beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rimmel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rimmel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2015

Mój jedyny, czyli na niebiesko


O czym by napisać w takie piękne (bo wolne, pogoda niestety nie dopisuje) niedzielne popołudnie? W przyszłym tygodniu planuję kontynuować temat związany z pielęgnacją wymierzoną w przebarwienia, dziś w takim razie może coś lżejszego? Dawno na przykład nie pokazywałam żadnego lakieru do paznokci, a tak się składa, że akurat mam do zaprezentowania bardzo ciekawy kolor, Rimmel Salon Pro 411 Navy Seal. Na ten moment to mój jedyny niebieski lakier. Niebieskości szalenie podobają mi się u innych, jednak sama praktycznie na paznokciach ich nie noszę, w kontraście z moją jasną karnacją zwykle wyglądają po prostu sino. Tym razem jest inaczej, Navy Seal jest kolorem zgaszonym, dostrzec można w nim lekką domieszkę szarości, dzięki której bardzo dobrze komponuje się z moją skórą, nie podkreślając brzydko jej bladości. Choć sporo jaśniejszy, niezwykle przypomina mi 711 Punk Rock z tej samej kolekcji, jest równie przybrudzony i niejednoznaczny. Popatrzcie.




To ta sama rodzina kolorów, niebieski Navy Seal nie odbiega daleko od granatowego Punk Rock, oba odcienie straciły czystość na rzecz domieszki podobnej przykurzonej nuty.




Tak jak wspominałam, pomimo podziwiania takich kolorów u innych, ja sama rzadko czuję się dobrze z niebieskim lakierem na paznokciach, Navy Seal okazał się jednak wyjątkiem. Nie dość, że jestem zadowolona z efektu, jaki daje, to jeszcze zostałam parę razy skomplementowana :))) Gdyby był czystym, jaśniutkim błękitem, komplementu na pewno bym się nie doczekała, już prędzej porównania do topielicy ;))) A tymczasem "brudasek" robi robotę!




Do jakości Navy Seal nie mam żadnych zastrzeżeń, nadal podtrzymuję opinię, że Rimmel Salon Pro to jedne z najlepszych drogeryjnych lakierów (KLIK). 




Jeśli chodzi o Punk Rock, to wyrazem tego, jak bardzo go lubię, jest fakt, że mam już drugą jego buteleczkę. Nie wiem, czy w przypadku Navy Seal moja sympatia będzie równie mocna, ale wiele na to wskazuje :)




Jaki jest Wasz stosunek do niebieskości na paznokciach? Lubicie, nie lubicie? W jakie odcienie zwykle celujecie? Żywe błękity, nasycone kobalty, stonowane granaty? Dajcie znać, ciekawa jestem Waszych upodobań. Zdradźcie też, jak podoba Wam się Navy Seal. Wpisuje się w Wasz gust? No i co w ogóle myślicie o Rimmel Salon Pro, lubicie te lakiery tak samo jak ja? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.




sobota, 18 kwietnia 2015

Na szybko, czyli zestaw Rimmel Lasting Finish dla Was!


Witajcie. Dawno nie miałam dla Was żadnego prezentu, prawda? Wiem, zaniedbałam Was trochę pod tym względem. Co powiecie zatem na szybkie rozdanie? Na jedną z Was czeka zestaw kosmetyków Rimmel - baza pod makijaż Lasting Finish Primer oraz podkład Lasting Finish Nude w odcieniu 200 Soft Beige. To jak, zaczynamy? Wystarczy się zgłosić!




Wszystkich chętnych proszę o wypełnienie formularza. Na zgłoszenia czekam do jutra do północy, w poniedziałek dam Wam znać (tutaj, w tym poście), kto otrzyma prezent. No to do dzieła!





Mam nadzieję, że prezent Wam się podoba i chętnie weźmiecie udział w rozdaniu. Serdecznie zapraszam! 

Do poniedziałku,
Cammie.


Edit:

Prezent otrzymuje Silverlinings!


niedziela, 12 kwietnia 2015

Dwa w jednym, czyli zaległe podsumowanie lutego i marca | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, zakupy


Kwiecień nabrał już rozpędu, a tymczasem ja zabieram się dopiero za podsumowanie marca. I przy okazji lutego, żeby było śmieszniej. No cóż, tak się złożyło, lepiej późno niż wcale. A zatem dwa w jednym, zapraszam. Tradycyjnie przypomnę najpopularniejsze posty, podam kilka ciekawych linków, zdradzę, jak spędzałam czas wolny, pokażę też zakupy z ostatnich tygodni. Nie przegapcie!




Rzut oka na statystyki pozwolił mi wytypować najpopularniejsze lutowe i marcowe posty. Zdecydowanie z największym zainteresowaniem przyjęłyście podsumowanie stycznia ---> KLIK, ale niemal równie chętnie czytałyście o kosmetycznym odkryciu marca ---> KLIK i o znaczeniu ochrony przeciwsłonecznej ---> KLIK. Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze!

Nawiązując do FB (polubiłaś już? ---> KLIK), chciałabym na chwilę wrócić do tematu, o którym właśnie tam kilka tygodni temu wspominałam. Słyszałyście o BookRage ---> KLIK? To arcyciekawa inicjatywa, dzięki której kupić możemy pakiety ebooków (uwaga! każdy pakiet w sprzedaży jest tylko przez dwa tygodnie!), samodzielnie decydując, ile za nie zapłacić. Mało tego, od nas zależy też, ile naszych pieniędzy trafić ma do autorów książek (może wszystko? ty tu rządzisz!), ile do serwisu BookRange, a ile do patronującej akcji Fundacji Nowoczesna Polska. Szczegóły w obszernym artykule z jednego z weekendowych wydań Gazety, o tutaj ---> KLIK. Dajcie znać, jak zapatrujecie się na to przedsięwzięcie, co myślicie o takiej nietypowej formie sprzedaży.

Skoro już jesteśmy przy książkach, pozwólcie, że zainteresowanych odeślę w tym miejscu do postów o moich lutowych ---> KLIK i marcowych ---> KLIK lekturach. 






Nie będzie też lepszego momentu, żeby napomknąć o fantastycznej "Cukierni Lidla". Niezorientowanym (są w ogóle tacy?) w tym miejscu wyjaśnię, że Lidl po raz drugi już wydał książkę kucharską, którą klienci zdobyć mogli w przedświątecznym programie lojalnościowym. Przepiękne zdjęcia! Wzroku nie można oderwać. Brawo, Lidl! Macie swój egzemplarz?




Oprócz książek czas wolny wypełniał mi też serial. Pewnie nie będzie dla Was niespodzianką, jak napiszę, że w dalszym ciągu oglądam How I met your mother? Już prawie finiszuję, jeszcze tylko jeden sezon i może w końcu się dowiem, jak on, do licha, poznał ich matkę :DDD Powiem Wam, że trudno będzie mi się z tym serialem rozstać. Kto jeszcze lubi tego tasiemca, palec do budki? :)))




A zakupy? Możecie się domyślać, że przez dwa miesiące zdążyłam kupić co nieco :))) Wszystkiego nie będę Wam pokazywać, skupmy się na najciekawszych rzeczach. Na początek może coś azjatyckiego? W lutym skusiłam się na kolejny bb krem, tym razem stawiając na Dr.G Bright+ Super Light Brightening Balm. Mimo nieco sinego koloru (na szczęście odcień dostosowuje się do karnacji), polubiłam go od pierwszego użycia, jeszcze Wam o nim napiszę. Na zdjęcie załapał się też mój nowy beauty blender. Ktoś się może orientuje, czy dwupaki zniknęły ze sprzedaży tylko u polskiego dystrybutora, czy też całkiem zniknęły z oferty marki? 




Marce Sylveco opierałam się naprawdę długo, ale w końcu uległam. Może dlatego, że wreszcie znalazłam w swoim mieście sklep, w którym dostępna jest jej pełna oferta? Na dobry początek zdecydowałam się na peeling oczyszczający z korundem, ekstraktem ze skrzypu polnego i olejkiem z drzewa herbacianego oraz na peelingującą pomadkę odżywczą z drobinkami brązowego cukru. Powiem krótko - szybko zrozumiałam, skąd te wszechobecne zachwyty. Dołączam! Polecacie szczególnie jakiś produkt tej marki? Koniecznie napiszcie.




W ostatnich tygodniach zrobiłam też niewielkie zamówienie na Truskawce. Zbiegiem okoliczności w jednym czasie udało mi się upolować w świetnych cenach akcesoria, które już od dawna chodziły mi po głowie - pęsetę Tweezerman i zalotkę Shu Uemura, jako nieplanowaną zachciankę do koszyka wrzuciłam też na próbę podkład w sztyfcie Becca (nieprzyzwoicie przeceniony, grzech było nie wziąć!). W tle zdjęcia z akcesoriami widzicie maskarę Miss Sporty Studio Lash (całkiem fajna, choć bardzo usztywnia rzęsy) i odżywkę do rzęs Eveline Advance Volumiere (ładnie rozdziela rzęsy, stanowiąc dobrą bazę pod tusz).






Nareszcie wróciłam też do mojego ukochanego żelu do włosów, Kemon Hair Manya Cosmo.  Nic tak nie ujarzmia baby hair jak to jadowicie zielone dziwadło. Swoje niestety kosztuje, więc przez jakiś czas próbowałam znaleźć dla niego zamiennik, jednak zawsze był to kompromis, nigdy nie byłam do końca zadowolona. Welcome home, baby!




Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, na szczególną uwagę zasłużył sobie jeden, bladoróżowy topper Catrice Luxury Lacquers 04 Lost'N Roses. Już niedługo pokażę go w pełnej krasie!




Zamykając temat zakupów, chciałabym pokazać Wam moje nowe nabytki pozakosmetyczne, wiem, że również z ciekawością je oglądacie. Najpierw coś dla miłośniczek dużych, strojnych naszyjników. Mam do tego typu biżuterii ogromną słabość, moja kolekcja szybko się powiększa. W ostatnim czasie nie oparłam się czarnym kryształkom z Reserved (w rzeczywistości są nieco przejrzyste, przez co przybierają odcień odbijających się w nich rzeczy, widać to nawet na zdjęciu, zwróćcie uwagę na niebieski poblask) i błyskotkom z Top Secret (szarości w starym złocie, nietypowe, a jednak bardzo udane połączenie). Być może części z Was tego typu biżuteria wydaje się krzykliwa, ale to jest właśnie mój styl - proste, jednokolorowe, gładkie ubrania plus jakiś jeden widoczny, wyrazisty element, który przykuwa uwagę i kolokwialnie mówiąc, "robi robotę". Napiszcie, proszę, czy nosicie takie naszyjniki, a jeśli tak, zdradźcie, gdzie wyszukujecie swoje biżuteryjne zdobycze.




Znalazłam też  w końcu (w Reserved) dużą, szarą torbę, którą w dodatku udało mi się kupić ze sporą zniżką. Rozglądałam się za czymś w tym stylu już od dłuższego czasu, ta jest po prostu idealna - jasna, pojemna, a przy tym lekka i bardzo, bardzo prosta, bez żadnych wątpliwej urody ozdób. Musiałam jedynie włożyć do niej organizer, bo jest jednokomorowa i w pięć sekund robił mi się w niej bałagan. Wybaczcie, że posiłkuję się zdjęciem z sieci, moje ujęcia nie oddawały dobrze jej kształtu.




A na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Słyszałyście o najnowszej kampanii Dove? Marka ta słynie z promowania naturalnego piękna i jej nowa kampania nie odbiega od tego charakterystycznego, sprawdzonego już schematu. Kilka dni temu opublikowany został film Choose Beautiful, koniecznie zobaczcie! Myślę, że będzie szeroko komentowany. Już teraz można o nim poczytać chociażby tutaj ---> KLIK.





To w zasadzie tyle. Rozpisałam się ponad normę, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Bo ciągle tu jesteście, prawda? :)))

Już wiecie, jak minęły mi ostatnie tygodnie, teraz Wasza kolej, napiszcie, co u Was słychać. Liczę też oczywiście na komentarze odnoszące się do poruszanych dziś przeze mnie tematów. Coś szczególnie Was zainteresowało, coś wpadło Wam w oczy? Piszcie, nie dajcie się prosić!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 27 marca 2015

Wzór do naśladowania, czyli pozory mylą | Nowa kolekcja lakierów Rimmel i akcja Fundacji DKMS


Witajcie! Całe szczęście, że to już weekend, prawda? Na jego dobry początek zapraszam Was serdecznie na post poświęcony najnowszej kolekcji lakierów do paznokci Rimmel by Rita Ora. Przy okazji opowiem Wam też o wyjątkowej akcji Fundacji DKMS, Wzór do naśladowania, dzięki której w prosty sposób wesprzeć możemy walkę z rakiem krwi. Mogłoby się wydawać, że te dwa tematy mają się do siebie nijak, ale pozory mylą!

Wzór do naśladowania to akcja, w ramach której jej partnerzy, czyli marki Rimmel, Sally Hansen, Astor, Miss Sporty i Manhattan, jeden procent ze sprzedaży lakierów do paznokci przekazują Fundacji DKMS, od ponad dwudziestu już lat pomagającej kojarzyć dawców z pacjentami potrzebującymi przeszczepu szpiku lub komórek macierzystych. Symbolem przedsięwzięcia jest znak "&", który ma być wyrazem naszego zaangażowania. Kupując lakiery wymienionych marek i odwzorowując znak na paznokciach, nie tylko wspieramy chorych na raka krwi, ale możemy stać się wzorem dla innych, zachęcając ich do zainteresowania się tematem. Jeśli nie na co dzień, to przynajmniej 28 maja, czyli w Światowy Dzień Raka Krwi. Zapamiętajcie tę datę i ten symbol!




A nowa lakierowa kolekcja Rimmel? Wspaniała, prawdziwie wiosenna, błyszcząca, kolorowa. Seria 60 seconds wzbogaciła się o siedem szybkoschnących słodkich, soczystych odcieni. Dziś prezentuję Wam aż sześć z nich.




Kolekcję po raz kolejny firmuje Rita Ora. Hasła kampanii to "festiwal koloru" i "flower-power", muszę przyznać, że oba są dość trafione. Choć mnie osobiście nasuwa się też skojarzenie z landrynkami. 





Same spójrzcie, czyż te kolory nie przywodzą na myśl cukiereczków? Landrynki jak nic. Plus jedna miętówka :DDD




Nawet jasne kolory tej kolekcji są mocno nasycone, dając przez to prawie neonowy efekt. Na szczęście  dla preferujących subtelniejsze odcienie też coś się znajdzie. 




W tym tygodniu przez kilka dni nosiłam róż, 270 Sweet retreat, który dał na paznokciach dość grubą, twardą i błyszczącą warstwę, okazał się przy tym bardzo trwały. Lakier oceniam wysoko i już się zastanawiam, po który kolor sięgnąć w następnej kolejności! Wszystkie są śliczne, trudno się zdecydować.

A Wam który odcień najbardziej przypadł do gustu? Zostawiam Was z tym pytaniem, na koniec przypominając raz jeszcze o akcji Fundacji DKMS i zachęcając do odwiedzenia strony wzordonasladownia.pl KLIK.




Jak postrzegacie angażowanie się marek w przedsięwzięcia tego typu? Widzicie w tym jedynie sposób na kreowanie ich pozytywnego wizerunku, czy doceniacie wsparcie, jakiego przy takich okazjach udzielają, działając na rzecz różnych szczytnych celów? Napiszcie, co o tym myślicie, chętnie poczytam. No i nie zapomnijcie dodać, jak podoba Wam się nowa kolekcja lakierów Rimmel!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 7 lutego 2015

Z poślizgiem, czyli podsumowanie stycznia | wyróżnienie, vlogowe odkrycie, nieudany makijażowy trik, rozrywka, kultura, zakupy, prezenty i smakołyki


Luty zdążył nabrać już takiego rozpędu, że zastanawiam się, czy w ogóle jest sens wracać jeszcze do stycznia, no ale żeby tradycji stało się zadość, odsuwam na bok te rozważania i biorę się za podsumowanie minionego miesiąca. Lubię pisać dla Was posty z tej serii i choć ostatnio fala wpisów o podobnym charakterze zalała blogosferę, mam nadzieję, że nie uznacie tego formatu za wyczerpany i nadal moje podsumowania będziecie czytać z niesłabnącym zainteresowaniem. No chyba że macie ich już dość? Koniecznie dajcie znać. Tymczasem pozwólcie jednak, że powspominam styczeń.




Zwykle zaczynam od przypomnienia postów, które w danym miesiącu cieszyły się największą popularnością, w styczniu jednak publikowałam tak mało, że przywołam tylko jeden wpis. Bez zbędnych komentarzy przechodzę do sedna - najwięcej czytelników przyciągnęło podsumowanie 2014 roku. Jeśli ktoś je przegapił, teraz ma szansę nadrobić ---> KLIK.

Jeśli chodzi o bloga, pisząc o styczniu, nie mogę nie wspomnieć o opracowywanym od kilku lat przez Martę rankingu najpopularniejszych polskich blogów kosmetycznych, w którym No to pięknie! po raz kolejny znalazł się tzw. "złotej pięćdziesiątce" ---> KLIK. Traktuję to wyróżnienie jako nasz wspólny sukces, nie byłoby go bez Waszej obecności i aktywności, dzięki! Mam najwspanialsze czytelniczki :*

Jak co miesiąc chciałabym też podzielić się z Wami odkryciem blogowym lub vlogowym. Tym razem padło na YouTube. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia kanału Ditecz ---> KLIK, której poczynania obserwuję już od jakiegoś czasu, darząc ją coraz większą sympatią. Jej filmy to bardzo krótkie formy, w minutę lub dwie (rzadkość na rozgadanym do granic przyzwoitości YT!) pokazujące różne praktyczne, a przy tym bardzo ciekawe, często nietypowe rozwiązania. Osobiście uwielbiam jej propozycje kulinarne, ale cenię także jej inspirujące pomysły na dekorację wnętrz w nurcie DIY. Koniecznie do niej zajrzyjcie!

Skoro już jesteśmy przy You Tube, to w kilku słowach chciałabym opowiedzieć Wam o nieudanym eksperymencie z trikiem makijażowym, jaki w styczniu przetestowałam na sobie za sprawą Gossa.




Generalnie chodzi o to, żeby aplikowany podkład (dowolny, z wyjątkiem tych na bazie wody i proszkowych) przed nałożeniem na twarz mieszać z niewielką ilością oleju, co ma niesamowicie wygładzać cerę, jednocześnie dodatkowo ją pielęgnując. Zachęcona instruktażem postanowiłam spróbować. Jak wiecie, przechodzę kurację retinoidem, przez co moja cera jest przesuszona, skusiła mnie więc wizja nawilżonej, wygładzonej skóry. Niestety, ten trik zupełnie w moim przypadku nie zadziałał. Zrobiłam dwie próby, jedną z olejem z awokado, drugą z olejem kokosowym, za każdym razem nie osiągnęłam jednak nic ponad szybsze przetłuszczanie się cery. Nie wiem, może byłoby inaczej, gdyba moja skóra była w lepszej kondycji? A może ta metoda po prostu nie nadaje się dla cery tłustej? Przeczą temu jednak entuzjastyczne komentarze pod filmem Gossa. Dajcie znać, czy miałyście z tym trikiem do czynienia i jakie daje u Was efekty. Tyle zadowolonych osób w końcu nie może się mylić! Gdzieś na pewno jest klucz do jego skuteczności.

A rozrywka? Za Waszą namową wolny czas w styczniu poświęciłam serialowi Orange is the new black, rzeczywiście jest tak dobry, jak pisałyście! Dziękuję Wam za tę rekomendację. Na poprawę humoru zaczęłam też śledzić losy paczki przyjaciół z How I met your mother.




Oba seriale są bardzo znane, How I met your mother doczekało się już chyba dziewięciu sezonów (poprawcie mnie, jeśli się mylę), fani Orange is the new black czekają właśnie na trzeci. O ile pierwszy z nich to typowa komedia (z genialnym w swojej roli Neilem Patrickiem Harrisem, którego moi rówieśnicy mogą pamiętać jako Doogiego Howsera, nastoletniego lekarza medycyny), o tyle drugi to znacznie cięższego kalibru serial obyczajowy, opowiadający prawdziwą historię dziewczyny z wyższej klasy średniej za głupotę i grzeszki młodości trafiającej do więzienia z kryminalistkami z prawdziwego zdarzenia. Każda z nich ma jednak swoją historię, udowadniającą, że nie wszystko w życiu jest wyłącznie białe i czarne. Serial naprawdę godny uwagi, cieszę się, że dałam się Wam namówić.

Pod koniec stycznia po raz pierwszy od dobrych kilku miesięcy byłam też w kinie. Film, na który się wybrałam, ma dość szeroko zakrojoną promocję, pewnie więc o nim słyszałyście. A może nawet już go widziałyście? Chodzi mi o "Ziarno prawdy" na podstawie bestsellerowego kryminału Zygmunta Miłoszewskiego.




Film sam w sobie świetny, choć jak dla mnie nie do końca oddaje ducha książki. Myślę, że zrobi wrażenie na tych, którzy powieści nie znają, fanów Miłoszewskiego może jednak rozczarować, tak jak mnie. Ten Szacki, mimo doskonałej jak zwykle gry Więckiewicza, jakoś nie taki, i tych pozmienianych i pousuwanych ze scenariusza wątków tak żal ... Ale mimo wszystko do kina wybrać się warto. Chociażby po to, żeby skonfrontować własne wyobrażenia z ekranizacją. Ja akurat byłam świeżo po lekturze książki (ciekawych mojej opinii o całej trylogii Miłoszewskiego oraz o innych książkach, które przeczytałam w styczniu, odsyłam TUTAJ), zderzenie było więc mocne.

Chciałabym zatrzymać się na moment przy jeszcze jednym filmie. Filmie, który mną tak wstrząsnął, że po prostu nie mogę o nim nie wspomnieć. TVP w rocznicę wyzwolenia Auschwitz wyświetliła dokument "Ciemności skryją ziemię" o niemieckich obozach koncentracyjnych, zawierający unikatowe ujęcia filmowane pod koniec wojny przez wojska alianckie. Temat jest bardzo trudny, nie będę się tu o nim rozpisywać, dość powiedzieć, że w życiu nie widziałam tak drastycznych scen. Piszę tu o tym dlatego, że w moim odczuciu nie można tego filmu zignorować, a telewizja będzie nadawać go jeszcze kilkakrotnie, jeśli więc go nie widziałyście, a stać Was na duży wysiłek emocjonalny, koniecznie go obejrzyjcie, w poniedziałek 23 lutego o godz. 22:50 w TVP2, w środę 4 marca o godz. 20:20 w TVP Kultura lub w sobotę 7 marca o godz. 21:40 w TVP Historia.

Przejdźmy do bardziej przyziemnych spraw. Zakupy! W zakupowe szaleństwo co prawda w styczniu nie popadłam, ale z Azji coś tam jednak do mnie przyfrunęło. Mój bb krem (Skin79 Dear Rose) dokonał żywota, szukałam więc czegoś nowego. Wybór był trudny, ale ostatecznie zdecydowałam się tym razem dać szansę nieznanej mi jeszcze marce Etude House, stawiając na Precious Mineral BB Cream w wersji Cotton Fit, czyli przeznaczonej do cery przetłuszczającej się.




Trudno mi jeszcze na jego temat się wypowiedzieć. Na pewno jest jasny i żółtawy, a przy tym dość ciepły, z lekko brzoskwiniowymi nutami. Dobrze kryje. Wydaje się fajny, ale na szerszą recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać.

Razem z bb kremem zamówiłam też filtr, po raz kolejny wybierając coś z oferty The Face Shop. Może pamiętacie, że jakiś czas temu kupiłam wersję nawilżającą, Aqua Sun Gel? Tym razem wzięłam Sebum Control Moisture Sun, który dbając o właściwy poziom nawilżenia, dodatkowo pomaga trzymać przetłuszczającą się cerę w ryzach.




O obu tych filtrach na pewno napiszę Wam jeszcze coś więcej, dziś wspomnę jedynie, że cała linia The Face Shop Natural Sun naprawdę warta jest uwagi.

Moją kosmetyczkę w styczniu zasiliły też gorące nowości Bee Yes, zupełnie nowa w Polsce linia pielęgnacyjna francuskiej marki Propolia.




Stopniowo będę Wam wszystkie te kosmetyki prezentować, dziś słowem wstępu napiszę tylko, że Propolia to marka oferująca produkty organiczne i ekologiczne, zainteresowanych szczegółami odsyłam TUTAJ.

Niespodziankę sprawił mi też Rimmel, podsyłając paczkę z kilkoma kolorowymi drobiazgami. Myślę, że czerwienie niebawem trafią do kogoś z Was, chętnie zrobię komuś ogniście czerwony prezent na Walentynki. Bądźcie czujne :)))




A teraz coś z życia prywatnego. Styczeń, styczeń, styczeń ... Miesiąc moich urodzin. Parę dni temu skończyłam 35 lat. Dla części z Was to pewnie sporo, prawda? W każdym razie mój sześcioletni chrześniak, składając mi urodzinowe życzenia, stwierdził, że strasznie stara jestem :DDD Niech mu będzie. Na osłodę prezent od moich kochanych koleżanek (jeszcze raz dzięki, dziewczyny :*), mój wyśniony rozświetlacz MAC Lightscapade (Mary Lou niech się schowa!), a do tego baza pod cienie i liner Kiko.




Na koniec smakołyki. Poszukując jakiejś dobrej herbaty, parę tygodni temu natknęłam się na bardzo fajny sklep, cudmiodherbata.pl ---> KLIK. Koniecznie muszę go Wam polecić, bo nie dość, że asortyment okazał się wspaniały, to jeszcze obsługa zasługuje na najwyższą pochwałę. Spośród wielu wysokogatunkowych herbat ostatecznie wybrałam Teapigs z płatkami czekolady i muminkową Nordqvist z różnymi dodatkami owocowymi.






Czyż te muminki nie są rozbrajające? Czarna muminkowa herbata cytrynowa (to ta z Małą Mi) jest aktualnie moim absolutnym ulubieńcem, choć wersja z truskawką i rabarbarem stanowi dla niej godną konkurencję.

A jakie herbaty umilają Wasze zimowe wieczory? Chciałybyście może polecić coś pysznego, niekoniecznie do picia? Zdradźcie swoje małe grzeszki :DDD Opowiedzcie też koniecznie, jak minął Wam styczeń. Zapraszam do dyskusji, czekam na Wasze komentarze! Liczę na to, że w tym moim długim poście jest coś, do czego chciałybyście się odnieść :)))

Buziaki,
Cammie.



sobota, 10 stycznia 2015

Retrospekcja, czyli podsumowanie minionego roku | długi post o wszystkim!


Trudno było mi zmobilizować się do napisania tego posta, długo szukałam formy, w jakiej mogłabym go ująć, ale w końcu jest, podsumowanie minionego roku! Mam nadzieję, że nie znudziły się Wam jeszcze wszechobecne ostatnio blogowe retrospekcje i z ciekawością rzucicie okiem na to, co przygotowałam. Zapraszam!

Zwlekałam, bo nie do końca wiedziałam, jaki ten wpis ma być, wiedziałam na szczęście przynajmniej, jaki ma nie być, a to już połowa sukcesu :))) A zatem, nie będzie to post o kosmetycznych odkryciach, bo takie pisałam przez cały rok regularnie co miesiąc ---> KLIK. Nie będzie przypominania najpopularniejszych treści, jakie w ciągu roku pojawiały się na blogu, bo uważam, że publikowane regularnie podsumowania z serii Summa Summarum ---> KLIK wyczerpały już temat. Nie będzie statystyk, bo to nudne. Nie będzie też typowych recenzji,  bo to nie czas i miejsce, spodziewajcie się raczej luźnych refleksji i swobodnie biegnących myśli. Te wszystkie zastrzeżenia nie oznaczają jednak, że będzie syntetycznie, oj nie! Lubicie długie posty, prawda? :DDD

Na dobry początek kosmetyki kolorowe, które postanowiłam wyróżnić. W 2014 roku miałam do czynienia z wieloma produktami, zarówno z nowościami, jak i ze znanymi od lat bestsellerami, i z górnej, i z dolnej półki, jednak kiedy się dobrze zastanowiłam, okazało się, że z całego tego kolorowego rogu obfitości systematycznie sięgałam tylko po kilka.




Na miano kosmetyku roku zdecydowanie zasłużył czarny liner w pisaku Blackbuster z L'Oreal ---> KLIK. Uwielbiam go! Namalowanie ładnej kreski nigdy nie było tak łatwe. Odkąd pod koniec 2013 roku skusiłam się na niego po raz pierwszy, co parę miesięcy kupuję nową sztukę i nawet nie rozglądam się za niczym innym. Jedynie raz zrobiłam skok w bok, zdradzając go na rzecz podobnego i nieco tańszego pisaka z Inglota, który po pierwszych zachwytach rozczarował mnie jednak kiepską wydajnością. Drugi raz tego błędu nie popełnię, na tę chwilę nie chcę niczego innego, Blackbuster to dokładnie to, czego potrzebuję.

W 2014 roku po raz pierwszy miałam styczność z kosmetykami marki FM, której katalog wywarł na mnie takie wrażenie (bez kitu, najładniej wydany katalog kosmetyczny, jaki widziałam!), że zapragnęłam zrobić zamówienie. Prasowany puder bambusowy ---> KLIK, który wtedy kupiłam, tak mi się spodobał, że już nie wyobrażam sobie nie mieć go w kosmetyczce, czego wyrazem jest fakt, że właśnie przymierzam się do zakupu trzeciego już opakowania. To chyba mówi samo za siebie. Nadal bardzo lubię też przepięknie wygładzający cerę puder Lucidity Estee Lauder ---> KLIK, który w ciągu minionego roku wielokrotnie Wam zachwalałam, ale jeśli chodzi o niezawodność, w sensie utrwalania makijażu, FM jednak wygrywa, poza tym nie chciałam umieszczać dwóch pudrów w zestawieniu.

W 2014 roku nie ustawałam też w poszukiwaniach idealnego kremu BB. Spróbowałam kilku, a najlepszym okazał się Skin79 Dear Rose BB Cream ---> KLIK. Przyjemnie lekki, jasny, żółtawy i przyzwoicie kryjący - właśnie tak opisałabym go, gdybym miała to zrobić w skrócie. Szkoda tylko, że jest tak trudno dostępny, na zwykle niezawodnym ebay pojawia się coraz rzadziej ... 

Nie mogę nie wspomnieć o moim ukochanym różu, czyli Golden Rose Terracotta Blush 07. Sprawa jest przedziwna, bo sięgam po niego zdecydowanie najczęściej, ignorując wszystkie moje piękne maczki czy inne szanele, a jeszcze chyba nigdy nie pokazałam go na blogu. A zatem robię to dziś, dodając, że ma cudowny, bardzo jasny, chłodny odcień, a dzięki wypiekanej formule daje ożywiające cerę rozświetlenie. Wymarzony róż dla osób o bladej skórze.

Na koniec rzecz o korektorze. A w zasadzie o kamuflażu, bo mowa o Catrice Camouflage Cream. Bardzo dobry produkt, świetnie kryjący i trwały, a w dobranym kolorze niewidoczny na skórze. W dodatku niedrogi. Był to dość przypadkowy zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jako że mam do ukrycia sporo przebarwień, posiłkuję się nim w każdym makijażu i myślę, że jak przyjdzie czas (już niebawem, ze względu na upływ terminu zdatności do użycia), kupię kolejne opakowanie. Polecam wszystkim borykającym się z problematyczną cerą.

A pielęgnacja? W 2014 roku skoncentrowana była wyłącznie na walce z przebarwieniami cery, opierając się głównie na produktach z kwasem azelainowym (Acne-derm i Skinoren, moi najlepsi przyjaciele!), który stosować można w zasadzie bez ograniczeń, niezależnie od pory roku, ale sięgałam też oczywiście po inne preparaty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Napisanie posta o przebiegu mojej kuracji jest dla mnie blogowym priorytetem na najbliższe tygodnie, także spodziewajcie się niebawem obszernej relacji, a póki co poznajcie specyfiki, które z perspektywy czasu oceniam najwyżej. Jako bonus dorzucam suplementy, które w końcówce roku pomogły mi uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów.





Zdecydowanie najdłużej był ze mną kupiony wczesną wiosną delikatnie złuszczający krem Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym ---> KLIK. Wiem, że zdania na jego temat są różne, od entuzjastycznie pochlebnych po skrajnie krytyczne, ja w każdym razie jestem jego gorącą zwolenniczką. Bardzo dobrze wpływał na stan mojej cery, nie usuwając co prawda w jakiś wyraźny sposób przebarwień, ale trzymając ją w ryzach i stopniowo wygładzając. Przyznaję jednak, że jego początkowo silne działanie z biegiem czasu słabło, jakby skóra coraz słabiej reagowała na jego składniki, także lubiłam robić sobie od niego kilkutygodniowe przerwy, po których znowu odczuwałam jego moc. Podsumowując, świetny krem dla wymagającej, skłonnej do zanieczyszczeń skóry.

Prawdziwym pogromcą przebarwień (i nie tylko) okazał się Locacid, czyli krem z retinoidem w postaci tretinoiny. Od razu uprzedzam jednak, że jest to preparat wydawany na receptę, miejcie tego świadomość. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tej kuracji nie obawiałam, bo z retonoidami nie miałam wcześniej do czynienia, na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. Okupując co prawda efekty pewnymi skutkami ubocznymi (łuszczenie się, przesuszenie i uwrażliwienie skóry), z dnia na dzień cieszę się coraz ładniejszą cerą. Szczegóły, tak jak zapowiadałam wyżej, w jednym z kolejnych postów, już teraz zapraszam.

Uzupełnienie mojej kuracji stanowi oczyszczający płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego Pharmaceris z serii T, który stosuję po prostu jak zwykły tonik. Genialny! Mam już drugie opakowanie, na pewno będą też kolejne. Jest stosunkowo niedrogi i bardzo, bardzo skuteczny. Więcej o nim w swoim czasie.

Na zdjęciu widzicie też dwa produkty La Roche-Posay, ale wspomnieć chcę tylko o jednym, mianowicie kremie Toleriane Ultra Fluid, silnie nawilżającym specyfiku do cery wrażliwej. Na moją zmaltretowaną Locacidem skórę działa jak przynoszący ulgę kompres. Świetny, odczuwalnie kojący, w żaden sposób nie szkodzący cerze krem. Leżący obok żel do mycia twarzy Effaclar nie spisał się już niestety tak dobrze, ale o tym innym razem.

Pisząc o pielęgnacji, nie mogę nie poświęcić chwili suplementom, które poratowały mnie w kłopocie z włosami, które parę miesięcy temu leciały mi z głowy jak szalone, codziennie gubiłam ilości grubo przekraczające normę. Przekopałam internety i w pierwszym odruchu zdecydowałam się dać szansę Calcium Pantothenicum, ale dopiero polecony mi przez Was Biotebal przyniósł pożądane, w dodatku błyskawiczne efekty. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłam już po zaledwie dwóch tygodniach regularnego przyjmowania tych tabletek, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. W tym momencie mogę powiedzieć, że dzięki nim problem znacznie ograniczyłam. Zapamiętajcie tę nazwę, to działa! Jeszcze Wam zresztą o tym suplemencie przypomnę, o moich zmaganiach z wypadającymi włosami planuję napisać kiedyś odrębnego posta.

To oczywiście nie jest tak, że napisałam Wam o wszystkim, co systematycznie stosowałam. Jest cała masa kosmetyków, do których regularnie w minionym roku wracałam (żeby wspomnieć chociażby stosowany do włosów olej kokosowy, płyn micelarny Garnier, delikatny żel-krem łagodzący Be Beauty do mycia twarzy, emulsję z granatem Alterra, olejki do ciała Alverde, chusteczki do demakijażu Cleanic, czy serum do rąk Evree Max Repair), uznałam jednak, że gdybym miała tak wszystko wymieniać, zanudziłabym Was na śmierć. Skupiłam się więc na creme de la creme, produktach, które z różnych względów najbardziej zapadły mi w pamięć.

Cofam się zatem w czasie raz jeszcze, przywołując w pamięci moje ulubione w 2014 roku lakiery do paznokci. Muszę przyznać, że mój gust ostatnio nieco się odmienił, wśród preferowanych dotąd przeze mnie nasyconych kolorów niespodziewanie znalazły się także odcienie jasne i delikatne. Spójrzcie zresztą. 




Kolorem roku ogłaszam ciemny, mocny róż Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK. Dlaczego? Bo to on zdecydowanie najczęściej gościł na moich paznokciach, zarówno na dłoniach, jak i na stopach. W ogóle całą tę serię polubiłam, za ogromną gamę kolorów, za wygodny pędzelek i za trwałość. Myślę, że będę do niej jeszcze nie raz wracać.

Lakierem, który przyczynił się do zmiany moich kolorystycznych upodobań, był Essie Topless & Barefoot w pięknym, idealnie wyważonym odcieniu nude ---> KLIK. Trafił do mnie przez przypadek, a dziś nie wyobrażam sobie nie mieć go pod ręką. Sprawdza się w każdej sytuacji, jest klasyczny i elegancki. Bardzo lubię łączyć go z piaskowym złotem Golden Rose (Holiday Nail Color nr 82).

Z końcem roku trafił do mnie duet O.P.I. z dość starej już co prawda kolekcji New York City Ballet, w postaci mlecznobiałego lakieru Don't Touch My Tutu i srebrnego toppera Pirouette My Whistle ---> KLIK. Miłość od pierwszego wejrzenia!

W 2014 roku pogłębiła się też moja słabość do czerwieni. Moje poszukiwania idealnego odcienia zaowocowały dwoma wspaniałymi lakierami, Rimmel Salon Pro Hip Hop ---> KLIK, który przepięknie prezentował się w letnim słońcu, i Essie A list ---> KLIK, jeden z moich ostatnich nabytków, który szybko zyskał status zimowego ulubieńca. Ale myślę, że w kwestii czerwieni nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa :))) Za parę dni się zresztą przekonacie.

Pozwólcie, że teraz zatrzymam się na chwilę przy ulubionych gadżetach. Moja krótka lista liczy zaledwie trzy punkty, ale każdy jest mocny!





Jeśli chodzi o gadżet kosmetyczny, to rok 2014 należał do szczoteczki sonicznej Clarisonic. Mój model to Mia 2, pisałam Wam o nim TUTAJ. Jedna z lepszych inwestycji w urodę, jakie w życiu zrobiłam, dzięki tej szczoteczce oczyszczanie twarzy weszło na nowy dla mnie, dużo wyższy poziom. Chwilowo co prawda, ze względu na uwrażliwienie skóry przez Locacid, nie korzystam z niej, ale z ogromną przyjemnością wrócę do niej po zakończeniu kuracji. Albo i szybciej, o ile kupię odpowiednią dla cery wrażliwej końcówkę.

Clarisonic kupiłam na początku roku, z jego końcem natomiast rzutem na taśmę do moich ulubionych gadżetów dołączył nowy telefon, iPhone 6. Normalnie pewnie bym Wam o tym nie pisała, ale ostatnie dwa lata z jego poprzednikiem (HTC) były tak trudne (żeby wspomnieć tylko o ciągłym zawieszaniu się, czy samoczynnym wyłączaniu ...), że różnica jest dla mnie szokująca i po prostu nie mogę tego przemilczeć. Stary wylądował na dnie szuflady (choć zarzekałam się, że zrzucę go z najwyższego budynku w mieście :DDD), a nowy z każdym dniem coraz bardziej mnie zachwyca, jest wielofunkcyjny, intuicyjny i przede wszystkim niezawodny.

Ale to nie telefon zasłużył na miano gadżetu roku, tytuł ten zgarnia Kindle Paperwhite II! Mniej więcej w połowie roku pożegnałam się ze starszym modelem (wcześniej miałam 4 Touch), wymieniając go na nowsze cacko. Całkiem niedawno o nim pisałam, więc teraz nie będę się powtarzać, odsyłam Was po prostu do tamtego tekstu ---> KLIK. Spisuje się świetnie, uwielbiam wszystkie jego funkcje, wprost nie wyobrażając sobie bez niego życia. Wspaniałe urządzenie, wszystkie książki świata w zasięgu kilku kliknięć, zawsze pod ręką.

Skoro już o książkach mowa, to chciałabym płynnie przejść do tematu najważniejszych dla mnie lektur ubiegłego roku. Miałam problem z dokonaniem wyboru (policzyłam, w ciągu roku przeczytałam 53 pozycje, było z czego wybierać), ale udało się.




Autorka, której twórczość zrobiła na mnie największe wrażenie, to Joanna Bator. Jej "Piaskowa Góra" ---> KLIK to zdecydowanie najlepsza książka, po jaką sięgnęłam w 2014 r. Z wytypowaniem tej pozycji nie miałam akurat żadnego problemu. To jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina, mądra, klimatyczna, napisana pięknym językiem. Kto nie czytał, niech koniecznie to zrobi!

Wyraźny ślad po sobie zostawiła we mnie także dwutomowa "Antologia polskiego reportażu XX wieku" opracowana pod redakcją bardzo przeze mnie cenionego Mariusza Szczygła, zbiór najważniejszych i najciekawszych reportaży dwudziestego stulecia ---> KLIK. Ciągle żywe jest też we mnie wspomnienie o ni to śmiesznej, ni to strasznej książce "On wrócił" Timura Vermesa, w której autor, ubierając fabułę w humorystyczne fatałaszki, snuje tak naprawdę wstrząsającą wizję współczesnego świata, w którym ponownie zjawia się Hitler razem ze swoją chorą ideologią ---> KLIK

Książki książkami, a co z serialami? W 2014 roku obejrzałam ich naprawdę sporo, ale wyróżnić chcę tylko kilka.




Po pierwsze Breaking Bad, za wszystkie emocje i za jedynego w swoim rodzaju Waltera White'a. Po drugie House of Cards, za intrygę i klimat. Po trzecie Suits, za dwóch przystojniaków i jednego Louisa Litta ;))) Po czwarte Sherlock, za całokształt. No i po piąte, last but not least, The big bang theory, za niesamowitą dawkę humoru.

Gdybym miała wybrać słowo roku, postawiłabym na rutynę. Rok 2014  upłynął mi spokojnie, dni  i tygodnie toczyły się jeden za drugim z góry ustalonym trybem, powtarzalnym, może i nudnym, ale bezpiecznym. Właśnie tego potrzebowała moja rodzina i cieszę się, że mogłam jej to zapewnić, dzieląc czas między pracę i dom. Choć nie ukrywam, że emocją roku było poczucie poświęcenia, rezygnacji z wielu własnych przyjemności życia toczącego się poza domem. Myślę, że dobrze rozumieją mnie wszystkie matki małych dzieci, przez większość czasu zdanych wyłącznie na ich opiekę. Niech no tylko moja córa podrośnie! :)))

A blog? To też ważna część mojego życia, więc na koniec poświęcę mu kilka zdań. W 2014 roku, jak pewnie zauważyłyście, przeszedł małą metamorfozę, pisałam zdecydowanie rzadziej, mniej miejsca poświęcając typowym recenzjom, więcej natomiast tematom luźnym, szeroko rozumianym okołourodowym i z braku lepszego słowa powiedzmy, że lajfstajlowym. Wyszło tak w sumie samoistnie, ale No to pięknie! ma się dobrze, nowych czytelników stale przybywa, więc chyba zmierzam w dobrym kierunku? Gdzie jest kres tej drogi, jeszcze jednak nie wiem, bo skłamałabym twierdząc, że blogowe zwątpienia są mi obce. Myśli o zawieszeniu lub nawet całkowitym zamknięciu bloga pojawiały się w mojej głowie w minionym roku często jak nigdy. Póki co jestem na etapie kolejnej fali entuzjazmu, ale co będzie w przyszłości? Nie wiem. Piszę zupełnie szczerze. Mam nadzieję, że mimo wszystkich chwil zniechęcenia, jakie pewnie mnie czekają, spotkamy się tu przy okazji podobnego posta za rok.

A tymczasem raz na zawsze pożegnajmy rok 2014. Już wiecie, jaki był dla mnie, zdradźcie więc, jak Wam upłynął, dobrze czy źle? Może chciałybyście pochwalić się jakimś kosmetycznym bądź niekosmetycznym odkryciem? Może macie ochotę napisać mi o jakimś ważnym dla Was wydarzeniu? A może po prostu chcecie odnieść się do jakiejś kwestii, którą dziś poruszyłam? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




wtorek, 22 lipca 2014

Wedle życzenia, czyli rzut oka na czerwienie | JOKO, Rimmel, Kiko


Tyle tych czerwonych lakierów do paznokci, że jak przychodzi co do czego, to nie wiadomo, który wybrać, bo w gruncie rzeczy każda czerwień jest inna. Ja w każdym razie doskonale znam te dylematy :DDD Najwyraźniej Wy także je miewacie, bo po ostatnim wpisie z makową czerwienią JOKO w roli głównej, poprosiłyście o porównanie tego odcienia do innych czerwieni, które pojawiały się wcześniej na blogu. Także wychodząc naprzeciw Waszym prośbom, przygotowałam porównanie trzech czerwonych lakierów - JOKO Poppy, Rimmel Salon Pro Hip Hop i Kiko Poppy Red




Kolory niby podobne, ale wprawne oko szybko wychwyci niuanse. Najjaskrawszy zdecydowanie jest lakier Rimmel, w którym doszukać się można sporej ilości pomarańczowego pigmentu. Najciemniejszą, najgłębszą czerwienią jest na pewno Kiko. JOKO natomiast na tle konkurencji w zasadzie się nie wyróżnia. 




I co, która czerwień najładniejsza? Moją faworytką przez długi, długi czas była ta z Kiko, od niedawna zdetronizowana jednak przez Rimmel. Pomidorowy, żywy odcień Hip Hop wspaniale prezentuje się w letnim, mocnym słońcu i na tę chwilę mogę powiedzieć, że to mój ulubiony czerwony lakier. Ale co będzie jesienią, tego nie wie nikt :DDD

Założę się, że też macie swoje ulubione czerwone lakiery. Czerwone, jak setki innych, a jednak niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju. No przecież :DDD Zdradźcie swoje typy, czekam na Wasze komentarze! Najpiękniejsza czerwień to ...?

Buziaki,
Cammie



środa, 11 czerwca 2014

Nadając z gruzowiska, czyli Hip hop od Rimmel


Witajcie! Musicie wybaczyć mi lakoniczność dzisiejszego posta, rodzi się w bólach, na gruzowisku, jakie uczynił z mojego mieszkania trwający od kilku dni gruntowny remont. Wyobrażacie sobie na pewno, w jakich warunkach przyszło mi funkcjonować. Ale internetu odciąć nie dałam :DDD Dzięki temu mimo niesprzyjających okoliczności mogę kilka słów napisać. A poświęcę je lakierowi Rimmel Salon Pro nr 317 Hip hop, pięknemu odcieniowi pomidorowej czerwieni, który wzbudził Wasze zainteresowanie, kiedy jakiś czas temu prezentowałam go TUTAJ.




Hip hop tak przypadł mi do gustu, że chwilowo zdeklasował wszystkie inne czerwienie. Uwielbiam go za nasycenie i za oryginalny, żywy kolor.




Pięknie prezentuje się zarówno na dłoniach, jak i na stopach, wyjątkowo wpisując się w aurę upalnych, słonecznych dni.




Do jakości serii Salon Pro na pewno nie muszę Was przekonywać, to bardzo udane lakiery, wygodne w aplikacji i trwałe. Hip hop, zabezpieczony Seche Vite, trzyma się na moich paznokciach nawet do sześciu dni.




Jeśli szukacie stosunkowo niedrogiego i uniwersalnego lakieru na lato, przyjrzyjcie się koniecznie tej czerwieni z bliska. Czerwień to czerwień, sprawdzi się w każdej sytuacji, nawet w tak mocnym, podszytym pomarańczem odcieniu. Owszem, jest jaskrawy, ale dla mnie to akurat atut.

Jak Wam się podoba ten lakier? Lubicie takie pulsujące, żywe kolory na paznokciach? Jeśli tak, rimmelowy Hip hop jest dla Was stworzony!


Trzymajcie się, ja spadam zjeść zimną pizzę i zrujnować przy remoncie swój czerwony manicure ;)))

Buziaki,
Cammie.


Nie przegapcie konkursu!
Do wygrania ekskluzywna
pianka samoopalająca Vita Liberata
oraz specjalna rękawica do jej aplikacji,



piątek, 23 maja 2014

Białe toppery, czyli moja najnowsza lakierowa obsesja


Moja najnowsza lakierowa obsesja? Białe toppery. Zaczęło się niewinnie, od taniutkiego Wibo WOW Effect Matte Glitters, który nie sprawił jednak, że przestałam marzyć o dużo, dużo droższym Snow Angel od Lynnderelli. Koniec końców Snow Angel i tak kupiłam, a ostatnio nie oparłam się też białym płatkom Golden Rose z serii Carnival. Tym samym mój mały zbiorek liczy już trzy buteleczki, niby podobne, a jednak kompletnie się różniące. Co Wam zaraz udowodnię :)))




Wibo WOW Effect Matte Glitters, choć na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie biały, w rzeczywistości ma w sobie najwięcej koloru ze wszystkich tych trzech propozycji. Jego płatki opalizują na blady róż i jasny błękit, co dobrze oddaje to zdjęcie  ---> KLIK. W odpowiednim świetle sprawia wrażenie pastelowego. Wyróżnia go też półmatowe wykończenie, do którego nie do końca jestem przekonana, co sprawia, że sięgam po ten topper najrzadziej.




Snow Angel odznacza się z kolei subtelnością. Białe płatki nie opalizują, nie błyszczą brokatowym wykończeniem, nie rażą oczu ostrym odcieniem bieli ---> KLIK. Ten śmietankowy topper to mój ulubieniec, jest delikatny, pięknie zdobi paznokcie, dając dość kryjące, ale nie rzucające się w oczy wykończenie przypominające lukier. 





Golden Rose Carnival kupiłam całkiem niedawno, skorzystałam ze zniżki w ramach kwietniowych Stylowych Zakupów. Spodobał mi się od pierwszej chwili, choć w przeciwieństwie do dwóch poprzednich topperów okazał się bardzo wyrazisty. Jego baza jest co prawda zupełnie przezroczysta, jednak białe płatki mają różne wielkości i kształty, układając się na paznokciach w niesamowite wzory.




Najbardziej lubię łączyć te moje cudeńka z jasnymi, pastelowymi, rozbielonymi lakierami, które według mnie są dla nich najlepszych tłem, niezbyt rzucającym się w oczy, a jednak podkreślającym cały urok białych drobin. Dobrym przykładem jest zestawienie z bladoróżowym New romantic z serii Rimmel Salon Pro.




Jak widać, Wibo dał matowe wykończenie, nie gasząc jednak błysku opalizujących drobin brokatu, Golden Rose stworzył plątaninę wyraźnie widocznych płatków, Lynderella natomiast pokryła lakier bazowy równą, elegancką, jakby lukrową taflą.




Zaskoczeniem był dla mnie natomiast efekt, jaki uzyskałam ostatnio łącząc swoje białe toppery z lakierem beżowym. Takie kolory ze względu na odcień mojej skóry zwykle mi nie pasują, sama pewnie nigdy bym go nie kupiła, ale dostałam go w "spadku" po koleżance, której nie przypadł do gustu i postanowiłam jednak dać mu szansę. I co? Przepadłam! Nie dość, że okazał się najlepszym odcieniem nude, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia, to jeszcze pod Seche Vite trzyma się moich paznokci jak przyspawany! Nawet dziś noszę go już szósty (!) dzień i nie widzę nawet najmniejszego ubytku. Przy moich osłabionych, rozdwajających się paznokciach już dawno nie mogłam powiedzieć tego o żadnym lakierze. Rzecz o Essie Topless & Barefoot.




Spontaniczny eksperyment sprawił, że odkryłam jedno ze swoich ulubionych połączeń. Okazuje się, że biel może prezentować się dobrze także na ciepłym, cielistym odcieniu. Może dlatego, że Topless & Barefoot ma w sobie kapkę, odrobinkę dosłownie różu. Niebawem pokażę Wam go solo, tymczasem spójrzcie na zestawienie z topperami. Wybaczcie odcisk palca na środkowym próbniku.




Tak, białe toppery to aktualnie zdecydowanie moja największa lakierowa słabość. Mam nadzieję, że Wam też wpadły w oko. Dajcie znać, który jest Waszym faworytem, Wibo, Golden Rose czy Lynderella? A może macie swoją własną lakierową obsesję? Koniecznie napiszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.



Ostatni dzwonek, nie przegapcie!
Zapraszam do udziału
w urodzinowym rozdaniu!
Do wygrania ekskluzywny zestaw
kosmetyków Bee Pure
na bazie jadu pszczelego i miodu manuka.