Ufff, jak gorąco! Wam też upał daje się we znaki? Powietrze jest tak rozgrzane, że aż drga! Ale skoro mój pracodawca w swej łaskawości wypuścił mnie dziś do domu dwie godziny wcześniej, mogę skryć się w cieniu rolet i owiewana wiatrakiem, z zimną wodą pod ręką, w końcu coś dla Was napisać.
W zeszłym tygodniu wzięło mnie na lakierowe porządki. Segregując i układając, przypomniałam sobie o kilku lakierach, które z jakichś niezrozumiałych teraz dla mnie względów poupychałam kiedyś w różne zakamarki. Właśnie w takich okolicznościach do łask wrócił śliwkowy fiolet China Glaze Let's groove. Zabijcie mnie, nie pamiętam, dlaczego go schowałam, jest przecież przepiękny! Od razu wylądował na paznokciach, minimalnie ożywiony O.P.I. Pirouette my whistle.

Let's groove pochodzi z jesiennej kolekcji Retro diva sprzed kilku lat. To głęboki, ciemny i nasycony fiolet o błyszczącym wykończeniu, którego nie umiem nazwać (nie jest to krem, nie jest to też foil), z delikatną niebieską i czerwoną poświatą. W wielu opisach tego konkretnego odcienia pojawia się określenie "sexy" i chyba coś w tym jest.

Let's groove bardzo dobrze kryje, bezproblemowo się aplikuje i ślicznie podkreśla jasną karnację. Nie wiem, czym mi niegdyś zawinił, co mi w nim przeszkadzało, ale niniejszym ogłaszam jego wielki powrót do łask! Kto zrozumie kobietę? :DDD
Zdarzyło Wam się zachwycić się lakierem, który wcześniej z jakichś względów nie do końca Wam odpowiadał? Pamiętacie, co to był za odcień? Koniecznie napiszcie. Dajcie też znać, jak podoba Wam się Let's groove. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!
Niech chłód będzie z Wami,
Cammie.























