beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włosy. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2015

Podszepty intuicji, czyli odkrycie kwietnia | Mgiełka olejkowa Garnier Fructis


Witajcie! Zgadnijcie, kto już dziś zaczyna długi majowy weekend? :))) Na jego dobry początek proponuję Wam post z serii Odkrycia, muszę koniecznie pokazać Wam, co zachwyciło mnie w kwietniu. Uwaga, będę chwalić! Obiektem mojej kwietniowej fascynacji jest nowość od Garnier Fructis, przepięknie pachnąca i robiąca cuda z moimi włosami olejkowa mgiełka. Zaciekawione? Zapraszam!




Za produktami Garnier Fructis generalnie nie przepadam, nigdy moim włosom nie służyły, ale jak tylko gdzieś w internetach mignęła mi reklama nowości w postaci olejkowej mgiełki, intuicja nie wiadomo dlaczego podpowiedziała mi "brać!". No to wzięłam :DDD Czasami takie podszepty są strzałem w dziesiątkę, czego ten nieco ryzykowny zakup jest najlepszym przykładem. Trochę obawiałam się ciężkiej, tłustej formuły, tymczasem miłość od pierwszego użycia, mgiełka okazała się mgiełką nie tylko z nazwy. Żadnego obciążania włosów, żadnego tłustego oblepiania, nic z tych rzeczy!





Olejkowa mgiełka to sprej na bazie kombinacji oleju migdałowego, oleju z mango i oleju z moreli. Czy muszę pisać, że przepięknie pachnie? Owocowo, świeżo, niezwykle przyjemnie. Zaaplikowana na włosy, momentalnie je wygładza i nabłyszcza, zabezpieczając końcówki. Bardzo ułatwia też rozczesywanie, co jest o tyle ważne, że można stosować ją na włosy zarówno suche, jak i mokre. Nieoceniona w porannej krzątaninie, kiedy przed wyjściem z domu cenna jest każda chwila, wygodna też pod kątem szybkich poprawek w ciągu dnia. Lekki nacisk palca i gotowe! Delikatna, pachnąca, sucha (!) mgiełka otula włosy, momentalnie poprawiając ich wygląd. Komfort stosowania naprawdę na piątkę. 




Bardzo się z tym produktem polubiłam, ale czuję się zobowiązana ostrzec Was, że w składzie oprócz olejków znalazł się też między innymi Alcohol denat. W oczach niektórych z Was składnik ten, jako potencjalny czynnik przesuszenia włosów i podrażnienia skóry głowy, pewnie tę mgiełkę zdyskwalifikuje, ja jednak muszę oddać jej sprawiedliwość i zaznaczyć, że moim włosom nie robi absolutnie żadnej krzywdy, mimo regularnego stosowania. Widzę jedynie pozytywy! Lekką, suchą formułę, miękkość, gładkość i połysk włosów, piękny zapach i wygodę aplikacji.

Miałyście już z tą mgiełką do czynienia? Jak ją oceniacie? A może dopiero macie ochotę ją wypróbować? Kusi Was olejkowa pielęgnacja w spreju? Dajcie znać. Napiszcie też, proszę, jak podchodzicie do tak kontrowersyjnego składnika, jakim niewątpliwie jest alkohol denaturowany. Demonizujecie go, z góry skreślając wszelkie zawierające go kosmetyki, czy jednak podchodzicie do sprawy zdroworozsądkowo, dając niektórym z nich szansę?  Ciekawa jestem Waszego zdania. Jeśli ciągle jeszcze go nie macie, zachęcam Was do przeczytania ciekawego artykułu Doroty, autorki bloga Włosowelove, na temat rozmaitych funkcji, jakie w kosmetykach mogą spełniać alkohole ---> KLIK. Nie taki diabeł straszny! Z chęcią poczytam też o Waszych kwietniowych odkryciach. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 27 kwietnia 2015

O tym się mówi, czyli bananowa pielęgnacja włosów The Body Shop


Lubicie zapach bananów? Założę się, że tak. Któż oparłby się temu słodkiemu, owocowemu i jakże apetycznemu aromatowi? Wiele wskazuje na to, że to właśnie ten charakterystyczny i miły dla nosa zapach stoi za sukcesem i niesłabnącą popularnością bananowej linii do pielęgnacji włosów The Body Shop. Przynajmniej w moim odczuciu. Zaraz wytłumaczę Wam, dlaczego tak to widzę. Zapraszam na post z serii O tym się mówi, dziś rzecz o The Body Shop Banana Shampoo & Banana Conditioner.




O bananowym duecie do włosów The Body Shop po raz pierwszy usłyszałam ładnych parę lat temu na You Tube, miał wtedy swoje vlogowe pięć minut, po jakiejś przerwie wracając do sprzedaży. W tamtym okresie marka ta była jednak poza moim zasięgiem (ktoś mi powie, dlaczego salonów TBS nadal jest tak mało? ...) i nawet jeśli miałam ochotę sprawdzić, o co tyle hałasu, to po prostu nie było ku temu okazji. Okoliczności jednak się zmieniają i dziś do jej oferty mam dużo łatwiejszy dostęp. Jakiś czas temu, korzystając z atrakcyjnej promocji ("dwa w cenie jednego"), kupiłam w końcu ten tak zachwalany bananowy zestaw, szampon i odżywkę.

Muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było piorunujące. Intensywnie żółty kolor i gęsta konsystencja przywodziła na myśl bananowy mus. Skojarzenie było tym silniejsze, że wzmocnione niesamowitym bananowym zapachem, bowiem zarówno szampon, jak i odżywka cudownie pachną dojrzałymi bananami ze słodką domieszką miodu. Naprawdę, coś pięknego. Mycie włosów przy użyciu tego zestawu okazało się prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza że szampon dobrze się pieni, a odżywka szybko wygładza włosy, zapobiegając ich plątaniu. Komfort mycia to jednak nie wszystko, szczerze mówiąc spodziewałam się lepszych efektów pielęgnacyjnych. Producent obiecuje głębokie oczyszczenie, niesamowity połysk i wyjątkową miękkość włosów, tymczasem wszystkie te aspekty w moich oczach wypadają przeciętnie. Przyzwoicie, ale nie rewelacyjnie. Owszem, włosy apetycznie pachną, ale brakuje im lekkości i sypkości, nad ich objętością trzeba popracować. Mówiąc krótko, w regularnej cenie (25 zł za sztukę, 50 zł za komplet) tego zestawu bym nie kupiła, boski zapach to jednak trochę za mało.




Cieszę się, że miałam okazję zmierzyć się z tą bananową legendą, ale jeszcze bardziej cieszę się, że zmierzyłam się z nią w promocyjnej cenie :))) Zapach jest naprawdę obłędny, więc zakupu nie żałuję, ale powtarzać go nie zamierzam.

Miałyście do czynienia z tymi produktami? Jakie zrobiły na Was wrażenie? Też jesteście pod urokiem ich bananowego zapachu? A efekty tej bananowej pielęgnacji? Nieco rozczarowujące, jak w moim przypadku, czy jednak zachwycające, jak obiecuje producent? Dajcie znać, ciekawa jestem Waszej opinii. Zdradźcie też, do jakich zapachów w kosmetykach do włosów macie największą słabość. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 4 listopada 2014

Tracę umiar, czyli podsumowanie października | Popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycia, kuracja dermatologiczna, kosmetyczne nowości


Kolejny miesiąc minął nie wiadomo kiedy, listopad nabiera już rozpędu i naprawdę najwyższa już pora, żeby tradycyjnie rozliczyć się przed Wami z ostatnich tygodni, przypomnieć najciekawsze posty, poopowiadać o sprawach, które wypełniały mi czas, pokazać kosmetyczne nowości i po prostu trochę poplotkować. A zatem gotowe na podsumowanie października? Zapraszam!




Na początek króciutko o najpopularniejszych w październiku postach. Najchętniej czytałyście o pędzlach Real Techniques, które niedawno pojawiły się w drogeriach Rossmann ---> KLIK, o gumkach Invisibobble, które okazały się dla mnie niewypałem ---> KLIK oraz o nadspodziewanie dobrym podkładzie Pierre Rene Skin Balance, który mimo śmiesznie niskiej ceny zaskoczył mnie trwałością i stopniem krycia ---> KLIK. Kto te wpisy przegapił, teraz ma okazję nadrobić.

Na FB, jak można było przewidzieć, największy zasięg osiągnął post zapraszający Was do udziału w konkursie, w którym miałyście szansę zagrać o trzy zestawy kosmetyków naturalnych Ikarov. Nie linkuję, bo sprawa zdążyła się zdezaktualizować. 

Jeśli chodzi o blogowe odkrycia, to koniecznie muszę wspomnieć o blogu Gattaca ---> KLIK. Patryk, jego autor, jest dermatologiem z bardzo wnikliwym i pełnym zrozumienia dla problemu podejściem do trądziku wieku dojrzałego. Wpisy publikuje rzadko, ale zawsze są one niezwykle rzeczowe. Waszej uwadze polecam też dyskusje toczące się w komentarzach pozostawianych przez jego czytelników, prawdziwa kopalnia wiedzy. Właśnie dzięki nim trafiłam do Ziemoliny ---> KLIK, której posty też załadowane są wartościową wiedzą. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia obu tych stron.

Wolny czas upłynął mi w październiku pod znakiem serialu American Horror Story. Przez kilka październikowych tygodni obejrzałam trzy sezony, Murder House, Asylum i Coven.




W życiu nie powiedziałabym, że coś takiego mnie wciągnie, horror jako gatunek zawsze był mi obcy. Ale coś mnie podkusiło i zaczęłam oglądać, wbrew wszelkim oczekiwaniom natychmiast się wciągając. Serial jest naprawdę świetnie zrobiony i bardzo dobrze zagrany (w obsadzie m.in. niepowtarzalna Jessica Lange czy niesamowita Kathy Bates, także aktorstwo naprawdę wysokich lotów!), poza tym ogromnie podoba mi się zamysł, zgodnie z którym w kolejnych sezonach, choć opowiadających zupełnie niezwiązane ze sobą historie, pojawiają się ci sami aktorzy, wcielający się po prostu w inne postaci. Trudno też nazwać ten serial po prostu horrorem, tam nie ma taniego rozlewu krwi bryzgającej po ścianach czy innych charakterystycznych atrybutów kina tego gatunku klasy B, jest za to intrygująca fabuła, niezwykły klimat i mistrzowska charakteryzacja. Dla mnie absolutnym hitem jest sezon drugi, Asylum, opowiadający historię tropiącej seryjnego mordercę dziennikarki z prowadzonym przez zakonnice mrocznym ośrodkiem dla obłąkanych w tle. Owszem, sporo w tym serialu motywów sił nadprzyrodzonych (duchy w sezonie pierwszym, opętanie w drugim, czy czary w trzecim), jednak ogląda się to naprawdę dobrze. Gorąco Wam ten serial polecam, o ile oczywiście już go nie znacie!

Co do październikowych lektur, to tradycyjnie odsyłam Wam do odrębnego posta ---> KLIK. Tutaj dodam tylko, że książką miesiąca ogłaszam "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd.

Wspominając październik, nie mogę nie napisać kilku słów o mojej nowej kuracji przeciw przebarwieniom, wraz z nadejściem jesieni zdecydowałam się bowiem na retinoid. Postawiłam na Locacid, którego działanie ma wspomagać płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego z Pharmaceris T.




Locacid zdążyłam zastosować raptem parę razy, ale już widzę, że łuszczę się książkowo, po trzech dniach od aplikacji (preparat nakładam co kilka dni, z czasem planuję robić to coraz częściej). Efekty jeszcze nie są widoczne, ale liczę na wyrównanie kolorytu cery i spłycenie pierwszych zmarszczek. Widzę za to wyraźnie efekty działania płynu Pharmaceris, którego używam nieco dłużej. Niemal od razu w cudowny sposób zaczął oczyszczać i zwężać pory, nawet na nosie! Miałam opisać go w odkryciach miesiąca, ale ostatecznie uznałam, że lepiej jednak trochę poczekać, zanim się na jego temat wypowiem, bałam się bowiem, że może po dłuższym czasie z jakichś względów mój entuzjazm osłabnie, ale nie, ten płyn jest genialny! Na pewno napiszę Wam o nim coś więcej, podobnie jak o kuracji Locacidem. I to chyba całkiem niedługo, planuję post wprowadzający do tematu powiązany z recenzją kosmetyków, z pomocą których radziłam sobie z przebarwieniami w ostatnich tygodniach.

Kuracja wymusiła na mnie zmianę pielęgnacji. Spodziewam się efektów ubocznych Locacidu, głównie w postaci uwrażliwionej skóry i łuszczenia, zaopatrzyłam się więc w łagodny płyn do mycia tłustej cery wrażliwej oraz kojący krem do cery wrażliwej, stawiając na żel Effaclar i krem Toleriane Ultra La Roche-Posay.




Oba specyfiki bardzo przypadły mi do gustu, myślę, że też doczekają się recenzji. Mam co prawda pewne obawy względem Effaclaru, bo zostałam ostrzeżona, że SLS w jego składzie w czasie kuracji retinoidem może mi nie służyć, ale nie wiem, ile w tym prawdy, szczerze mówiąc na ten moment nie widzę w nim wad. Macie może jakieś doświadczenia w tym względzie? Będę też wdzięczna za wskazówki, jakim peelingiem enzymatycznym warto się zainteresować, bo na pewno niebawem będzie mi potrzebny. Póki co rozważam zakup Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel, co myślicie?

Inne październikowe zakupy? Przyznaję, że moją wstrzemięźliwość diabli wzięli, w październiku obudziła się we mnie zakupowa bestia :DDD O pędzlach Real Techniques już Wam pisałam [TUTAJ], więc teraz nie będę się powtarzać. Pokażę Wam za to ustrzelony na ebay podkład Diorskin Nude.




Edit: W reakcji na dyskusję odnośnie oryginalności tego podkładu, jaka wywiązała się w komentarzach, zamieszczam jeszcze jedną fotkę ze zbliżeniem na logo. Jeśli macie ochotę jakoś się do sprawy odnieść, zachęcam do zabrania głosu :)))




Miałam na ten podkład chrapkę już od dłuższego czasu, jednak wśród odcieni dostępnych w polskich drogeriach nie mogłam znaleźć dla siebie odpowiedniego koloru. Na ebay trafiłam na nie wiedzieć czemu wyłączony z oferty w Europie 011 Cream, czyli najjaśniejszy z produkowanych z żółtym pigmentem. Bardzo się cieszyłam, że udało mi się stosunkowo tanio go kupić, teraz jednak mam wobec niego szczerze mówiąc mieszane uczucia, bo o ile poziom jasności jest dla mnie idealny, to jednak wydaje mi się nieco za żółty. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię, póki co próbuję go oswoić. I rozważam zakup Diorskin Star :DDD

Jeśli chodzi o marki selektywne, to w październiku załapałam się też na bardzo atrakcyjną zniżkę na Chanel. Lokalna galeria handlowa obchodziła urodziny i z tej okazji Douglas przecenił o połowę część asortymentu. Grzech było nie skorzystać, skusiłam się na różowo-herbaciany róż Rose Ecrin i lakier do paznokci w kultowym swojego czasu odcieniu Paradoxal.




Paradoxal królował na moich paznokciach przez niemal dwa tygodnie, aż do wczoraj, kiedy dotarła w końcu do mnie przesyłka z zamówionymi na ebay dwoma lakierami O.P.I. z dość starej już kolekcji New York City Ballet, mianowicie mlecznobiałym Don't touch my tutu! i iskrzącym srebrnym topperem Pirouette my whistle. Cu-dow-noś-ci!




Szpinakożerco, wszystko przez ciebie! A tak naprawdę dzięki Tobie :* Gdyby nie Ty, pewnie nie zwróciłabym na tę kolekcję uwagi. Tymczasem te lakiery są przepiękne i od wczoraj nie mogę przestać patrzeć na swoje paznokcie. Dodam jeszcze, że kupiłam je w naprawdę atrakcyjnej cenie, za dwie sztuki płacąc na ebay mniej, niż musiałabym zapłacić za jedną chociażby w Douglasie.

Skoro już o nowościach mowa, wspomnieć muszę o naturalnym BB kremie Joik, który niedawno otrzymałam do testów. Jeszcze nie zdążyłam go wypróbować, ale wiele sobie obiecuję po jego doskonałym składzie i bardzo udanym, jasnym kolorze. Więcej za parę tygodni w recenzji.




Dostałam też niespodziewaną przesyłkę od Schwarzkopf, w której znalazłam piankę i lakier do włosów Taft z linii Perfect Flex. Pojęcia nie mam, z jakiej to okazji, ale oczywiście od razu oba produkty wypróbowałam i muszę przyznać, że są naprawdę udane. Utrwalenie dają mocne, ale ciągle naturalnie wyglądające, bardzo pozytywnie wpływają też na objętość włosów. Odkąd odebrałam paczkę, i po piankę, i po lakier sięgam codziennie.




Na koniec chciałabym podziękować jeszcze Aparatce, dzięki której w komentarzach pod ostatnim postem z serii Summa Summarum dowiedziałam się o tabletkach Biotebal. Przejrzałam internety i po przeczytaniu wielu relacji z udanych włosowych kuracji zdecydowałam się dać szansę temu suplementowi. Także do Calcium Pantothenicum w październiku dołączyła biotyna. Pierwsze efekty zauważyłam już po jakichś dwóch tygodniach, ale na razie cicho sza! Nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się problem nadmiernego wypadania włosów w pewnym stopniu opanowałam.




Nie wiem, jak to się dzieje, że te posty podsumowujące kolejne miesiące są tak długie, liczę na to, że Was to nie odstrasza. O tylu sprawach chcę zawsze Wam napisać, tyle problemów poruszyć, tyle rzeczy zasygnalizować, że po prostu tracę umiar. Wybaczcie! Mam nadzieję, że ciągle tu jesteście i zechcecie zdradzić, jak minął Wam październik, co Was bawiło, co smuciło, co poruszyło, jak spędzałyście czas? Jakieś wyjazdy, wyjątkowo udane zakupy? Dajcie też znać, czy zaciekawiło Was coś, o czym dziś wspominałam. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


środa, 22 października 2014

Nie dla każdego (a na pewno nie dla mnie), czyli gumki Invisibobble


Wiem, że gumki Invisibobble w krótkim czasie zdążyły zgromadzić sporą grupę oddanych fanek, ja jednak ogromnie się nimi rozczarowałam i daleka jestem od  ich wychwalania. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, dlaczego nastawiona jestem wobec nich tak niechętnie, zapraszam!




Przypominające sprężynki gumki Invisibobble są na pewno gadżetem pomysłowym. Wyglądają oryginalnie, ale o ich wyjątkowości przesądzać ma nie tyle ich wygląd, co rewolucyjne rzekomo właściwości. Według producenta gumki Invisibobble to nowa jakość, dzięki której możemy związywać włosy bez ryzyka ich wyrywania, nadmiernego ściskania i odkształcania. Przyznaję, że wizja możliwości zachowania gładkiej fryzury, bez śladów po gumce, naprawdę do mnie przemówiła. Uwierzyłam też w zapewnienia o niezwykłej elastyczności i trwałości tych sprężynek. Koniec końców kupiłam, z wielu wariantów kolorystycznych wybierając klasyczną czerń.




Mieszczące trzy sztuki opakowanie kosztuje 15 zł, co nie czyni z Invisibobble najtańszych gumek świata, jednak nie jest to też na pewno koszt nie do przełknięcia. Inna rzecz, czy warto tych kilkanaście złotych wydać. Według mnie niekoniecznie ...

Oczywiście wiele zależy od rodzaju włosów. Na moich, bardzo długich, grubych, ciężkich i z natury gładkich, gumki Invisibobble kompletnie nie zdały egzaminu. Pomijam już nawet fakt, że obietnice o ich trwałości można między bajki włożyć, bo jedna z nich pękła mi na dzień dobry już przy pierwszej próbie związania włosów, pozostałe dwie bardzo szybko natomiast odkształciły się, nie wracając do fabrycznego kształtu ciasnej sprężynki. Pal licho, ostatecznie można przymknąć na to oko. Gorzej, że one nie są w stanie utrzymać się na miejscu, po prostu ześlizgują się z kitki. Wiem, że założenie jest takie, żeby kitka związana Invisibobble była luźna, a przez to bardziej komfortowa, jednak w moim przypadku o komforcie nie ma mowy. Gumka zawiązana na dwa razy nie wytrzymuje naporu włosów, na trzy razy natomiast zawiązać się nie da, bo włosów mam po prostu za dużo (wychodzi na to, że najlepiej byłoby, gdybym miała ich jeszcze więcej albo nieco mniej). Nie nadaje się też do uformowania nocnego koczka, bo nie jest w stanie utrzymać jego ciężaru. To czyni Ivisibobble dla mnie praktycznie bezużytecznymi (wybaczcie, ale sugestii producenta, żeby gumki traktować jak biżuterię i nosić na nadgarstkach jako bransoletki, nie traktuję poważnie ...).




Oddając gumkom Invisibobble sprawiedliwość, trzeba dodać, że ładnie się na kitce prezentują, zaplatając się w ciekawy wzór. Na pewno trzeba też je pochwalić za delikatność, bo faktycznie nie przyczyniają się do wyrywania włosów. Łatwo też utrzymać je w czystości, bo tworzywo, z jakiego są wykonane, doskonale znosi kontakt z wodą. Ale zdecydowanie nie jest to propozycja dla każdego. Jeśli włosów macie dużo, a w dodatku są one niskoporowate, a więc naturalnie gładkie i lejące, Invisibobble mogą nie dać im rady. Takie jest moje doświadczenie, więcej ich nie kupię. Zwłaszcza że ślady na włosach to one jednak jakieś tam zostawiają ...

Gumki Invisibobble zdobyły ogromną popularność, na pewno więc wiele z Was ich używa. Jestem ogromnie ciekawa, co o nich myślicie. Kochacie je bezkrytycznie, czy jednak przychylacie się do mojej opinii? Koniecznie dajcie znać. Zdradźcie też, jak najchętniej radzicie sobie z włosami, związujecie je, czy spinacie? Czego używacie, gumek, klamer, spinek? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 29 sierpnia 2014

Skarb z supermarketu, czyli odkrycie sierpnia


Zazwyczaj do kosmetycznych zakupów solidnie się przygotowuję, przeglądam internet, czytam recenzje, sprawdzam ceny, szukam promocji, na pewno dobrze znacie ten proces. Czasami jednak przypadek sprawia, że na jakiś produkt decyduję się spontanicznie, dając się ponieść impulsowi. Nieplanowane zakupy kończą się różnie, zdarza się, że trafiam na totalny niewypał, ale bywa też, że zachcianka okazuje się hitem, z miejsca zdobywając moje serce. Tak też było tym razem, kiedy wychodząc z domu po przysłowiowe bułki, wróciłam z regenerującą maską do włosów z jedwabiem Loton Provit.

To w ogóle jakiś cud, że zawiesiłam na niej oko, bo opakowanie maleńkie, a do tego po prostu brzydkie. Na supermarketowej półce leżała jedna jedyna sztuka, nie wyróżniająca się kompletnie niczym na tle krzykliwiej, kolorowej konkurencji. No, może ceną, bo wyobraźcie sobie, że chcąc się tej ostatniej sztuki pozbyć, w Tesco przeceniono ją na zaledwie ... 4 zł. I wiecie co? Nie mogłam tych kilku złotych wydać lepiej.




Maska regenerująca z jedwabiem Loton Provit - połysk i gładkość jedwabiu

Proteiny jedwabiu oraz wyselekcjonowane substancje pomocnicze otulają włos ochronną warstwą. Pomagają utrzymać elastyczność i wytrzymałość, jednocześnie nadając włosom jedwabistą miękkość i połysk. Użycie maski Loton przywraca suchym i matowym włosom wyjątkowy wygląd, połysk i sprężystość oraz bezproblemowe rozczesywanie. Regularne stosowanie uchroni włosy przed skutkami działania zabiegów fryzjerskich i wysokiej temperatury, a włosy farbowane przed utratą koloru.


Cena: 10 zł / 125 g


Moje włosy, mimo niskiej porowatości, kochają proteiny, także spodziewałam się, że jedwab im się przysłuży, jednak to, jak dobrze reagują na maskę Loton Provit, zdumiewa mnie za każdym razem, kiedy jej używam. Wystarczy kilka minut, żeby włosy porządnie odżywiła, niesamowicie je wygładzając. Po wysuszeniu są lekkie i lśniące, opadają na plecy miękką kaskadą, bez problemu się rozczesując i układając. Uwielbiam ten efekt! 




Gorąco Wam tę maskę polecam, sprawdzi się na włosach wymagających regeneracji. Moje, choć zadbane, przez codzienne suszenie wysoką temperaturą raz na jakiś czas potrzebują skoncentrowanej pielęgnacji i Loton Provit właśnie to im zapewnia. Włosom przywraca zdrowy wygląd, a mnie gwarantuje good hair day :)))





Mam nadzieję, że nie będę miała problemu, żeby kupić tę maskę ponownie, a z całą pewnością zechcę to zrobić, bo przypadkowy zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. A zatem, moje drogie, rozglądajcie się po supermarketach i ulegajcie zachciankom, bo nigdy nie wiadomo, na jaki skarb traficie!

Znacie maski Loton Provit? Z tego, co zdążyłam się zorientować, w ofercie marki oprócz wersji regenerującej z jedwabiem jest jeszcze odbudowująca z ceramidami (swoją drogą, chcę!). Może miałyście okazję stosować którąś z nich? Dajcie znać. Pochwalcie się też koniecznie nieplanowanymi, a jednak wyjątkowo udanymi zakupami, co udało Wam się odkryć przez zupełny przypadek? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.
  

piątek, 25 lipca 2014

Z wizytą w raju, czyli mój pierwszy raz w Hebe


Wybaczcie mi ten egzaltowany tytuł posta, ale naprawdę czułam się jak w kosmetycznym raju, kiedy w zeszłym tygodniu po raz pierwszy trafiłam do Hebe. W moim mieście ta sieć jest niestety nieobecna (why???), zwykle co najwyżej mogę więc pooglądać sobie cudze zakupy i powzdychać do niedostępnego dla mnie asortymentu. W końcu jednak i ja miałam okazję wydać tam trochę pieniędzy :))) Wiem co prawda, że posty zakupowe generalnie niewiele wnoszą do blogosfery, ale najwyraźniej Wam to nie przeszkadza, bo na fesjbuku wyraźnie zażądałyście, żebym swoje zakupy pokazała, więc co mi tam, pokazuję. Przyjemnego oglądania!

Już na początku przeżyłam szok, kiedy w progu zostałam powitana grzecznym "Dzień dobry, witamy w Hebe" (praktyka niespotykana w innych drogeriach), który w środku tylko się pogłębiał, zaskoczyła mnie bowiem przestrzeń (dwa piętra!), nieskazitelna czystość, komfortowa klimatyzacja i przemiła, aczkolwiek nienachalna obsługa. Pierwsze kroki oczywiście skierowałam do szafy Essie. Mam tych lakierów całkiem sporo, ale wszystkie kupowałam dotąd via internet bądź korzystając z uprzejmości koleżanek, także fajnie było zobaczyć w końcu te wszystkie buteleczki na żywo. Z bogatej oferty wybrałam czarny jak noc Licorice, z sąsiedniej szafy łapiąc przy okazji znany z licznych recenzji top Kinetics Kwik Kote, a z pobliskiej ekspozycji jeden z promowanych nie tak dawno pachnących lakierów Revlon w odcieniu Wild Violets.










Być może na tych kilku drobiazgach moje zakupy by się skończyły, ale traf chciał, że w tamtym dniu obowiązywała 40% zniżka na całą ofertę Catrice. Jak mogłam nie skorzystać? Zwłaszcza że w moim mieście szafa tej marki dostępna jest tylko w jednym miejscu i zawsze, ale to zawsze jest przetrzebiona. W Hebe półki były pełne, także długo się nie zastanawiając, chwyciłam od dawna mnie interesujący kamuflaż w najjaśniejszym odcieniu 010 Ivory, bardzo zachwalaną kredkę do brwi 040 Don't let mi brown, skusiłam się też na pomadkę z serii Ultimate Colour w przepięknym jasnym odcieniu 240 Hey Nude. Na marginesie dodam, że jestem nią zachwycona! Będą zdjęcia, dajcie mi tylko trochę czasu.










W drodze do kasy nie przeszłam też obojętnie obok zyskujących coraz większą popularność gumek Invisibobble. Sama nie wiem, co o nich myśleć. Na pewno za jakiś czas przygotuję dla Was szerszą recenzję, ale póki co nie rozumiem ich fenomenu.




W ostatniej chwili wrzuciłam też do koszyka krem z filtrem do cery mieszanej i tłustej Bielenda Bikini, o którym niedawno usłyszałam od przyjaciółki.  Dziś za wiele o nim nie napiszę, zdradzę tylko, że trafi do posta o odkryciach miesiąca. Coś mi mówi, że to niskobudżetowa alternatywa dla kilkakrotnie droższego kremu Vichy o podobnym działaniu.




Zakupy w Hebe to prawdziwa przyjemność. Miła i kompetentna obsługa, dyskretna, nie łażąca za klientem krok w krok ochrona, przestronny i czysty sklep z doskonale wyeksponowanym towarem (mam na myśli salon na ulicy Grunwaldzkiej w Rzeszowie), wszystkie kosmetyki zabezpieczone przed otwieraniem, bardzo ciekawy asortyment bogaty w marki niedostępne nigdzie indziej (widziałam chociażby Tangle Teezer czy Misslyn), atrakcyjne promocje, no naprawdę, nie mogę się nachwalić.

Macie w swojej okolicy Hebe? Chętnie robicie tam zakupy? Zgadzacie się ze mną, że sieć pozytywnie wyróżnia się na tle konkurencji? Może chciałybyście dodać coś jeszcze do tej litanii zalet, o których wspominałam? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 16 maja 2014

Z kilkuletniej perspektywy, czyli ponownie o szczotce Tangle Teezer


Czy którakolwiek z Was nie słyszała jeszcze o szczotce Tangle Teezer? W ostatnich latach zdobyła ona taką popularność, że to chyba niemożliwe. Założę się, że spora część z Was już dawno zdążyła ją sobie sprawić i pokochać tak jak ja. O mojej miłości do niej niech świadczy fakt, że jest ze mną nieustannie od ponad trzech lat i właśnie kupiłam trzecią sztukę. A w zasadzie trzecią i czwartą, bo swój pierwszy własny egzemplarz dostała też nareszcie moja córeczka, która już od dawna nie daje się uczesać niczym innym!




Pierwszą recenzję Tangle Teezer napisałam równo trzy lata temu, możecie przeczytać ją TUTAJ. Dziś chciałabym skonfrontować ją z moją aktualną opinią, która po tych kilku latach na dobre zdążyła się ugruntować.




Zachwalając Tangle Teezer, na dobrą sprawę mogłabym powtórzyć wszystko, co napisałam kilka lat temu. Nadal cenię tę szczotkę na łagodność, z jaką rozczesuje nawet najbardziej splątane czy wilgotne włosy, nie wyrywając ich i nie sprawiając bólu. Nadal uwielbiam ją za wygładzenie, jakie nadaje włosom, nie przyczyniając się przy tym do ich elektryzowania. Nadal zachwycam się jej funkcjonalnością, dzięki której dobrze leży w dłoni i łatwo poddaje się czyszczeniu.




Co nowego zatem mam Wam do powiedzenia na jej temat po tych kilku latach? W zasadzie jedną rzecz. Nie jest to szczotka na wieki. Za każdym razem dbam o nią, pamiętając, żeby nie odkładać jej ząbkami w dół, jednak to za mało. Te ząbki właśnie, które tak naprawdę decydują w moich oczach o wyższości Tangle Teezer nad innymi szczotkami, z biegiem czasu i tak się odkształcają, tracąc swoje właściwości i nieuchronnie nadchodzi moment, w którym pielęgnacja włosów przestaje być tak przyjemna jak na początku.




Tangle Teezer zachowuje swoje cechy mniej więcej przez rok codziennego używania. Po tym czasie za każdym razem musiałam szczotkę wymienić.


Macie niezwykle rzadką okazję zobaczyć moje paznokcie bez lakieru, kuracja odżywką Herome w pełni! Recenzja niebawem.


Pewnie można by zarzucić Tangle Teezer nieekonomiczność, skoro dla pełnego komfortu czesania włosów co kilkanaście miesięcy konieczna jest wymiana, jednak ja przymykam na to oko, bo to naprawdę najlepsza szczotka, z jaką miałam do czynienia. Poza tym wraz z jej rosnącą popularnością poprawiła się jej dostępność, znacznie spadła też jej cena. Kiedy kupowałam ją po raz pierwszy, w Polsce w ogóle nie można było jej dostać, dziś jest w asortymencie wielu sklepów internetowych, które wręcz ścigają się w walce o klienta, łatwo więc znaleźć opłacalną ofertę. Zamawiając swoją ostatnią sztukę, zapłaciłam za nią niespełna 30 zł. Czy to naprawdę tak dużo za rok wygody i bezbolesnego szczotkowania? 


Jaki macie stosunek do Tangle Teezer, przemawia do Was legenda, jaka otacza tę szczotkę? Czym w ogóle szczotkujecie swoje włosy? Dajcie znać, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.


Zapraszam do udziału
w urodzinowym rozdaniu!
Do wygrania ekskluzywny zestaw
kosmetyków Bee Pure
na bazie jadu pszczelego i miodu manuka.



środa, 5 marca 2014

Zachcianki i potrzeby, czyli zakupy ostatnich tygodni | Alverde, Balea, Hean, Missha


Prosiłyście o post zakupowy, więc jest! Zapraszam na szybki przegląd moich nabytków z ostatnich tygodni. Nie ukrywam, że tylko część z nich uzasadniała prawdziwa potrzeba, większość to po prostu zachcianki. Uległam pokusie i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem :DDD


Niczym nieuzasadnioną zachcianką były z pewnością zakupy w DM. Skorzystałam z okazji, że mąż wybierał się w podróż służbową, przygotowałam mu stosowną listę i wysłałam do sklepu. Z zadania wywiązał się wzorowo, ze względu na braki w szafie nie udało mu się dostać jedynie kilku kolorówkowych nowości z P2, przywiózł za to wszystkie wskazane produkty Alverde i Balea - olejki do ciała, szampony i odżywki do włosów, kilka saszetek soli do kąpieli i krem do rąk z limitowanej edycji.






W ostatnim czasie zrobiłam też swoje pierwsze zamówienie w sklepie Hean. Chodziło mi głównie o bazę pod cienie, ale przy okazji wrzuciłam też do koszyka tusz do rzęs i korektor. Lakier do paznokci otrzymałam jako gratis.

Bazę znałam już wcześniej, pamiętam, że bardzo ją lubiłam, myślę, że będzie trafionym zamiennikiem Stay Don't Stray z Benefitu, która właśnie mi się skończyła. Tusz wybrałam w ciemno, ale używam go już od kilku dni i muszę przyznać, że jest bardzo fajny, świetnie rozdziela rzęsy. Na razie jest jeszcze dość mokry i pewnie pełnię swoich możliwości pokaże mi za jakieś dwa, trzy tygodnie. Korektor natomiast niestety nieco mnie rozczarował, liczyłam na to, że będzie jaśniejszy. Nie odznacza się na mojej skórze jakoś tragicznie, ale jednak nie wtapia się też bez śladu. Muszę jeszcze z nim poeksperymentować, zwłaszcza że zbiera wysokie noty nie tyle jako preparat kamuflujący, co redukujący wypryski. A lakier? Miły dla oka bardzo jasny róż, pewnie pokażę go w którymś z kolejnych postów.






Potrzebą z pewnością podyktowany był zakup bb kremu. Z dalekiej Korei dotarła do mnie nowa buteleczka Missha Signature Wrinkle Filler [recenzja TUTAJ]. Poprzednie opakowanie zużyłam do ostatniej kropelki, od razu decydując się na kolejne. To jeden z najlepszych bb kremów, jakie znam! Przez chwilę wydawało mi się, że ma godnego konkurenta w postaci Skin79 Scandal Rose&Vanilla [recenzja TUTAJ], ale wszystko wskazuje na to, że miałam pecha trafić na ten krem tuż przed jego zniknięciem z rynku ... Tak jak napisałam kiedyś na FB: prawo zakupowe Cammie - pokochaj jakiś produkt, a na pewno zostanie wycofany ze sprzedaży ;))) Całe szczęście, że choć krem Missha jest dostępny.






Chciałam zaprezentować Wam też dzisiaj róż z najnowszej limitowanej kolekcji MAC, Fantasy of Flowers, ale niestety nie zdążył jeszcze do mnie dotrzeć. Zamówiłam odcień Azalea in the Afternoon, wprost nie mogę się go doczekać! Co się odwlecze, to jednak nie uciecze, pokażę go Wam innym razem.

Dzięki Pachnącej Wannie trafiły za to do mnie wiosenne nowości Bomb Cosmetics, zasługują one jednak na odrębnego posta, także spodziewajcie się niebawem wpisu na ich temat. Pewnie połączę go z recenzją kul do kąpieli, które pokazywałam Wam TUTAJ. Już teraz zapraszam!

Tymczasem żegnam się z Wami i na koniec pytam o Wasze zakupy. Na co się ostatnio skusiłyście? Piszcie!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 20 stycznia 2014

O włosach raz jeszcze, czyli program wygładzający Yves Rocher Lissage


Wiem, okropna jestem ostatnio, pojawiam się i znikam, pojawiam się i znikam. Moja niedyspozycja na szczęście powoli przechodzi do przeszłości, także mam nadzieję, że znowu zacznę pisać regularnie.

Dziś chciałabym pozostać przy temacie pielęgnacji włosów i zaprosić Was na zapowiadaną recenzję programu wygładzającego Lissage Ives Rocher z wyciągiem z ziaren gombo. W skład serii wchodzi szampon, odżywka oraz serum.






Twoje włosy nie układają się i puszą? Zastosuj program wygładzający z wyciągiem z ziaren gombo, dzięki któremu Twoje włosy będą odżywione i będą się łatwiej rozczesywać i układać. 

Ziarna gombo pochodzą najczęściej z Afryki. Gombo to owoc bogaty w antyoksydanty i witaminy, bardzo znany zwłaszcza jako składnik kulinarny. Ma również właściwości kosmetyczne skutecznie wpływające na włosy: wygładza ich włókna.

Szampon: 300 ml / 14,90 zł
Odżywka: 150 ml / 11,90 zł
Serum: 100 ml / 27,90 zł


Po zachwycie, w jaki wprawił mnie program odbudowujący z olejkiem jojoba, wygładzającemu łatwo nie było. Oczekiwania miałam naprawdę spore i niestety serii Lissage nie udało się im sprostać. Nie mogę zarzucić jej niczego konkretnego, po prostu nic szczególnego w moim odczuciu jej nie wyróżnia. Przeciętny szampon, przeciętna odżywka, przeciętne serum. Kosmetyki łagodne, przyjemne w stosowaniu, jednak nie dające satysfakcjonujących mnie efektów. Moje długie, proste, ciężkie włosy zwykle dość dobrze poddają się wygładzaniu, jednak w tym przypadku nie zauważyłam, żeby na pielęgnację Yves Rocher reagowały w oczekiwany sposób. Owszem, były doczyszczone, miękkie i łatwo się rozczesywały, ale to wszystko.

Gdybym miała wskazać najmocniejszy punkt tej serii, postawiłabym na serum, które jako jedyne "coś robi". Na początku kompletnie nie przypadło mi do gustu, bo ma postać dość gęstej emulsji aplikowanej na mokre włosy na zasadzie odżywki bez spłukiwania, do czego nie mogłam się przekonać, przyzwyczajona do tradycyjnych form tego typu kosmetyków, nakładanych na wysuszone już włosy w ostatnim kroku rutynowej pielęgnacji. Po pierwszych oporach jakoś się przełamałam i do dziś z powodzeniem tę emulsję stosuję. Muszę przyznać, że jest wyjątkowo wydajna (w przeciwieństwie do odżywki, która nie dość, że znika z prędkością światła, to ma jakąś taką nieprzyjemną dla mnie tępą formułę), trzy, cztery pompki wystarczają, żeby równomiernie ją rozprowadzić. Myślę jednak, że ze względu na swoją postać nie sprawdzi się przy włosach cienkich i delikatnych, a także bardzo krótkich, istnieje duże ryzyko, że zamiast subtelnego dociążenia, osiągnęłybyście efekt włosów przeciążonych i oklapniętych. A tego na pewno żadna z Was nie chce!

Osobiście do programu wygładzającego Yves Rocher nie zamierzam wracać, nie odpowiada potrzebom moich włosów. Krzywdy im nie robi, ale przełomem w ich pielęgnacji też nie jest. Niewykluczone jednak, że sięgnę po inne serie, zwłaszcza że dla produktów Yves Rocher mam spory kredyt zaufania. Póki co mam jednak dosyć eksperymentów i chcę jak najszybciej wrócić do mojej ulubionej w zeszłym roku odżywki odbudowującej z olejkiem jojoba ---> KLIK. Szkoda tylko, że w moim lokalnym salonie ostatnio ciągle jest wykupiona.


Miałyście do czynienia z którymś z Lissage? Co myślicie o tych kosmetykach? Zdradźcie przy okazji, jakie są Wasze ulubione serie pielęgnacyjne do włosów z Yves Rocher, ciekawa jestem, co się u Was sprawdza.


Na dziś to wszystko, następnym razem znowu o paznokciach!

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 16 stycznia 2014

Przywracając proporcje, czyli pielęgnacja włosów z Yves Rocher


No to pięknie! w sposób niezamierzony zdominował ostatnio temat paznokci, najwyższa pora przywrócić rozsądne proporcje i napisać w końcu o czymś innym. Co powiecie na pielęgnację włosów? Chciałabym opowiedzieć Wam o dwóch produktach Yves Rocher, olejku odbudowującym i płukance octowej z malin.






OLEJEK ODBUDOWUJĄCY

Olejek do włosów o bogatej i przyjemnej konsystencji, która nie skleja i nie przetłuszcza włosów. Wzbogacony o olejek jojoba o właściwościach filmogennych i zapobiegających odwadnianiu, pozwalających przeciwdziałać czynnikom zewnętrznym. Włosy są nie tylko chronione, ale także odżywione.

Skład: Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Ethylhexyl Cocoate, Brassica Campestris (Rapeseed) Seed Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Borago Officinalis Seed Oil, Orbignywa Oleifera Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Parfum/ Fragrance, Tocopherol, Oleth-10.

Cena: 27,90 zł / 150 ml


PŁUKANKA OCTOWA Z MALIN

Powrót do tradycyjnych metod pielęgnacji – płukanka octowa wydobywa naturalny połysk włosów, które lśnią nowym pięknem. Apetyczny owocowy zapach sprawia, że stosowanie płukanki staje się czystą przyjemnością. Ze względu na swoją kwasowość, ekologiczny ocet winny z malin znany jest ze swych właściwości wygładzających i usuwających kamień osadzony na włosach. Te właściwości wpływają na przywrócenie włosom blasku.

Skład: aqua, acetum (vinegar), parfum, palmitamidopropyltrimonium chloride, caprylyl/capryl glucoside, propylene glycol, saliculic acid, aroma (flavor), cetrimonium chloride, alcohol, citric acid, CI 14700 (red 4), CI 17200 (red 33), CI 42090 (blue 1).

Cena: 24,90 zł / 150 ml



O ile płukanka octowa jest hitem sprzedaży Yves Rocher i na pewno dobrze ją znacie, o tyle olejek odbudowujący ---> KLIK najprawdopodobniej jest dla Was jakimś znakiem zapytania. Jak dotąd, nie udało mu się zdobyć w blogosferze jakiejś oszałamiającej popularności. Być może dlatego, że efekty działania płukanki widoczne są gołym okiem już od pierwszego użycia i łatwo się nimi zachwycać, natomiast kuracja olejkiem wymaga czasu i cierpliwości.

Dałam mu czas, byłam cierpliwa, ale wszystko wskazuje na to, że ja również zachwycać się tym olejkiem nie będę. Na moje włosy najwyraźniej nie ma spektakularnego działania, mimo wiele obiecującego, bogatego składu (receptura to tak naprawdę mieszanka wielu różnych olejów). Początkowo stosowałam go zgodnie z zaleceniami producenta, czyli nakładając na 10 minut przed myciem głowy, ale nie zdało to egzaminu, bo kondycji moich włosów nie poprawiało ani odrobinę, a jedynie kradło czas, przedłużając poranne zabiegi pielęgnacyjne. Później aplikowałam go na całą noc, ale po jakimś czasie także zrezygnowałam, bo zauważyłam, że zamiast odżywiać, paradoksalnie włosy z lekka mi przesusza. Nie wiem, jak to możliwe, ale tak właśnie było. Ostateczne stosuję go jako olejek zabezpieczający końcówki i w tej roli spisuje się nieźle. Nie jest zbyt ciężki, nakładany oszczędnie nie przetłuszcza włosów, no i przepięknie pachnie, za co mam dla niego chyba najwięcej sympatii. Ale zużywać będę go w ten sposób chyba kilka lat, zwłaszcza że nie sięgam po niego codziennie ...

Podsumowując, wielkiej miłości z tego nie ma, w przypadku moich włosów się nie sprawdził, ale wiecie jak to jest, każde włosy mają inne potrzeby i czasem długo trzeba się naszukać, żeby dobrać olej, który im służy. Ja już dawno się połapałam, że jakich bym olejowych eksperymentów nie robiła, to i tak zawsze wracam z podkulonym ogonem do oleju kokosowego.


O płukance octowej z malin ---> KLIK mogę wypowiadać się natomiast wyłącznie w superlatywach. Ten produkt jest genialny! Nie dziwi mnie fala zachwytów na jego temat, płukanka po prostu działa. Pewnie wiecie, na jakiej zasadzie? Ocet domyka łuski włosów, dzięki czemu stają się gładkie i lśniące, łatwiej poddają się też rozczesywaniu. Regularne stosowanie podobno podtrzymuje na dłużej ten jakże pożądany efekt. Niektórzy twierdzą, że spowalnia też przetłuszczanie się włosów.

Ja sięgam po tę płukankę za każdym razem, kiedy szczególnie zależy mi na wyglądzie (jakiś czas temu kupiłam drugą buteleczkę, pierwszą dostałam w prezencie od marki). To tylko jeden dodatkowy nieskomplikowany krok w zabiegach "okołowłosowych", a naprawdę robi różnicę. Widoczną. I pachnącą :D Nie obawiajcie się, płukanka pozbawiona jest nieprzyjemnej, kwaśnej octowej nuty, zniewalająco pachnie malinami! Miła odmiana po podobnym produkcie z Marion, którego zapachu znieść nie mogłam.

Przyczepię się jedynie do wydajności tej płukanki, buteleczka kosztująca w cenie regularnej 25 zł mieści raptem 150 ml płynu, co przy moich długich włosach starcza na zaledwie kilka zastosowań. Czyni to z tego zabiegu przyjemność dość kosztowną. Ale i tak Wam tę płukankę polecam! Sprawdźcie sobie przy okazji, jakich cudów dokona z Waszymi włosami. No chyba że już ją znacie, co w sumie jest bardzo możliwe.


Jeśli chodzi o Yves Rocher i ich produkty do włosów, za jakiś czas zaproszę Was jeszcze na obszerną recenzję linii wygładzającej, w skład której wchodzi szampon, odżywka oraz serum. Tymczasem dziś napomknę tylko o gorącej nowości marki, która niedawno do mnie trafiła, czyli serii Sebo Vegetal, na którą składa się płyn micelarny, krem-żel przeciw niedoskonałościom, maseczka oczyszczająca oraz serum zwężające pory.







Co prawda moja współpraca z Yves Rocher jakiś czas temu dobiegła końca i ta przesyłka dotarła do mnie przez nieporozumienie, ale produkty Sebo Vegetal zainteresowały mnie na tyle, że mimo wszystko postanowiłam podjąć się testów. Dajcie mi kilka tygodni i wyglądajcie recenzji! A serii Sebo Vegetal szukajcie w sklepach marki już w lutym.


To tak tytułem dygresji, wracam jednak do clou posta. Miałyście do czynienia z opisanymi dziś przeze mnie kosmetykami? Służą Waszym włosom? Czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.




piątek, 8 listopada 2013

Czarny koń serii, czyli ekspresowa kuracja Fructis Goodbye Damage

Ładnych parę miesięcy temu otrzymałam tajemniczą paczkę po brzegi wypełnioną produktami Garnier Fructis Goodbye Damage. W sumie do dziś nie wiem, kto był nadawcą i na jakich zasadach tę przesyłkę otrzymałam, bo z nikim się na nic nie umawiałam. I szczerze powiem, że nawet zła byłam, bo przez wiele lat kosmetyków Fructis unikałam jak ognia, pamiętając łupieżową masakrę, jaką mi kiedyś zafundowały, a tu taka paka! Szampon, odżywka, maska, serum na końcówki i enigmatyczna ekspresowa kuracja. Jak już się pewnie domyślacie, zwyciężyła ciekawość i zaryzykowałam, wprowadzając całą serię do swojej pielęgnacji. Wbrew obawom żadna krzywda mi się nie stała, szampon, odżywka i maska okazały się całkiem przyzwoite i w zasadzie tylko serum na końcówki zupełnie mi się nie spodobało. Ale czarnym koniem Goodbye Damage okazała się ona, bohaterka tego posta, ekspresowa kuracja!






Ekspresowa Kuracja to moc maski i lekkość odżywki w żelowo - kremowej formule, która działa na zniszczone włosy od momentu nałożenia. Wystarczy ją nałożyć na całą długość wilgotnych, umytych szamponem włosów, a następnie od razu spłukać. Efekt jest natychmiastowy: włosy są wzmocnione, a ich ubytki uzupełnione - ekspresowa regeneracja i niezwykła miękkość.

Cena: około 15 zł / 200 ml.






Podchodziłam do tej kuracji jak pies do jeża, nie wierzyłam w jej wyjątkowość. Czym niby ona różni się od zwykłej odżywki? Uważałam, że to sprytny chwyt marketingowy pozwalający na proste zwiększenie sprzedaży dzięki wprowadzeniu kolejnego produktu uzupełniającego pielęgnację włosów. Nie czarujmy się, pewnie w jakimś stopniu właśnie tak to funkcjonuje, ale fakt jest faktem, że ekspresowa kuracja Fructis zrobiła na mnie spore wrażenie. 

Wielokrotnie wspominałam Wam, że włosy myję rano, przed pracą. Wiele razy powtarzałam też, że kluczowym czynnikiem, który decyduje o produktach, na jakich opiera się moja poranna pielęgnacja, jest czas, jaki pozwalają mi zaoszczędzić. Pod tym względem ekspresowa kuracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Jest faktycznie tak, jak obiecuje producent, aplikacja jest błyskawiczna, kuracja nie wymaga bowiem przetrzymywania na włosach, od razu można ją spłukać. A włosy są po niej jak marzenie! Gładkie, sypkie i lśniące. Oczywiście o żadnym długotrwałym efekcie nie ma mowy, kuracja jest kuracją tylko z nazwy. Jak dla mnie to po prostu skoncentrowana odżywka, doskonale kondycjonująca włosy, ale nie naprawiająca ich stanu w jakiś cudowny sposób. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam efekt, jaki daje. Gwarancja łatwo rozczesujących się, zdyscyplinowanych włosów!

Jak dla mnie, kuracja to najmocniejszy punkt całej serii i tylko do niej zamierzam wracać. Reszcie produktów Goodbye Damage mówię goodbye :DDD Owszem, są wydajne, pięknie, owocowo pachną i generalnie spełniają swoje funkcje, ale charakteryzuje je przeciętność, na której tle ekspresowa kuracja naprawdę się wyróżnia. Tak jak wspominałam, nadużyciem byłoby stwierdzenie, że trwale poprawia stan włosów, ale w codziennej pielęgnacji sprawdza się genialnie i traktując ją jako odżywkę na pewno się nie zawiedziecie.


Kto jest skłonny dać jej szansę?  


Buziaki,
Cammie.




wtorek, 8 października 2013

Nie najgorzej, czyli wrześniowy ShinyBox

Skoro wrześniowy ShinyBox wbrew moim oczekiwaniom i tak do mnie dotarł, nie pozostaje mi nic innego, jak zaprezentować Wam jego zawartość. I muszę przyznać, że robię to z przyjemnością, bo pudełko wydaje mi się całkiem atrakcyjne. Powinno zadowolić i miłośniczki pielęgnacji, i wielbicielki makijażu.


Co zatem znalazło się w środku? 


TONI & GUY
Shine Gloss Serum

SCOTTISH FINE SOAPS
mleczko do ciała

PHENOME
szampon do włosów przywracający równowagę skóry głowy

GLAZEL
kredka do oczu

PAESE
róż z olejem arganowym

Dla porządku dodam jeszcze, że do pudełka dołączona była też próbeczka Bio Serum Skin Archi-Tec Dermo Pharma oraz ulotka marki Bioperla dająca 10% zniżki na zakupy w sklepie internetowym. 


Szczegółowo o zawartości wrześniowego pudełka możecie poczytać TUTAJ.






Ucieszyło mnie to, że w pudełku znalazły się marki, które nie są dla mnie dostępne na wyciągnięcie ręki. I nie chodzi nawet o półkę cenową, bo najdroższy produkt w pełnym wymiarze kosztuje raptem 75 zł, ale o to, że trudno je znaleźć w pierwszym lepszym sklepie. Po raz pierwszy mam w rękach kosmetyki Glazel i Paese (oba pełnowymiarowe!), z Phenome, Scottish Fine Soaps i Toni&Guy miałam już co prawda styczność, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że znam asortyment tych marek na wylot. Także jeśli chodzi o aspekt poznawczy, to mój głód nowości został we wrześniu zaspokojony.

Najsłabszym punktem wydaje mi się serum Toni&Guy, ale nie względu na jakość produktu, bo do niej odnieść się jeszcze nie mogę, tylko fakt, że w sierpniu ShinyBox proponował produkt z tej samej kategorii. Miesiąc po miesiącu można poczuć lekki przesyt.

Najbardziej spodobała mi się kolorówka, zwłaszcza czarna kredka do oczu z aplikatorem Glazel. Róż Paese ucieszyłby mnie pewnie bardziej, gdyby trafił mi się kolor lepiej pasujący do mojej karnacji. Odcień nr 41, który dostałam, będzie chyba dla mnie nieco za ciepły.


Tak to właśnie wygląda. Nie najgorzej, prawda? Jak myślicie?

Buziaki,
Cammie.





piątek, 4 października 2013

Bye bye bad hair day, czyli odkrycia września

Nie mogę uwierzyć, że to już październik! Jak mówi mój mąż, czas nie biegnie, czas zap.....la. Wybaczcie wulgaryzm, ale taka jest prawda :D Dni mijają nie wiadomo kiedy, jeszcze nie zdążyłam pożegnać się z latem, a już pełnia jesieni. Nie narzekam, smutno mi tylko.

Skoro już nadszedł ten październik, warto krótko podsumować wrzesień. Zapraszam na post z serii Odkrycia miesiąca.

Tak się złożyło, że oba produkty, o których chcę Wam dziś napisać, to kosmetyki do włosów, perełka z sierpniowego ShinyBoxa, nabłyszczające serum na zniszczone końcówki Indola Innova Glamour Sparkling Ends oraz niespodziewanie dla mnie samej szampon z odżywką 2 w 1 Avon Advance Techniques Daily Shine.






Indola Innova Glamour Sparkling Ends - serum na zniszczone końcówki włosów

Serum - fluid na zniszczone końce, zapewnia włosom gładkość i połysk jak lustro, zmniejsza rozdwojenie końcówek nawet o 90%. Pozostawia włosy wygładzone i błyszczące.



Na szczęście włosy mam zdrowe i nie borykam się z problemem rozdwajających się końcówek, ale mimo to serum Indola zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Odkąd pod koniec sierpnia użyłam je po raz pierwszy, tak sięgam po nie praktycznie codziennie. Moje włosy je pokochały! Trochę się obawiałam, że będą obciążone i oklapnięte, bo niepokoiła mnie jego zwarta i dość gęsta jak na produkt tego typu konsystencja, ale okazało się, że nic z tych rzeczy. Dwie, trzy pompki tej cudownej białej emulsji wystarczają, by włosy mojej długości (do pasa) zdyscyplinować, wygładzić i nabłyszczyć. W kilka sekund plus sto do świetnego wyglądu i świetnego samopoczucia. W końcu nie od dziś wiadomo, że to fryzura decyduje o tym, jaki będzie nasz dzień :DDD

Owszem, serum w składzie ma silikony, ale należące do grupy lotnych, czyli nie kumulujących się. Moim włosom służą. Fryzura cały dzień wygląda dobrze, a praktycznie zawsze włosy noszę rozpuszczone. Nie kołtunią się i nie elektryzują, przez wiele godzin zachowując gładkość i wyraźnie zwiększoną objętość.

Choćbym chciała, nie mam się do czego przyczepić, to serum jest dla mnie idealne. Zachwyciło mnie na tyle, że zaczęłam interesować się innymi produktami tej marki, bo przyznaję, że wcześniej o niej nie słyszałam.Wygląda na to, że nie należą do najtańszych, ale zaporowych cen też nie mają. Glamour Sparkling Ends to koszt około 30 zł.Biorąc pod uwagę jakość i wydajność, uważam, że to cena atrakcyjna. Długowłose, warto rozważyć zakup!


Jeśli chodzi o szampon Avon, to sprawa ma się tak, że weszłam w jego posiadanie przez zupełny przypadek. Sama nigdy nie zdecydowałabym się na szampon tej marki, a już na pewno nie taki typu 2 w 1. Tymczasem pośrednicząc w zamówieniu dla koleżanki, która w drodze eksperymentu zamówiła go dla siebie, zostałam postawiona przed faktem, bo konsultantka, u której składałam zamówienie, pomyliła się i zamówiła dwie sztuki. Chcąc nie chcąc jedną zostawiłam dla siebie. I wiecie co? Avon Advance Techniques Daily Shine to rewelacja!






Formuła wzbogacona o keratynę z pro-witaminą B5 nadaje włosom zdrowy wygląd, wzmacniając je, odbudowując i zabezpieczając przed zniszczeniami. Mycie i odżywianie w jednym, prostym zabiegu.




Mam bardzo długie włosy, które myję codziennie rano. Całe życie unikałam szamponów 2 w 1, bo i tak zwykle musiałam użyć po nich odżywki, w innym przypadku nie dawały się rozczesać i po prostu źle wyglądały. Daily Shine to jedyny znany mi szampon tego typu, który nie tylko świetnie myje włosy, ale jednocześnie odczuwalnie je pielęgnuje, odżywka naprawdę nie jest potrzebna. A wiecie, co to dla mnie oznacza? Oszczędność czasu, dodatkowych kilka minut snu, jeden krok w porannej rutynie mniej. I to jest właśnie dla mnie największa, bezcenna zaleta tego szamponu. Co do ceny, wiadomo, jak to w Avon, zależy od aktualnej oferty i zamawianej pojemności, ale nie są to duże kwoty, od kilku do kilkunastu złotych.

Dowodem mojej sympatii do tego szamponu jest fakt, że zużyłam tę pierwszą, przypadkowo kupioną butelkę i zamówiłam kolejną  Ogromną, niemal półlitrową :DDD To chyba mówi samo za siebie.


Czegokolwiek bym nie napisała na temat moich wrześniowych odkryć, jedno jest pewne - chodzę ostatnio uczesana jak człowiek, niemal zapomniałam, czym jest bad hair day :DDD 


Znacie produkty, które pokazałam? Co o nich sądzicie? I co ciekawego wpadło Wam w ręce we wrześniu?


Buziaki,
Cammie.







czwartek, 5 września 2013

Nowości z Yves Rocher, czyli coś dla mnie i coś dla Was

Nie tak dawno recenzowałam dla Was produkty z letnich kolekcji limitowanych Yves Rocher [KLIK] i dostałam wtedy sporo sygnałów, że wyczekujecie już raczej nowości. Proszę bardzo, oto są! 






Z szerokiej gamy najnowszych propozycji marki wybrałam dla siebie kilka produktów, które zwróciły moją szczególną uwagę. Coś dla włosów, coś dla cery, coś dla paznokci i coś dla rzęs.



SZAMPON, ODŻYWKA I SERUM WYGŁADZAJĄCE DO WŁOSÓW LISSAGE

NAWILŻAJĄCY PŁYN MICELARNY HYDRA VEGETAL

LAKIER DO PAZNOKCI RADOSNY RÓŻ

TUSZ PODKRĘCAJĄCY RZĘSY VOLUME VERTIGE




(Zdjęcia: materiały promocyjne Yves Rocher)



Seria do włosów wzbudziła moją ogromną ciekawość, po zachwytach nad linią Brillance [KLIK] po prostu musiałam poznać ją bliżej. Płyny micelarne to dla mnie podstawa demakijażu, także na tę nowość też zdecydowałam się bez zastanowienia. Róż na paznokciach kocham, więc w tym przypadku wybór również był naturalny. Maskara skusiła mnie natomiast innowacyjną szczoteczką z dozownikiem tuszu. 


Jak się okazało, z tym tuszem to cała historia ... 






Chciałam czarny, ale jakiś chochlik sprawił, że dotarł do mnie brązowy ...






... a przynajmniej tak myślałam, bo po otwarciu okazało się, że nie jest ani czarny, ani brązowy, tylko  ... granatowy!






Cała ta sytuacja byłaby nawet zabawna, gdyby nie była tak niepokojąca. Niezły bałagan z tymi oznaczeniami ... Miałam ogromną ochotę sprawdzić, cóż to za innowacyjna formuła, byłam skłonna przetestować choćby i brąz, ale w tej sytuacji nic z tego nie będzie. Granat na rzęsach nie dla mnie! Mam jednak nadzieję, że wśród Was znajdą się jakieś miłośniczki granatowych rzęs.


Uwaga! Tusz został otwarty, ale jest nieużywany. Jeśli publicznie obserwujesz No to pięknie! i chcesz, by ta gorąca nowość Yves Rocher trafiła właśnie do Ciebie (więcej informacji na jej temat TUTAJ), wystarczy, że w komentarzu pod postem dokończysz zdanie: Granat na rzęsach to coś dla mnie, bo ... 

Zapraszam wszystkich do zabawy! Na Wasze odpowiedzi czekam do niedzieli (08.09.). W przyszłym tygodniu dowiecie się, kto już niebawem pomaluje rzęsy na granatowo :DDD


Tymczasem całuję,
Cammie.