie moim absolutnym ulubieńcem, choć wersja z truskawką i rabarbarem stanowi dla niej godną konkurencję.

A jakie herbaty umilają Wasze zimowe wieczory? Chciałybyście może polecić coś pysznego, niekoniecznie do picia? Zdradźcie swoje małe grzeszki :DDD Opowiedzcie też koniecznie, jak minął Wam styczeń. Zapraszam do dyskusji, czekam na Wasze komentarze! Liczę na to, że w tym moim długim poście jest coś, do czego chciałybyście się odnieść :)))

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 4 listopada 2014

Tracę umiar, czyli podsumowanie października | Popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycia, kuracja dermatologiczna, kosmetyczne nowości


Kolejny miesiąc minął nie wiadomo kiedy, listopad nabiera już rozpędu i naprawdę najwyższa już pora, żeby tradycyjnie rozliczyć się przed Wami z ostatnich tygodni, przypomnieć najciekawsze posty, poopowiadać o sprawach, które wypełniały mi czas, pokazać kosmetyczne nowości i po prostu trochę poplotkować. A zatem gotowe na podsumowanie października? Zapraszam!




Na początek króciutko o najpopularniejszych w październiku postach. Najchętniej czytałyście o pędzlach Real Techniques, które niedawno pojawiły się w drogeriach Rossmann ---> KLIK, o gumkach Invisibobble, które okazały się dla mnie niewypałem ---> KLIK oraz o nadspodziewanie dobrym podkładzie Pierre Rene Skin Balance, który mimo śmiesznie niskiej ceny zaskoczył mnie trwałością i stopniem krycia ---> KLIK. Kto te wpisy przegapił, teraz ma okazję nadrobić.

Na FB, jak można było przewidzieć, największy zasięg osiągnął post zapraszający Was do udziału w konkursie, w którym miałyście szansę zagrać o trzy zestawy kosmetyków naturalnych Ikarov. Nie linkuję, bo sprawa zdążyła się zdezaktualizować. 

Jeśli chodzi o blogowe odkrycia, to koniecznie muszę wspomnieć o blogu Gattaca ---> KLIK. Patryk, jego autor, jest dermatologiem z bardzo wnikliwym i pełnym zrozumienia dla problemu podejściem do trądziku wieku dojrzałego. Wpisy publikuje rzadko, ale zawsze są one niezwykle rzeczowe. Waszej uwadze polecam też dyskusje toczące się w komentarzach pozostawianych przez jego czytelników, prawdziwa kopalnia wiedzy. Właśnie dzięki nim trafiłam do Ziemoliny ---> KLIK, której posty też załadowane są wartościową wiedzą. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia obu tych stron.

Wolny czas upłynął mi w październiku pod znakiem serialu American Horror Story. Przez kilka październikowych tygodni obejrzałam trzy sezony, Murder House, Asylum i Coven.




W życiu nie powiedziałabym, że coś takiego mnie wciągnie, horror jako gatunek zawsze był mi obcy. Ale coś mnie podkusiło i zaczęłam oglądać, wbrew wszelkim oczekiwaniom natychmiast się wciągając. Serial jest naprawdę świetnie zrobiony i bardzo dobrze zagrany (w obsadzie m.in. niepowtarzalna Jessica Lange czy niesamowita Kathy Bates, także aktorstwo naprawdę wysokich lotów!), poza tym ogromnie podoba mi się zamysł, zgodnie z którym w kolejnych sezonach, choć opowiadających zupełnie niezwiązane ze sobą historie, pojawiają się ci sami aktorzy, wcielający się po prostu w inne postaci. Trudno też nazwać ten serial po prostu horrorem, tam nie ma taniego rozlewu krwi bryzgającej po ścianach czy innych charakterystycznych atrybutów kina tego gatunku klasy B, jest za to intrygująca fabuła, niezwykły klimat i mistrzowska charakteryzacja. Dla mnie absolutnym hitem jest sezon drugi, Asylum, opowiadający historię tropiącej seryjnego mordercę dziennikarki z prowadzonym przez zakonnice mrocznym ośrodkiem dla obłąkanych w tle. Owszem, sporo w tym serialu motywów sił nadprzyrodzonych (duchy w sezonie pierwszym, opętanie w drugim, czy czary w trzecim), jednak ogląda się to naprawdę dobrze. Gorąco Wam ten serial polecam, o ile oczywiście już go nie znacie!

Co do październikowych lektur, to tradycyjnie odsyłam Wam do odrębnego posta ---> KLIK. Tutaj dodam tylko, że książką miesiąca ogłaszam "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd.

Wspominając październik, nie mogę nie napisać kilku słów o mojej nowej kuracji przeciw przebarwieniom, wraz z nadejściem jesieni zdecydowałam się bowiem na retinoid. Postawiłam na Locacid, którego działanie ma wspomagać płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego z Pharmaceris T.




Locacid zdążyłam zastosować raptem parę razy, ale już widzę, że łuszczę się książkowo, po trzech dniach od aplikacji (preparat nakładam co kilka dni, z czasem planuję robić to coraz częściej). Efekty jeszcze nie są widoczne, ale liczę na wyrównanie kolorytu cery i spłycenie pierwszych zmarszczek. Widzę za to wyraźnie efekty działania płynu Pharmaceris, którego używam nieco dłużej. Niemal od razu w cudowny sposób zaczął oczyszczać i zwężać pory, nawet na nosie! Miałam opisać go w odkryciach miesiąca, ale ostatecznie uznałam, że lepiej jednak trochę poczekać, zanim się na jego temat wypowiem, bałam się bowiem, że może po dłuższym czasie z jakichś względów mój entuzjazm osłabnie, ale nie, ten płyn jest genialny! Na pewno napiszę Wam o nim coś więcej, podobnie jak o kuracji Locacidem. I to chyba całkiem niedługo, planuję post wprowadzający do tematu powiązany z recenzją kosmetyków, z pomocą których radziłam sobie z przebarwieniami w ostatnich tygodniach.

Kuracja wymusiła na mnie zmianę pielęgnacji. Spodziewam się efektów ubocznych Locacidu, głównie w postaci uwrażliwionej skóry i łuszczenia, zaopatrzyłam się więc w łagodny płyn do mycia tłustej cery wrażliwej oraz kojący krem do cery wrażliwej, stawiając na żel Effaclar i krem Toleriane Ultra La Roche-Posay.




Oba specyfiki bardzo przypadły mi do gustu, myślę, że też doczekają się recenzji. Mam co prawda pewne obawy względem Effaclaru, bo zostałam ostrzeżona, że SLS w jego składzie w czasie kuracji retinoidem może mi nie służyć, ale nie wiem, ile w tym prawdy, szczerze mówiąc na ten moment nie widzę w nim wad. Macie może jakieś doświadczenia w tym względzie? Będę też wdzięczna za wskazówki, jakim peelingiem enzymatycznym warto się zainteresować, bo na pewno niebawem będzie mi potrzebny. Póki co rozważam zakup Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel, co myślicie?

Inne październikowe zakupy? Przyznaję, że moją wstrzemięźliwość diabli wzięli, w październiku obudziła się we mnie zakupowa bestia :DDD O pędzlach Real Techniques już Wam pisałam [TUTAJ], więc teraz nie będę się powtarzać. Pokażę Wam za to ustrzelony na ebay podkład Diorskin Nude.




Edit: W reakcji na dyskusję odnośnie oryginalności tego podkładu, jaka wywiązała się w komentarzach, zamieszczam jeszcze jedną fotkę ze zbliżeniem na logo. Jeśli macie ochotę jakoś się do sprawy odnieść, zachęcam do zabrania głosu :)))




Miałam na ten podkład chrapkę już od dłuższego czasu, jednak wśród odcieni dostępnych w polskich drogeriach nie mogłam znaleźć dla siebie odpowiedniego koloru. Na ebay trafiłam na nie wiedzieć czemu wyłączony z oferty w Europie 011 Cream, czyli najjaśniejszy z produkowanych z żółtym pigmentem. Bardzo się cieszyłam, że udało mi się stosunkowo tanio go kupić, teraz jednak mam wobec niego szczerze mówiąc mieszane uczucia, bo o ile poziom jasności jest dla mnie idealny, to jednak wydaje mi się nieco za żółty. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię, póki co próbuję go oswoić. I rozważam zakup Diorskin Star :DDD

Jeśli chodzi o marki selektywne, to w październiku załapałam się też na bardzo atrakcyjną zniżkę na Chanel. Lokalna galeria handlowa obchodziła urodziny i z tej okazji Douglas przecenił o połowę część asortymentu. Grzech było nie skorzystać, skusiłam się na różowo-herbaciany róż Rose Ecrin i lakier do paznokci w kultowym swojego czasu odcieniu Paradoxal.




Paradoxal królował na moich paznokciach przez niemal dwa tygodnie, aż do wczoraj, kiedy dotarła w końcu do mnie przesyłka z zamówionymi na ebay dwoma lakierami O.P.I. z dość starej już kolekcji New York City Ballet, mianowicie mlecznobiałym Don't touch my tutu! i iskrzącym srebrnym topperem Pirouette my whistle. Cu-dow-noś-ci!




Szpinakożerco, wszystko przez ciebie! A tak naprawdę dzięki Tobie :* Gdyby nie Ty, pewnie nie zwróciłabym na tę kolekcję uwagi. Tymczasem te lakiery są przepiękne i od wczoraj nie mogę przestać patrzeć na swoje paznokcie. Dodam jeszcze, że kupiłam je w naprawdę atrakcyjnej cenie, za dwie sztuki płacąc na ebay mniej, niż musiałabym zapłacić za jedną chociażby w Douglasie.

Skoro już o nowościach mowa, wspomnieć muszę o naturalnym BB kremie Joik, który niedawno otrzymałam do testów. Jeszcze nie zdążyłam go wypróbować, ale wiele sobie obiecuję po jego doskonałym składzie i bardzo udanym, jasnym kolorze. Więcej za parę tygodni w recenzji.




Dostałam też niespodziewaną przesyłkę od Schwarzkopf, w której znalazłam piankę i lakier do włosów Taft z linii Perfect Flex. Pojęcia nie mam, z jakiej to okazji, ale oczywiście od razu oba produkty wypróbowałam i muszę przyznać, że są naprawdę udane. Utrwalenie dają mocne, ale ciągle naturalnie wyglądające, bardzo pozytywnie wpływają też na objętość włosów. Odkąd odebrałam paczkę, i po piankę, i po lakier sięgam codziennie.




Na koniec chciałabym podziękować jeszcze Aparatce, dzięki której w komentarzach pod ostatnim postem z serii Summa Summarum dowiedziałam się o tabletkach Biotebal. Przejrzałam internety i po przeczytaniu wielu relacji z udanych włosowych kuracji zdecydowałam się dać szansę temu suplementowi. Także do Calcium Pantothenicum w październiku dołączyła biotyna. Pierwsze efekty zauważyłam już po jakichś dwóch tygodniach, ale na razie cicho sza! Nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się problem nadmiernego wypadania włosów w pewnym stopniu opanowałam.




Nie wiem, jak to się dzieje, że te posty podsumowujące kolejne miesiące są tak długie, liczę na to, że Was to nie odstrasza. O tylu sprawach chcę zawsze Wam napisać, tyle problemów poruszyć, tyle rzeczy zasygnalizować, że po prostu tracę umiar. Wybaczcie! Mam nadzieję, że ciągle tu jesteście i zechcecie zdradzić, jak minął Wam październik, co Was bawiło, co smuciło, co poruszyło, jak spędzałyście czas? Jakieś wyjazdy, wyjątkowo udane zakupy? Dajcie też znać, czy zaciekawiło Was coś, o czym dziś wspominałam. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


poniedziałek, 20 października 2014

Lekko i świeżo, czyli nowa gąbeczka do makijażu i nowy bb krem | Real Techniques & Skin79


Ostatnio na Real Techniques narzekałam [KLIK], a dziś dla odmiany będę tę markę chwalić. Żeby zachować równowagę, postanowiłam napisać Wam kilka słów na temat świetnej Miracle Complexion Sponge, mojej nowej gąbeczki do makijażu będącej odpowiedzią Real Techniques na oryginalny Beauty Blender. Przy okazji pokażę Wam mój ulubiony ostatnio bb krem, czyli Skin79 Dear Rose, będziecie miały okazję zobaczyć, jak wygląda na skórze zaaplikowany właśnie gąbeczką. Zapraszam! 




Do niedawna nie wierzyłam, że jakikolwiek odpowiednik jest w stanie dorównać Beauty Blenderowi. Kilka razy próbowałam oryginalne jajo czymś zastąpić (żółtym jajem z Sephory, czy różowym z Inglota), ale zawsze były to próby wyjątkowo nieudane. Zamienniki nie przypominały oryginału ani fakturą, ani elastycznością, ani właściwościami. Nic więc dziwnego, że i do Miracle Complexion Sponge podchodziłam sceptycznie. Ostatecznie zdecydowałam się na zakup, bo stwierdziłam, że tyle zachwalających tę gąbkę osób po prostu nie może się mylić. Faktycznie, pomarańczowe jajo Real Techniques jest naprawdę dobre. Owszem, od Beauty Blendera różni się nieco kształtem, jest też odrobinę bardziej porowate, ale jakością w moich oczach mu nie ustępuje. 




Moim zdaniem efekt, jaki Miracle Complexion Sponge pozostawia na skórze, nie różni się niczym od tego, do jakiego przyzwyczaił mnie Beauty Blender. W obu przypadkach podkład czy korektor rozprowadza się równomiernie, cieniutką warstwą, bez plam czy smug, doskonale wtapiając się w cerę. Metoda oczywiście jest ta sama, gąbkę przed użyciem należy namoczyć i odsączyć z nadmiaru wody, dzięki czemu zwiększy ona swoją objętość i pozwoli na aplikację na mokro. Jedyna zauważalna różnica tkwi w kształcie gąbki, Beauty Blender jest idealnym jajem, Miracle Complexion Sponge jest jajem ściętym z jednej strony na płasko. O dziwo, okazało się, że tą płaską częścią stempluje się nawet wygodniej niż w oryginalną zaokrągloną, bo można pracować większą powierzchnią, co przyspiesza cały proces nakładania makijażu. 

Bardzo tę gąbeczkę polubiłam i naprawdę nie wiem, co zrobię, kiedy przyjdzie mi kupić nową. A przyjdzie mi na pewno, bo to zdecydowanie moje ulubione akcesorium do aplikacji podkładu. Siła przyzwyczajenia skłania mnie ku Beauty Blenderowi, ale rozsądek każe rozważyć powrót do tańszego, a przecież jakże udanego zamiennika. Bo różnica w cenie jest konkretna, Beauty Blender kosztuje 79 zł, Miracle Complexion Sponge tylko 30 zł, czyli ponad dwukrotnie mniej! To jest argument, prawda? 

Za chwilę pokażę Wam, jak prezentuje się makijaż nałożony Miracle Complexion Sponge, ale zanim przejdę do tej prezentacji, wspomnę jeszcze o bb kremie, którego użyłam, moim najnowszym azjatyckim nabytku, ulubieńcu ostatnich tygodni, Skin79 Dear Rose BB Cream.




Już Wam w którymś poście wspominałam, że Dear Rose to odpowiednik na rynek tajwański niedostępnego już niestety koreańskiego Scandal Rose&Vanilla [KLIK]. Dear Rose na szczęście ciągle jeszcze na ebay można dostać, także kliknęłam, jak tylko trafiłam na atrakcyjną ofertę (jakieś 30 dolarów za pełnowymiarowe opakowanie, bardzo ładne nota bene, dość nietypowe w kształcie, różowe ze złotymi elementami). Krem daje wysoką ochronę przeciwsłoneczną, charakteryzuje się właściwościami rozjaśniającymi cerę i przeciwzmarszczkowymi, mnie jednak zależało na nim głównie ze względu na idealnie pasujący mi kolor, jasny i żółtawy. Nie bez znaczenia był też dość spory jak na bb krem poziom krycia i ładne wykończenie. 




Niżej moja twarz bez makijażu. Jak widać, do zakrycia sporo przebarwień i zwykłych piegów. Tragedii co prawda nie ma, bo przynajmniej stanów zapalnych brak, ale Dear Rose i tak może się wykazać, bo mimo wszystko jest co ukrywać.




Tak jak wspominałam wcześniej, bb krem zaaplikowałam gąbeczką Real Techniques. Spójrzcie, jak się prezentuje. Ładnie wtopił się w cerę, wyrównał jej koloryt, ukrył przebarwienia. Jedynie cienie pod oczami nadal są widoczne, ale to akurat wina korektora (Eveline Art Scenic, więcej nie kupię), który niestety okazał się za słaby na zniwelowanie skutków nieprzespanej nocy.




Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale według mnie makijaż wygląda świeżo i lekko. Nie mam wątpliwości, że duża w tym zasługa gąbeczki. Żadnym pędzlem nie umiem uzyskać podobnego efektu, idealnego stopienia się podkładu z cerą i zakrycia niedoskonałości tak małą ilością produktu. Uwielbiam też to charakterystyczne, naturalnie wyglądające wykończenie makijażu, ani nadmiernie pudrowe czy matowe, ani nadmiernie błyszczące. W tym miejscu muszę bardzo pochwalić Dear Rose, którego właściwości bardzo sprawę ułatwiają. To najlepszy bb krem, z jakim miałam do czynienia, zdecydowanie zdeklasował wcześniejszych ulubieńców. W duecie z gąbeczką, czy to Beauty Blenderem, czy to Miracle Complexion Sponge, sprawdza się po prostu świetnie.

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, gorąco zachęcam Was do wypróbowania tej metody aplikowania podkładu, zwłaszcza że jak widzicie na przykładzie Miracle Complexion Sponge, na dobrej jakości gąbeczkę wcale nie trzeba wydawać fortuny.

Dajcie znać, jak podoba Wam się efekt, jaki osiągnęłam malując się Skin79 Dear Rose za pomocą gąbeczki Real Techniques. Przemawia do Was ta metoda aplikacji podkładu? Jaki w ogóle jest Wasz stosunek do Beauty Blendera i jego odpowiedników innych marek? Szukacie tańszych rozwiązań, czy jednak wierne jesteście oryginałowi? Koniecznie się wypowiedzcie. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


niedziela, 5 października 2014

Niezły miszmasz, czyli podsumowanie września | Popularne posty, rozrywka, fitness, kuracja, zakupy


Październik już nabiera rozpędu, a ja dopiero biorę się za podsumowanie września. Mam jednak nadzieję, że ten mały poślizg nie będzie Wam przeszkadzał, zwłaszcza że wspominając wrzesień, pokażę Wam też, o czym będziecie mogły poczytać w najbliższych tygodniach. A zakupy we wrześniu miałam bardzo udane! Poza tym tak jak zawsze wspomnę o najpopularniejszych postach, zdradzę, jak spędzałam czas wolny, pokażę Wam też, czym postanowiłam ratować nadmiernie wypadające włosy. Ale po kolei :)))




Bezapelacyjnym wrześniowym rekordzistą okazał się post, w którym zaprezentowałam Wam piękny odcień nude z kolekcji Golden Rose Color Rich ---> KLIK (zapowiadałam Wam wtedy, że niebawem pokażę jeszcze głęboki fiolet z tej serii i rzeczywiście wkrótce możecie spodziewać się wpisu z tym lakierem w roli głównej, zdjęcia już zrobione, czekają tylko na obróbkę). Sporym zainteresowaniem cieszyło się też moje wrześniowe odkrycie, czyli nowa dla mnie metoda aplikacji podkładu ---> KLIK. Równie chętnie czytałyście też o kiepskim w moich oczach lakierze Revlon Parfumerie ---> KLIK oraz zastosowaniach, jakie znalazłam w swoim domu dla farby tablicowej ---> KLIK. Mnie osobiście najbardziej ucieszyło ciepłe przyjęcie nowego cyklu postów O tym się mówi ---> KLIK. Kto jakiś z tych tematów przegapił, teraz ma okazję nadrobić :)))

Na FB największy zasięg osiągnął status, w którym zapraszałam Was do udziału w konkursie z okazji publikacji tysięcznego posta na No to pięknie!. Konkurs został już rozstrzygnięty, więc linkować nie będę, skorzystam jednak ze sposobności, żeby jeszcze raz podziękować Wam za obecność i aktywność, bez Was, kochane czytelniczki, nie miałabym dla kogo tego tysiąca postów napisać :*

Jeśli chodzi o fitness, to przyznaję bez bicia, że we wrześniu poniosłam sromotną klęskę. Tak jak zapowiadałam ostatnio, po uporaniu się z bólem kolana wróciłam do 30 day ripped Jillian Michaels, ale już w pierwszym tygodniu tak się przeziębiłam, że na żadne ćwiczenia nie miałam siły i znowu przerwałam trening. Uznałam, że realizacja tego programu najwidoczniej nie jest mi pisana (ileż razy można zaczynać od początku??? święty straciłby cierpliwość :D), więc w następnym tygodniu w drodze eksperymentu zaczęłam ćwiczyć z Mel B. Ćwiczenia nawet mi się spodobały, tylko co z tego, skoro odezwało się niedoleczone wcześniej przeziębienie. Ostatecznie całkowicie się rozchorowałam, wylądowałam na zwolnieniu, na którym jestem do dziś i póki co o żadnych formach aktywności nawet nie myślę. Mam jednak nadzieję, że podsumowując za miesiąc październik, będę miała już czym się pochwalić.

Przez te wszystkie uziemiające mnie choróbska we wrześniu miałam sporo czasu na seriale. A w zasadzie na serial, bo przez cały miesiąc towarzyszył mi tylko jeden, The Killing. Obejrzałam trzy sezony.




Świetny serial, niesamowicie klimatyczny. Rzadko się zdarza, żeby wszystkie odcinki utrzymane były tak konsekwentnie w jakiejś charakterystycznej atmosferze, w przypadku tego serialu to się udało. Ach, ten świat zasnuty mgłą, ten nieustający deszcz, ta wszechobecna wilgoć, ten spowijający wszystko półmrok! Wyobraźcie sobie jeszcze główne postaci, parę tropiących morderców detektywów w brzydkich grubych swetrach i porozciąganych dresach, z ich wszystkimi kłopotami zawodowymi, z ich poważnymi problemami osobistymi, ale mimo wszystko poświęcających się pracy bez reszty. Klasa! Jeśli lubicie kryminały, a The Killing jeszcze nie widziałyście, koniecznie obejrzyjcie.

Co do moich wrześniowych lektur, to tradycyjnie odsyłam Was do posta na ich temat. Przypominam jednocześnie, że ciągle jeszcze możecie zagrać o "Stuletnią Gospodę" Katarzyny Majgier, o TUTAJ, zapraszam.

No dobrze, teraz pora na wrześniowe nabytki! Na wyróżnienie zdecydowanie zasługują moje zakupy w internetowej drogerii Cocolita. Co za błyskawiczna obsługa! Wieczorem zamówienie, następnego dnia przesyłka w rękach. Ze spokojnym sumieniem mogę Wam ten sklep polecić.

Co kupiłam? Z myślą o kolejnym poście O tym się mówi zdecydowałam się na miętowe jajeczko EOS, niebawem będziecie mogły o nim poczytać.




Planuję też odrębny wpis na temat Miracle Complexion Sponge Real Techniques. Muszę przyznać, że to pierwszy zamiennik beauty blendera, który według mnie nie odbiega dramatycznie jakością od oryginału.




Skusiłam się też na paletkę Makeup Revolution. Te palety widać teraz dosłownie wszędzie, zaciekawiło mnie, co w nich takiego jest (oprócz atrakcyjnej ceny), że tak szybko zdobyły ogromną popularność. Zdecydowałam się na wersję What you waiting for?, paletę złożoną z 12 cieni satynowych i sześciu cieni matowych w stonowanych odcieniach beżu, brązu i różu.






We wrześniu nie obyło się też bez zamówienia na ebay. Nie mogąc już nigdzie dostać Skin79 Scandal Rose&Vanilla BB Cream, skusiłam się na Skin79 Dear Rose BB Cream, który jest podobno jego odpowiednikiem na rynek tajwański. Chyba rzeczywiście coś w tym jest, bo z miejsca go polubiłam, tak jak wcześniej Scandal Rose&Vanilla. Ma świetny, jasny i żółty kolor, ślicznie wygląda na skórze, no i to urocze opakowanie!




O wszystkich tych produktach jeszcze Wam oczywiście napiszę, szczegółowo je pokazując. Zwłaszcza z bb kremem postaram się nie zwlekać, żeby nie było jak ze Skin79 Vital Orange, którego miniaturę zużyłam, zanim zdążyłam ją zrecenzować. Pora na pełnowymiarowe opakowanie!

Na koniec wspomnę jeszcze o moim głównym wrześniowym pielęgnacyjnym problemie. Nie wiem, czy to kwestia jakiegoś jesiennego przesilenia, osłabienia organizmu wynikającego z tych moich przeziębień, czy jakiejś głębszej przyczyny, w każdym razie włosy ostatnio tak mi wypadają, że nic tylko usiąść i zapłakać. Naprawdę, nie przesadzam, wylatują garściami. Na razie jeszcze zachowuję względny spokój i zanim nakupuję różnych drogeryjnych czy aptecznych wynalazków, próbuję obserwować skórę głowy. Pomyślałam jednak, że jakaś wzmacniająca suplementacja mi nie zaszkodzi i po małym rozpoznaniu zdecydowałam się na Calcium Pantothenicum, które podobno może przynieść doskonałe efekty. Zobaczymy, na pewno dam Wam znać. Póki co przyjmuję dwa razy dziennie po trzy tabletki. 




Ufff, niezły miszmasz mi się z tego wrześniowego podsumowania zrobił. Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca? Jeśli jeszcze tu jesteście, dajcie znać, jak minął Wam wrzesień. Gdzie byłyście, co robiłyście, co widziałyście, jak spędzałyście wolny czas, co ciekawego kupiłyście? Będę też wdzięczna za wszelkie sugestie odnośnie ratunku dla moich wypadających włosów. Zdradźcie, co Wam zwykle pomaga, będę zobowiązana. Z chęcią zapoznam się też z Waszymi uwagami na temat produktów, które dziś pokazałam. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.
Konkurs dla moli książkowych!
Zagraj o powieść Katarzyny Majgier
"Stuletnia Gospoda", KLIK.
Możesz też spróbować szczęścia na FB, KLIK.