beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Rocher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Rocher. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2015

Na bogato, czyli odkrycie marca


Znalazłam! Skuteczny krem pod oczy, który na tę chwilę spełnia wszystkie moje oczekiwania. Oczarowanie od pierwszego użycia, stopniowo poprawiająca się kondycja skóry i doskonała wydajność. Bogata pielęgnacja na miarę moich potrzeb. Mówiąc krótko, odkrycie marca! Yves Rocher Riche Creme.




Czego oczekuję od kremu pod oczy? Przede wszystkim nawilżenia i ukojenia tych wrażliwych, podatnych na zmarszczki okolic, bez żadnych przykrych efektów ubocznych, jak chociażby łzawienie, czy zamglenie spojrzenia. W produktach tego typu szukam też właściwości przeciwzmarszczkowych i niwelujących opuchnięcia. Lubię raczej bogate, otulające formuły, które odczuwalnie poprawiają komfort skóry, aplikowane na dzień nie wpływając przy tym jednak negatywnie na trwałość makijażu. Mimo uginających się od rozmaitych specyfików sklepowych i aptecznych półek (a także pękającej w szwach oferty internetowej, a jakże), zwykle nie jest mi jednak łatwo znaleźć krem, który spełniałby wszystkie te wymagania. A to za słabe działanie, a to jakiś drażniący składnik, a to wygórowana cena. Na pewno wiecie, jak to jest. Tylko w ostatnim czasie trafiłam na dwa kremy pod oczy, które z różnych względów nie przypadły mi do gustu, tym większym odkryciem okazał się więc dla mnie Riche Creme od Yves Rocher. Nareszcie krem, o jaki mi chodziło!




Krem pod oczy o działaniu przeciwzmarszczkowym to kosmetyk idealny dla suchej, dojrzałej cery. Lekka, świeża konsystencja zapewnia błyskawiczne wchłanianie się kosmetyku w delikatną skórę. Krem odmładza spojrzenie, wygładzając skórę wokół oczu, głęboko odżywia i regeneruje naskórek. Skóra jest gładsza, bardziej napięta i mocniejsza, a zmarszczki płytsze. Zawiera 30 drogocennych olejków roślinnych:
  • 10 olejków bogatych w nienasycone kwasy tłuszczowe pomocnych w regeneracji skóry: ze słonecznika, kukurydzy, krokosza, lnianki, róży muscat, winogron, brzoskwini, orzecha włoskiego, moreli, wiesiołka;
  • 10 olejków bogatych w witaminę A i E oraz składniki niezbędne do ochrony skóry przed starzeniem: palmowy, rzepakowy, kokosowy, pistacjowy, z orzecha laskowego, awokado, bawełny, orzecha nerkowca, ryżu, pszenicy;
  • 10 olejków bogatych w skwalen, woski i sterole nadające skórze miękkość: z makadamii, oliwek, arganowy, z owoców Gevuina avellanami, z rośliny limnanthes, z jojoby, rycynowy, z andiroby, kamelii, mango.
Regularna cena: 92 zł za 15 ml (warto czekać na promocje, które w Yves Rocher są częste i bardzo atrakcyjne).




Za co pokochałam Riche Creme? Za zgodną z nazwą, bogatą, silnie pielęgnującą formułę (w składzie aż 30 różnych olejków, rewelacja!), otulającą niczym dobroczynny kompres, za odczuwalną poprawę nawilżenia, wygładzenia i elastyczności skóry wokół oczu, za szybką redukcję opuchnięć i za doskonałe spisywanie się w roli bazy dla korektora pod oczy. Wydajność też zrobiła na mnie wrażenie, słoiczek jest niby niewielki (15 ml), jednak do jednorazowej aplikacji wystarcza tak mała ilość kremu, że ubywa go naprawdę powoli. Uważam zresztą, że to właśnie umiar stanowi o jego wyjątkowości. Podrażnił mnie tylko jeden jedyny raz, właśnie wtedy, gdy przedobrzyłam, nakładając go grubą warstwą. Olejki zaczęły migrować, dostając się do oczu i powodując łzawienie. To doświadczenie nauczyło mnie dozować go oszczędnie, potwierdzając starą prawdę, że co za dużo, to niezdrowo.

Jaki jest Riche Creme? Bogaty, skoncentrowany i skuteczny. Uwielbiam! Miałyście z nim do czynienia? Co o nim myślicie? A może to inny krem pod oczy według Was nie ma sobie równych? Ciekawa jestem, co stosujecie, dajcie znać. Zdradźcie też oczywiście, jakich kosmetycznych odkryć dokonałyście w marcu, umieram z ciekawości. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 3 lutego 2014

Zbawienie dla cery tłustej, czyli odkrycie stycznia


Zanim przejdę do meritum i skupię się na temacie dzisiejszego posta, chciałabym zwrócić Waszą uwagę na nowy adres No to pięknie! Od dziś blog cieszy się własną domeną, no-to-pieknie.pl. Ponadto, jak już pewnie zauważyłyście, nieco odświeżony i uproszczony został jego szablon. Zmiany są pozornie niewielkie, ale dzięki nim całość prezentuje się o wiele, wiele lepiej. Mam nadzieję, że się Wam podoba! Mnie podoba się bardzo i jeszcze raz z tego miejsca dziękuję mojemu bratu, który pomógł mi to wszystko ogarnąć :*

Ale wracam już do sedna. Odkrycie stycznia! Najnowsza seria Sebo Vegatal od Yves Rocher, a dokładnie serum zwężające pory i maseczka oczyszczająca, zbawienie dla cery tłustej.






Naukowcy Yves Rocher odkryli puder z korzenia Tarczycy Bajkalskiej, silnie oczyszczające źródło, które sprawia, że skóra mieszana/tłusta jest jednolita i idealnie zmatowiona. Uwolniona w ten sposób od nadmiaru sebum skóra, oddycha na nowo.Długotrwale oczyszczona, pozostaje piękna i świeża przez cały dzień. Prawdziwe źródło oczyszczania, puder bajkalski pochodzi z roślinnych upraw. Pozyskiwany w naturalnym procesie z korzenia tarczycy bajkalskiej, wykorzystywany w tradycyjny sposób ze względu na swoje właściwości regulujące. Wiedza w zakresie upraw gwarantuje miejsce pochodzenia i optymalną jakość naszego składnika aktywnego, aby skutecznie oczyszczał skórę mieszaną/tłustą.

Serum zwężające pory: 72 zł / 30 ml

Maseczka oczyszczająca: 39 zł / 75 ml



Od kilku tygodni stosuję kilka produktów tej serii, ale to właśnie serum i maseczka zrobiły na mnie największe wrażenie. Dawno nie miałam do czynienia z tak skutecznymi kosmetykami do cery tłustej.

O ile krem Sebo Vegetal okazał się za słaby dla mojej trzydziestoczteroletniej cery, tak serum  ---> KLIK wspaniale sprawdziło się w roli codziennego smarowidła, zarówno na dzień, jak i na noc. Momentalnie matowi skórę, pięknie ją wygładza, stanowiąc świetną bazę pod makijaż. Trzeba jedynie uważać, żeby nie przesadzić z aplikowaną ilością, bo wtedy może pojawić się problem z rolowaniem się nadmiaru pod palcami. Poza tym same plusy! Długotrwale zmatowiona i gładka cera, o naprawdę wyrównanej fakturze! Pory wizualnie się zmniejszają, na tę chwilę trudno mi tylko ocenić, czy preparat jest w stanie realnie je zwęzić. W każdym razie makijaż na twarzy przygotowanej tym serum wygląda bardzo dobrze. Powinny zainteresować się nim dziewczyny preferujące podkłady mineralne, które na gładką skórę zawsze nakładają się najłatwiej. 

Oczywiście na wygładzeniu cery na noc aż tak bardzo mi nie zależy, ale stosuję serum także wieczorem ze względu na składniki pomagające walczyć z niedoskonałościami skóry. Oprócz matującego pudru bajkalskiego serum zawiera też bowiem rozjaśniający i nawilżający kwas jabłkowy oraz zwalczający wypryski kwas salicylowy. Rano twarz jest po prostu w dobrej kondycji, bez zaognionych stanów zapalnych. Dla mnie bomba!


Jeśli chodzi o maseczkę ---> KLIK, to polubiłam ją od pierwszego użycia. Ma konsystencję typową dla glinek, zwartą i dość gęstą, ale rozprowadza się po skórze bardzo łatwo i miękko. Nie zasycha na totalną skorupę, dzięki czemu jest dość komfortowa, zwłaszcza że wystarczy trzymać ją na twarzy zaledwie pięć minut, to naprawdę krótko jak na maseczkę tego typu. Jej głównym składnikiem jest kaolin, czyli glinka biała wykazująca działanie ściągające, zabliźniające, no i oczywiście oczyszczające. Glinka biała jest łagodna, dzięki czemu może z powodzeniem być stosowana nawet przez osoby o skórze wrażliwej czy zmaltretowanej rozmaitymi kuracjami przeciwtrądzikowymi, na pewno nie przesuszy ani nie podrażni. 

Osobiście uwielbiam maseczki glinkowe, właśnie takie stosuję najczęściej, zwykle samodzielnie je sobie przygotowując. Yves Rocher proponuje gotowy produkt i muszę przyznać, że jest to naprawdę wygodne. Żadnego odmierzania, żadnego mieszania, po prostu gotowa maseczka, zawsze pod ręką. I skóra jak nowa w zaledwie kilka minut!


Gorąco Wam te dwa produkty polecam, działają! Na pewno zostaną ze mną na dłużej.


Napiszcie, co ciekawego wpadło Wam w ręce w styczniu. No i oczywiście dajcie znać, jak podoba Wam się nowa odsłona No to pięknie!


Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 20 stycznia 2014

O włosach raz jeszcze, czyli program wygładzający Yves Rocher Lissage


Wiem, okropna jestem ostatnio, pojawiam się i znikam, pojawiam się i znikam. Moja niedyspozycja na szczęście powoli przechodzi do przeszłości, także mam nadzieję, że znowu zacznę pisać regularnie.

Dziś chciałabym pozostać przy temacie pielęgnacji włosów i zaprosić Was na zapowiadaną recenzję programu wygładzającego Lissage Ives Rocher z wyciągiem z ziaren gombo. W skład serii wchodzi szampon, odżywka oraz serum.






Twoje włosy nie układają się i puszą? Zastosuj program wygładzający z wyciągiem z ziaren gombo, dzięki któremu Twoje włosy będą odżywione i będą się łatwiej rozczesywać i układać. 

Ziarna gombo pochodzą najczęściej z Afryki. Gombo to owoc bogaty w antyoksydanty i witaminy, bardzo znany zwłaszcza jako składnik kulinarny. Ma również właściwości kosmetyczne skutecznie wpływające na włosy: wygładza ich włókna.

Szampon: 300 ml / 14,90 zł
Odżywka: 150 ml / 11,90 zł
Serum: 100 ml / 27,90 zł


Po zachwycie, w jaki wprawił mnie program odbudowujący z olejkiem jojoba, wygładzającemu łatwo nie było. Oczekiwania miałam naprawdę spore i niestety serii Lissage nie udało się im sprostać. Nie mogę zarzucić jej niczego konkretnego, po prostu nic szczególnego w moim odczuciu jej nie wyróżnia. Przeciętny szampon, przeciętna odżywka, przeciętne serum. Kosmetyki łagodne, przyjemne w stosowaniu, jednak nie dające satysfakcjonujących mnie efektów. Moje długie, proste, ciężkie włosy zwykle dość dobrze poddają się wygładzaniu, jednak w tym przypadku nie zauważyłam, żeby na pielęgnację Yves Rocher reagowały w oczekiwany sposób. Owszem, były doczyszczone, miękkie i łatwo się rozczesywały, ale to wszystko.

Gdybym miała wskazać najmocniejszy punkt tej serii, postawiłabym na serum, które jako jedyne "coś robi". Na początku kompletnie nie przypadło mi do gustu, bo ma postać dość gęstej emulsji aplikowanej na mokre włosy na zasadzie odżywki bez spłukiwania, do czego nie mogłam się przekonać, przyzwyczajona do tradycyjnych form tego typu kosmetyków, nakładanych na wysuszone już włosy w ostatnim kroku rutynowej pielęgnacji. Po pierwszych oporach jakoś się przełamałam i do dziś z powodzeniem tę emulsję stosuję. Muszę przyznać, że jest wyjątkowo wydajna (w przeciwieństwie do odżywki, która nie dość, że znika z prędkością światła, to ma jakąś taką nieprzyjemną dla mnie tępą formułę), trzy, cztery pompki wystarczają, żeby równomiernie ją rozprowadzić. Myślę jednak, że ze względu na swoją postać nie sprawdzi się przy włosach cienkich i delikatnych, a także bardzo krótkich, istnieje duże ryzyko, że zamiast subtelnego dociążenia, osiągnęłybyście efekt włosów przeciążonych i oklapniętych. A tego na pewno żadna z Was nie chce!

Osobiście do programu wygładzającego Yves Rocher nie zamierzam wracać, nie odpowiada potrzebom moich włosów. Krzywdy im nie robi, ale przełomem w ich pielęgnacji też nie jest. Niewykluczone jednak, że sięgnę po inne serie, zwłaszcza że dla produktów Yves Rocher mam spory kredyt zaufania. Póki co mam jednak dosyć eksperymentów i chcę jak najszybciej wrócić do mojej ulubionej w zeszłym roku odżywki odbudowującej z olejkiem jojoba ---> KLIK. Szkoda tylko, że w moim lokalnym salonie ostatnio ciągle jest wykupiona.


Miałyście do czynienia z którymś z Lissage? Co myślicie o tych kosmetykach? Zdradźcie przy okazji, jakie są Wasze ulubione serie pielęgnacyjne do włosów z Yves Rocher, ciekawa jestem, co się u Was sprawdza.


Na dziś to wszystko, następnym razem znowu o paznokciach!

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 16 stycznia 2014

Przywracając proporcje, czyli pielęgnacja włosów z Yves Rocher


No to pięknie! w sposób niezamierzony zdominował ostatnio temat paznokci, najwyższa pora przywrócić rozsądne proporcje i napisać w końcu o czymś innym. Co powiecie na pielęgnację włosów? Chciałabym opowiedzieć Wam o dwóch produktach Yves Rocher, olejku odbudowującym i płukance octowej z malin.






OLEJEK ODBUDOWUJĄCY

Olejek do włosów o bogatej i przyjemnej konsystencji, która nie skleja i nie przetłuszcza włosów. Wzbogacony o olejek jojoba o właściwościach filmogennych i zapobiegających odwadnianiu, pozwalających przeciwdziałać czynnikom zewnętrznym. Włosy są nie tylko chronione, ale także odżywione.

Skład: Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Ethylhexyl Cocoate, Brassica Campestris (Rapeseed) Seed Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Borago Officinalis Seed Oil, Orbignywa Oleifera Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Parfum/ Fragrance, Tocopherol, Oleth-10.

Cena: 27,90 zł / 150 ml


PŁUKANKA OCTOWA Z MALIN

Powrót do tradycyjnych metod pielęgnacji – płukanka octowa wydobywa naturalny połysk włosów, które lśnią nowym pięknem. Apetyczny owocowy zapach sprawia, że stosowanie płukanki staje się czystą przyjemnością. Ze względu na swoją kwasowość, ekologiczny ocet winny z malin znany jest ze swych właściwości wygładzających i usuwających kamień osadzony na włosach. Te właściwości wpływają na przywrócenie włosom blasku.

Skład: aqua, acetum (vinegar), parfum, palmitamidopropyltrimonium chloride, caprylyl/capryl glucoside, propylene glycol, saliculic acid, aroma (flavor), cetrimonium chloride, alcohol, citric acid, CI 14700 (red 4), CI 17200 (red 33), CI 42090 (blue 1).

Cena: 24,90 zł / 150 ml



O ile płukanka octowa jest hitem sprzedaży Yves Rocher i na pewno dobrze ją znacie, o tyle olejek odbudowujący ---> KLIK najprawdopodobniej jest dla Was jakimś znakiem zapytania. Jak dotąd, nie udało mu się zdobyć w blogosferze jakiejś oszałamiającej popularności. Być może dlatego, że efekty działania płukanki widoczne są gołym okiem już od pierwszego użycia i łatwo się nimi zachwycać, natomiast kuracja olejkiem wymaga czasu i cierpliwości.

Dałam mu czas, byłam cierpliwa, ale wszystko wskazuje na to, że ja również zachwycać się tym olejkiem nie będę. Na moje włosy najwyraźniej nie ma spektakularnego działania, mimo wiele obiecującego, bogatego składu (receptura to tak naprawdę mieszanka wielu różnych olejów). Początkowo stosowałam go zgodnie z zaleceniami producenta, czyli nakładając na 10 minut przed myciem głowy, ale nie zdało to egzaminu, bo kondycji moich włosów nie poprawiało ani odrobinę, a jedynie kradło czas, przedłużając poranne zabiegi pielęgnacyjne. Później aplikowałam go na całą noc, ale po jakimś czasie także zrezygnowałam, bo zauważyłam, że zamiast odżywiać, paradoksalnie włosy z lekka mi przesusza. Nie wiem, jak to możliwe, ale tak właśnie było. Ostateczne stosuję go jako olejek zabezpieczający końcówki i w tej roli spisuje się nieźle. Nie jest zbyt ciężki, nakładany oszczędnie nie przetłuszcza włosów, no i przepięknie pachnie, za co mam dla niego chyba najwięcej sympatii. Ale zużywać będę go w ten sposób chyba kilka lat, zwłaszcza że nie sięgam po niego codziennie ...

Podsumowując, wielkiej miłości z tego nie ma, w przypadku moich włosów się nie sprawdził, ale wiecie jak to jest, każde włosy mają inne potrzeby i czasem długo trzeba się naszukać, żeby dobrać olej, który im służy. Ja już dawno się połapałam, że jakich bym olejowych eksperymentów nie robiła, to i tak zawsze wracam z podkulonym ogonem do oleju kokosowego.


O płukance octowej z malin ---> KLIK mogę wypowiadać się natomiast wyłącznie w superlatywach. Ten produkt jest genialny! Nie dziwi mnie fala zachwytów na jego temat, płukanka po prostu działa. Pewnie wiecie, na jakiej zasadzie? Ocet domyka łuski włosów, dzięki czemu stają się gładkie i lśniące, łatwiej poddają się też rozczesywaniu. Regularne stosowanie podobno podtrzymuje na dłużej ten jakże pożądany efekt. Niektórzy twierdzą, że spowalnia też przetłuszczanie się włosów.

Ja sięgam po tę płukankę za każdym razem, kiedy szczególnie zależy mi na wyglądzie (jakiś czas temu kupiłam drugą buteleczkę, pierwszą dostałam w prezencie od marki). To tylko jeden dodatkowy nieskomplikowany krok w zabiegach "okołowłosowych", a naprawdę robi różnicę. Widoczną. I pachnącą :D Nie obawiajcie się, płukanka pozbawiona jest nieprzyjemnej, kwaśnej octowej nuty, zniewalająco pachnie malinami! Miła odmiana po podobnym produkcie z Marion, którego zapachu znieść nie mogłam.

Przyczepię się jedynie do wydajności tej płukanki, buteleczka kosztująca w cenie regularnej 25 zł mieści raptem 150 ml płynu, co przy moich długich włosach starcza na zaledwie kilka zastosowań. Czyni to z tego zabiegu przyjemność dość kosztowną. Ale i tak Wam tę płukankę polecam! Sprawdźcie sobie przy okazji, jakich cudów dokona z Waszymi włosami. No chyba że już ją znacie, co w sumie jest bardzo możliwe.


Jeśli chodzi o Yves Rocher i ich produkty do włosów, za jakiś czas zaproszę Was jeszcze na obszerną recenzję linii wygładzającej, w skład której wchodzi szampon, odżywka oraz serum. Tymczasem dziś napomknę tylko o gorącej nowości marki, która niedawno do mnie trafiła, czyli serii Sebo Vegetal, na którą składa się płyn micelarny, krem-żel przeciw niedoskonałościom, maseczka oczyszczająca oraz serum zwężające pory.







Co prawda moja współpraca z Yves Rocher jakiś czas temu dobiegła końca i ta przesyłka dotarła do mnie przez nieporozumienie, ale produkty Sebo Vegetal zainteresowały mnie na tyle, że mimo wszystko postanowiłam podjąć się testów. Dajcie mi kilka tygodni i wyglądajcie recenzji! A serii Sebo Vegetal szukajcie w sklepach marki już w lutym.


To tak tytułem dygresji, wracam jednak do clou posta. Miałyście do czynienia z opisanymi dziś przeze mnie kosmetykami? Służą Waszym włosom? Czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.




czwartek, 31 października 2013

Zawiedzione nadzieje, czyli wpadki Yves Rocher

Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce! Nie wiem, czy to ta załamująca się właśnie pogoda, czy po prostu jakiś niczym nieuzasadniony spadek formy, ale fakt jest faktem, że coś jest na rzeczy i trudno mi się zabrać do pisania. Już przedwczoraj marudziłam Wam za FB, co zresztą cierpliwie zniosłyście, podnosząc mnie przy tym na duchu (dziękuję! :*). Na tyle zresztą skutecznie, że postanowiłam przełamać tę falę lenistwa i jednak coś napisać. A że w nastroju nadal jestem podłym, to wybaczcie, ale poruszę temat, przy którym będę sobie mogła trochę ponarzekać ;)))

Mimo całej mojej sympatii dla marki Yves Rocher, której kosmetyki przeważnie dobrze mi służą ---> KLIK, nie mogę przemilczeć wpadek, które wśród jej asortymentu również się zdarzają. W ostatnim czasie miałam do czynienia z dwoma takimi produktami, których działanie i właściwości nie do końca mnie satysfakcjonowały. Mowa o nawilżającym płynie micelarnym Hydra Vegetal oraz wodoodpornych cieniach do powiek w kremie. Nie są to rzeczy z gruntu złe, ale przyzwyczajona do wysokiej jakości kosmetyków Yves Rocher, spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Cóż, zawiedzione nadzieje ...



Na pierwszy ogień idzie płyn micelarny ---> KLIK, bo to do niego mam największe zastrzeżenia. Owszem, jest wyjątkowo łagodny, ale co z tego, skoro kompletnie nie radzi sobie ze swoją podstawową funkcją, czyli demakijażem!






Płyn micelarny usuwa makijaż i zanieczyszczenia jednym gestem i jednocześnie jest delikatny dla skóry. Pozostawia skórę czystą, świeżą, stonizowaną i intensywnie nawilżoną. Jego lekka konsystencja daje natychmiastowe uczucie świeżości. Przystosowany do skóry normalnej, mieszanej i odwodnionej.

Zalety produktu:
● Jednym gestem usuwa makijaż i zanieczyszczenia. 
● Pozostawia skórę czystą, świeżą i stonizowaną. 
● Skóra jest nawilżona.
● Przystosowany do skóry normalnej, mieszanej i odwodnionej.

Składniki aktywne:
Sok z klonu z Kanady (Quebec) i niebieska agawa z Meksyku mają właściwości zatrzymujące wodę w skórze, tworząc w jej głębszych warstwach prawdziwy rezerwuar wody, intensywnie, dogłębnie i długotrwale ją nawilżając. Dogłębnie nawilżona skóra jest bardziej elastyczna i wyraźnie piękniejsza. 

Dodatkowy składnik aktywny:
Woda z hamamelisu bio o właściwościach łagodzących.

Cena: 34 zł / 200 ml



Czy to zbyt wygórowane oczekiwanie, żeby płyn micelarny usunął tusz do rzęs? Zwykły, wcale nie wodoodporny? Nie sądzę. A jednak Hydra Vegetal nie daje sobie z tym rady. Demakijaż jednym gestem, jak obiecuje producent? Dobre sobie. Ten płyn jest po prostu słaby. Nie usuwa makijażu, tylko go rozmazuje, niemiłosiernie brudząc skórę wokół oczu. Co oczywiście skutkuje tym, że choć micel sam w sobie jest łagodny i nie podrażnia oczu (tutaj mimo wszystko ogromny plus!), proces demakijażu do przyjemnych nie należy. Ani do ekonomicznych, bo wymaga wielu poprawek i fury wacików kosmetycznych.

Początkowo myślałam, że to wina mojego tuszu, ale próby z innymi maskarami szybko udowodniły, że wina leży po stronie Hydra Vegetal. Trzeba mu jednak przyznać, że z ostatnim krokiem oczyszczania, czyli tonizowaniem skóry, radzi sobie naprawdę dobrze, także z tej akurat obietnicy się wywiązuje. Delikatnie odpręża i koi, nie ściąga cery i nie oblepia jej. Świetnie, no ale to chyba nie o to chodzi, prawda? Gdybym chciała tonik, kupiłabym tonik. Chciałam płyn micelarny do demakijażu i klapa.


Co do wodoodpornych cieni w kremie ---> KLIK, mam mieszane uczucia. Z jednej strony piękne kolory i fantastyczna trwałość, z drugiej jednak kłopoty z aplikacją ...






Odkryj cień do powiek, który będzie odporny nawet na Twój najdłuższy dzień. Poznaj jego niezwykłą trwałość 12 h. Wodoodporny krem nie poddaje się upływowi czasu i pozostaje tak samo błyszczący po wielu godzinach. Nawet podczas upału, jego kremowa konsystencja o błyszczącym wykończeniu daje wyjątkowy komfort i idealnie komponuje się ze skórą. 
Delikatna dla oczu formuła, bogata w wyciąg z kasztanowca indyjskiego o właściwościach rozświetlających, przyciąga światło, aby uzyskać więcej blasku.

Produkt dostępny w 9 odcieniach, od nude do intensywnej śliwki, w zależności od twojego nastroju i karnacji.

Zalety produktu:
● Mimo upływu czasu kolor pozostaje błyszczący.
● Wodoodporny.
● Trwałość do 12h.
● Odporność na wodę i upał.
● Idealnie komponuje się ze skórą.
● Kremowa Konsystencja gwarantuje komfort nawet podczas upałów.

Cena: 46 zł / 7 ml



W palecie znajduje się 9 odcieni, z których ja mam trzy: bladoróżowy Mauve (02), ciemnofioletowy Prune (09) i turkusowy Turquoise (06). Wszystkie trzy są nasycone i mają połyskliwe, metaliczne wykończenie. Rzeczywiście są nie do zdarcia, nałożone rano, trwają na powiekach cały dzień. 

Można by zapytać, o co ci chodzi, kobieto? Otóż o to, że kiepsko się z nimi współpracuje. To są cienie w kremie, aplikowane za pomocą gąbeczki, jak błyszczyk. Nałożone na skórę, momentalnie zasychają, ciężko je rozetrzeć. Owszem, na całą powiekę w kilku szybkich ruchach można je wklepać (niekoniecznie równomiernie ...), ale o ile wygląda to dobrze przy niewymagającym precyzji najjaśniejszym odcieniu, tak przy ciemniejszych naprawdę jest już to kłopotliwe. O łączeniu kolorów nawet nie wspominam, trzeba radzić sobie palcem, pędzelki nie zdają egzaminu. Także o żadnych wyszukanych makijażach nie ma mowy. Pewnie można by potraktować je jako podbijającą kolory bazę dla innych cieni, ale szczerze mówiąc za 46 zł, które trzeba dać w regularnej cenie za jeden cień z tej serii, wolałabym nie musieć szukać dla nich alternatywnego zastosowania. Także pomimo kilku niezaprzeczalnych zalet, cieniom w kremie ostatecznie też mówię nie.

Jeśli mimo moich zastrzeżeń miałybyście na te cienie ochotę, z chęcią je oddam. Wyślę je pierwszej osobie, która zgłosi się w komentarzu.


Ciekawa jestem, czy miałyście do czynienia z tymi produktami i co o nich myślicie. Może jestem odosobniona w swojej pełnej rozczarowania opinii? Dajcie znać. 


Tak czy inaczej honoru Yves Rocher będę bronić w następnym wpisie o tej marce, bo płukanka octowa, która wyląduje na tapecie, zasługuje dla odmiany wyłącznie na pochwały. Ale to innym razem.


Tymczasem całuję,
w nieco lepszym humorze,
Cammie.



Ostatnia szansa na piękne, długie rzęsy!
Zapraszam do udziału w rozdaniu!



wtorek, 10 września 2013

Mały, ale byk, czyli radosny róż nie do zdarcia

Jednogłośnie zdecydowałyście wczoraj, że dziś chcecie zobaczyć lakier, a Wasze życzenie jest dla mnie rozkazem. Z przyjemnością zapraszam więc na recenzję nowości od Yves Rocher, Rose joyeux, czyli Radosnego różu, jednego z odcieni limitowanej edycji It colors. Z przyjemnością, bo lakier choć malutki, okazał się wielki!


Buteleczka jest wyjątkowo mała, mieści raptem 3 ml lakieru. Dla porównania, O.P.I., Essie czy Inglot to 15 ml, Essence czy Catrice to 10 ml, co powinno dać Wam obraz, jak niewielkich gabarytów jest to maleństwo.






Sam kolor nie jest oryginalny, to po prostu mocny, nasycony róż, dość trafnie nazwany "radosnym". Ale w sumie nie ma w nim nic wyjątkowego, bez problemu można znaleźć podobne odcienie u konkurencji. Trudno jednak znaleźć u konkurencji lakier, który byłby równie trwały. Na zdjęciu widzicie pięciodniowe mani! W zasadzie oprócz delikatnych otarć na końcówkach nic mu nie dolega, ciągle wygląda dobrze i dziś, szóstego dnia, nadal go nosiłam. Zmyłam dosłownie przed chwilą.






1. Cena - 0 (niby tylko 9,9 zł, ale płacimy tyle za zaledwie 3 ml, co sprawia, że lakier do tanich wcale nie należy).
2. Dostępność - 0 (na tę chwilę serię dostać można w salonach YR i w sklepie internetowym KLIK, ale trzeba wziąć pod uwagę, że to edycja limitowana, która za jakiś czas zniknie z oferty).
3. Kolor - 1 (co prawda nie oryginalny, ale bardzo ładny, nasycony i energetyczny).
4. Aplikacja - 1 (bardzo łatwa, lakier ma doskonałą konsystencję, nie za gęstą, nie za rzadką).
5. Pędzelek - 0 (z racji rozmiarów butelki, pędzelek jest malutki i nieporęczny, zachwycone za to powinny być osoby z bardzo drobnymi paznokciami).
6. Krycie - 1 (doskonałe, na upartego wystarczy jedna warstwa, choć druga oczywiście pogłębia kolor).
7. Wysychanie - 1 (szybkie, nieuciążliwe).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Golden Rose All in One. Golden Rose Gel Look Top Coat) - 1 (bezproblemowa).
9. Trwałość - 1 (genialna!).
10. Zmywanie - 1 (łatwe).


Moja ocena: 7/10.



To prawda, pomimo pozornie niskiej ceny lakier jest drogi, ma też maleńki nieporęczny pędzelek, ale trwałość rekompensuje wiele. Aż dziwne, że w takim niepozornym maleństwie kryje się taka moc. Owszem, użyłam topu, no ale przecież zawsze go używam i inne lakiery w porównaniu z It colors nie wypadają tak dobrze, rzadko kiedy stan mani po sześciu dniach jest akceptowalny, jak w tym przypadku. Jeśli o to chodzi, dla mnie bomba!

W linii It colors dostępnych jest sześć odcieni, Radosny róż, który Wam pokazałam, Nasycona czerwień, Szlachetny fiołek, Morski turkus, Promienny żółty i Szykowny błękit. Nie jest ich wiele, ale są na tyle różnorodne, że i tak jest z czego wybierać. Nawet ta mała pojemność dla niektórych może być atutem, o ile paznokcie maluje się rzadko lub wręcz przeciwnie, bardzo często, non stop zmieniając kolory. 

Oceniam, że te 3 ml wystarczą na jakieś pięć dwuwarstwowych aplikacji. Ja jednak wolę chyba większe pojemności i naprawdę nie wiem, czy byłabym skłonna skusić się na więcej tych lakierów, mimo wszystkich swoich zachwytów nad ich trwałością. Biję się z myślami nie tylko ze względu na cenę, po prostu żaden z pozostałych odcieni nie porwał mnie na tyle, żebym musiała go mieć. Może gdyby gama była szersza i oferowała jakieś bardziej oryginalne, niepowtarzalne kolory? 


Co myślicie o takich małych pojemnościach? Fajne rozwiązanie, czy niekoniecznie? 


W następnym lakierowym poście pokażę Wam już konkretne, pojemne butle. Świat się kończy, zachciało mi się niebieskości :DDD Ale póki co, ciiiiii ... Uchylę tylko rąbka tajemnicy.







Tymczasem całuję,
Cammie.





poniedziałek, 9 września 2013

Yves Rocher Volume Vertige, czyli kto pomaluje rzęsy na granatowo?

Halo, halo! Czy jest tu Kamiluśka? Właśnie do Ciebie trafia najnowszy tusz Yves Rocher, granatowy Volume Vertige



(Zdjęcie: Yves Rocher)




Kamiluśka, gratuluję! Podeślij mi, proszę, dane adresowe.


Na dziś to tyle, chciałam tylko ogłosić wyniki rozdania. A jutro o czym chcecie poczytać? O różowym lakierze do paznokci Yves Rocher czy o Dream Pure BB Maybelline? Dajcie znać!


Buziaki,
Cammie.





czwartek, 5 września 2013

Nowości z Yves Rocher, czyli coś dla mnie i coś dla Was

Nie tak dawno recenzowałam dla Was produkty z letnich kolekcji limitowanych Yves Rocher [KLIK] i dostałam wtedy sporo sygnałów, że wyczekujecie już raczej nowości. Proszę bardzo, oto są! 






Z szerokiej gamy najnowszych propozycji marki wybrałam dla siebie kilka produktów, które zwróciły moją szczególną uwagę. Coś dla włosów, coś dla cery, coś dla paznokci i coś dla rzęs.



SZAMPON, ODŻYWKA I SERUM WYGŁADZAJĄCE DO WŁOSÓW LISSAGE

NAWILŻAJĄCY PŁYN MICELARNY HYDRA VEGETAL

LAKIER DO PAZNOKCI RADOSNY RÓŻ

TUSZ PODKRĘCAJĄCY RZĘSY VOLUME VERTIGE




(Zdjęcia: materiały promocyjne Yves Rocher)



Seria do włosów wzbudziła moją ogromną ciekawość, po zachwytach nad linią Brillance [KLIK] po prostu musiałam poznać ją bliżej. Płyny micelarne to dla mnie podstawa demakijażu, także na tę nowość też zdecydowałam się bez zastanowienia. Róż na paznokciach kocham, więc w tym przypadku wybór również był naturalny. Maskara skusiła mnie natomiast innowacyjną szczoteczką z dozownikiem tuszu. 


Jak się okazało, z tym tuszem to cała historia ... 






Chciałam czarny, ale jakiś chochlik sprawił, że dotarł do mnie brązowy ...






... a przynajmniej tak myślałam, bo po otwarciu okazało się, że nie jest ani czarny, ani brązowy, tylko  ... granatowy!






Cała ta sytuacja byłaby nawet zabawna, gdyby nie była tak niepokojąca. Niezły bałagan z tymi oznaczeniami ... Miałam ogromną ochotę sprawdzić, cóż to za innowacyjna formuła, byłam skłonna przetestować choćby i brąz, ale w tej sytuacji nic z tego nie będzie. Granat na rzęsach nie dla mnie! Mam jednak nadzieję, że wśród Was znajdą się jakieś miłośniczki granatowych rzęs.


Uwaga! Tusz został otwarty, ale jest nieużywany. Jeśli publicznie obserwujesz No to pięknie! i chcesz, by ta gorąca nowość Yves Rocher trafiła właśnie do Ciebie (więcej informacji na jej temat TUTAJ), wystarczy, że w komentarzu pod postem dokończysz zdanie: Granat na rzęsach to coś dla mnie, bo ... 

Zapraszam wszystkich do zabawy! Na Wasze odpowiedzi czekam do niedzieli (08.09.). W przyszłym tygodniu dowiecie się, kto już niebawem pomaluje rzęsy na granatowo :DDD


Tymczasem całuję,
Cammie.







czwartek, 29 sierpnia 2013

Pośpiech jest wskazany, czyli przegląd letnich propozycji Yves Rocher

Nie wiem, jak długo letnie kolekcje limitowane Yves Rocher będą jeszcze w sprzedaży, dlatego mimo że trafiły do mnie całkiem niedawno, z recenzją produktów Smoothie i Retropical nie zwlekam. Może się jeszcze komuś przyda.

Zacznę od szamponu - żelu pod prysznic Retropical [KLIK] i kremowego żelu pod prysznic i do kąpieli Smoothie Les Plaisirs Nature [KLIK].







ŻEL RETROPICAL

Czas na tropikalny prysznic! Odkryj zmysłowość i słoneczną świeżość, wzbogaconego o wodę z bławatka bio, żelu 2w1 do ciała i włosów. Daj się uwieść retropikalnej fuzji kwiatowych i owocowych nut (cytrusy, akord świeżych tropikalnych owoców), które każdej kąpieli będą Cię rozbudzać nostalgicznym zapachem wakacji.

Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Nie zawiera alkoholu etoksylowanego. Formuła łatwo biodegradowalna. Bez parabenów. pH neutralne dla skóry. Opakowanie nadaje się do recyklingu.

Cena: 8,90 zł za 200 ml


ŻEL SMOOTHIE

Odkryj apetyczną przyjemność smoothie zamkniętego w kremowym żelu pod prysznic o zapachu Owoców Leśnych. Daj się rozpieścić jego kremowej konsystencji i letnim zapachu. Ten delikatnie perfumowany żel zmienia się w lekką i puszystą pianę. Marka Yves Rocher wybrała Truskawkę, Malinę i Jeżynę i połączyła je w owocowym koktajlu zapachowym. Soczysta truskawka, słodka malina i kwaskowata jeżyna kojarzą się z latem i wakacjami.

pH neutralne dla skóry. Przyjemny zapach owoców leśnych. Kremowa konsystencja żelu, który zamienia się w lekka pianę. Składniki pochodzenia roślinnego: wyciąg z poziomek, malin i jeżyn, woda z hamamelisu z ekologicznych upraw, baza myjąca pochodzenia roślinnego. Nie zawiera parabenów. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Opakowanie nadaje się do recyklingu. Formuła łatwo ulega biodegradacji.

Cena: 15,90 zł za 400 ml / 6,90 zł za 50 ml



Pisałam Wam już, że przesyłka z tymi produktami była dla mnie niespodzianką, sama prawdopodobnie bym ich nie wybrała, jak dobrze wiecie, nie przepadam za żelami. Nic więc dziwnego, że nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia. To znaczy nie mogę im nic zarzucić, ale to po prostu nie jest to moja ulubiona formuła kosmetyków do mycia ciała, zdecydowanie wolę mydła. Jej zwolenniczki mogą się natomiast tymi żelami zainteresować.

Retropical ma ciekawy i zaskakująco złożony kwiatowy zapach, wyróżnia się też wydajnością, bo nawet najmniejsza ilość świetnie się pieni, dzięki czemu rzeczywiście daje sobie radę z myciem włosów. Nie mam co prawda przekonania do takich uniwersalnych kosmetyków do wszystkiego, ale przyznaję, że to doskonała opcja pozwalająca ograniczyć bagaż, jeśli gdzieś wyjeżdżamy. Na pewno trzeba też pochwalić opakowanie, którego stylistyka przyciąga oko kolorami i pięknymi tropikalnymi motywami. 

Pomimo wszelkich zalet Retropical, to żel Smoothie Owoce Leśne zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, głównie dlatego, że można stosować go jako płyn do kąpieli, co też czynię. Słodki, owocowy zapach uprzyjemnia relaks w wannie. Jako środek do mycia ciała jednak nie za bardzo mi odpowiada, bo z wielkiej butli z szerokim ujściem trudno go dozować w niewielkich ilościach. Do wanny tym samym wlać go jednak łatwo, a pianę w kąpieli daje obfitą i miękką. Można go polubić. 


Ostatnim limitowanym produktem, jaki do mnie trafił, jest woda toaletowa Mango / Marakuja z kolekcji Smoothie [KLIK].






Daj się uwieść apetycznej przyjemności smoothie zamkniętej w letniej wodzie toaletowej o zapachu Mango-Marakuja. Marka Yves Rocher wybrała Mango i Maracuję ze względu na ich letnie zapachy. Mango, owoc słodki i pełny słońca, doskonale łączy się z maracują o soczystym, słodkawo - kwaskowatym miąższu.

Składniki pochodzenia roślinnego: olejek z mango, olejek z marakui. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

Cena: 39,90 zł za 100 ml / 19,90 zł za 20 ml



Owocowe wody toaletowe Yves Rocher zdobyły sobie pewną popularność, są nieskomplikowane, ale przyjemne. W przypadku wersji Mango / Marakauja nie jest inaczej. Zapach jest bardzo ładny, letni, owocowy, słodki, ale nie duszący. Kompozycja oczywiście prosta, jednowymiarowa, jednak odświeżająca i miła dla nosa. Szkoda tylko, że tak nietrwała ... Kompletnie nie trzyma się skóry, jedynie na ubraniach pozostawiając po sobie nikły ślad. Nie spodziewam się cudów po wodzie toaletowej w tak niskiej cenie, ale życzyłabym sobie jednak większej mocy zapachu. Niestety, chcąc się nim otulić, trzeba go wielokrotnie reaplikować. W upalne letnie dni jest w tym może i jakaś korzyść, bo dobrze co jakiś czas się odświeżyć, ale na dłuższą metę to na pewno męczące. To raczej niezobowiązująca opcja dla niewymagających.


Widzicie wśród tych letnich limitowanych produktów coś dla siebie? Jeśli tak, to musicie się spieszyć. Lato ma się ku końcowi, pośpiech jest więc wskazany!


Buziaki,
Cammie.







niedziela, 11 sierpnia 2013

Niespodzianka, czyli letnie nowości Yves Rocher

Zoom na letnie nowości od Yves Rocher. Dotarły do mnie niespodziewanie, ale takie niespodzianki to mogłabym mieć codziennie :DDD



RETROPICAL
SZAMPON - ŻEL POD PRYSZNIC

oraz

LES PLAISIRS NATURE
KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC I DO KĄPIELI
OWOCE LEŚNE
(EDYCJA LIMITOWANA SMOOTHIE)






WODA TOALETOWA
MANGO / MARAKUJA
(EDYCJA LIMITOWANA SMOOTHIE)






WODOODPORNE CIENIE W KREMIE
STALOWY RÓŻ
ŚLIWKA
(TURKUS, którego nie ma na zdjęciu, niebawem trafi do kogoś z Was!)






Ciekawa jestem zwłaszcza Smoothie, typowo wakacyjnej edycji limitowanej. Powinna zainteresować każdego, kto kocha owoce! Szczegółów szukajcie TUTAJ


A Wam co wpadło w oko? 


Spokojnego wieczoru,
buziaki,
Cammie.




poniedziałek, 8 lipca 2013

Moja lwia zmarszczka, czyli czas robi swoje

Patrzę dziś w lustro i oczom nie wierzę, nowa zmarszczka! Tak znikąd, z dnia na dzień wylazła, przecinając lwim grymasem moje gładkie dotąd czoło. Franca jedna! :DDD Ehhh, życie. Filtry, kremy, maski, a czas i tak robi swoje ... Pozostaje tylko wierzyć, że bez tych wszystkich mazideł byłoby gorzej.

Zmarszczki same w sobie nie są złe, mówią coś o nas, dodają nam charakteru, są śladami po naszych emocjach. Nienaturalnie wyprasowane, naciągnięte twarze są pozbawione wszelkiego wyrazu i wyglądają raczej dziwnie niż pięknie. No ale tak już jesteśmy, my kobiety, skonstruowane, że staramy się oszukać czas i zachować gładką cerę jak najdłużej.

Wybaczcie mi ten przydługi wstęp. Zmarszczka nie pierwsza i na pewno nie ostatnia, ale nad moim kremem przeciwzmarszczkowym to chyba w tym miejscu wypada się pochylić, co? :DDD


Po ponad trzech miesiącach pielęgnacji opartej na Yves Rocher Serum Vegetal 3, kremie przeciwzmarszczkowym przywracającym blask, chciałabym Wam w końcu coś o nim napisać. Wspomnę też o Sebo Specific Ultra Mat, kremie nawilżająco - matującym, który jednak zupełnie się u mnie nie sprawdził i nie zagrzał tym samym przy mnie miejsca na dłużej.






Serum Vegetal 3 krem przeciwzmarszczkowy przywracający blask na dzień

Krem przeciwzmarszczkowy na dzień odbudowuje spójność skóry, już pod zastosowaniu skóra jest wygładzona i promienna. Znacznie zmniejsza głębokość zmarszczek i przywraca skórze blask, chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi dzięki Mangiferynie (wyciąg roślinny chroniący skórę, opatentowany przez Laboratoria Yves Rocher). Delikatna, nawilżająca konsystencja zapewnia aksamitne wykończenie. Każdego ranka zmarszczki są coraz bardziej wygładzone. Skóra jest promienna i pełna blasku przez długi czas.

Składniki pochodzenia roślinnego: woda z bławatka, oligosacharydy z jabłka, wyciąg z aphoii, masło karite bio, wosk carnauba. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

Cena: 89 zł / 50 ml


Sebo Specific Ultra Mat krem nawilżająco - matujący na dzień

Krem o żelowo - kremowej konsystencji, który nawilża i matuje, zapewniając komfort skóry przez cały dzień.

Cena: 39 / 50 ml



Teoretycznie oba kremy wydawały się doskonale dobrane do potrzeb mojej przetłuszczającej się, skłonnej do odwodnienia i coraz dojrzalszej cery, ale w praktyce okazało się, że jedynie Serum Vegetal 3 mi służy, Sebo Specific Ultra Mat okazał się niestety zdecydowanie za słaby. Sam w sobie całkiem dobry, lekki, łagodnie pielęgnujący i świetnie nadający się pod makijaż, nie sprawdził się w starciu z moimi nieco już wygórowanymi wymaganiami (powtórzyła się historia podobnego kremu z TBS ---> KLIK). Jeszcze kilka lat temu pewnie byłabym nim zachwycona, dziś potrzebuję po prostu czegoś mocniejszego. Nie krytykuję tego kremu, polecam go po prostu młodszym osobom. 

A Serum Vegetal 3? Mam do niego pewne niewielkie zastrzeżenia, ale generalnie bardzo go polubiłam. Bogaty, treściwy, przyjemnie otula twarz łagodząc wszelkie podrażnienia, odczuwalnie nawilżając, a przy tym nie obciążając cery i nie przykrywając jej tłustą warstwą. Owszem, krem pozostawia film, ale zupełnie nietłusty, tylko taki miękki, ochronny, bardzo przyjemny. Zmarszczek oczywiście nie spłyca, nie liczę na to, że jakikolwiek krem jest w stanie wyraźnie to zrobić, ale rzeczywiście wygładza skórę, pozostawiając ją odprężoną i gładką. Za to duży plus. Gorzej, że nie dopatrzyłam się też obiecywanego blasku, a w tym punkcie już akurat miałam pewne nadzieje i oczekiwania. Serum Vegetal 3 nie daje ani rozświetlenia natychmiastowego (charakterystycznego dla kremów z drobinkami), ani nie pracuje na efekt odsunięty w czasie (jak chociażby w przypadku preparatów opartych na witaminie C). Nie wiem, co producent miał na myśli, obiecując promienność i pełnię blasku, ja uznaję te obietnice za niespełnione. A! Jeszcze do słoiczka muszę się przyczepić. Jest co prawda szklany i solidny, ale przy tym tak nieforemny, że trudno wydobyć z niego resztki kremu. No ale to sumie drobnostka, dla chcącego nic trudnego.

Nie wiem, czy po Serum Vegetal jeszcze sięgnę, bo dopiero odkrywam pielęgnację przeciwzmarszczkową i interesuje mnie wiele innych rzeczy, ale uznaję ten krem za sprawdzonego pewniaka, do którego w razie czego mogę bezpiecznie wrócić.


Póki co idę przyjrzeć się z bliska mojej nowej zmarszczce. Może cudownie zniknęła? ;)))


Buziaki,
Cammie.




środa, 8 maja 2013

Zbaczając z utartej ścieżki, czyli fajny szampon i jeszcze fajniejsza odżywka :)))

To zabawne, jak czasami uparcie trzymamy się swoich przyzwyczajeń. Klientką Yves Rocher jestem od wielu, wielu lat, a tak naprawdę asortyment marki znam wybiórczo. Dlaczego? Bo ciągle kupuję to samo! I tak jak regularnie do mojego koszyka wpadają mydła, preparaty do demakijażu, wody toaletowe czy antyperspiranty, tak pomijając płukankę octową nigdy przenigdy nie spojrzałam nawet na produkty do włosów. W sumie nie rozumiem, jak to się stało, bo generalnie uwielbiam ciągle sięgać po coś nowego. Po prostu tak wyszło. W każdym razie teraz mogę tego tylko żałować, bo jak już w końcu trafiły w moje ręce, tak z miejsca się w nich zakochałam. Zwłaszcza w odżywce!

Ostatnie tygodnie upłynęły mi pod znakiem szamponu przywracającego blask z wyciągiem z nagietka oraz odżywki odbudowującej z olejkiem jojoba. Wyciśnięte do ostatniej kropelki!






Szampon przywracający blask z wyciągiem z nagietka, odpowiedni dla każdego rodzaju włosów.

Nagietek pochodzący z krajów śródziemnomorskich, tradycyjnie stosowany jest ze względu na swoje właściwości łagodzące. Nagietek pochodzący z ekologicznych upraw w La Gacilly ma właściwości łagodzące i przywracające włosom blask.

98% składników pochodzenia naturalnego. Składniki pochodzenia roślinnego: nagietek bio, baza myjąca pochodzenia roślinnego. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Bez silikonu, bez sztucznych barwników. Bez parabenów.

300 ml / 11,90 zł


Odżywka odbudowująca z olejkiem jojoba.

« Złoto pustyni », powszechnie nazywany jojoba, zaskakuje swoim bogactwem. Jego olejek, pozyskiwany z ziaren jojoba, ma właściwości filmogenne i zapobiegające odwadnianiu, które pozwalają przeciwdziałać czynnikom zewnętrznym. Włosy są nie tylko chronione, ale także odżywione.

99% składników pochodzenia naturalnego. Formuła testowana pod kontrolą dermatologiczną. Składniki pochodzenia roślinnego: olejek jojoba bio, olejek ze słodkiego migdała. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego. Bez silikonu, bez sztucznych barwników. Bez parabenów.

150 ml / 11,90 zł



Świetne, świetne, świetne! Niezwykle łagodne, a przy tym skuteczne, na dodatek ślicznie pachnące. 

Szampon daje mnóstwo piany i doskonale oczyszcza włosy, szczególnie ich nawet nie plącząc. Pięknie pachnie, zapach przywodzi mi na myśl rozgrzaną słońcem łąkę. Idealny do częstego stosowania. Przyjazny skład pozwala sięgnąć po niego osobom nawet o wrażliwej skórze głowy.

Wiadomo jednak, szampon to szampon, grunt, żeby oczyszczał, to odżywka zwykle ma większe pole do popisu. A ta naprawdę się popisała! Dawno nie miałam do czynienia z czymś tak fajnym.

Tuba wydaje się niewielka, mieści zaledwie 150 ml, ale odżywka okazuje się tak gęsta, zwarta i treściwa, że momentalnie znikają wszelkie wątpliwości co do jej wydajności. Aksamitna, kremowa konsystencja jest bogatsza niż w przypadku niejednej maski. Nałożona na wilgotne włosy, momentalnie otula je ochronną, odżywczą warstwą, pięknie je wygładzając, nie obciążając jednak i nie przetłuszczając. Do tego ten zapach! Mocny, słodki i jakże relaksujący. 

Uwielbiam tę odżywkę! Przy najbliższej sposobności zrobię zapas. Co prawda oznaczona jest zielonym punktem, więc zwykle nie jest objęta żadnymi promocyjnymi zniżkami, ale szczerze mówiąc nie wydaje mi się, żeby 12 zł było ceną wygórowaną za taką jakość. Spróbujcie, jak nadarzy się okazja!


Też robicie zakupy takimi utartymi ścieżkami jak ja? Całe szczęście, że czasami jednak zbaczam z trasy, przestając kręcić się w kółko po własnych śladach  :DDD 


Buziaki,
Cammie.





poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Pudrowa malwa, czyli love & hate

Jedyny lakier Yves Rocher, jaki posiadam, to najnowszy kolor w kolekcji marki, Pudrowa malwa (Mauve Poudre nr 23), czyli zgaszony, brudny róż. Raz go kocham, raz nienawidzę. Ale chyba jednak częściej kocham :DDD







Odkryj szeroką gamę lakierów nabłyszczających i poznaj ich głębokie i promienne kolory. Wysokie stężenie pigmentów zapewnia głęboki i jednolity efekt idealnego połysku. Lakier doskonale pokrywa paznokcie już od pierwszej aplikacji, zapewniając elegancki i trwały efekt. Nabłyszczająca żywica elemi jest żywicą roślinną pochodzącą z drzewa rosnącego na Filipinach. Tworzy na powierzchni paznokci warstwę, która odbija światło i zapewnia intensywny połysk.

Testowane pod kontrolą dermatologiczną.
Składniki pochodzenia roślinnego: żywica elemi, olej arganowy.
Nie zawierają formaldehydów ani toluenu.







Bez kitu, lakier jest świetny. Jest niesamowicie napigmentowany i bardzo łatwy w aplikacji, dzięki czemu malowanie paznokci trwa sekund pięć, ale ma jedną cechę, przez którą nie mogę mu stuprocentowo ufać ...


1. Dostępność - 1 (salony Yves Rocher i sklep internetowy marki KLIK).
2. Cena - 0 (regularna cena to 26 zł, sporo jak za 5,5 ml, choć gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że system zniżek i promocji marki jest bardzo atrakcyjny i bez problemu można zachować sporą sumkę w kieszeni).
3. Kolor - 1 (niezbyt oryginalny, ale głęboki, naprawdę nasycony).
4. Aplikacja - 1 (fenomenalna! dawno już nie miałam do czynienia z tak łatwo nakładającym się lakierem, przyczepnym i nie rozlewającym się po paznokciu w niekontrolowany sposób).
5. Pędzelek - 1 (początkowo miałam z nim problemy, bo jest wyjątkowo długi, ale po kilku próbach nabrałam wprawy i doceniłam jego precyzję).
6. Krycie -1 (genialnie! na dobrą sprawę wystarczy jedna warstwa).
7. Wysychanie - 1 (dobre tempo).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Sally Hansen Miracle Cure i Golden Rose Gel Look Top Coat) - 0 (niestety reakcja lakieru w kontakcie z rozmaitymi preparatami jest nieprzewidywalna ... to znaczy nie ma nigdy żadnego smużenia czy bąbelkowania, ale lakier raz trzyma się jak przyspawany, a raz schodzi już po kilku godzinach).
9. Trwałość - 0/1 (i tu jestem w kropce, nie wiem, jak go ocenić, od jednego do nawet pięciu dni!).
10. Zmywanie - 1 (zupełnie bezproblemowe).

Moja ocena: 7/10 lub 8/10, w zależności od okoliczności ;)))


Dziwne, dziwne ... Z topem Golden Rose jest bardzo trwały, z Poshe (z którym jak dotąd nie miałam absolutnie żadnych wpadek!) nie utrzymuje się nawet dwóch dni, otarcia na końcówkach biorą się nie wiadomo skąd, niemal od "nicnierobienia". Na szczęście doszłam już do tego, jak go stosować, żeby nie płatał mi figli. Inna rzecz, że nie jest szczególnie wydajny. Buteleczka, choć wydaje się spora, bo jest niestandardowo wysoka, tak naprawdę nie jest pojemna, mieści raptem 5,5 ml lakieru. Po trzech dwuwarstwowych aplikacjach zorientowałam się, że została go tylko połowa. Dlatego nie kupowałabym go na pewno w regularnej cenie. Za to z jakąś atrakcyjną zniżką na pewno! To lakier idealny dla niewprawionych w malowaniu (świetna konsystencja i precyzyjny pędzelek) lub wiecznie spieszących się (już jedna warstwa daje świetne krycie). Wybierać można spośród 21 odcieni. Mam chrapkę na Malinę, Fuksję i Intensywny koral!


Co myślicie o Pudrowej malwie? Miałyście w ogóle do czynienia z tymi lakierami? Jak je oceniacie? Love, czy raczej hate?


Buziaki,
Cammie.