Lubicie gratisy? Wiem, głupie pytanie, kto ich nie lubi! Z założenia przecież powinny być miłym akcentem zakupów, ale czy zawsze tak jest?
Tak się jakoś złożyło, że w ostatnim czasie otrzymałam kilka gratisowych gadżetów w kilku różnych sklepach. Porównując ich wartość i okoliczności, w jakich je dostałam, nasunęło mi się kilka refleksji.
Najprzyjemniej jest, kiedy gratis nawiązuje do tego, co sami właśnie kupiliśmy, posiada wartość adekwatną do sumy, którą zostawiamy w sklepie i nie jest zagracającym magazyn odpadem sprzed stu wcześniejszych kolekcji. Nie dostajemy więc na przykład niemal przeterminowanej czekolady, kupując preparat wspomagający odchudzanie, jednej biednej saszetki z kremem nieprzeznaczonym do naszej cery płacąc słony rachunek w perfumerii, czy chusteczki samoopalającej w środku zimy. To oczywiście zmyślone przykłady, ale na pewno wiecie, o co mi chodzi.
Miło więc zaskoczył mnie Yves Rocher, gdzie wydałam jakiś czas temu okrągłą sumkę, kompletując kosmetyczny zestaw komuś na prezent. Do zakupów dołączono pięknie zapakowaną (!) gratisową niespodziankę, która okazała się miniaturą błyszczyka Sexy Pulp. I to nie w jakimś kosmicznym, nieschodzącym im kolorze, tylko w bardzo uniwersalnym i raczej każdemu pasującym odcieniu delikatnego różu.
Nie ukrywam, że jako klientka zostałam mile połechtana. Dzięki ozdobnemu opakowaniu odniosłam wrażenie, że ktoś się postarał, a dzięki zawartości, że prezent był w jakimś tam stopniu przemyślany.
W sieci Rossmann sprawa jest jasna - wydasz co najmniej 100 zł, dostaniesz gratis. Ale konia z rzędem temu, kto ustali, na jakich zasadach cała ta akcja się opiera. Dlaczego raz dostaję pierdolety, które zaraz lądują w koszu (ostatnio składające się z trzech elementów kartonowe puzzle ewidentnie będące darmowym gadżetem reklamowym pewnej marki), a innym razem pełnowartościowy, pełnowymiarowy kosmetyk (dostawałam już na przykład pomadki ochronne czy pędzle)? W rezultacie wkurzam się dostając jakiś śmieć, bo mam przykre wrażenie, że ktoś mnie w konia robi. Zwłaszcza kiedy przy poprzednich zakupach, płacąc wcale nie więcej, otrzymałam coś naprawdę fajnego. Trafił mi się wtedy peeling Neutrogena Foot Scrub.
Całkiem udany produkt, z przyjemnością włączyłam go do rutynowej pielęgnacji stóp. Nie jest może jakimś super ostrym zdzierakiem, ale stosowany regularnie pomaga utrzymać stopy w dobrej kondycji.
Na koniec fenomen perfumerii typu Douglas, czy Sephora, gdzie jak by nie patrzeć zostawiamy najwięcej kasy, a asortyment jest najbardziej luksusowy. Cóż, gratisy to najwyraźniej też luksus, bo wydrzeć coś w tych miejscach to sztuka ;))) Pojąć tego nie mogę, bo regulując spory rachunek mam chyba prawo oczekiwać interesujących mnie próbek. Tym bardziej, że wiem, że te próbki są, istnieją, ekskluzywne marki dbają o to. Ale najwyraźniej nie są przeznaczone dla zwykłych śmiertelników. Chyba że śmiertelnik się domaga, poprosi, wtedy jakimś cudem się materializują, najczęściej na zapleczu. Kiedyś mnie to krępowało, teraz nie mam skrupułów, zawsze proszę o miniaturę tego, czego zakup rozważam w przyszłości, żeby po prostu nie naciąć się na drogiego bubla. Ostatnio tym sposobem poznałam możliwości maskary Chanel Sublime de Chanel. I już wiem, że jej nie kupię.
Cieszę się, że miniatura uchroniła mnie przed wywaleniem w błoto sporej sumki. Okazuje się, że Sublime nie sprawdza się na moich rzęsach, sklejając je i nadając zbyt dramatycznego wyglądu.
Jakie są Wasze doświadczenia w tym względzie? Które sklepy naprawdę o nas, klientki, dbają, a które traktują gratisy jako zło konieczne, marketingowy przymus? Zdarzało się, że dostawałyście w prezencie jakiś kompletny szajs? Czy łatwo o próbki czy miniatury produktów z górnej półki? Czy Waszym prośbom o nie towarzyszy poczucie skrępowania, czy uważacie, że słusznie się Wam należą? Jak to jest? Pogadajmy :)))



