beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmaitości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozmaitości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2015

Lepiej późno niż wcale, czyli zaproszenie na Instagram i pytanie za sto punktów


Dzisiejszy krótki post to tak naprawdę zaproszenie. Ponieważ stało się! Pojawiłam się na Instagramie. Dlaczego tak późno? Sama nie wiem. Ale przecież lepiej późno niż wcale, prawda?




Nareszcie wiem, gdzie się podziewacie, kiedy Was nie ma :DDD Bo odnoszę wrażenie, że na Instagramie przesiadują wszyscy. Teraz w końcu także i ja :))) Jeśli macie ochotę poznać mnie trochę bliżej, gorąco zachęcam Was do śledzenia profilu @notopieknie ---> KLIK. Czekam tam na Was! Koniecznie się odezwijcie, łatwiej będzie mi Was znaleźć. 

Pytanie za sto punktów, macie jakąś teorię wyjaśniającą, dlaczego ten Instagram tak wciąga? :DDD

Buziaki,
Cammie.



piątek, 15 maja 2015

To nie są żarty, czyli #KylieJennerChallenge


W jednym z ostatnich postów wspominałam Wam o #KylieJennerChallenge, obiecując, że wrócę jeszcze do tego tematu. Bo i jak bez słowa komentarza przejść obok tak idiotycznego trendu?

Do niedawna nie wiedziałam nawet, kim jest Kylie Jenner. Jej osoba znajdowała się kompletnie poza sferą moich zainteresowań i tak sobie żyłam sobie w nieświadomości, że gdzieś tam w świecie dziewczyna zgromadziła wokół siebie ogromną społeczność śledzącą jej życie, podziwiającą ją i poniekąd stawiającą ją sobie za wzór. Zalew informacji o wyzwaniu, które pod jej nazwiskiem zaczęło jakiś czas temu krążyć po internecie, uświadomił mi w końcu, że Kylie to nastoletnia siostra Kim Kardashian. To poniekąd tłumaczy jej zagadkową dla mnie wcześniej popularność, której naprawdę nie można jej odmówić, lajki na serwisach społecznościowych idą w miliony! Nic więc dziwnego, że chcąc upodobnić się do swojej idolki, #KylieJennerChallenge podjęło tak wiele osób.

Kylie to śliczna, młoda dziewczyna. Uwagę przyciągają zwłaszcza jej wydatne, zawsze podkreślone usta.




Naturalność ust Kylie jest kwestią dyskusyjną (poszukajcie sobie jej starych zdjęć, jest coś na rzeczy), ale to temat na zupełnie inny post. Faktem jest natomiast, że mnóstwo jej fanek (i fanów, gwoli ścisłości) pragnie wyglądać jak ona, marząc właśnie o pełnych, ponętnych ustach.

I tu zaczyna się problem. Nie każdy obdarzony został przez naturę dużymi ustami. Co zrobić, żeby szybko je powiększyć, bez zastrzyków i wypełniaczy? Potrzeba matką wynalazku. Amerykańska marka Fullips opatentowała specjalne nakładki, które należy przyłożyć do ust i mocno zassać, dzięki czemu pod wpływem ciśnienia podrażnione usta momentalnie stają się lekko opuchnięte, zyskując tym samym na wydatności. Efekt ten oczywiście przez producenta opisany został bardziej zachęcająco, cytując za polską stroną, podciśnienie sprawia, że wargi stają się jędrne, pełniejsze i kusząco uwydatnione jak po profesjonalnym zabiegu w gabinecie. 




Nakładki, choć niepozorne, swoje jednak kosztują (jedna sztuka to wydatek rzędu 20 dolarów, w Polsce wydać trzeba 100 zł), mimo to szybko zyskały sporą popularność. Rzekomo działają. Nie wiem, nie mam potrzeby sprawdzać. Kłopot w tym, że na fali tej popularności szybko poszukano tańszych zamienników, sięgając po prostu po wszystko, co swoim kształtem choć w przybliżeniu przypomina opatentowany oryginał. Jakieś kieliszki, szklanki, butelki, nakrętki, sama nie wiem, co jeszcze. Eksperyment wymknął się spod kontroli i hula po internecie pod hasztagiem #KylieJennerChallenge, młodzież masowo sprawdza metodę na własnej skórze (czy też może trafniej byłoby powiedzieć, że na własnych ustach), dążąc do ideału, czyli pięknych, pełnych ust swojej idolki.

Jak możecie się domyślać, skutki tych zasysań bywają opłakane. Obrzęki, zasinienia, wybroczyny, pęknięcia, a nawet otwarte rany, jak w przypadku chłopaka, któremu szklanka pod wpływem ciśnienia eksplodowała w ustach! Po prostu cały repertuar obrażeń i podrażnień. Nawet nie będę Wam tego opisywać, same spójrzcie.




To nie są żarty, to jest niebezpieczne. Naprawdę można zrobić sobie dużą krzywdę. Trend jest niestety bardzo silny, serwisy społecznościowe pękają w szwach od filmów i zdjęć otagowanych #KylieJennerChallenge, wystarczy poguglać, skala zjawiska jest ogromna. Dla mnie przerażające jest to, że wyzwania podejmują się nawet dzieciaki. Na szczęście pojawia się coraz więcej komentarzy do całej tej sytuacji, sprawa staje się głośna i mam nadzieję, że ostrzeżenia w jakimś przynajmniej stopniu spełnią swoją rolę, uzmysławiając ludziom, jak nieszczęśliwie może się skończyć ta niewinna z pozoru zabawa.

Natknęłyście się w sieci na #KylieJennerChallenge? Co myślcie o całym tym wyzwaniu? Wasze nastawienie jest równie krytyczne jak moje? Dajcie znać. Ciekawa też jestem, czy byłybyście skłonne wypróbować Fullips. Wierzycie, że oryginalne nakładki są bezpieczne? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Zagrałaś już w konkursie urodzinowym
o 1 z 5 zestawów bajecznie pachnących kosmetyków Allverne? KLIK
A w konkursie o dużą świecę zapachową Goose Creek Candle,
który toczy się na FB? KLIK



niedziela, 10 maja 2015

Jak ten czas leci, czyli piąte urodziny No to pięknie! | Urodzinowy konkurs, zagraj o 1 z 5 nagród!


Jak ten czas leci ... Uwierzycie, że dziś mija pięć lat od dnia, w którym napisałam pierwszego posta? Tak, tak, No to pięknie! obchodzi właśnie piąte urodziny. Z tej okazji mam dla Was niespodziankę, pięć zestawów rozkosznie pachnących kosmetyków Allverne. Pięć lat, pięć nagród! Zapraszam do udziału w urodzinowym konkursie :)))




Allverne Nature's Essences ---> KLIK to nowa marka kosmetyków do pielęgnacji ciała. Oferuje nawilżające eliksiry do kąpieli i pod prysznic oparte na wyselekcjonowanych, intensywnie działających składnikach aktywnych (koktajl olejów roślinnych i sok z aloesu) połączonych z wyjątkowymi kompozycjami zapachowymi, które zmieniają codzienną pielęgnację w niezapomniany rytuał piękna. Allverne - co według producenta kryje się pod tym słowem? Spokój, relaks, piękne ciało oraz raj dla zmysłów, do którego z okazji piątych urodzin No to pięknie! pięć z Was będzie miało okazję trafić osobiście :))) W podziękowaniu za Waszą obecność mam dla Was zestawy złożone z nawilżających kremowych płynów oraz mydeł w płynie, znajdujących zastosowanie zarówno w kąpieli, jak i pod prysznicem. Który wariant zapachowy najbardziej Wam odpowiada? Zmysłowość wanilii i kokosa? Świeżość lilii wodnej i mimozy? Orzeźwienie bergamotki i limonki? Delikatność lotosu i jaśminu? A może tajemniczość irysa i peonii? Wybór należy do Was! 

Wszystkich chętnych serdecznie zapraszam do udziału w konkursie. Wystarczy wypełnić formularz, odpowiadając na jedno bardzo proste pytanie i wskazując nagrodę, którą chce się otrzymać. Do dzieła!

Regulamin
1. Konkurs organizowany jest przez blog no-to-pieknie.pl Realizowane jest na zasadach określonych niniejszym Regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
2. Sponsorem nagród jest marka Allverne. 
3. Niniejszy konkurs adresowany jest do wszystkich czytelników bloga No to pięknie! i osób lubiących profil marki Allverne na portalu społecznościowym Facebook. Osoby niepełnoletnie na udział w konkursie muszą mieć zgodę rodziców / opiekunów.
4. Uczestnicy konkursu mają za zadanie wypełnić i przesłać formularz zgłoszeniowy, odpowiadając na pytanie o rok, w którym na blogu No to pięknie! opublikowany został pierwszy post.
5. Konkurs rozpoczyna się 10.05.2015 r., termin zgłaszania się do konkursu upływa z dniem 17.05.2015 r. 
6. Uczestnik zgłaszając się do konkursu tym samym przyjmuje warunki jego Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883z późn. zm.). 
7. Nagrodami w konkursie jest pięć zestawów kosmetyków marki Allverne złożonych z kremów do kąpieli i pod prysznic oraz mydeł w płynie do rak i pod prysznic. Nagrody nie podlegają zamianie na inne. 
8. Spośród wszystkich poprawnych odpowiedzi losowo wyłonionych zostanie pięć zwycięskich zgłoszeń. Ogłoszenie wyników zostanie opublikowane w przeciągu tygodnia od dnia zamknięcia konkursu. O wygranej wyłonione osoby zostaną poinformowane za pośrednictwem bloga no-to-pieknie.pl oraz wiadomości mailowych, nagrody zostaną im przekazane w ciągu 7 dni roboczych od otrzymania danych adresowych. Wysyłka nagród organizowana będzie wyłącznie na terenie Polski, na koszt sponsora prezentów.
9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych (Dz. U. z 2009 roku nr 201, poz. 1540 z późn. zm.). 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia. W sprawach nie określonych w niniejszym regulaminie zastosowanie mają przepisy Kodeksu Cywilnego oraz innych przepisów powszechnie obowiązujących.





Profil Allverne na FB znajdziecie TUTAJ. Przy okazji podlinkuję  też profil No to pięknie! ---> KLIK. Polubienie go nie jest warunkiem konkursu, ale zainteresowanym już teraz zdradzę, że jeszcze dziś na FB ogłoszę inną zabawę, w której lubisie zdobyć będą mogli bardzo atrakcyjny prezent, dużą świecę Goose Creek Candle. Konkurs urodzinowy na blogu tymczasem startuje już teraz i trwać będzie przez tydzień, do 17 maja. Na Wasze zgłoszenia czekam do północy. Powodzenia! 

Na koniec życzenia. Z okazji piątych urodzin bloga sobie życzę dalszych lat przyjemności czerpanej z pisania i kontaktu z Wami, a Wam, moje kochane czytelniczki, samych interesujących Was tekstów i wielu inspiracji. Zostańcie ze mną jak najdłużej! To miejsce żyje dzięki Waszej aktywności. Za którą Wam jeszcze raz z całego serca DZIĘKUJĘ.

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 5 maja 2015

Na rozruch, czyli podsumowanie kwietnia | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, nagrody, nowości i zakupy


No i po majówce. Pora wracać do rzeczywistości. Co powiecie na podsumowanie kwietnia? Tak na rozruch :))) 





Spośród moich kwietniowych wpisów zdecydowanie największą popularnością cieszył się ten dotyczący promocji w drogeriach Rossmann i Natura i związanych z nimi moich planów zakupowych ---> KLIK. Szczerze mówiąc trochę mnie to zaskoczyło, bo jednak sporo podobnych postów pojawiło się na innych blogach i podejrzewałam, że raczej znudzone będziecie tematem. Tymczasem tysiące odsłon! Dziękuję. Sporym zainteresowaniem obdarzyłyście też wpis o mgiełce olejkowej Garnier Fructis, czyli moim kwietniowym kosmetycznym odkryciu ---> KLIK. Na wyróżnienie zasłużył też post o bananowej pielęgnacji włosów The Body Shop ---> KLIK. Spóźnialskich zapraszam do lektury!

Jeśli chodzi natomiast o moje własne internetowe ścieżki, to chciałabym odesłać Was do dwóch ciekawych linków, na jakie natknęłam się w kwietniu. Po pierwsze, gorąco zachęcam Was do odwiedzenia strony warsawrising.eu ---> KLIK! Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Poświęcona jest Powstaniu Warszawskiemu. Bardzo oryginalnie, pomysłowo zrobiona, funkcjonalnie zaprojektowana, no i rzetelna, dużo wiedzy, ale podanej w przystępny, graficzny sposób. Nie bez przyczyny nagrodzona została prestiżową nagrodą Webby Awards 2015, zyskując miano najlepszej strony internetowej na świecie. Koniecznie zajrzyjcie. Po drugie, zupełnie z innej beczki, chciałam zwrócić Waszą uwagę na artykuł na temat #kyliejennerchallenge, na jaki natknęłam się na lula.pl ---> KLIK. Czy tylko ja uważam, że ten trend jest idiotyczny? Myślę, że kiedyś napiszę o tym coś więcej.

A rozrywka? Przede wszystkim książki. Jak zwykle kwietniowym lekturom poświęciłam odrębnego posta, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.




Wspominając o książkach, muszę przy okazji podrzucić Wam dwa kolejne linki. Być może zainteresuje Was fakt, że od wczoraj przez najbliższe dwa tygodnie na bookrage.org ---> KLIK, o której to inicjatywie pisałam Wam miesiąc temu, dostępny jest nowy pakiet ebooków ("Oblicza przyszłości" z sześcioma pozycjami nurtu science fiction). Pamiętajcie, jeśli zdecydujecie się na zakup, tylko od Was zależy, ile zapłacicie! Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na kolejne podobne przedsięwzięcie, openbooks.com ---> KLIK, tym razem dla zainteresowanych literaturą anglojęzyczną. W tym przypadku pobierając książkę, w ogóle nie ponosicie opłat, o wysokości zapłaty decydując dopiero po jej przeczytaniu. Fajnie, prawda? Ciekawy wywiad z autorem serwisu przeczytacie TUTAJ. Dajcie znać, co myślicie o takich rozwiązaniach. Moje podejście jest bardzo entuzjastyczne! Pakiet BookRage już kupiłam :)))

Oprócz książek, były także seriale, a jakże. Obejrzałam w końcu finałowy sezon Jak poznałem waszą matkę (sama nie wiem, czy ta historia właśnie tak powinna się skończyć? ... co sądzicie?), pomalutku oglądałam też sobie trzeci sezon House of cards (ciągle jeszcze parę odcinków przede mną), ale tak naprawdę kwiecień należał już do innego tasiemca. Za Waszą namową mój wybór padł na Grey's Anatomy, czyli Chirurgów. Jeśli się wciągnę (pewnie tak będzie :D), przede mną prawdziwy maraton, jedenaście sezonów i końca nie widać. Znacie, lubicie?




Jak zwykle chciałabym pokazać Wam moje najciekawsze kosmetyczne zakupy ostatnich tygodni. O czym będziecie mogły poczytać za jakiś czas? Między innymi o dwóch bardzo dobrych, niezwykle skutecznie matujących, mineralnych pudrach Innisfree z normalizującym pracę gruczołów łojowych ekstraktem z mięty. Uwielbiam azjatyckie kosmetyki, co ja na to poradzę!




Mogłabym pokazać Wam w tym miejscu jeszcze moje promocyjne zakupy z Rossmanna, ale w gruncie rzeczy nie kupiłam nic ciekawego (wyłącznie rzeczy z listy, którą widziałyście TUTAJ). A skoro już jesteśmy przy kosmetykach azjatyckich, to z chęcią pochwalę się swoją kwietniową wygraną. Udało mi się zwyciężyć w konkursie organizowanym przez Skin79 Polska i zdobyć wspaniałą nagrodę w postaci Hot Pink Super Plus BB Cream, Complete CC Cream Correct, Pore Designing Minimizing Mask oraz Crystal Peeling Gel. BB krem znałam już wcześniej, reszta produktów to dla mnie nowość. Bez zbędnych ceregieli zdradzę, że wszystkie produkty są niesamowite. Będzie o czym pisać!




Jeśli chodzi o nowości, to słów kilka poświęcić muszę też JOYbox. To stosunkowo nowe na rynku pudełko z wyselekcjonowanymi kosmetykami i miniaturami. Od konkurencji różni się tym, że mamy wpływ na jego zawartość. O szczegółach możecie poczytać TUTAJ. Moje pudełko było prezentem od jego dystrybutorów, nie wiem więc, jak zamawianie wygląda w praktyce, w każdym razie w środku znalazłam kilka naprawdę ciekawych produktów.




Mojej córeczce też coś wpadło w oko. Wszystko, co różowe, jest najpiękniejsze na świecie :DDD Tak na marginesie, moja córka to najlepszy dowód na to, że dziewczyńska miłość do różu jest chyba wrodzona. Celowo i konsekwentnie nigdy jej na różowo nie ubieram, otaczam ją zupełnie innymi kolorami, a i tak przyszedł moment, że sama w pierwszym odruchu zawsze stawia właśnie na róż. Z naturą nie wygrasz :DDD Macie może podobne doświadczenia?




To już wszystko, o czym chciałam Wam napisać. Znalazłyście w tej garści uwag coś dla siebie? Jakiś poruszony dziś temat szczególnie przykuł Waszą uwagę? Jak zwykle czekam na Wasze komentarze, piszcie! Dajcie znać, jak minął Wam kwiecień.

Buziaki,
Cammie.



sobota, 4 kwietnia 2015

Wielkanoc łakomczucha, czyli najserdeczniejsze życzenia!


No i nadeszły, święta! Korzystając z chwili wolnej od świątecznej krzątaniny, składam Wam najserdeczniejsze wielkanocne życzenia, wszystkiego dobrego!




Jak spędza się Wielkanoc w Waszych domach? Co dobrego pojawi się na Waszych stołach? Na pewno przygotowałyście coś specjalnego, pochwalcie się! Ja pękam z dumy, podziwiając mój drugi w życiu mazurek, z masą kajmakową, orzechami, migdałami i suszoną gruszką. Muszę nieskromnie przyznać, że wyjątkowo udała mi się też sałatka z chrzanowym sosem. Biała kiełbasa zapieka się właśnie w piwie i liczę na to, że również nie będzie miała sobie równych. I tak sobie myślę, że do tradycyjnych świątecznych życzeń powinnam dodać jeszcze jedno, godne łakomczucha - smacznego!

Buziaki,
do zobaczenia po świętach,
Cammie.


sobota, 3 stycznia 2015

Witajcie w Nowym Roku, czyli podsumowanie grudnia | popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycie, zakupy i prezenty


Witajcie w Nowym Roku! Na podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy zaproszę Was za kilka dni, tymczasem chciałabym zatrzymać się na chwilę przy grudniu. Najpierw jednak noworoczne życzenia, których nie miałam jeszcze okazji Wam złożyć. Oby 2015 rok przyniósł Wam wiele dobrego! Ambitnych wyzwań, zrealizowanych planów, spełnionych marzeń, pozytywnych emocji i inspirujących ludzi wokół. Serdeczności!

Skoro noworoczne grzeczności mamy już za sobą, zapraszam na podsumowanie grudnia. Mam nadzieję, że z ciekawością sprawdzicie, jak mi ten miesiąc minął.




Na początek jak zwykle krótki przegląd najpopularniejszych grudniowych wpisów. Ze statystyk wynika, że najchętniej sprawdzałyście, co mam do powiedzenia na temat czytnika ebooków Kindle ---> KLIK. Zainteresowanie wzbudzał też post, w którym pokazałam Wam moją świąteczną listę marzeń ---> KLIK. Ciekawe byłyście również, czy do twarzy mi w brązowej szmince, którą ogłosiłam swoim grudniowym odkryciem ---> KLIK. Jeśli te posty przegapiłyście, teraz macie doskonałą okazję, żeby do nich zajrzeć.

Na FB ---> KLIK największy zasięg osiągnął wpis, pod którym dyskutowałyśmy o najpiękniejszych czerwonych lakierach do paznokci. Wskazałyście wiele interesujących typów, ja jednak zatrzymałam się przy jednym, szybko powiększając swoje lakierowe zbiory o Essie A list, przepiękną, głęboką czerwień o kremowym wykończeniu. Miałyście już okazję zresztą ją zobaczyć, o TUTAJ.




Jeśli chodzi o moje grudniowe rozrywki, to wieczory podobnie jak w listopadzie ---> KLIK upływały mi głównie pod znakiem The Big Bang Theory.




Obejrzałam już wszystkie dostępne odcinki i właśnie zastanawiam się, co dalej. Jakieś sugestie? Z chęcią poznam Wasze serialowe rekomendacje. W końcu muszę czymś wypełniać te długie zimowe wieczory :DDD

Seriale serialami, ale trochę mnie już znacie i dobrze wiecie, że bez czytania nie żyję. Moim grudniowym lekturom jak zwykle poświęciłam odrębnego posta, do którego odsyłam zainteresowanych tematem ---> KLIK.




W dwóch słowach dodam jedynie, że spośród wszystkich książek, które przeczytałam w grudniu, Waszej szczególnej uwadze polecam "Marsjanina" Andy'ego Weira i "Czy jesteś psychopatą?" Jona Ronsona. Zainteresowani historią po "Dzieci '44" sięgną pewnie i bez mojej podpowiedzi.

Po dość długim okresie posuchy mam też dla Was w końcu odkrycie blogowe. Chciałabym polecić Wam InspiYear Project ---> KLIK, którego autorka w 365 codziennych wpisach, jakie planowo mają powstać, na bieżąco zdaje relację ze zmian, jakie zaprowadza w swoim życiu, porządkując je, oczyszczając i szukając równowagi, skupiając się na czterech głównych obszarach - minimalizmie, ciele, umyśle i organizacji. Bardzo ciekawe podejście do samorozwoju, koniecznie zajrzyjcie!

Jeśli chodzi o grudniowe zakupy, to nie sposób nie wspomnieć o Dniu Darmowej Dostawy. Szykując świąteczne prezenty dla bliskich, skorzystałam z oferty Minti, Cocolity, Pan tu nie stał, Pudło nie nudno i Wydawnictwa Znak. Wspominam o tym, bo zetknęłam się z wieloma negatywnymi opiniami na temat tej akcji. Ja niczego niepożądanego nie doświadczyłam, wszystkie sklepy wywiązały się z transakcji na medal. Także Pachnąca Wanna, gdzie tuż przed północą zdążyłam też kliknąć kilka aromatycznych drobiazgów dla siebie, uzupełniając zimowe zapasy wosków.




Na zdjęciu oprócz Yankee Candle i Kringle widzicie też kilka wosków Craft&Beauty, które udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Kasiaj85, autorkę Sweet&Punchy. Na razie jednak czekają na swoją kolej, aktualnie moim zapachowym hitem jest wosk Kringle Balsam Fir, tak wiernie odzwierciedlający zapach igliwia, że spokojnie może konkurować z żywą choinką, która ciągle jeszcze zdobi mój salon. Serdecznie Wam ten zapach polecam. A tak przy okazji, macie żywe choinki, czy sztuczne?

A reszta zakupów? Zdecydowanie najważniejszym grudniowym nabytkiem była zapewne dobrze Wam znana paleta Urban Decay Naked 2.




Tak jak wspominałam już na FB, uwielbiam sama robić sobie prezenty, bo zawsze są trafione ;))) O palecie pewnie jeszcze kiedyś napiszę, podejrzewam, że w ramach serii O tym się mówi.

Innych kosmetycznych zakupów większego kalibru w grudniu już nie robiłam, cała para poszła w książki (Publio.pl, zbankrutuję kiedyś przez Was!). Ale o nich nie będę Wam tu pisać, prędzej czy później i tak znajdą się w którymś z książkowych postów.

Dostałam za to kilka bardzo interesujących prezentów, czy to świątecznych, czy to w ramach moich blogowych współprac. Przemiłą niespodziankę zrobiła mi chociażby wspominana już dzisiaj Pachnąca Wanna ---> KLIK, która postanowiła umilić mi święta Śnieżnymi Babeczkami, czyli świecą zapachową Bomb Cosmetics o aromacie ciasta, karmelu i jagód oraz piernikowym Ciastkiem, czyli musującą kulą do kąpieli, również Bomb Cosmetics, pachnącą imbirem, cytrusami, goździkiem, kardamonem i piżmem.




Kolejny prezent to przesyłka niespodzianka od Ecolore ---> KLIK, nowej polskiej marki oferującej kosmetyki mineralne. Polecam ją Waszej uwadze, naprawdę ciekawe produkty! Dwa z nich, róż Dolly Mist i cień Velvet Almond, zasiliły moje mineralne zasoby.




W ramach współpracy z Clareną ---> KLIK, do mojej pielęgnacji włączyłam w grudniu silnie nawilżający preparat z kwasem hialurownowym, Hyaluron 3D Elixir. Świetnie sprawdza się w walce ze skutkami ubocznymi kuracji Locacidem. Więcej za parę tygodni!




Nie sposób nie pochwalić się też świątecznymi prezentami od moich bliskich, zwłaszcza tak trafionymi. Zdecydowanie największą radochę zrobił mi mąż, dzięki któremu mój stary wysłużony HTC wymieniłam na piękny, smukły i jakże wielofunkcyjny iPhone 6. Uwierzcie mi, jakbym przesiadła się z malucha do mercedesa :DDD Kocham ten telefon od pierwszej chwili. 




Mogę też wykreślić już kilka pozycji z mojej świątecznej listy marzeń. Jeśli chodzi o kolorówkę, to jak już wspominałam Wam w którymś z ostatnich postów, pomiędzy innymi prezentami pod choinką znalazłam MAC Blankety. Dzięki, mamo!




Mam już też swoje wymarzone naszyjniki i przepiękny notatnik. Cieszę się, jak nie wiem co :))) Teraz muszę jeszcze tylko rozejrzeć się za jakimś ładnie wydanym terminarzem na 2015 rok.






Na koniec coś, o czym powinnam wspomnieć Wam już w listopadzie, bo właśnie wtedy trafił do mnie ten gadżet, ale całkiem wyleciało mi to z głowy. Cóż, wielkiej straty nie było, bo szczerze mówiąc produkt mnie nie oczarował. Chodzi o Jelid, chusteczki zmywające lakier do paznokci. Opakowanie zawiera 50 osobno pakowanych chusteczek nasączonych zmywaczem bez acetonu. Jedna rzekomo ma dawać radę zmyć lakier ze wszystkich 10 paznokci, ale niestety obietnicę tę między bajki można włożyć. Chusteczki kompletnie nie radzą sobie z brokatami, bardzo słabo z ciemnymi lakierami, jedynie te najjaśniejsze poddają się im bez oporów. Także szału nie ma. Choć awaryjnie kilka sztuk w torebce można nosić. Co myślicie o takich wynalazkach? Dałybyście tym chusteczkom szansę?




To już wszystko, o czym chciałam Wam napisać, podsumowując grudzień. Mam nadzieję, że nie nudziłyście się, mimo tej przydługiej formy. Zapraszam do komentowania, jeśli tylko macie ochotę do czegoś się odnieść. Zdradźcie też, jak upłynęła Wam końcówka roku. Co porabiałyście, jakie dostałyście prezenty, jakim świątecznym bądź poświątecznym promocjom uległyście? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 23 grudnia 2014

W kilku słowach, czyli świąteczne serdeczności!


Jak tam przygotowania do świąt? Domyślam się, że idą pełną parą, tak jak i u mnie. Jutro pewnie trudno będzie znaleźć mi czas, żeby złożyć Wam świąteczne życzenia, dlatego pozwólcie, że w kilku słowach zrobię to już dziś :)))




A zatem świąteczne serdeczności! Świętujcie, odpoczywajcie, cieszcie się atmosferą i obecnością bliskich. Zjedzcie jak zwykle za dużo, uśmiechajcie się, może nawet sprawdźcie, co robi Kevin sam w domu :DDD Niech te święta będą spokojne, pachnące i radosne. Czego i Wam, i sobie życzę :))) 


Do zobaczenia po świętach!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 12 grudnia 2014

Czego pragną kobiety, czyli moja świąteczna lista marzeń z "Grą o tron" w tle


Czego pragną kobiety? Wiadomo, biżuterii, butów i torebek :DDD Potraktujcie oczywiście to stwierdzenie z przymrużeniem oka, w końcu nie samymi dobrami materialnymi człowiek żyje (a jeśli tak jest, to strasznie smutne musi być to życie), ale prawda jest taka, że i dobra materialne potrafią przynieść wiele radości. Zwłaszcza, kiedy otrzymujemy je we wręczonym od serca prezencie. A najwspanialsza okazja do wymiany prezentów już niebawem! Do świąt coraz bliżej, niespodzianki dla moich bliskich już gotowe, pora pomyśleć więc o sobie. Jak co roku przygotowałam świąteczną listę marzeń, nie brakuje na niej ani biżuterii, ani butów, ani torebek. No co, jestem kobietą!




1. Notes do torebki - na zdjęciu widzicie piękny notes Paperblanks z kolekcji Aloha. Oczywiście chciałabym go mieć, ale ucieszyłby mnie każdy w twardej oprawie z jakimś miłym dla oka, kobiecym motywem na okładce. Jeśli chodzi o notatki, nie idę z duchem czasu, nie mogę przywyknąć do notesów elektronicznych w komputerze czy w telefonie, pod tym względem jestem okropnie staroświecka.

2. Kalendarz - jak wyżej. Elektronika elektroniką, ja lubię obcować ze starym dobrym kalendarzem papierowym. Wpadł mi w oko organizer Beautiful Mess, jeśli nie znajdę stacjonarnie niczego równie uroczego, pewnie się na niego zdecyduję, sama robiąc sobie prezent.





3. Zawieszka do mojej Pandory - srebrna kulka ze złotą koroną chodzi za mną od dawna, bardzo mi się podoba. Królewna co prawda ze mnie żadna, ale kto by się tym przejmował? :)))

4. Złoty zegarek - zegarki pojawiają się na moich listach marzeń od zawsze, ale tak się złożyło, że nadal noszę swojego wysłużonego Lorusa. Nie obraziłabym się jednak, gdybym mogła zmienić go na Tous Drive Matte. 

5. Perfumy - mam ochotę wrócić do jednego z moich ulubionych zapachów, klasycznego fioletowego jabłuszka Lolity Lempickiej. Lolita, nadchodzę!

6. Toppery Lynnderella - do Lynnderelli mam słabość, te ręcznie wytwarzane toppery są tak niepowtarzalne, tak pomysłowe i tak zdobne, że najchętniej przygarnęłabym je wszystkie, jednak ich cena skutecznie mnie stopuje. Rok temu na urodziny sprawiłam sobie Snow Angel, tym razem mam chrapkę na czerwony, biżuteryjny Ruby Red Ruby. Bardzo podoba mi się też pastelowy Ghost of a Chance.




7. Pomadki MAC - moje ulubione, najbardziej komfortowe w noszeniu. Chciałabym, żeby do tych kilku sztuk, które mam, dołączyła jeszcze choć jedna, na przykład Blankety. Albo Fleshpot.

8. Rozświetlacz MAC - skoro już o MACu mowa, to marzę też o Lightscapade z serii Mineralize Skinfinish. Najbardziej popularny, Soft&Gentle, w ogóle mnie nie rusza, za ten natomiast dałabym się pokroić.

9. Korektor od Heleny Rubinstein - Magic Concealer, 01, od stu lat na mojej zakupowej liście. I tylko jakoś kupić nie mogę :DDD

10. Peeling enzymatyczny Organique - czytałam na jego temat wiele dobrego, ogromnie mnie ciekawi. Peelingi enzymatyczne to w mojej pielęgnacji stosunkowa nowość, szukam najlepszego z najlepszych. Ten podobno ma szansę zostać faworytem.




11. Naszyjniki - ostatnio to zdecydowanie moja największa biżuteryjna słabość. Uwielbiam duże, rzucające się w oczy naszyjniki, jak ten biały z Zary, równie dobrze czuję się też jednak w skromniejszych, choć długich, jak ten srebrny z Mohito.




11. Torebka - czarna, duża, pojemna, sztywna, klasyczna, starannie wykonana, bez zbędnych ozdób. Uwierzycie, że szukam takiej już od pół roku? I znaleźć nie mogę. A zaglądam na różne półki cenowe. Ta ze zdjęcia pochodzi z Reserved. Nadal nie jest to dokładnie to, o co mi chodzi, ale wizualnie najbliżej jej do ideału. Poproszę! Jako pilnie potrzebną torebkę zastępczą :DDD Bo ideał w końcu znajdę, prawda?

12. Melissy - kolejny raz na mojej liście marzeń. Tym razem Incense Laco. Przepiękne! Kupię, kupię, kupię, na wiosnę kupię, bo pęknę! Tylko jakie, czarne, czy czerwone? A może szmaragdowe?

13. Etui na nowy telefon - wróbelki ćwierkają, że będzie mi potrzebne :DDD


Mądre jesteście, dziewczyny, na pewno nie muszę Wam tłumaczyć, że nie o to chodzi, żeby te wszystkie rzeczy znaleźć po choinką. Ale pomarzyć przecież wolno, prawda? Jestem zresztą przekonana, że Wy też macie swoje świąteczne listy marzeń. Z chęcią dowiem się, co śni Wam się po nocach. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Na koniec dodam tylko, że wszystkie te wymarzone prezenty bez mrugnięcia okiem oddałabym za kolejny tom "Gry o tron". George R. R. Martin, weźże się, chłopie, do roboty! :DDD

Buziaki,
Cammie.


wtorek, 16 września 2014

Bridgewater raz jeszcze, czyli rajskie rozstrzygnięcie konkursu


Witajcie! Jesteście ciekawe, do kogo trafia luksusowa świeca zapachowa Bridgewater Sweet Grace? Zapraszam na rozstrzygnięcie konkursu!




Prosiłam, żebyście w odpowiedzi na pytanie konkursowe napisały, jak pachniałaby Wasza wymarzona świeca zapachowa. Zaproponowałyście tyle oryginalnych kompozycji, że wybór miałam naprawdę trudny. Gdybym mogła, nagrodziłabym Was wszystkie! Ale nagroda jest tylko jedna i mimo że wiele zapachów, o których pisałyście, działało na moją wyobraźnię, to ostatecznie zawładnęła nią wymarzona świeca Magdaleny Świtały. I to ona właśnie otrzymuje nagrodę.

Magda, serdecznie gratuluję! Jesteś mistrzynią, naprawdę udało ci się zakląć zapach w słowa. Twój przepiękny, grający na emocjach opis przeniósł mnie na chwilę w inny świat. Brawo! Mam nadzieję, że nie będziesz miała mi za złe, że go tutaj przytoczę, dlaczego tylko ja mam się zachwycać? :)))


Moja wymarzona świeca zapachowa pachniałaby rajem. A kiedy zamykam oczy i próbuję sobie wyobrazić raj wraz ze wszystkimi jego zapachami, mam pewność, że musi on pachnieć identycznie jak moje dzieciństwo. Najpierw czuję roznoszący się w powietrzu zapach świeżo upieczonego chleba w piekarni, takiego z rumianą chrupiącą skórką. Zawsze rano, gdy mama odprowadzała mnie do przedszkola, towarzyszył mi on niemal przez całą drogę. Podobnie jak aromat ciasteczek anyżowych, które z kolei kusiły słodyczą w drodze powrotnej. A przed podwieczorkiem w całej kuchni roznosił się czekoladowy aromat słodkiego kakao, wiejskiego twarożku i rzeżuchy. Pamiętam niesamowitą woń książek, zwłaszcza tych starych o pożółkłych kartkach, których było mnóstwo w pokoju taty. Papier pachniał słodko, jakby wanilią, kurzem, historią i orientalnymi baśniami. Niezwykły zapach roznosił się w pokoju mojej babci, gdy otwierała ona przedwojenną dębową szafę, skrzypiącą zagadkowo. Pachniało w niej eleganckimi perfumami, suszoną lawendą, różanym pudrem i wełnianymi płaszczami. Dom to zapach lodów waniliowych, kogla-mogla z kakao, pączków smażonych na smalcu, drewnianej podłogi wyszorowanej pastą, świeżość prania unoszącego się na wietrze, krochmalonej pościeli, zakurzonego strychu, na który przez szczeliny w dachu wpadały ciepłe promienie słońca, tulipanów w kryształowym wazonie, chińskiej papeterii w różowe kwiaty, waty cukrowej kupowanej na odpuście. To aromat tytoniu wydobywający się z dziadkowej fajki i owocowa słodycz gumy Donald. Pamiętam, jak wiosną przez okno wdzierał się zapach kwiatów kasztana, rosnącego na podwórku. Rajski zapach miały spracowane dłonie ukochanej osoby – mojej babci – pachniały matczyną miłością, mlekiem i bezpieczeństwem. Myślę sobie też, że w raju musi pachnieć kurzem i piaskiem unoszącym się latem nad bezkresnymi wiejskimi drogami, rozgrzanym asfaltem, wiatr przywiewa znad łąk oszałamiający zapach kwiatów i suszącego się na słońcu siana, a znad lasu tajemniczą woń żywicy, zielonego mchu i wilgotnej ziemi. W raju z pewnością pachnie owocami: słodkimi malinami z leśmianowskiego malinowego chruśniaka, kwaskowatymi jabłkami, które skusiły Adama i Ewę, soczystymi śliwami, czereśniami wygrzanymi na słońcu i zielonym agrestem. I kwiatami z maminego ogrodu: dumnymi różami, pysznymi różowymi piwoniami, oszałamiającymi liliami i wstydliwymi konwaliami. Dziś, gdy tylko poczuję choćby jeden z tych zapachów, po prostu czuję się jak w raju ;)


Chyba zgodzicie się ze mną, że ta odpowiedź coś w sobie ma. Mogłabym mieć tak pachnącą świecę, przywołującą moje osobiste rajskie wspomnienia i skojarzenia, a Wy?


Dziękuję wszystkim za udział w konkursie i już teraz zapowiadam kolejny! Bądźcie czujne, tym razem szykuje się gratka dla moli książkowych. 

Tymczasem całuję,
Cammie.



piątek, 12 września 2014

30 dni mordęgi, czyli rzecz o 30 day shred


Kiedy pochwaliłam się, że mam za sobą 30 day shred Jillian Michaels, bardzo byłyście ciekawe moich refleksji odnośnie tego treningu. Choć żadna tam ze mnie fitnessowa specjalistka, nie mam oporów, żeby coś na ten temat napisać i chętnie podzielę się z Wami moimi doświadczeniami. Zainteresowanych zapraszam zatem na relację z czterech tygodni pod znakiem potu i zakwasów ;)))




30 day shred to popularny trening, jestem przekonana, że większość z Was o nim słyszała (o ile przez niego nawet nie przebrnęła), ale dla niezorientowanych w skrócie napiszę, że to 30-dniowy ogólnorozwojowy program, składający się z trzech poziomów o rosnącym stopniu trudności, złożonych z rozgrzewki, trzech cykli ćwiczeń siłowych, ćwiczeń kardio i ćwiczeń na mięśnie brzucha oraz końcowego rozciągania. Ćwiczy się dzień w dzień, co 10 dni przechodząc na kolejny poziom. Jillian, bardzo znanej trenerce i autorce programu, na filmie towarzyszą dwie asystentki, z których jedna prezentuje ćwiczenia w trudniejszej wersji dla zaawansowanych, a druga w wersji łatwiejszej dla początkujących. Tylko od nas i naszej kondycji zależy, na której z nich będziemy się wzorować.

Moja kondycja wyjściowa była kiepska, więc podchodząc do sprawy realistycznie, od razu zdecydowałam, że trzymać się będę wersji łatwiejszej. Nie dajcie się jednak zwieść, ona i tak wyciska siódme poty i daje nieźle popalić! Po pierwszych treningach myślałam, że zakwasy mnie zabiją :D Byłam jednak zdeterminowana, nie poddawałam się i stopniowo, krok za krokiem, powoli budowałam swoją formę. Nie będę Wam ściemniać, że nie miałam momentów załamania, były dni, kiedy nie chciało mi się ćwiczyć, źle się czułam albo byłam przemęczona, jednak zawzięłam się, konsekwentnie parłam do przodu i wskakiwałam na kolejne poziomy zgodnie z założonym planem. W ciągu tych 30 dni zrezygnowałam z ćwiczeń tylko raz, pod sam koniec, czując, że moje ciało naprawdę potrzebuje przerwy na regenerację. Także 30-dniowy program zrealizowałam ostatecznie w 31 dni, co uważam za swój osobisty sukces, bo przez dwa ostatnie lata nie ćwiczyłam w ogóle.




Na pewno interesują Was efekty tej mojej mordęgi. Cóż, nie ukrywam, że liczyłam na więcej. W sieci pełno zdjęć bardzo udanych, spektakularnych wręcz metamorfoz po tym programie, ja natomiast nie zmieniłam się tak, jak bym się tego spodziewała po swoim zaangażowaniu i pracy, jaką włożyłam w ćwiczenia i trzymanie diety. Zrzuciłam zaledwie dwa kilogramy, tracąc 4 cm w biodrach, 2 cm w talii i 2 cm z biuście. Wyobrażałam sobie, że wizualnie zmiana będzie większa. Ale jeśli chodzi o kondycję, to jednak odczuwalnie wzrosła! Znowu poczułam, że mam mięśnie, wzmocniłam nogi i ręce, a ćwiczenia, które na początku programu niemal mnie zabijały, teraz jestem w stanie wykonać z przysłowiowym palcem w nosie. Także było warto! Zwłaszcza że w gruncie rzeczy, biorąc pod uwagę moją niedoczynność tarczycy i spowodowane nią problemy z metabolizmem, nawet te niezbyt imponujące efekty są na wagę złota. Jeśli macie jakiekolwiek pojęcie o niedoczynności, na pewno wiecie, co mam na myśli.

Podsumowując, shred uważam za bardzo fajny trening pozwalający rozruszać się zaczynającym budować kondycję, wymagający jednak samodyscypliny i wytrwałości. Jako program możliwy do zrealizowania w warunkach domowych, nie zabiera dużo czasu, na ćwiczenia wystarczy zarezerwować sobie pół godziny dziennie. Nie generuje też dużych wydatków, na dobrą sprawę wystarczą tylko hantle (zalecane takie o wadze 1,5 kg). Można sięgnąć też po matę do ćwiczeń, ale ja szczerze mówiąc nie używałam jej, choć mam porządną z dawnych czasów. Nawet obuwie sportowe nie jest bezwzględnie konieczne, mnie najwygodniej ćwiczyło się na boso. Zainwestowałam jedynie w sportowy biustonosz, bo duża ilość podskoków w różnych wariantach raz dwa zweryfikowała moje początkowe przekonanie, że dam radę bez niego :DDD Na wykonanie ćwiczeń nie potrzebujecie też wiele miejsca, nawet na drugim poziomie (według mnie najtrudniejszym i dość wnerwiającym :P), który jest najbardziej dynamiczny i wymaga najwięcej przestrzeni.

Chociaż kilka centymetrów mi ubyło, a moja kondycja wzrosła, przede mną jeszcze długa droga do zdrowej, nie obciążonej nadwagą sylwetki. Dlatego nie osiadam na laurach i biorę się za kolejny trening Jillian (odpowiada mi jej osobowość i sposób motywowania, nieco ostry, ale przez to skuteczny). Mój wybór padł na 30 day ripped, uchodzący za znacznie trudniejszy od shreda. Pierwszy z czterech poziomów już za mną (wydawał mi się zaskakująco łatwy, ale jak poczułam zakwasy, szybko zmieniłam zdanie :D), niestety przez ból kolana, który dopadł mnie w trakcie drugiego, przerwałam ćwiczenia, zaliczając falstart. Także chcąc nie chcąc, zaczynam od nowa. Jeśli temat nadal będzie Was interesował, chętnie o moich zmaganiach z ripped za jakiś czas napiszę. 


Tymczasem może Wy zdradzicie, czy macie doświadczenia z 30 day shred albo z innymi treningami Jillian? Co możecie o nich powiedzieć? Polecacie, odradzacie? A może preferujecie inne formy aktywności fizycznej? Jestem ogromnie ciekawa. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


Zagraj o świecę zapachową
Bridgewater Sweet Grace!


wtorek, 5 sierpnia 2014

Z lekkim opóźnieniem, czyli podsumowanie lipca | Zakupy, prezenty, fitness


Jak zwykle jestem lekko spóźniona, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi ten mały poślizg i mimo że sierpień nabiera już rozpędu, zatrzymacie się ze mną jeszcze na chwilę przy lipcu, bo żeby tradycji stało się zadość, muszę podsumować ostatnich kilka tygodni. Trochę luźnych uwag, trochę linków, trochę zdjęć zakupów i prezentów, zapraszam na post z serii Summa summarum!




Lipiec, choć długi, minął jak z bicza trzasnął. Co prawda dawały mi w kość tropikalne temperatury, ale i tak pisałam dla Was dość regularnie. Największym zainteresowaniem obdarzyłyście zdecydowanie post o mojej pierwszej wizycie w Hebe ---> KLIK, co w sumie jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo generalnie słyszy się, że posty zakupowe pozbawione są większego sensu. Najwyraźniej jakiś sens w nich jednak jest, bo jak widać, bardzo chętnie je czytacie. Zaciekawiły Was też moje lipcowe odkrycia ---> KLIK, wśród których prym wiódł zaskakująco dobry, a przy tym śmiesznie tani filtr do cery mieszanej i tłustej Bielenda Bikini SPF 30. Ku mojemu zdziwieniu, popularnością cieszył się też post o moich lipcowych lekturach ---> KLIK. Dziwi mnie to o tyle, że posty z tej serii najczęściej przyciągają mniej czytelniczek niż zwykle, tym bardziej cieszę się więc, że tym razem było inaczej.

Na FB ze zrozumiałych względów największy zasięg miał post konkursowy. Dzięki hojności JOKO lubisie No to pięknie! mogły zagrać o śliczny lakier do paznokci z najnowszej kolekcji limitowanej tej marki i bransoletkę byDziubeka. Mam nadzieję, że zwyciężczyni jest zadowolona z nagrody. W zanadrzu mam już kolejny konkurs, bądźcie czujne!

Mimo sezonu wakacyjnego w lipcu nigdzie nie wyjeżdżałam (praca, praca, praca), ale dzięki temu mogłam oddać się bez żadnych wymówek codziennym treningom z Jillian Michaels. Przerabiam program 30 day shred i w zasadzie jestem już na finiszu, jutro ostatni trening. Jak może kojarzycie, to już moje drugie podejście do tych ćwiczeń, w czerwcu niestety to właśnie wyjazdy pokrzyżowały mi plany. Tym razem się zawzięłam i doprowadzam sprawę do końca. Nie zliczę hektolitrów potu, które wylałam, nie wspomnę zakwasów, które wycierpiałam, ale jakieś efekty są. Jeśli miałybyście ochotę o tym poczytać, gotowa jestem napisać dla Was relację z tych 30 dni, dajcie znać, co myślicie o tym pomyśle.




Wycieńczona ćwiczeniami, odpoczywałam przy serialu, który oglądam już w sumie od kilku miesięcy. Nie będę się tu rozpisywać, pewnie pamiętacie, że chodzi o Lost: Zagubionych. Zostało mi jeszcze kilka odcinków ostatniego sezonu i powoli zaczynam się rozglądać za czymś nowym. Rozważam wielki powrót do Gotowych na wszystko (nigdy nie udało mi się obejrzeć tego serialu w całości) albo zwrot ku czemuś zupełnie nowemu. Tylko pomysłu nie mam, jakieś propozycje?

Jeśli chodzi o zakupy, to jak wspominałam, doskonale już wiecie, na co skusiłam się w Hebe, daruję więc sobie pokazywanie ich ponownie w tym miejscu. Chętnie jednak pochwalę się zakupami internetowymi / katalogowymi. 

W lipcu dotarły do mnie bb kremy, które zamawiałam jeszcze w czerwcu. Tym razem postawiłam na Skin79 Orange i Missha Perfect Cover. Oba kremy miałam okazję poznać już wcześniej, także nie było to zamówienie w ciemno. Kupowałam tradycyjnie poprzez ebay, wzięłam miniaturowe opakowania. Za jakiś czas postaram się przygotować ich recenzje, dzięki statystykom bloga wiem, że często szukacie na No to pięknie! podpowiedzi odnośnie azjatyckich bb kremów.




Zarzekałam się, że nie będę już kupować wód toaletowych z Avonu, ale jak przyszło co do czego, skusiła mnie nowość w ofercie marki, czyli Scent Essence Sparkly Citrus. Wyobrażałam sobie kwaskowaty, orzeźwiający zapach na bazie cytryn i w sumie nie zawiodłam się. Kwaśne cytryny wyraźnie podsypano w tym przypadku cukrem, podkręcając je przy okazji jakąś męską nutą, ale i tak jestem zadowolona, zwłaszcza że za 30 ml tych typowo letnich, lekkich perfum zapłaciłam raptem 20 zł. Większej kwoty w przypadku avonowego zapachu raczej bym zresztą nie zaryzykowała.




Na koniec małe zakupy na allegro. Szukałam jakichś fajnych bibułek matujących i szperając po aukcjach natknęłam się na oferty Yasuumi, wśród których wypatrzyłam nieznaną mi wcześniej markę Palladio. Zgodnie z planem wzięłam bibułki, z ciekawości dorzucając też puder ryżowy. Opakowania są urocze, prawda? Muszę w tym miejscu pochwalić jakość obsługi Yasuumi. Wybrałam najtańszą opcję przesyłki, a i tak zakupy miałam w rękach w przeciągu 24 godzin. I jeszcze dostałam gratis w postaci cienia do powiek. Lubię to!




Chciałabym Wam jeszcze pokazać, co pod koniec lipca otrzymałam od Pachnącej Wanny [KLIK]. Już nie raz Wam wspominałam, że sklep wspaniale się rozwija, co rusz poszerzając asortyment, tym razem wprowadzając na nasz polski rynek świece Bridgewater Candle. Dla mnie to absolutna nowość, wcześniej nie zetknęłam się z tą marką. W swoim czasie napisze Wam o niej oczywiście coś więcej, dziś tylko kilka zdjęć na zachętę.






To tyle o lipcu, najwyższa pora się z nim pożegnać. Zanim jednak ostatecznie to nastąpi, zdradźcie jeszcze, jak Wam minął ten upalny letni miesiąc. Gdzie byłyście, co robiłyście, co widziałyście, co kupiłyście? Koniecznie podzielcie się też swoimi doświadczeniami z domowych treningów, co robicie, żeby nie tracić zapału do ćwiczeń? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 24 czerwca 2014

Prawo Cammie, czyli pokochaj coś, a na pewno zniknie ze sprzedaży ...


Witajcie! Wybaczcie mi długą nieobecność, najpierw pochłonął mnie remont, potem wyjazd i życie rodzinne, a na koniec przypętała się przeciągająca się awaria bloggera. Ale tak już za Wami tęsknię, że dziś mimo ciągle niedziałającego blogrolla postanowiłam coś napisać, licząc na to, że ktoś to jednak przeczyta. A wracam z tematem, który z pewnością jest Wam bliski. Bo nie wierzę, że zdarza się to tylko mnie! Choć mnie akurat zdarza się na tyle często, że ukułam nawet prawo Cammie: pokochaj coś, a na pewno zniknie ze sprzedaży ... Naprawdę nie wiem, na czym to polega, ale wystarczy, że zacznę darzyć jakiś produkt większą sympatią, a ten ni z tego, ni z owego zostaje wycofany. W dodatku mam wrażenie, że w ostatnim czasie problem się nasilił.




Postanowiłam dziś o tym napisać, bo dobiła mnie wieść o zniknięciu z rynku jednych z moich ulubionych perfum, L de Lolita Lempicka. Na szczęście mam jeszcze niemal pełen flakon, ale nie zmienia to faktu, że powoli powinnam się żegnać z tym pięknym zapachem na zawsze, podobnie jak z niesamowicie wygładzającym cerę pudrem Estee Lauder Lucidity, który kupiłam niedawno rzutem na taśmę, na chwilę dosłownie przed tym, jak zorientowałam się, że zniknął z oferty marki. Tak jak wcześniej zmuszona byłam pożegnać się z ukochanym różem Benefit Thrrrob, z wyjątkowo służącą mojej cerze emulsją nawilżająco-rozświetlającą Olay Multi-radiance, z nieco za późno odkrytym kremem bb Skin79 Scandal Rose&Vanilla, z czyniącą z moimi włosami cuda odżywką Isana Babassu, z tanim i niezwykle skutecznym zmywczem do paznokci Nailty, z idealnie dobranym korektorem Maybelline EverFresh, z bardzo udanym podkładem Lumene Velvet Matte, czy nieodżałowanym rozświetlaczem Essence All Over Highlighter. Niestety, mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. I dorzucić listę ulubionych produktów, które z nieznanych przyczyn poddane zostały reformulacji, jak choćby moje ukochane perfumy Dior Dolce Vita, czy niezawodny tonik wiesiołkowy Oeparol.


Ja chyba ściągam jakieś złe moce ... Pocieszcie mnie i napiszcie, że też się Wam to przydarza. Jest coś, co z niewyjaśnionych przyczyn zniknęło z kosmetycznego rynku, za czym bardzo, ale to bardzo tęsknicie? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


W następnym poście, pewnie już jutro, ogłoszę wyniki konkursu Vita Liberata,
tymczasem całuję,
Cammie.



niedziela, 1 czerwca 2014

Wspomnień czar, czyli Dzień Dziecka z No to pięknie!


Witajcie! Jak Wam mija niedziela? Pamiętacie o tym, że dziś Dzień Dziecka? Pewnie już od dawna tego święta nie obchodzicie, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby z tej okazji dziecko w sobie przywołać i trochę powspominać :))) 


Tak, tak, to ja :DDD Trzydzieści lat temu z niezłym hakiem.


Moje dzieciństwo przypadało na lata osiemdziesiąte. Wiem, że dla niektórych z Was to prehistoria, ale moje wspomnienia są żywe, jakby to było wczoraj :)))

ZABAWKI

W siermiężnych latach mojego wczesnego dzieciństwa sklepy zabawkowe niczym nie przypominały świątyń bogactwa, jakimi są dziś. Nikomu nie śniła się nawet taka na przykład Barbie z całym jej słodkim różem, szczytem marzeń była co najwyżej radziecka długowłosa lalka z mrugającymi oczami. A w rzeczywistości dostać można było plastikowe okropnie brzydkie "Jacki", plastikowe łyse lalki, których miałam chyba ze dwie albo i trzy sztuki. Dopiero mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych pojawiły się naturalnej wielkości gumowe lale bobasy, obiekt westchnień każdej dziewczynki. Swojego bobasa kochałam nad życie i nie umiejąc się z nim rozstać, codziennie targałam go do przedszkola, ubierając w swoje własne niemowlęce ciuszki. To, że się zachowały, nie było niczym dziwnym, w tamtych czasach niczego się nie wyrzucało.

Kiedy podrosłam, lalki naturalną koleją rzeczy poszły w odstawkę, a największym szczęściem było kilka metrów gumy w kieszeni. Takiej zwykłej, białej, wszywanej do majtek, kupowanej w pasmanterii, o ile oczywiście "rzucili". "Rzucali" rzadko, więc o gumę raz zdobytą trzeba było dbać. Skakanie w gumę było chyba najpopularniejszą dziewczyńską zabawą, w której największym wyzwaniem zawsze były dla mnie "trójki" na "pasach", czyli dla niezorientowanych trzy podskoki z naprzemiennym przydeptaniem linek przez obie stopy na gumie umieszczonej na wysokości pasa koleżanek. Nie wiem, czy ze trzy razy w życiu udała mi się ta sztuka, zwykle próby kończyły się "skuchą".

Dziewczyny miały oczywiście też inne dziewczyńskie zabawy. Jako kilkulatki namiętnie kopałyśmy tzw. "sekrety", czyli pod kawałkiem szkiełka ukrywałyśmy jakieś drobiazgi, przysypując to miejsce ziemią. Kiedy nauczyłyśmy się pisać, wszystkie jak jeden mąż zakładałyśmy pamiętniki, zbierając "ku pamięci" wpisy przyjaciółek, a potem "złote myśli", czyli specjalne zeszyty, w których gromadziło się odpowiedzi koleżanek na z góry ustalone pytania. Chłopaki w tym samym czasie grali w podchody, kapsle (wyścigi samochodowe, w których auta markowały pstrykane palcami po narysowanym na ziemi torze kapsle po oranżadzie) i dołki (rzuty monetą z odległości do wykopanej w ziemi dziury, skubańcy, grali na pieniądze!), rzucali też scyzorykami do celu (kto by dziś dał kilkuletniemu dzieciakowi nóż do ręki?!!!). 

Nie było komputerów (w moim rodzinnym domu pierwszy pojawił się z końcem lat osiemdziesiątych, uwierzycie, że nośnikiem danych były wtedy ... kasety magnetofonowe???) i wszystkich innych dzisiejszych atrakcji, dzieciarnia sama musiała organizować sobie czas. Chociaż przypominam sobie coś, co pewnie zwiastowało nadchodzącą erę gadżetów, mianowicie radziecką elektroniczną grę "jajeczka", w której trzeba było wykazać się refleksem i łapać do koszyczka jajka coraz szybciej wytaczające się z czterech różnych kurzych grzęd. Byłam mistrzynią!

DOBRANOCKI

Kanałów z kreskówkami też nie było. Z dwóch dostępnych w tamtym czasie programów telewizyjnych, o małego widza dbała głównie "Jedynka", gdzie w tygodniu rano obejrzeć można było "Domowe przedszkole" (uwielbiałam krasnala Hałabałę), a w godzinach popołudniowych programy typu "Tik Tak", "Co Jak" czy "Pies Pankracy", a w weekend "Sobótkę", "Drops" lub słynny "Teleranek", którego emisji pamiętnego dnia się nie doczekano. Największą atrakcją dla każdego dzieciaka była jednak wieczorna "Dobranocka". Punkt dziewiętnasta obejrzeć można było na przykład "Bolka i Lolka", "Reksia", "Misia Uszatka", "Zaczarowany ołówek", uwielbianą przeze mnie "Pszczółkę Maję", "Krecika", arcyzabawnych "Sąsiadów" (do dzisiaj mnie śmieszą :D), "Wilka i zająca" (kto nie słyszał o "nu pagadi!"), "Misia Colargola", a w końcu także "Smerfy", które wniosły do telewizji dziecięcej nową jakość, "Gumisie" i "Muminki".

Na dobranockę się czekało, to był punkt kulminacyjny wieczoru, potem tylko myć się i spać! Chociaż mnie trudno było zagonić do spania, od zawsze kochałam czytać do poduszki.

SMAKOŁYKI

Czekolada w latach mojego dzieciństwa była dobrem niezwykle rzadkim. Sklepy były niemal puste, ze słodyczy dostać można były co najwyżej bezy, landrynki (kto pamięta landrynki półksiężyce?), pudrowe miętusy, a przy dobrych wiatrach krówki i klejące się do zębów cukierki iryski. Ale i tak oczywiście każdy marzył o gumach Donald :DDD Niezapomniany smak. I te komiksowe historyjki w środku! Wszyscy je kolekcjonowaliśmy, wąchając po kryjomu, bo długo zachowywały owocowy zapach. Co poza tym? Ciepłe lody, najlepiej w czekoladopodobnej polewie, żółta lub czerwona oranżada w woreczku (do dziś się dziwię, jak można było wymyślić coś takiego :DDD), no i oranżada w proszku, którą wybierało się z torebeczki palcem. Nigdy nie zapomnę, jak wspaniale strzelała na języku :DDD

CIUCHY

Wiadomo, do pewnego momentu o ubiorze dziecka decydują wyłącznie rodzice, maluchowi wszystko jedno. Ale i tak pamiętam swoje kolorowe chińskie sukieneczki z wczesnego dzieciństwa, kupowane oczywiście na wyrost, większość z nich "rosła" razem ze mną. Z późniejszych lat pamiętam obrzydliwe buty plastiki, które nosili w pewnym okresie po prostu wszyscy, charakterystyczne spódniczki lambadówki, które stały się niezwykle modne na fali popularności "Lambady", dekatyzowany dżins, z którego szyło się dosłownie wszystko (nawet kozaczki!), sportowe buty sofiksy i okropne, nawet wtedy nieco obciachowe ortalionowe dresy, tym lepsze, im w bardziej żarówiastym kolorze. To były czasy :DDD

SZKOŁA

Do podstawówki poszłam w 1987 roku. Z wielkim tornistrem, w fartuszku i z tarczą na rękawie. Przez pierwsze lata tak to właśnie wyglądało, strojem obowiązkowym był granatowy fartuszek z białym kołnierzykiem, z tarczą z numerem i nazwą szkoły przyszytą na stałe do prawego rękawa (za agrafki leciały uwagi do dzienniczka!). Jedynie w piątek, nazywany "dniem kolorowym", mogliśmy przyjść do szkoły w dowolnym stroju i jakoś się wyróżniać. Z perspektywy czasu oceniam, że ten system nie był taki zły, nie było rewii mody, nie były widoczne różnice w zamożności, środowisko było chyba trochę zdrowsze. Ale nie zmienia to faktu, że fartuszka szczerze nie cierpiałam i cieszyłam się jak wariatka, kiedy ten wymóg został zniesiony.

Inna rzecz, że standardy nauki też odbiegały od tego, co znamy dzisiaj. Moja klasa liczyła niemal czterdzieści osób! I takich klas w mojej szkole-molochu w moim roczniku było jedenaście, od "a" do "k", co oczywiście oznaczało naukę na dwie zmiany. Kto dziś uczy się w takich warunkach? Poza tym mniej więcej raz na parę tygodni mieliśmy rozmaite apele "ku czci", byliśmy też obligatoryjnie całymi klasami wcielani do ZHP (pomimo całej mojej sympatii dla tej organizacji i ogromu serca, z jakim przez wiele lat, aż do dorosłości w niej działałam, nie sądzę, żeby przymus był dobrym rozwiązaniem). Aaaa, ale na religię chodziliśmy do kościoła, popołudniami, w czasie wolnym. Nikomu się nie śniło, że za parę lat stanie się ona jednym ze szkolnych przedmiotów. Osobiście uważam, że byłoby lepiej, gdyby w tej akurat kwestii zostało po staremu.

KOSMETYKI

Na koniec zostawiłam temat, którego pominąć nie mogłam, ale o którym za dużo nie mam niestety do powiedzenia. Kobiety w latach mojego dzieciństwa z pewnością się malowały, ale leżało to całkowicie poza moim ówczesnym zainteresowaniem, także kosmetyków kolorowych po prostu nie pamiętam. Owszem, moja mama miała jakieś szminki, zgaduję, że z Celii, jednak szczegółów nie umiem sobie przypomnieć. Przypominam sobie natomiast dość dobrze rodzinne kosmetyki pielęgnacyjne z mojego otoczenia, szampony familijne w ciężkich szklanych butelkach, żółte szampony "Bambino" z kaczuszką dla dzieci, "szyszki" do kąpieli o zapachu iglastego lasu, niezawodny i wszechobecny krem nivea, zwykłe toaletowe bądź szare mydło, kremy do golenia mojego taty używane z maszynką o wymiennych żyletkach. Niewiele tego, ale jakoś wszyscy chodziliśmy czyści i schludni. Gdybym dziś jakimś cudem trafiła do łazienki lat osiemdziesiątych, pewnie usiadłabym i zapłakała, czym tu się wydepilować, czym nawilżyć ciało, czym utrwalić fryzurę? Takie tam rozterki współczesnej kobiety z nadmiarem kosmetyków do wszystkiego :DDD


Ależ mnie wzięło na wspominki ... Mogłabym jeszcze tak długo :DDD Ale wystarczy, teraz Wasza kolej! Przywołajcie wspomnienia ze swojego dzieciństwa, przypomnijcie sobie, jak to wszystko wyglądało za Waszych dziecięcych lat. Koniecznie napiszcie, co najbardziej utkwiło Wam w pamięci, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




niedziela, 18 maja 2014

Leniwa niedziela, czyli dzień małych przyjemności


Jak mija Wam niedziela? Ja od rana staram się wycisnąć z tego dnia, ile się da, odpoczywam, relaksuję się, wyciszam po dość nerwowym tygodniu. Skupiam się na małych przyjemnościach, które same w sobie może nie robią wrażenia, jednak w szerszej perspektywie budują sielską, spokojną, rozluźniającą atmosferę. Spójrzcie, co czyni moją niedzielę dniem małych przyjemności, zapraszam!


Leniwy, słoneczny poranek i kawa na balkonie, który po zimowej przerwie znowu zaczyna nabierać kolorów i tętnić życiem.




Figielki z wracającą do zdrowia córeczką, która przechodziła w tym tygodniu pierwszą w życiu anginę.




Kawałek puszystego, lekkiego jak chmurka sernika, zjedzonego ze smakiem i bez wyrzutów sumienia.




Zaplanowany na wieczór seans z House of Cards, serialem, od którego nie mogę się ostatnio oderwać.




Książka przed snem, przepięknie napisana "Chmurdalia" Joanny Bator, którą podobnie jak wcześniejszą część, "Piaskową górę", czytam za namową jednej z Was.




Co jeszcze? Poranne wylegiwanie się w łóżku, kilka telefonicznych rozmów, pyszna domowa pizza na obiad, czas spędzony tutaj, z Wami. Niby nic, a przecież tak wiele. Czym byłoby życie bez małych przyjemności? 

A zatem, jak mija Wam dzień? Co sprawiło Wam dziś przyjemność? Jakie macie plany na wieczór? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


Życzę Wam wspaniałego nadchodzącego tygodnia,
całuję,
Cammie.



Zapraszam do udziału
w urodzinowym rozdaniu!
Do wygrania ekskluzywny zestaw
kosmetyków Bee Pure
na bazie jadu pszczelego i miodu manuka.