beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JOIK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JOIK. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 grudnia 2014

Pora na prezenty, czyli wyniki mikołajkowego konkursu


To dziś, mikołajki. Pora na prezenty! Zapraszam na ogłoszenie wyników mikołajkowego konkursu :))) Przypomnę tylko, że w ostatnich dniach miałyście szansę zagrać o trzy naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK.




Stawiając Wam konkursowe zadanie, prosiłam, żebyście przywołały w pamięci swój niezapomniany mikołajkowy prezent. Z ogromną przyjemnością przeczytałam Wasze odpowiedzi, podarowałyście mi niesamowite historie. Zaręczyny (zaskakująco wiele z Was zaręczyło się w mikołajki!), pozytywne wyniki testów ciążowych, randki na końcu świata, spełnione dziecięce marzenia, było tego naprawdę sporo. Z niektórych anegdot się śmiałam, inne mnie wzruszyły, wszystkie natomiast podkreślały walor bynajmniej nie materialny, a sentymentalny i właśnie to było najpiękniejsze. Bardzo Wam za te skrawki Waszego życia dziękuję!

A teraz najważniejsze, wyniki. Peeling solny otrzymuje kajka, peeling grejpfrutowo-mandarynowy robaczeeek, a owsiany Barbara ł. Dziewczyny, serdeczne gratulacje! Jeszcze dziś się do Was odezwę.

Jak zwykle dziękuję wszystkim za zainteresowanie konkursem. Mam nadzieję, że weźmiecie też udział w kolejnym. A to już za kilka dni! Mam dla Was coś wyjątkowego :)))

Buziaki,
Cammie.


piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 27 listopada 2014

Naturalny luksus, czyli mikołajkowy konkurs z JOIK!


Już za kilka dni mikołajki! Z tej okazji serdecznie zapraszam Was do udziału w konkursie, mam dla Was wspaniałe mikołajkowe prezenty, trzy peelingi do ciała JOIK! Jeśli kochacie kosmetyki naturalne, po prostu musicie zagrać. Wybierać możecie pomiędzy wersją solną z solą morską, grejpfrutowo-mandarynkową z białym cukrem i owsianą z cukrem brązowym.




Sponsorem nagród w konkursie jest Natur Polska, wyłączny dystrybutor kosmetyków JOIK i Ikarov w Polsce. O obu tych markach wielokrotnie już Wam pisałam, mam więc nadzieję, że dobrze je kojarzycie. Jeśli chodzi o JOIK, to określana jest mianem naturalnego luksusu i wydaje mi się, że coś w tym jest. Jej peelingi w każdym razie są absolutnie cudowne. Cieszę się, że będziecie miały okazję się o tym przekonać! W dodatku w tak przyjemnych, mikołajkowych okolicznościach. Bo mikołajki są fajne, prawda? Kto nie lubi dostawać prezentów! Zwłaszcza że niektóre bywają niezwykłe. Idąc tym tropem, w zadaniu konkursowym zamierzam dziś nakłonić Was do powspominania mikołajek sprzed lat. Jest jakiś mikołajkowy prezent, który szczególnie zapadł Wam w pamięć? Prezent, który Was wzruszył, zachwycił czy rozbawił? Mnie od razu przychodzi na myśl gipsowa kura, którą dostałam kiedyś od serdecznego kolegi z podstawówki :DDD Pojęcia nie mam, co nim kierowało, kiedy postanowił mi ją podarować, ale było to na tyle irracjonalne i zabawne, że do dziś dobrze ten upominek pamiętam. Mam nadzieję, że Wy także macie co wspominać i zechcecie się tymi wspomnieniami podzielić. Do dzieła, zapraszam do wypełniania konkursowego formularza!

Regulamin

1. Konkurs organizowany jest przez blog no-to-pieknie.pl Realizowany jest na zasadach określonych niniejszym Regulaminem i zgodnie z powszechnie obowiązującymi przepisami prawa. 
2. Sponsorem nagród jest Natur Polska.
3. Niniejszy konkurs adresowany jest do wszystkich czytelników bloga No to pięknie!.
4. Uczestnicy konkursu mają za zadanie wypełnić i przesłać formularz zgłoszeniowy, odpowiadając na pytanie: Opowiedz krótko o swoim niezapomnianym mikołajkowym prezencie. Jaki prezent utkwił Ci w pamięci? Uczestnicy konkursu  dodatkowo muszą polubić profil Kosmetyki JOIK Natura w czystej postaci na portalu społecznościowym Facebook oraz udostępnić informację o konkursie na swoich profilach bądź blogach.
5. Konkurs rozpoczyna się 27.11.2014 r., termin zgłaszania się do konkursu upływa z dniem 05.12.2014 r. 
6. Uczestnik zgłaszając się do konkursu tym samym przyjmuje warunki jego Regulaminu i wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych (Dz.U.Nr.133 pozycja 883z późn. zm.). 
7. Nagrodami w konkursie są trzy peelingi do ciała marki JOIK (solny, grejpfrutowo-mandarynkowy i owsiany). Nagrody nie podlegają zamianie na inne. 
8. Spośród wszystkich poprawnych zgłoszeń losowo wyłonione zostaną trzy zwycięskie odpowiedzi. Werdykt zostanie ogłoszony 6 grudnia. O wygranej zwycięzcy zostaną poinformowani za pośrednictwem bloga no-to-pieknie.pl oraz wiadomości mailowych, a nagrody przekazane zostaną zwycięzcom w ciągu 7 dni kalendarzowych od otrzymania danych adresowych. 
9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 19 listopada 2009 roku o grach hazardowych (Dz. U. z 2009 roku nr 201, poz. 1540 z późn. zm.). 
10. Niniejszy Regulamin wchodzi w życie z dniem rozpoczęcia konkursu i obowiązuje do czasu jego zakończenia. W sprawach nie określonych w niniejszym regulaminie zastosowanie mają przepisy Kodeksu Cywilnego oraz innych przepisów powszechnie obowiązujących.





Link do profilu JOIK na FB znajdziecie TUTAJ. Na Wasze zgłoszenia czekam do 5 grudnia, wyniki poznacie dzień później, w mikołajki. Powodzenia! Trzymam za Was kciuki. I z niecierpliwością czekam na Wasze mikołajkowe wspomnienia, bardzo jestem ciekawa, jakie prezenty zrobiły na Was największe wrażenie. Grajcie!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 4 listopada 2014

Tracę umiar, czyli podsumowanie października | Popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycia, kuracja dermatologiczna, kosmetyczne nowości


Kolejny miesiąc minął nie wiadomo kiedy, listopad nabiera już rozpędu i naprawdę najwyższa już pora, żeby tradycyjnie rozliczyć się przed Wami z ostatnich tygodni, przypomnieć najciekawsze posty, poopowiadać o sprawach, które wypełniały mi czas, pokazać kosmetyczne nowości i po prostu trochę poplotkować. A zatem gotowe na podsumowanie października? Zapraszam!




Na początek króciutko o najpopularniejszych w październiku postach. Najchętniej czytałyście o pędzlach Real Techniques, które niedawno pojawiły się w drogeriach Rossmann ---> KLIK, o gumkach Invisibobble, które okazały się dla mnie niewypałem ---> KLIK oraz o nadspodziewanie dobrym podkładzie Pierre Rene Skin Balance, który mimo śmiesznie niskiej ceny zaskoczył mnie trwałością i stopniem krycia ---> KLIK. Kto te wpisy przegapił, teraz ma okazję nadrobić.

Na FB, jak można było przewidzieć, największy zasięg osiągnął post zapraszający Was do udziału w konkursie, w którym miałyście szansę zagrać o trzy zestawy kosmetyków naturalnych Ikarov. Nie linkuję, bo sprawa zdążyła się zdezaktualizować. 

Jeśli chodzi o blogowe odkrycia, to koniecznie muszę wspomnieć o blogu Gattaca ---> KLIK. Patryk, jego autor, jest dermatologiem z bardzo wnikliwym i pełnym zrozumienia dla problemu podejściem do trądziku wieku dojrzałego. Wpisy publikuje rzadko, ale zawsze są one niezwykle rzeczowe. Waszej uwadze polecam też dyskusje toczące się w komentarzach pozostawianych przez jego czytelników, prawdziwa kopalnia wiedzy. Właśnie dzięki nim trafiłam do Ziemoliny ---> KLIK, której posty też załadowane są wartościową wiedzą. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia obu tych stron.

Wolny czas upłynął mi w październiku pod znakiem serialu American Horror Story. Przez kilka październikowych tygodni obejrzałam trzy sezony, Murder House, Asylum i Coven.




W życiu nie powiedziałabym, że coś takiego mnie wciągnie, horror jako gatunek zawsze był mi obcy. Ale coś mnie podkusiło i zaczęłam oglądać, wbrew wszelkim oczekiwaniom natychmiast się wciągając. Serial jest naprawdę świetnie zrobiony i bardzo dobrze zagrany (w obsadzie m.in. niepowtarzalna Jessica Lange czy niesamowita Kathy Bates, także aktorstwo naprawdę wysokich lotów!), poza tym ogromnie podoba mi się zamysł, zgodnie z którym w kolejnych sezonach, choć opowiadających zupełnie niezwiązane ze sobą historie, pojawiają się ci sami aktorzy, wcielający się po prostu w inne postaci. Trudno też nazwać ten serial po prostu horrorem, tam nie ma taniego rozlewu krwi bryzgającej po ścianach czy innych charakterystycznych atrybutów kina tego gatunku klasy B, jest za to intrygująca fabuła, niezwykły klimat i mistrzowska charakteryzacja. Dla mnie absolutnym hitem jest sezon drugi, Asylum, opowiadający historię tropiącej seryjnego mordercę dziennikarki z prowadzonym przez zakonnice mrocznym ośrodkiem dla obłąkanych w tle. Owszem, sporo w tym serialu motywów sił nadprzyrodzonych (duchy w sezonie pierwszym, opętanie w drugim, czy czary w trzecim), jednak ogląda się to naprawdę dobrze. Gorąco Wam ten serial polecam, o ile oczywiście już go nie znacie!

Co do październikowych lektur, to tradycyjnie odsyłam Wam do odrębnego posta ---> KLIK. Tutaj dodam tylko, że książką miesiąca ogłaszam "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd.

Wspominając październik, nie mogę nie napisać kilku słów o mojej nowej kuracji przeciw przebarwieniom, wraz z nadejściem jesieni zdecydowałam się bowiem na retinoid. Postawiłam na Locacid, którego działanie ma wspomagać płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego z Pharmaceris T.




Locacid zdążyłam zastosować raptem parę razy, ale już widzę, że łuszczę się książkowo, po trzech dniach od aplikacji (preparat nakładam co kilka dni, z czasem planuję robić to coraz częściej). Efekty jeszcze nie są widoczne, ale liczę na wyrównanie kolorytu cery i spłycenie pierwszych zmarszczek. Widzę za to wyraźnie efekty działania płynu Pharmaceris, którego używam nieco dłużej. Niemal od razu w cudowny sposób zaczął oczyszczać i zwężać pory, nawet na nosie! Miałam opisać go w odkryciach miesiąca, ale ostatecznie uznałam, że lepiej jednak trochę poczekać, zanim się na jego temat wypowiem, bałam się bowiem, że może po dłuższym czasie z jakichś względów mój entuzjazm osłabnie, ale nie, ten płyn jest genialny! Na pewno napiszę Wam o nim coś więcej, podobnie jak o kuracji Locacidem. I to chyba całkiem niedługo, planuję post wprowadzający do tematu powiązany z recenzją kosmetyków, z pomocą których radziłam sobie z przebarwieniami w ostatnich tygodniach.

Kuracja wymusiła na mnie zmianę pielęgnacji. Spodziewam się efektów ubocznych Locacidu, głównie w postaci uwrażliwionej skóry i łuszczenia, zaopatrzyłam się więc w łagodny płyn do mycia tłustej cery wrażliwej oraz kojący krem do cery wrażliwej, stawiając na żel Effaclar i krem Toleriane Ultra La Roche-Posay.




Oba specyfiki bardzo przypadły mi do gustu, myślę, że też doczekają się recenzji. Mam co prawda pewne obawy względem Effaclaru, bo zostałam ostrzeżona, że SLS w jego składzie w czasie kuracji retinoidem może mi nie służyć, ale nie wiem, ile w tym prawdy, szczerze mówiąc na ten moment nie widzę w nim wad. Macie może jakieś doświadczenia w tym względzie? Będę też wdzięczna za wskazówki, jakim peelingiem enzymatycznym warto się zainteresować, bo na pewno niebawem będzie mi potrzebny. Póki co rozważam zakup Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel, co myślicie?

Inne październikowe zakupy? Przyznaję, że moją wstrzemięźliwość diabli wzięli, w październiku obudziła się we mnie zakupowa bestia :DDD O pędzlach Real Techniques już Wam pisałam [TUTAJ], więc teraz nie będę się powtarzać. Pokażę Wam za to ustrzelony na ebay podkład Diorskin Nude.




Edit: W reakcji na dyskusję odnośnie oryginalności tego podkładu, jaka wywiązała się w komentarzach, zamieszczam jeszcze jedną fotkę ze zbliżeniem na logo. Jeśli macie ochotę jakoś się do sprawy odnieść, zachęcam do zabrania głosu :)))




Miałam na ten podkład chrapkę już od dłuższego czasu, jednak wśród odcieni dostępnych w polskich drogeriach nie mogłam znaleźć dla siebie odpowiedniego koloru. Na ebay trafiłam na nie wiedzieć czemu wyłączony z oferty w Europie 011 Cream, czyli najjaśniejszy z produkowanych z żółtym pigmentem. Bardzo się cieszyłam, że udało mi się stosunkowo tanio go kupić, teraz jednak mam wobec niego szczerze mówiąc mieszane uczucia, bo o ile poziom jasności jest dla mnie idealny, to jednak wydaje mi się nieco za żółty. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię, póki co próbuję go oswoić. I rozważam zakup Diorskin Star :DDD

Jeśli chodzi o marki selektywne, to w październiku załapałam się też na bardzo atrakcyjną zniżkę na Chanel. Lokalna galeria handlowa obchodziła urodziny i z tej okazji Douglas przecenił o połowę część asortymentu. Grzech było nie skorzystać, skusiłam się na różowo-herbaciany róż Rose Ecrin i lakier do paznokci w kultowym swojego czasu odcieniu Paradoxal.




Paradoxal królował na moich paznokciach przez niemal dwa tygodnie, aż do wczoraj, kiedy dotarła w końcu do mnie przesyłka z zamówionymi na ebay dwoma lakierami O.P.I. z dość starej już kolekcji New York City Ballet, mianowicie mlecznobiałym Don't touch my tutu! i iskrzącym srebrnym topperem Pirouette my whistle. Cu-dow-noś-ci!




Szpinakożerco, wszystko przez ciebie! A tak naprawdę dzięki Tobie :* Gdyby nie Ty, pewnie nie zwróciłabym na tę kolekcję uwagi. Tymczasem te lakiery są przepiękne i od wczoraj nie mogę przestać patrzeć na swoje paznokcie. Dodam jeszcze, że kupiłam je w naprawdę atrakcyjnej cenie, za dwie sztuki płacąc na ebay mniej, niż musiałabym zapłacić za jedną chociażby w Douglasie.

Skoro już o nowościach mowa, wspomnieć muszę o naturalnym BB kremie Joik, który niedawno otrzymałam do testów. Jeszcze nie zdążyłam go wypróbować, ale wiele sobie obiecuję po jego doskonałym składzie i bardzo udanym, jasnym kolorze. Więcej za parę tygodni w recenzji.




Dostałam też niespodziewaną przesyłkę od Schwarzkopf, w której znalazłam piankę i lakier do włosów Taft z linii Perfect Flex. Pojęcia nie mam, z jakiej to okazji, ale oczywiście od razu oba produkty wypróbowałam i muszę przyznać, że są naprawdę udane. Utrwalenie dają mocne, ale ciągle naturalnie wyglądające, bardzo pozytywnie wpływają też na objętość włosów. Odkąd odebrałam paczkę, i po piankę, i po lakier sięgam codziennie.




Na koniec chciałabym podziękować jeszcze Aparatce, dzięki której w komentarzach pod ostatnim postem z serii Summa Summarum dowiedziałam się o tabletkach Biotebal. Przejrzałam internety i po przeczytaniu wielu relacji z udanych włosowych kuracji zdecydowałam się dać szansę temu suplementowi. Także do Calcium Pantothenicum w październiku dołączyła biotyna. Pierwsze efekty zauważyłam już po jakichś dwóch tygodniach, ale na razie cicho sza! Nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się problem nadmiernego wypadania włosów w pewnym stopniu opanowałam.




Nie wiem, jak to się dzieje, że te posty podsumowujące kolejne miesiące są tak długie, liczę na to, że Was to nie odstrasza. O tylu sprawach chcę zawsze Wam napisać, tyle problemów poruszyć, tyle rzeczy zasygnalizować, że po prostu tracę umiar. Wybaczcie! Mam nadzieję, że ciągle tu jesteście i zechcecie zdradzić, jak minął Wam październik, co Was bawiło, co smuciło, co poruszyło, jak spędzałyście czas? Jakieś wyjazdy, wyjątkowo udane zakupy? Dajcie też znać, czy zaciekawiło Was coś, o czym dziś wspominałam. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


piątek, 24 października 2014

Komfort lub wygląd, czyli naturalne smarowidła do ciała JOIK


Co wolicie, komfort czy wygląd? Po co sięgnięcie, mając na wyciągnięcie ręki dwa smarowidła o doskonałych składach, z których jedno wspaniale pielęgnuje, a drugie wspaniale zdobi? Nawilżająco-odżywcze masło shea i kakaowe w sztyfcie czy rozświetlający malinowo-migdałowy balsam z naturalnymi minerałami? Taki wybór daje nam JOIK.




O estońskiej marce JOIK pisałam Wam już kilkakrotnie [KLIK], za każdym razem bardzo pochlebnie. Uznałam ją nawet za jedno z odkryć 2013 roku! Stopniowo poznaję jej bogatą ofertę, darząc ją coraz większą sympatią. Za bezpieczne, naturalne składy, za przyjemność stosowania, ale przede wszystkim za skuteczność. W ostatnich tygodniach (a nawet miesiącach, jak się dobrze zastanowić) dzięki Natur Polska [KLIK] znowu miałam okazję stosować kilka kosmetyków JOIK i o dwóch z nich, odżywczym maśle do ciała i rozświetlającym balsamie, dziś Wam napiszę. 




JOIK nawilżająco-odżywcze masło shea i kakaowe do ciała w sztyfcie to kosmetyk w 100% naturalny, przygotowany metodą „handmade”, czyli ręcznie. Jest doskonałą propozycją w sytuacjach, kiedy skóra potrzebuje natychmiastowego nawilżenia, odżywienia i ochrony. Mus stanowi kompozycję masła kakaowego, masła shea, olejku z oliwek i olejku jojoba – a więc olejów niezwykle bogatych w składniki odżywcze, pomagające zachować skórze doskonałą elastyczność i zapewniające jej odpowiedni stopień wilgotności. Bardzo dobrze regeneruje skórę, gdyż zawarte w jego recepturze masło kakaowe słynie ze swoich właściwości kojących i uspokajających – doskonale więc sprawdza się przy poparzeniach słonecznych, mogących wystąpić latem lub zimą podczas jazdy nartach czy snowboardzie. Ze względu na wspomniane, efektywne właściwości nawilżające, jest także polecany kobietom w ciąży – a więc w okresie, kiedy skóra jest szczególnie podatna na tworzenie się rozstępów np. na brzuchu, udach, czy pośladkach.

Składniki: theobroma cacao seed butter, butyrospermum parkii fruit butter, olea europea fruit oil, simmondsia chinensis seed oil.

Cena: ok. 40 zł / 60 g


To masło to mój absolutny hit! Odpowiada mi w nim wszystko, jednak zanim przejdę do sedna, czyli do jego właściwości, chcę koniecznie pochwalić niezwykle praktyczne opakowanie. Pierwszy raz mam do czynienia z tak wygodną formą. Żadnego mozolnego wybierania twardego masła ze słoiczka, żadnego rozgrzewania go w rękach, po prostu wysuwany maślany sztyft rozpuszczający się w kontakcie ze skórą. Genialne w swojej prostocie i bardzo, bardzo komfortowe. Wystarczy przesunąć sztyftem po dłoniach, stopach, czy dowolnej innej partii ciała wymagającej skoncentrowanej pielęgnacji i gotowe, można cieszyć się poprawą kondycji skóry. Bo sztyft, dzięki zawartości masła shea i masła kakaowego, działa w zasadzie natychmiastowo, odżywiając skórę i otulając ją przyjemnym, miękkim, naturalnie pachnącym filmem. Z powodu tego filmu rzadko co prawda sięgałam po ten produkt latem, ale na jesienne chłody nie mogłabym wyobrazić sobie niczego lepszego. Lubię smarować nim głównie stopy i dłonie, zwykle na noc, ale sprawdza mi się także do ukojenia nóg po depilacji. Na pewno jest świetnym rozwiązaniem dla kobiet w ciąży, żałuję, że nie znałam tego kosmetyku, kiedy czekałam na Zuzę i smarowałam ciążowy brzuch zwykłym masłem shea (które swoją drogą spełniło swoje zadanie, nie było tylko tak komfortowe w użyciu). Co tu dużo mówić, świetny produkt dla osób lubiących bogatą pielęgnację. W dodatku ręczna robota!





Rozświetlający malinowo-migdałowy balsam do ciała JOIK jest kosmetykiem naturalnym. Doskonale nawilża skórę i nadaje jej subtelny blask. Ten szybko wchłaniający się i doskonale nawilżający kosmetyk jest idealny do stosowania zarówno na skórę opaloną, w celu podkreślenia jej barwy, jak i na bladą cerę, w celu poprawy jej kolorytu. Efekt rozświetlenia uzyskano dzięki zastosowaniu w recepturze drobinek naturalnych minerałów, które subtelnie mienią się w blasku światła. Balsam zawiera olejek ze słodkich migdałów, który, ze względu na skład lipidów, jest najbliższy strukturze ludzkiej skóry, przez co nazywany jest także „skórą w olejku”. Szybko się wchłania, doskonale zmiękcza i wygładza skórę, nawilża ją oraz łagodzi podrażnienia. Opóźnia także proces starzenia się komórek skóry. Dodatkowo, obecność olejku kokosowego oraz masła shea wspomaga nawilżające działanie kosmetyku. Kuszący zapach balsamu, uzyskany dzięki zastosowaniu naturalnych aromatów słodkiego migdała i cynamonu sprawia, że codzienna pielęgnacja skóry staje się istną przyjemnością.

Składniki: aqua, prunus amygdalus dulcis oil, butyrospermum parkii fruit oil, cocos nucifera oil, ceteareth-15 (and) glyceryl stearate, stearic acid, parfume, sodium benzoate (and) potassium sorbate, tocopherol, benzyl benzoate,, benzyl cinnamate, linalol, limonene, citral, geraniol, cinnamic aldehyde, coumarin, hexyl cinnamal, CI 77019, CI 7789; components of the parfume.

Cena: ok. 40 zł / 150 ml


Ten balsam to dla mnie pewien eksperyment, bo nigdy wcześniej nie stosowałam rozświetlających smarowideł. W tym przypadku skusiła mnie wizja ciała ozdobionego maleńkimi, srebrzystymi drobinami naturalnych minerałów. Wyobrażam sobie, że najpiękniej prezentowałyby się na długich, zgrabnych nogach, no ale takich niestety nie mam i nigdy mieć nie będę. Mam za to świetne cycki :DDD Odsłaniając latem dekolt, lubiłam musnąć go tym balsamem, nie zapominając też o ramionach. Efekt dawał dużo subtelniejszy od jakiegokolwiek rozświetlacza, przyjemnie przy tym skórę pielęgnując. Nie jest to co prawda taka pielęgnacyjna torpeda, jak opisywany wyżej sztyft, ale swoje funkcje spełnia. Więcej jednak moim zdaniem robi dla wyglądu skóry, niż dla jej komfortu. W każdym razie to szybki i łatwy sposób (pompka!) na jej wygładzenie i dodanie blasku. Warto dodać, że drobiny są mikroskopijne i się nie osypują, trwale osadzają się na skórze, delikatnie opalizując. Fajna opcja na imprezę albo romantyczną randkę! Zwłaszcza że balsam bardzo ładnie pachnie.


Dwa bardzo udane smarowidła, choć każde o innym charakterze. Masło zapewni naszej skórze komfort, balsam zadba o jej wygląd. Warto poznać oba, choć gdybym koniecznie miała wybierać, postawiłabym chyba na maślany sztyft, doceniając jego walory pielęgnacyjne. Wygląd to w końcu nie wszystko :DDD


Znacie markę JOIK? Zainteresowały Was te smarowidła? Co wybieracie? Masło i komfort, czy balsam i wygląd? A może cały pakiet? Najpierw coś prawdziwie odżywczego, a potem coś zalotnie połyskującego. Hmmm, no i ta randka, o której wspominałam ... Kto reflektuje? :DDD Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Całuję i już teraz zapraszam na kolejny post, będą prezenty!

Buziaki,
Cammie.


piątek, 4 lipca 2014

Jak zwykle się rozpisałam, czyli podsumowanie czerwca


Wypadłam z rytmu regularnego pisania, jakoś trudno mi ostatnio o mobilizację. Ale jest, nowy post, podsumowanie czerwca! Przypomnę Wam najciekawsze czerwcowe tematy, poopowiadam, gdzie byłam i co widziałam, pochwalę się też zakupami i prezentami, a na koniec pokażę drobiazg, który niebawem powędruje do jednej z Was. Zapraszam!




W czerwcu z różnych przyczyn nie publikowałam za wiele, tym bardziej doceniam, że tak licznie No to pięknie! odwiedzałyście. Zdecydowanie najchętniej czytałyście o Skin79 Green Super Plus BB ---> KLIK, ale tylko nieznacznie mniejszym zainteresowaniem cieszył się post poświęcony kosmetykom wycofanym ze sprzedaży ---> KLIK. Waszą ciekawość wzbudził też wpis o elektronicznym pilniku do stóp Scholl Velvet Smooth ---> KLIK, który w czerwcu zyskał miano odkrycia miesiąca.

To tyle na blogu, a co prywatnie? Cóż, było ciężko, kto przechodził przez gruntowny remont mieszkania, ten wie, co mam na myśli. Zachciało mi się malowania i tym samym moje życie przez tydzień przypominało armageddon. Na szczęście cały ten chaos już za mną. Choć do tematu remontu na blogu jeszcze wrócę, bo koniecznie chciałabym napisać Wam o możliwościach, jakie daje farba tablicowa. Mam nadzieję, że Was to zaciekawi, wypatrujcie posta z serii Ładne rzeczy.

Oprócz niekwestionowanych walorów natury estetycznej remont sam w sobie miał jeszcze jedną dobrą stronę, dając mi naprawdę sporo czasu na wyłączność, bo na okres tego całego remontowego bałaganu moje dziecko z tatusiem pojechało do babci. Nie chcąc kręcić się majstrom pod nogami, po pracy szukałam sobie zajęć poza domem, chodziłam na zakupy, przesiadywałam w knajpkach, byłam też w kinie. To było wydarzenie! Rodzice maleńkich dzieci, których nie mają z kim zostawić, na pewno mnie rozumieją. Kino od narodzin mojej córki to dla mnie luksus. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się zobaczyć na dużym ekranie film, którego losy śledziłam od pierwszych sygnałów o jego realizacji. Mam na myśli jedyny w swoim rodzaju obraz wskrzeszający przeszłość, czyli "Powstanie warszawskie", film, który oparto na odrestaurowanych oryginalnych ujęciach sprzed kilkudziesięciu lat.




"Powstanie warszawskie" jest co prawda filmem fabularyzowanym, ale większość scen ma charakter dokumentalny, całość robi na widzu wstrząsające wrażenie. To naprawdę niesamowite, że dzięki autorom, tym sprzed lat, uwieczniającym powstanie na taśmie filmowej z narażeniem życia, i tym współczesnym, z taką pieczołowitością nadającym tym starym ujęciom nową jakość, możemy odbyć podróż w czasie i na własne oczy ujrzeć tamte wydarzenia, tamtych ludzi i tamte emocje. Coś niepowtarzalnego i dogłębnie poruszającego. To trzeba zobaczyć! Dla chętnych wklejam teledysk do filmu, też zresztą chwytający za serce.




Kilka dni czerwcowego urlopu spędziłam w rodzinnym gronie, odwiedzając rodziców. Ze względu na dzielącą nas odległość widujemy się rzadko, także każde takie spotkanie to święto. Najbardziej "świętuje" oczywiście rozpieszczania przez dziadków wnusia :DDD Chyba największą atrakcją była dla niej pierwsza w życiu wizyta w zoo.






Co tam słonie, co tam zebry, największe zainteresowanie i tak wzbudził krokodyl :DDD Kto zgadnie, które to zoo? :)))

Czerwcowe wieczory jak zwykle należały do seriali. Obejrzałam do końca trzeci sezon "Suits" i płynnie przeszłam do czwartego, który akurat kilka tygodni temu miał swoją premierę, także dalsze losy Mike'a i Harvey'a śledzę na bieżąco. Wkręciłam się natomiast w "Lost". Dlaczego mam wrażenie, że jestem ostatnią osobą na świecie, która tego serialu jeszcze nie widziała? :DDD




Trochę mnie przeraża myśl, że sezony "Lost" są tak długie, łącznie to ponad 120 odcinków. Na szczęście akcja toczy się wartko, ogląda się szybko, więc może nie utknę na pół roku. Zastanawia mnie tylko, czy po wszystkim nie będę żałować zmarnowanego czasu, bo podobno finał serialu pozostawia wiele do życzenia. Macie coś na ten temat do powiedzenia? Tylko bez spoilerów, plisss!

Jeśli chodzi o czerwcowe lektury, to jak zwykle odsyłam Was do posta sprzed kilku dni ---> KLIK. Dodam tylko, że nadal dryfuję po literaturze z nurtu dystopii, co rusz wynajdując nowe tytuły. Połknęłam już "451 stopni Fahrenheita" Ray'a Bradbury'ego i "Opowieść Podręcznej" Margaret Atwood (polecam!), teraz natomiast pochłonęły mnie "Mroczne umysły" Alexandry Bracken. Ale o tym za miesiąc.

Tymczasem słów kilka poświęcić chcę czerwcowym zakupom. Tych najbardziej interesujących dokonałam chyba składając swoje pierwsze zamówienie na kosmetyki FM. Marka dzięki swojemu przepięknie wydanemu katalogowi (Avon może się schować) interesowała mnie już od dawna, a akurat okazało się, że jedna z moich koleżanek jest jej konsultantką, także nareszcie miałam okazję kupić kilka drobiazgów. Zdecydowałam się na prasowany puder bambusowy (ślicznie tłoczony, w świetnej kasetce z lusterkiem), lodową pomadkę ochronną i kredkę do brwi o wielce obiecującym kolorze.




Wiem, że FM ze względu na sposób dystrybucji produktów i oferowanie "odpowiedników" znanych perfum to marka nieco kontrowersyjna, ale abstrahując od otaczającej ją aury muszę przyznać, że jej kosmetyki kolorowe naprawdę są warte uwagi. Na pewno poświęcę im odrębnego posta.

W czerwcu po długiej przerwie odezwał się do mnie dystrybutor marki JOIK, którą, jak może pamiętacie, uznałam za jedno z odkryć ubiegłego roku. Cieszę się, że ponownie mam okazję włączyć jej produkty do swojej pielęgnacji. Tym razem wybrałam odświeżająco-oczyszczającą maseczkę z miętą i zieloną herbatą, grejpfrutowo-mandarynkowy peeling do ciała z białym cukrem i granulkami jojoba, nawilżająco-odżywczy mus do ciała w sztyfcie z masłem kakaowym i rozświetlający balsam do ciała z olejkiem migdałowym. Zaciekawił mnie też olejek wzmacniający paznokcie Ikarov, oferowany przez tego samego dystrybutora.




Już się cieszę na te doznania! Wszystkie produkty JOIK, z jakimi miałam do czynienia, były genialne. Spodziewajcie się obszernych recenzji.

Na koniec nowości od JOKO. Sporo produktów znałam jeszcze sprzed niedawnej wizualnej metamorfozy marki, skusiłam się więc tylko na kilka kosmetyków, z którymi nie miałam jeszcze w ogóle do czynienia, decydując się na puder sypki, róż, pomadkę i lakier do paznokci z nowej kolekcji limitowanej. 




Na pewno niebawem będziecie mogły o wszystkich tych produktach poczytać, teraz natomiast chciałam zapowiedzieć małą niespodziankę. Zajrzyjcie jutro na FB ---> KLIK, jednej z Was podaruję lakier w wibrującym odcieniu Lavender oraz uroczą bransoletkę By Dziubeka. Ten duet ożywi na pewno niejedną letnią stylizację!




Jak zwykle przy okazji postów z tej serii nieco się rozpisałam, mam nadzieję, że dotrwałyście do końca. Jeśli macie ochotę odnieść się do czegokolwiek, zachęcam. Dajcie też znać, jak minął Wam czerwiec. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 25 lipca 2013

Kawa wymiata, czyli peeling do ciała JOIK

Jeśli chodzi o JOIK, staję się powoli nudna, wiem. Chwalę, chwalę, chwalę. I znowu zamierzam to zrobić! Liftingujący peeling do ciała z mieloną kawą i brązowym cukrem zdecydowanie zasługuje na pochwały. To chyba najlepszy kosmetyk tego typu, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. 



Zdjęcie: materiały promocyjne JOIK



Liftingujący peeling do ciała JOIK z mieloną kawą i brązowym cukrem to kosmetyk naturalny. Ten orzeźwiający scrub do ciała jest jak filiżanka dobrej, mocnej kawy! Zmielone ziarna kawy w połączeniu z brązowym cukrem wpływają korzystnie na krążenie krwi i skutecznie usuwają martwe komórki skóry. Poprzez pobudzenie cyrkulacji krwi, uzyskujemy efekt odmładzający i rewitalizujący. Kombinacja właśnie tych dwóch składników kosmetyku daje mu najsilniejsze właściwości złuszczające spośród wszystkich peelingów marki JOIK. Dodatkowym atutem skrubu jest to, iż dzięki kofeinie zawartej w zmielonych ziarnach kawy, pomaga on w walce z uciążliwym cellulitem. Aromatyczny zapach ożywia zmysły, zaś bogaty zestaw olejków: z dojrzałych oliwek, rycynowego, z prażonych nasion kakao oraz masła shea doskonale odżywia i nawilża skórę po zabiegu oczyszczającym. 

Cena: około 50 zł za 200 ml


Składniki: 

ground coffee, sucrose, olea europea fruit oil, ricinus commuunis seed oil, ceteareth-15 (and) glyceryl stearate, stearic acid, the obroma cacao seed butter, butyrospermum parkii fruit butter, sodium benzoate (and) potassium sorbate;



Ten peeling jest po prostu świetny. Ostry i porządnie wygładzający skórę, czyli spełniający swoją podstawową funkcję, ale to nie jego moc tak mnie urzekła. Zapach! To jest to. Boski, intensywny, aromatyczny. Zapach czarnej jak diabeł, gęstej, smolistej kawy doprawionej odrobiną cukru. Genialny. Sam w sobie pobudzający, a w połączeniu z masażem przy peelingowaniu ciała, daje takiego kopa, że z łazienki wychodzę po prostu jak nowo narodzona, odświeżona i pełna energii. W dodatku gładziutka :DDD I to rzeczywiście dzięki starciu starego naskórka, a nie żadnym imitującym wygładzenie półśrodkom jak parafina. Pomimo obecności olejków, konsystencja peelingu jest dość krucha i zupełnie nietłusta, także po zabiegu na ciele nie zostaje żadna nieprzyjemna warstwa. Niestety kawa jak to kawa, brudzi wszystko dookoła i to w zasadzie jedyna wada tego peelingu, łazienka po jego użyciu wymaga sprzątania. Poza tym widzę same zalety.

No chyba żeby przyczepić się do ceny, około 50 zł za słoik. Wiem, że peeling kawowy to jeden z najłatwiejszych do wykonania i najtańszych peelingów domowych, także nieprzekonanych do takiego wydatku przekonywać na siłę nie będę. Ale wszystkich stawiających jednak na gotowe kosmetyki zachęcam, dajcie mu szansę! Zwłaszcza że to produkt w pełni naturalny, bezpieczny i bogaty w dobroczynne składniki.






Na zdjęciu obok peelingu kawowego widzicie jeszcze delikatny peeling z płatkami owsianymi i brązowym cukrem, ale nie ma go na stronie dystrybutora [KLIK] i szczerze mówiąc nie wiem, czy to jakaś nowość, czy przeoczenie. W każdym razie też okazał się skuteczny i przyjemny w stosowaniu (choć tłusty), jednak nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jak jego kawowy brat. Kawa wymiata!


Jakie są Wasze ulubione produkty do peelingowania ciała? Co myślicie o peelingu kawowym? Domowy czy może jednak sklepowy?


Buziaki,
Cammie.




piątek, 28 czerwca 2013

Wpadłam po uszy, czyli znowu pozytywnie o JOIK

Jeśli chodzi o JOIK, wpadłam po uszy. Czego nie wzięłabym do ręki, wszystko mi pasuje, wszystko mi się podoba. Z niektórymi markami już tak mam, że konsekwentnie zyskują moją sympatię i zaufanie, a Wy? 

Jak tu nie polubić takiego cudeńka? Nawilżający olejek do ciała z cytryną i bergamotką z miejsca skradł moje serce.






Nawilżający olejek do ciała JOIK z cytryną i bergamotką jest kosmetykiem w 100% naturalnym, przygotowanym metodą „handmade”, czyli ręcznie. Posiada doskonałe właściwości nawilżające, dzięki zawartości zestawu olejków: słonecznikowego, z pestek winogron oraz kokosowego. Taka kompozycja naturalnych olejków tworzy na skórze delikatną barierę ochronną, która pomaga utrzymać właściwy poziom wilgotności, nie pozostawiając uczucia tłustości. Przyjemny, cytrusowy aromat kosmetyku, uzyskany dzięki zastosowaniu w recepturze olejku cytrynowego i bergamotowego (wyciskanego ze skórek pomarańczy uprawianej głównie na terenie Włoch), orzeźwia i sprawia, że zabieg pielęgnacyjny staje się istną przyjemnością. Olejek należy nanosić na wilgotną po kąpieli lub prysznicu skórę, dokładnie wmasować, a następnie wytrzeć ciało ręcznikiem. Można go stosować także na skórę suchą.

Składniki:
helianthus annuus seed oil, vitis v inifera seed oil, caprylic / capric triglyceride, citrus limonum peel oil, citrus aurantium bergamia fruit oil, linalool, geraniol, limonene, citral, components of natural essential oils.

Cena: 37,50 zł / 100 ml.

Dostępność: KLIK.



Bardzo lubię olejkową formę pielęgnacji na mokro, głównie za błyskawiczną, nieuciążliwą aplikację i natychmiastową poprawę kondycji skóry. Olejek JOIK dodatkowo czaruje zapachem. Przepadłam! Cytryna i bergamotka to dla mnie połączenie idealne, słodko - kwaśne, cierpko - gorzkie, cudownie orzeźwiające i relaksujące.

Jeśli chodzi o komfort stosowania, nie musicie się obawiać. Olejek nie tłuści, nie brudzi, pozostawia za to przyjemne uczucie odżywienia i uelastycznienia skóry. To najlżejsza formuła jaką znam, lżejsza od podobnych olejków z TBS, Alterry czy Alverde. W sam raz na lato (zimą dla niektórych mogłaby okazać się za słaba).

Duży plus za opakowanie z pompką! W dodatku umożliwiającą aplikację wprost na ciało. Wystarczy kilkoma ruchami wmasować olejek w skórę et voila. Lubię to!



Mam nadzieję, że trochę Was tym olejkiem i w ogóle marką JOIK zainteresowałam. Wiem, że nie jest jakoś szczególnie u nas znana, ale chciałabym choć trochę ją spopularyzować, jest tego warta. W zanadrzu mam jeszcze wpis na temat peelingów do ciała, znowu pełen zachwytów. Nic na to nie poradzę :DDD


Buziaki,
Cammie.



Aaaaaa, zapomniałabym!
Przecież część z Was rozpoczyna dziś wakacje!
Życzę Wam wspaniałego, słonecznego,
pełnego niezapomnianych wrażeń lata :*





poniedziałek, 17 czerwca 2013

W biodra nie pójdzie, czyli czekoladowa maseczka JOIK

Ach, móc zajadać się czekoladą bez strachu o figurę! Cóż, niedoczekanie nasze. Na szczęście czekoladowe kosmetyki są pod tym względem zupełnie bezpieczne, ile by ich na siebie nie nałożyć, w biodra nie pójdą :DDD

Mam słabość do czekolady, czekoladową nutę w kosmetykach też bardzo lubię (co widać zresztą po moich wpisach chociażby TU, TU czy TU), nic dziwnego, że z całkiem sporego asortymentu JOIK wybrałam akurat czekoladową maseczkę (pamiętacie? ---> KLIK). Maska przeznaczona jest do zmęczonej, zestresowanej cery i uwierzcie mi, że pomijając wszelkie jej zalety natury pielęgnacyjnej, relaksujący seans gwarantowany!



Zdjęcie: materiały promocyjne JOIK.



Ekskluzywna maseczka czekoladowa JOIK do zmęczonej i zestresowanej cery jest kosmetykiem w 100% naturalnym, wytwarzanym metodą „handmade”, czyli ręcznie. Posiada działanie ujędrniająco-odmładzające i jest polecana do pielęgnacji cery przemęczonej i zestresowanej po całym tygodniu. Zawarta w maseczce marokańska glinka Rhassoul oczyszcza pory i usuwa nadmiar sebum, zanieczyszczenia oraz martwe komórki naskórka. Miód i mleko, zmiękczają skórę oraz dostarczają jej bogaty kompleks substancji odżywczych, dodatkowo dodając energii i wzmacniając naczynka krwionośne. Nasiona kakaowca, ze swoją wysoką zawartością witamin A, E i witamin z grupy B, pomagają w walce z niekorzystnym wpływem czynników zewnętrznych. Drenują i pobudzają metabolizm komórkowy, działają regenerująco i kojąco. Właściwości te związane są z obecnością w ziarnie kakaowym różnorodnych substancji, z których najważniejsze to kofeina i teobromina – o działaniu nawilżającym i detoksykującym oraz polifenole - ochronne w stosunku do komórek skóry. Ziarna kakaowca zawierają także związki mineralne, spośród których na szczególną uwagę zasługuje działający odprężająco magnez. 

Maseczka JOIK charakteryzuje się cudownym, czekoladowym zapachem, który pobudza organizm do produkcji hormonów szczęścia, dzięki czemu łagodzi stany napięcia i stres. 

Składniki: the obroma cacao seed powder, maroccan lava clay, whole milk powder, mel powder.






Jak na pierwszy kontakt z tą marką, jestem bardzo zadowolona. Maseczka okazała się skuteczna (wspaniale oczyszcza cerę, zmiękczając skórę i łagodząc wszelkie podrażnienia), nadspodziewanie wydajna (ma postać brązowego proszku, który jak typowa glinka w połączeniu z wodą lub mlekiem zmienia się w gęstą pastę, nie wiem, jak dużo trzeba by wziąć go jednorazowo, żeby opakowanie zgodnie z adnotacją producenta wystarczyło na zaledwie pięć do ośmiu aplikacji, ja oceniam, odmierzając porcję miarką z BU, że spokojnie będzie tych aplikacji ze dwa razy więcej) i rzeczywiście mocno pachnąca czekoladą, co przekłada się na naprawdę relaksujące doznania. Zapach jest na tyle kuszący, że za pierwszym razem po zmieszaniu proszku z mlekiem zdecydowałam się tej mikstury spróbować. Nie róbcie tego :DDD

W zasadzie mam tylko jedno maleńkie zastrzeżenie. Momentami spod tego dominującego, cudnego czekoladowego zapachu, przebija się nieco ziemista, glinkowa nuta, ta kombinacja mnie osobiście  trochę przeszkadza, zakłócając doznania. W gruncie rzeczy jest to jednak kwestia tak względna, że trudno czynić z tego zarzut.

Jeśli chodzi o dostępność, to listę sklepów stacjonarnych i internetowych oferujących kosmetyki JOIK znajdziecie TUTAJ. Maseczka kosztuje około 37 zł. 


Kto lubi czekoladę? Palec do budki! :DDD



Buziaki,
Cammie.







wtorek, 21 maja 2013

Pokrótce, czyli bułgarskie i estońskie dary natury

Hej, hej, hej! Macie chwilkę? Jeśli tak, to zapraszam na krótką prezentację kliku nowości, a tym samym zapowiedź recenzji, które za jakiś czas pojawią się na No to pięknie!

Po wcześniejszych świetnych doświadczeniach z marką Ikarov [KLIK], nie było trudno namówić mnie na dalsze eksplorowanie jej asortymentu. Tym razem zdecydowałam się na klasykę, czyli uniwersalny, wszechstronnie działający olej kokosowy, bogaty, dobroczynny olej arganowy i szlachetną, delikatną wodę różaną.






Jeśli nie zetknęłyście się jeszcze z produktami Ikarov, a lubicie naturalną pielęgnację, to polecam tę bułgarską markę Waszej szczególnej uwadze. Krótkie, w pełni naturalne składy, oparte o zimnotłoczone oleje pozyskiwane z owoców, nasion i orzechów oraz wyciągi z róży damasceńskiej i doskonała jakość, o czym miałam już okazję się przekonać. I coś mi mówi, że tylko upewnię się w tej opinii.


Jeśli zaś chodzi o markę JOIK, oferującą kosmetyki naturalne rodem z Estonii, to przyznam szczerze, że jest to dla mnie kompletna nowość, a tym samym zupełna niewiadoma. Licząc jednak na skuteczność i przyjemne doznania, zdecydowałam się na ekskluzywną czekoladową maseczkę do zmęczonej i zestresowanej cery, nawilżający olejek do ciała z cytryną i bergamotką oraz peelingi do ciała na bazie kawy, brązowego cukru i płatków owsianych.






Na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że wszystkie produkty obłędnie pachną i już tylko za to jestem gotowa piać z zachwytu. Biorąc jeszcze pod uwagę, że mają świetne składy, a niektóre są ręcznie robione, to już w ogóle jestem dobrej myśli i przyjmuję to wszystko za dobrą wróżbę. Mam nadzieję, że wrócę do tematu wyłącznie z pozytywnymi recenzjami.


Napiszcie, czy ktoś z Was miał już do czynienia z produktami Ikarov lub JOIK. Co macie na ich temat do powiedzenia?


Dociekliwych odsyłam na stronę dystrybutora  ---> naturpolska.pl,
a tymczasem całuję,
Cammie.