beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FM. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

Retrospekcja, czyli podsumowanie minionego roku | długi post o wszystkim!


Trudno było mi zmobilizować się do napisania tego posta, długo szukałam formy, w jakiej mogłabym go ująć, ale w końcu jest, podsumowanie minionego roku! Mam nadzieję, że nie znudziły się Wam jeszcze wszechobecne ostatnio blogowe retrospekcje i z ciekawością rzucicie okiem na to, co przygotowałam. Zapraszam!

Zwlekałam, bo nie do końca wiedziałam, jaki ten wpis ma być, wiedziałam na szczęście przynajmniej, jaki ma nie być, a to już połowa sukcesu :))) A zatem, nie będzie to post o kosmetycznych odkryciach, bo takie pisałam przez cały rok regularnie co miesiąc ---> KLIK. Nie będzie przypominania najpopularniejszych treści, jakie w ciągu roku pojawiały się na blogu, bo uważam, że publikowane regularnie podsumowania z serii Summa Summarum ---> KLIK wyczerpały już temat. Nie będzie statystyk, bo to nudne. Nie będzie też typowych recenzji,  bo to nie czas i miejsce, spodziewajcie się raczej luźnych refleksji i swobodnie biegnących myśli. Te wszystkie zastrzeżenia nie oznaczają jednak, że będzie syntetycznie, oj nie! Lubicie długie posty, prawda? :DDD

Na dobry początek kosmetyki kolorowe, które postanowiłam wyróżnić. W 2014 roku miałam do czynienia z wieloma produktami, zarówno z nowościami, jak i ze znanymi od lat bestsellerami, i z górnej, i z dolnej półki, jednak kiedy się dobrze zastanowiłam, okazało się, że z całego tego kolorowego rogu obfitości systematycznie sięgałam tylko po kilka.




Na miano kosmetyku roku zdecydowanie zasłużył czarny liner w pisaku Blackbuster z L'Oreal ---> KLIK. Uwielbiam go! Namalowanie ładnej kreski nigdy nie było tak łatwe. Odkąd pod koniec 2013 roku skusiłam się na niego po raz pierwszy, co parę miesięcy kupuję nową sztukę i nawet nie rozglądam się za niczym innym. Jedynie raz zrobiłam skok w bok, zdradzając go na rzecz podobnego i nieco tańszego pisaka z Inglota, który po pierwszych zachwytach rozczarował mnie jednak kiepską wydajnością. Drugi raz tego błędu nie popełnię, na tę chwilę nie chcę niczego innego, Blackbuster to dokładnie to, czego potrzebuję.

W 2014 roku po raz pierwszy miałam styczność z kosmetykami marki FM, której katalog wywarł na mnie takie wrażenie (bez kitu, najładniej wydany katalog kosmetyczny, jaki widziałam!), że zapragnęłam zrobić zamówienie. Prasowany puder bambusowy ---> KLIK, który wtedy kupiłam, tak mi się spodobał, że już nie wyobrażam sobie nie mieć go w kosmetyczce, czego wyrazem jest fakt, że właśnie przymierzam się do zakupu trzeciego już opakowania. To chyba mówi samo za siebie. Nadal bardzo lubię też przepięknie wygładzający cerę puder Lucidity Estee Lauder ---> KLIK, który w ciągu minionego roku wielokrotnie Wam zachwalałam, ale jeśli chodzi o niezawodność, w sensie utrwalania makijażu, FM jednak wygrywa, poza tym nie chciałam umieszczać dwóch pudrów w zestawieniu.

W 2014 roku nie ustawałam też w poszukiwaniach idealnego kremu BB. Spróbowałam kilku, a najlepszym okazał się Skin79 Dear Rose BB Cream ---> KLIK. Przyjemnie lekki, jasny, żółtawy i przyzwoicie kryjący - właśnie tak opisałabym go, gdybym miała to zrobić w skrócie. Szkoda tylko, że jest tak trudno dostępny, na zwykle niezawodnym ebay pojawia się coraz rzadziej ... 

Nie mogę nie wspomnieć o moim ukochanym różu, czyli Golden Rose Terracotta Blush 07. Sprawa jest przedziwna, bo sięgam po niego zdecydowanie najczęściej, ignorując wszystkie moje piękne maczki czy inne szanele, a jeszcze chyba nigdy nie pokazałam go na blogu. A zatem robię to dziś, dodając, że ma cudowny, bardzo jasny, chłodny odcień, a dzięki wypiekanej formule daje ożywiające cerę rozświetlenie. Wymarzony róż dla osób o bladej skórze.

Na koniec rzecz o korektorze. A w zasadzie o kamuflażu, bo mowa o Catrice Camouflage Cream. Bardzo dobry produkt, świetnie kryjący i trwały, a w dobranym kolorze niewidoczny na skórze. W dodatku niedrogi. Był to dość przypadkowy zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jako że mam do ukrycia sporo przebarwień, posiłkuję się nim w każdym makijażu i myślę, że jak przyjdzie czas (już niebawem, ze względu na upływ terminu zdatności do użycia), kupię kolejne opakowanie. Polecam wszystkim borykającym się z problematyczną cerą.

A pielęgnacja? W 2014 roku skoncentrowana była wyłącznie na walce z przebarwieniami cery, opierając się głównie na produktach z kwasem azelainowym (Acne-derm i Skinoren, moi najlepsi przyjaciele!), który stosować można w zasadzie bez ograniczeń, niezależnie od pory roku, ale sięgałam też oczywiście po inne preparaty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Napisanie posta o przebiegu mojej kuracji jest dla mnie blogowym priorytetem na najbliższe tygodnie, także spodziewajcie się niebawem obszernej relacji, a póki co poznajcie specyfiki, które z perspektywy czasu oceniam najwyżej. Jako bonus dorzucam suplementy, które w końcówce roku pomogły mi uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów.





Zdecydowanie najdłużej był ze mną kupiony wczesną wiosną delikatnie złuszczający krem Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym ---> KLIK. Wiem, że zdania na jego temat są różne, od entuzjastycznie pochlebnych po skrajnie krytyczne, ja w każdym razie jestem jego gorącą zwolenniczką. Bardzo dobrze wpływał na stan mojej cery, nie usuwając co prawda w jakiś wyraźny sposób przebarwień, ale trzymając ją w ryzach i stopniowo wygładzając. Przyznaję jednak, że jego początkowo silne działanie z biegiem czasu słabło, jakby skóra coraz słabiej reagowała na jego składniki, także lubiłam robić sobie od niego kilkutygodniowe przerwy, po których znowu odczuwałam jego moc. Podsumowując, świetny krem dla wymagającej, skłonnej do zanieczyszczeń skóry.

Prawdziwym pogromcą przebarwień (i nie tylko) okazał się Locacid, czyli krem z retinoidem w postaci tretinoiny. Od razu uprzedzam jednak, że jest to preparat wydawany na receptę, miejcie tego świadomość. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tej kuracji nie obawiałam, bo z retonoidami nie miałam wcześniej do czynienia, na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. Okupując co prawda efekty pewnymi skutkami ubocznymi (łuszczenie się, przesuszenie i uwrażliwienie skóry), z dnia na dzień cieszę się coraz ładniejszą cerą. Szczegóły, tak jak zapowiadałam wyżej, w jednym z kolejnych postów, już teraz zapraszam.

Uzupełnienie mojej kuracji stanowi oczyszczający płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego Pharmaceris z serii T, który stosuję po prostu jak zwykły tonik. Genialny! Mam już drugie opakowanie, na pewno będą też kolejne. Jest stosunkowo niedrogi i bardzo, bardzo skuteczny. Więcej o nim w swoim czasie.

Na zdjęciu widzicie też dwa produkty La Roche-Posay, ale wspomnieć chcę tylko o jednym, mianowicie kremie Toleriane Ultra Fluid, silnie nawilżającym specyfiku do cery wrażliwej. Na moją zmaltretowaną Locacidem skórę działa jak przynoszący ulgę kompres. Świetny, odczuwalnie kojący, w żaden sposób nie szkodzący cerze krem. Leżący obok żel do mycia twarzy Effaclar nie spisał się już niestety tak dobrze, ale o tym innym razem.

Pisząc o pielęgnacji, nie mogę nie poświęcić chwili suplementom, które poratowały mnie w kłopocie z włosami, które parę miesięcy temu leciały mi z głowy jak szalone, codziennie gubiłam ilości grubo przekraczające normę. Przekopałam internety i w pierwszym odruchu zdecydowałam się dać szansę Calcium Pantothenicum, ale dopiero polecony mi przez Was Biotebal przyniósł pożądane, w dodatku błyskawiczne efekty. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłam już po zaledwie dwóch tygodniach regularnego przyjmowania tych tabletek, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. W tym momencie mogę powiedzieć, że dzięki nim problem znacznie ograniczyłam. Zapamiętajcie tę nazwę, to działa! Jeszcze Wam zresztą o tym suplemencie przypomnę, o moich zmaganiach z wypadającymi włosami planuję napisać kiedyś odrębnego posta.

To oczywiście nie jest tak, że napisałam Wam o wszystkim, co systematycznie stosowałam. Jest cała masa kosmetyków, do których regularnie w minionym roku wracałam (żeby wspomnieć chociażby stosowany do włosów olej kokosowy, płyn micelarny Garnier, delikatny żel-krem łagodzący Be Beauty do mycia twarzy, emulsję z granatem Alterra, olejki do ciała Alverde, chusteczki do demakijażu Cleanic, czy serum do rąk Evree Max Repair), uznałam jednak, że gdybym miała tak wszystko wymieniać, zanudziłabym Was na śmierć. Skupiłam się więc na creme de la creme, produktach, które z różnych względów najbardziej zapadły mi w pamięć.

Cofam się zatem w czasie raz jeszcze, przywołując w pamięci moje ulubione w 2014 roku lakiery do paznokci. Muszę przyznać, że mój gust ostatnio nieco się odmienił, wśród preferowanych dotąd przeze mnie nasyconych kolorów niespodziewanie znalazły się także odcienie jasne i delikatne. Spójrzcie zresztą. 




Kolorem roku ogłaszam ciemny, mocny róż Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK. Dlaczego? Bo to on zdecydowanie najczęściej gościł na moich paznokciach, zarówno na dłoniach, jak i na stopach. W ogóle całą tę serię polubiłam, za ogromną gamę kolorów, za wygodny pędzelek i za trwałość. Myślę, że będę do niej jeszcze nie raz wracać.

Lakierem, który przyczynił się do zmiany moich kolorystycznych upodobań, był Essie Topless & Barefoot w pięknym, idealnie wyważonym odcieniu nude ---> KLIK. Trafił do mnie przez przypadek, a dziś nie wyobrażam sobie nie mieć go pod ręką. Sprawdza się w każdej sytuacji, jest klasyczny i elegancki. Bardzo lubię łączyć go z piaskowym złotem Golden Rose (Holiday Nail Color nr 82).

Z końcem roku trafił do mnie duet O.P.I. z dość starej już co prawda kolekcji New York City Ballet, w postaci mlecznobiałego lakieru Don't Touch My Tutu i srebrnego toppera Pirouette My Whistle ---> KLIK. Miłość od pierwszego wejrzenia!

W 2014 roku pogłębiła się też moja słabość do czerwieni. Moje poszukiwania idealnego odcienia zaowocowały dwoma wspaniałymi lakierami, Rimmel Salon Pro Hip Hop ---> KLIK, który przepięknie prezentował się w letnim słońcu, i Essie A list ---> KLIK, jeden z moich ostatnich nabytków, który szybko zyskał status zimowego ulubieńca. Ale myślę, że w kwestii czerwieni nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa :))) Za parę dni się zresztą przekonacie.

Pozwólcie, że teraz zatrzymam się na chwilę przy ulubionych gadżetach. Moja krótka lista liczy zaledwie trzy punkty, ale każdy jest mocny!





Jeśli chodzi o gadżet kosmetyczny, to rok 2014 należał do szczoteczki sonicznej Clarisonic. Mój model to Mia 2, pisałam Wam o nim TUTAJ. Jedna z lepszych inwestycji w urodę, jakie w życiu zrobiłam, dzięki tej szczoteczce oczyszczanie twarzy weszło na nowy dla mnie, dużo wyższy poziom. Chwilowo co prawda, ze względu na uwrażliwienie skóry przez Locacid, nie korzystam z niej, ale z ogromną przyjemnością wrócę do niej po zakończeniu kuracji. Albo i szybciej, o ile kupię odpowiednią dla cery wrażliwej końcówkę.

Clarisonic kupiłam na początku roku, z jego końcem natomiast rzutem na taśmę do moich ulubionych gadżetów dołączył nowy telefon, iPhone 6. Normalnie pewnie bym Wam o tym nie pisała, ale ostatnie dwa lata z jego poprzednikiem (HTC) były tak trudne (żeby wspomnieć tylko o ciągłym zawieszaniu się, czy samoczynnym wyłączaniu ...), że różnica jest dla mnie szokująca i po prostu nie mogę tego przemilczeć. Stary wylądował na dnie szuflady (choć zarzekałam się, że zrzucę go z najwyższego budynku w mieście :DDD), a nowy z każdym dniem coraz bardziej mnie zachwyca, jest wielofunkcyjny, intuicyjny i przede wszystkim niezawodny.

Ale to nie telefon zasłużył na miano gadżetu roku, tytuł ten zgarnia Kindle Paperwhite II! Mniej więcej w połowie roku pożegnałam się ze starszym modelem (wcześniej miałam 4 Touch), wymieniając go na nowsze cacko. Całkiem niedawno o nim pisałam, więc teraz nie będę się powtarzać, odsyłam Was po prostu do tamtego tekstu ---> KLIK. Spisuje się świetnie, uwielbiam wszystkie jego funkcje, wprost nie wyobrażając sobie bez niego życia. Wspaniałe urządzenie, wszystkie książki świata w zasięgu kilku kliknięć, zawsze pod ręką.

Skoro już o książkach mowa, to chciałabym płynnie przejść do tematu najważniejszych dla mnie lektur ubiegłego roku. Miałam problem z dokonaniem wyboru (policzyłam, w ciągu roku przeczytałam 53 pozycje, było z czego wybierać), ale udało się.




Autorka, której twórczość zrobiła na mnie największe wrażenie, to Joanna Bator. Jej "Piaskowa Góra" ---> KLIK to zdecydowanie najlepsza książka, po jaką sięgnęłam w 2014 r. Z wytypowaniem tej pozycji nie miałam akurat żadnego problemu. To jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina, mądra, klimatyczna, napisana pięknym językiem. Kto nie czytał, niech koniecznie to zrobi!

Wyraźny ślad po sobie zostawiła we mnie także dwutomowa "Antologia polskiego reportażu XX wieku" opracowana pod redakcją bardzo przeze mnie cenionego Mariusza Szczygła, zbiór najważniejszych i najciekawszych reportaży dwudziestego stulecia ---> KLIK. Ciągle żywe jest też we mnie wspomnienie o ni to śmiesznej, ni to strasznej książce "On wrócił" Timura Vermesa, w której autor, ubierając fabułę w humorystyczne fatałaszki, snuje tak naprawdę wstrząsającą wizję współczesnego świata, w którym ponownie zjawia się Hitler razem ze swoją chorą ideologią ---> KLIK

Książki książkami, a co z serialami? W 2014 roku obejrzałam ich naprawdę sporo, ale wyróżnić chcę tylko kilka.




Po pierwsze Breaking Bad, za wszystkie emocje i za jedynego w swoim rodzaju Waltera White'a. Po drugie House of Cards, za intrygę i klimat. Po trzecie Suits, za dwóch przystojniaków i jednego Louisa Litta ;))) Po czwarte Sherlock, za całokształt. No i po piąte, last but not least, The big bang theory, za niesamowitą dawkę humoru.

Gdybym miała wybrać słowo roku, postawiłabym na rutynę. Rok 2014  upłynął mi spokojnie, dni  i tygodnie toczyły się jeden za drugim z góry ustalonym trybem, powtarzalnym, może i nudnym, ale bezpiecznym. Właśnie tego potrzebowała moja rodzina i cieszę się, że mogłam jej to zapewnić, dzieląc czas między pracę i dom. Choć nie ukrywam, że emocją roku było poczucie poświęcenia, rezygnacji z wielu własnych przyjemności życia toczącego się poza domem. Myślę, że dobrze rozumieją mnie wszystkie matki małych dzieci, przez większość czasu zdanych wyłącznie na ich opiekę. Niech no tylko moja córa podrośnie! :)))

A blog? To też ważna część mojego życia, więc na koniec poświęcę mu kilka zdań. W 2014 roku, jak pewnie zauważyłyście, przeszedł małą metamorfozę, pisałam zdecydowanie rzadziej, mniej miejsca poświęcając typowym recenzjom, więcej natomiast tematom luźnym, szeroko rozumianym okołourodowym i z braku lepszego słowa powiedzmy, że lajfstajlowym. Wyszło tak w sumie samoistnie, ale No to pięknie! ma się dobrze, nowych czytelników stale przybywa, więc chyba zmierzam w dobrym kierunku? Gdzie jest kres tej drogi, jeszcze jednak nie wiem, bo skłamałabym twierdząc, że blogowe zwątpienia są mi obce. Myśli o zawieszeniu lub nawet całkowitym zamknięciu bloga pojawiały się w mojej głowie w minionym roku często jak nigdy. Póki co jestem na etapie kolejnej fali entuzjazmu, ale co będzie w przyszłości? Nie wiem. Piszę zupełnie szczerze. Mam nadzieję, że mimo wszystkich chwil zniechęcenia, jakie pewnie mnie czekają, spotkamy się tu przy okazji podobnego posta za rok.

A tymczasem raz na zawsze pożegnajmy rok 2014. Już wiecie, jaki był dla mnie, zdradźcie więc, jak Wam upłynął, dobrze czy źle? Może chciałybyście pochwalić się jakimś kosmetycznym bądź niekosmetycznym odkryciem? Może macie ochotę napisać mi o jakimś ważnym dla Was wydarzeniu? A może po prostu chcecie odnieść się do jakiejś kwestii, którą dziś poruszyłam? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 29 września 2014

Makijażowa herezja, czyli odkrycie września


Witajcie! Wrzesień zmierza ku końcowi, najwyższa więc pora podzielić się z Wami moim wrześniowym odkryciem. Nie napiszę jednak tym razem o żadnym konkretnym produkcie, opowiem Wam za to o pewnym makijażowym triku, który w ostatnich tygodniach całkowicie zrewolucjonizował sposób, w jaki się maluję :))) 

Część z Was najprawdopodobniej już o tej metodzie słyszała, bo video Wayne'a Gossa, w którym doradzał, jak ograniczyć przetłuszczanie się cery i przedłużyć trwałość podkładu, ukazało się na jego youtubowym kanale wiosną. Wiele dziewczyn od razu ten pomysł podchwyciło i rozpropagowało, mnie jednak ta eksperymentalna gorączka wtedy jakoś ominęła i dopiero parę tygodni temu zachciało mi się sprawdzić na własnej skórze, o co tyle hałasu. I co? I przepadłam. 

O co chodzi? W największym skrócie o to, żeby twarz przypudrować przed nałożeniem podkładu, a nie odwrotnie, jak to wszystkie przecież zwykłyśmy robić. Wiem, brzmi jak makijażowa herezja, też w pierwszym odruchu pomyślałam "to nie ma prawa się udać". A jednak! Puder wstemplowany jako primer w nawilżoną kremem skórę stanowi wspaniałą bazę dla płynnych podkładów, zdecydowanie lepiej kontrolując w ciągu dnia błysk cery, a tym samym przedłużając świeżość makijażu, niż nakładany w ostatnim kroku tradycyjnie jako utrwalający wszystko finisher. 

Goss w swoim filmie zaleca przy tej metodzie makijażu używanie pudrów sypkich, ja jednak z powodzeniem sięgam po prasowany puder bambusowy FM (jest naprawdę świetny, chyba kupię drugie opakowanie, z pierwszego zbieram już ostatnie okruszki). Nakładam go oszczędnie stemplującymi ruchami ulubionym pędzlem kabuki z The Body Shop.




Tak przygotowana cera jeszcze przed nałożeniem podkładu zostaje dokładnie zmatowiona i wygładzona, a puder, choć transparentny, delikatnie wyrównuje też jej koloryt. Łatwiej osiągnąć potem satysfakcjonujący poziom krycia, nawet lekkim bb kremem. Ja ostatnio regularnie sięgam po swój najnowszy azjatycki nabytek, Skin79 Dear Rose BB Cream (jeszcze Wam o nim napiszę), ale metoda sprawdzała się też ze Skin79 Orange, a nawet Revlon Colorstay. Jedyne, czego zmieniając podkłady czy bb kremy konsekwentnie się trzymałam, to aplikacja na mokro, beauty blenderem lub pomarańczowym jajem Real Techniques, które niedawno sobie sprawiłam dla porównania z różowym oryginałem.




Makijaż dzięki stawiającej świat na głowie metodzie Gossa rzeczywiście trzyma się dłużej, bo skóra po prostu wolniej się przetłuszcza! Mam tłustą, wiecznie sprawiającą kłopoty cerę, więc wiem, co mówię. Puder pod podkładem oznacza mniej błysku, a czasami nawet brak konieczności poprawiania makijażu w ciągu dnia. Niżej możecie zobaczyć, jak wyglądałam dziś po jakichś dziewięciu godzinach bez poprawek. Żadnych bibułek, żadnego dodatkowego pudrowania, mimo normalnego funkcjonowania specjalnie nie kontrolowałam wyglądu. Zdjęcia nie retuszowałam, pozwoliłam sobie jedynie odrobinę zmiękczyć rysy. Wybaczcie mi ten przejaw próżności, ale nie chciałybyście oglądać mojej 35-letniej twarzy w takim zbliżeniu bez tego łaskawego dla dojrzałej skóry filtra :DDD

Nie jest najgorzej, prawda? To znaczy po tylu godzinach wylazły na wierzch pory, widać, że trochę skruszył się tusz do rzęs (Miss Sporty Pump Up Booster Mascara, nie kupujcie, kiepścizna!), brwi też straciły poranną świeżość, ale generalnie twarz nie wygląda na przetłuszczoną, a krem bb nadal trzyma się skóry, nie starł się i nie spłynął. Metoda Gossa działa!




Jeśli chcecie na jej temat dowiedzieć się więcej, odsyłam Was do źródła, czyli do filmu Gossa. Warto obejrzeć!




Choć tak jak wspominałam, trik Gossa może wydawać się herezją, jednak okazuje się skuteczny. Zachęcam Was do wypróbowania go na własnej skórze. A może już to zrobiłyście? Co myślicie o tej metodzie? Koniecznie dajcie znać. Napiszcie też oczywiście o swoich wrześniowych odkryciach. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Ostatni dzwonek!
Zagraj o 1 z 10 zestawów
Bioderma Sebium,


poniedziałek, 14 lipca 2014

Moc pięknych zdjęć, czyli moje pierwsze katalogowe zakupy w FM


Jakiś czas temu wspominałam Wam, że skuszona przepięknie wydanym katalogiem FM, zdecydowałam się na małe zakupy. Nie znałam jakości kosmetyków tej marki, ale licząc na to, że rzeczywistość dorówna niezwykle zachęcającym zdjęciom, zamówiłam puder, pomadkę ochronną i kredkę do brwi. Dziś jestem gotowa podzielić się z Wami swoją opinią na ich temat. Jeśli tak ja kiedyś wzdychacie do zdjęć z katalogu, nie wiedząc, czy warto tej marce zaufać, ten post jest właśnie dla Was!

FM to marka, która sprzedaż, podobnie jak Avon czy Oriflame, opiera na sieci konsultantek. Klient ofertę poznaje dzięki katalogom. I tu naprawdę chapeau bas, bo te katalogi, przypominające eleganckie foldery, robią spore wrażenie. Doskonałej jakości papier, świetne zdjęcia, oszczędna grafika, aż przyjemnie wziąć coś takiego do ręki. Łatwo też ulec pokusie zakupów, czego jestem najlepszym przykładem. A oto dowód mojej podatności, prasowany puder bambusowy, lodowa pomadka ochronna i wysuwana kredka do brwi.





Puder to zdecydowanie najmocniejszy punkt tego zamówienia. Nie dość, że dzięki prasowanej formie i mocnej kasetce z lusterkiem jest wyjątkowo praktyczny, to jeszcze po prostu śliczny, co zawdzięcza uroczym tłoczeniom.






Pudrów co prawda u mnie dostatek, ale koło tego nie mogłam przejść obojętnie, pierwszy raz zetknęłam się bowiem z prasowanym pudrem bambusowym. Sypki bardzo lubię, ale mimo jego licznych zalet denerwuje mnie jego tendencja do zbrylania się w grudki. Tu natomiast mamy puder idealnie gładki, delikatny, zamknięty w trwałej puderniczce z lusterkiem, gotowy do użytku w każdych warunkach, także poza domem, zachowujący przy tym wszystkie cechy wersji sypanej, doskonale matujący, nadający się do stosowania zarówno jako primer pod minerały, jak i jako tradycyjny finisher. Bardzo, bardzo udany produkt w dobrej cenie (około 30 zł).


Co zabawne, pomadka też skusiła mnie nietypową formułą. Pomadka lodowa? Co to w ogóle jest? Pchana ciekawością, kupiłam. Rzeczywiście przypomina sopel lodu, jest zupełnie przezroczysta.






Pomadka, choć wygląda nietypowo, w rzeczywistości działanie ma bardzo tradycyjne. Polubiłam ją, bo przyjemnie, odświeżająco pachnie i wyraźnie wygładza usta, świetnie przygotowując je na przyjęcie kolorowych szminek. Jednak jakichś wyjątkowych, dogłębnych właściwości odżywczych nie zauważyłam, także nie wiem, czy kupię ją ponownie, bo swoje jednak kosztuje, 20 zł jak na produkt tego typu to wcale nie tak mało. W każdym razie nie żałuję, że ją zamówiłam, bo zaspokoiłam swoją ciekawość, a zużyć, na pewno zużyję.


No i na koniec kredka. Odkąd prawie dwa lata temu zaczęłam podkreślać brwi, wszelkie produkty do ich makijażu niesamowicie mnie kręcą, także chętnie testuję wszystko, co przykuje moją uwagę. 






Wiązałam z tą kredką spore nadzieje, tymczasem wyszło na to, że to najmniej udany z moich zakupów. Kolor, choć interesujący (brązowo-szary), okazał się dla mnie nieco za jasny, poza tym wysuwany rysik szybko stracił precyzję, a kredka nie ma wbudowanej temperówki, przez co już po kilku użyciach malowanie brwi stało się problematyczne. Także sięgam po nią sporadycznie, wyłącznie do wypełnienia większych partii brwi, do malowania precyzyjnych linii absolutnie się nie nadaje. Szkoda. Dla porządku dodam tylko, że kosztowała 18 zł.




Podsumowując, ofercie FM na pewno warto się przyjrzeć, choć zamiast dać się uwieść pięknym katalogowym zdjęciom, warto zachować ostrożność. Kosmetyki tej marki mają fajne, praktyczne i ładne opakowania i generalnie dobrą jakość, jednak nie wszystkie produkty, które kupiłam, spełniły moje oczekiwania. Ale kolejnych zamówień nie wykluczam! Kuszą mnie lakiery do paznokci :DDD


A Wy? Miałyście styczność z marką FM? Co możecie powiedzieć o jej kosmetykach? Polecacie coś szczególnie, a może coś odradzacie? Piszcie, czekam na Wasze komentarze! Będę też wdzięczna za rekomendacje dobrych kredek do brwi, najchętniej automatycznych z samotemperującymi się wkładami.

Buziaki,
Cammie.


piątek, 4 lipca 2014

Jak zwykle się rozpisałam, czyli podsumowanie czerwca


Wypadłam z rytmu regularnego pisania, jakoś trudno mi ostatnio o mobilizację. Ale jest, nowy post, podsumowanie czerwca! Przypomnę Wam najciekawsze czerwcowe tematy, poopowiadam, gdzie byłam i co widziałam, pochwalę się też zakupami i prezentami, a na koniec pokażę drobiazg, który niebawem powędruje do jednej z Was. Zapraszam!




W czerwcu z różnych przyczyn nie publikowałam za wiele, tym bardziej doceniam, że tak licznie No to pięknie! odwiedzałyście. Zdecydowanie najchętniej czytałyście o Skin79 Green Super Plus BB ---> KLIK, ale tylko nieznacznie mniejszym zainteresowaniem cieszył się post poświęcony kosmetykom wycofanym ze sprzedaży ---> KLIK. Waszą ciekawość wzbudził też wpis o elektronicznym pilniku do stóp Scholl Velvet Smooth ---> KLIK, który w czerwcu zyskał miano odkrycia miesiąca.

To tyle na blogu, a co prywatnie? Cóż, było ciężko, kto przechodził przez gruntowny remont mieszkania, ten wie, co mam na myśli. Zachciało mi się malowania i tym samym moje życie przez tydzień przypominało armageddon. Na szczęście cały ten chaos już za mną. Choć do tematu remontu na blogu jeszcze wrócę, bo koniecznie chciałabym napisać Wam o możliwościach, jakie daje farba tablicowa. Mam nadzieję, że Was to zaciekawi, wypatrujcie posta z serii Ładne rzeczy.

Oprócz niekwestionowanych walorów natury estetycznej remont sam w sobie miał jeszcze jedną dobrą stronę, dając mi naprawdę sporo czasu na wyłączność, bo na okres tego całego remontowego bałaganu moje dziecko z tatusiem pojechało do babci. Nie chcąc kręcić się majstrom pod nogami, po pracy szukałam sobie zajęć poza domem, chodziłam na zakupy, przesiadywałam w knajpkach, byłam też w kinie. To było wydarzenie! Rodzice maleńkich dzieci, których nie mają z kim zostawić, na pewno mnie rozumieją. Kino od narodzin mojej córki to dla mnie luksus. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się zobaczyć na dużym ekranie film, którego losy śledziłam od pierwszych sygnałów o jego realizacji. Mam na myśli jedyny w swoim rodzaju obraz wskrzeszający przeszłość, czyli "Powstanie warszawskie", film, który oparto na odrestaurowanych oryginalnych ujęciach sprzed kilkudziesięciu lat.




"Powstanie warszawskie" jest co prawda filmem fabularyzowanym, ale większość scen ma charakter dokumentalny, całość robi na widzu wstrząsające wrażenie. To naprawdę niesamowite, że dzięki autorom, tym sprzed lat, uwieczniającym powstanie na taśmie filmowej z narażeniem życia, i tym współczesnym, z taką pieczołowitością nadającym tym starym ujęciom nową jakość, możemy odbyć podróż w czasie i na własne oczy ujrzeć tamte wydarzenia, tamtych ludzi i tamte emocje. Coś niepowtarzalnego i dogłębnie poruszającego. To trzeba zobaczyć! Dla chętnych wklejam teledysk do filmu, też zresztą chwytający za serce.




Kilka dni czerwcowego urlopu spędziłam w rodzinnym gronie, odwiedzając rodziców. Ze względu na dzielącą nas odległość widujemy się rzadko, także każde takie spotkanie to święto. Najbardziej "świętuje" oczywiście rozpieszczania przez dziadków wnusia :DDD Chyba największą atrakcją była dla niej pierwsza w życiu wizyta w zoo.






Co tam słonie, co tam zebry, największe zainteresowanie i tak wzbudził krokodyl :DDD Kto zgadnie, które to zoo? :)))

Czerwcowe wieczory jak zwykle należały do seriali. Obejrzałam do końca trzeci sezon "Suits" i płynnie przeszłam do czwartego, który akurat kilka tygodni temu miał swoją premierę, także dalsze losy Mike'a i Harvey'a śledzę na bieżąco. Wkręciłam się natomiast w "Lost". Dlaczego mam wrażenie, że jestem ostatnią osobą na świecie, która tego serialu jeszcze nie widziała? :DDD




Trochę mnie przeraża myśl, że sezony "Lost" są tak długie, łącznie to ponad 120 odcinków. Na szczęście akcja toczy się wartko, ogląda się szybko, więc może nie utknę na pół roku. Zastanawia mnie tylko, czy po wszystkim nie będę żałować zmarnowanego czasu, bo podobno finał serialu pozostawia wiele do życzenia. Macie coś na ten temat do powiedzenia? Tylko bez spoilerów, plisss!

Jeśli chodzi o czerwcowe lektury, to jak zwykle odsyłam Was do posta sprzed kilku dni ---> KLIK. Dodam tylko, że nadal dryfuję po literaturze z nurtu dystopii, co rusz wynajdując nowe tytuły. Połknęłam już "451 stopni Fahrenheita" Ray'a Bradbury'ego i "Opowieść Podręcznej" Margaret Atwood (polecam!), teraz natomiast pochłonęły mnie "Mroczne umysły" Alexandry Bracken. Ale o tym za miesiąc.

Tymczasem słów kilka poświęcić chcę czerwcowym zakupom. Tych najbardziej interesujących dokonałam chyba składając swoje pierwsze zamówienie na kosmetyki FM. Marka dzięki swojemu przepięknie wydanemu katalogowi (Avon może się schować) interesowała mnie już od dawna, a akurat okazało się, że jedna z moich koleżanek jest jej konsultantką, także nareszcie miałam okazję kupić kilka drobiazgów. Zdecydowałam się na prasowany puder bambusowy (ślicznie tłoczony, w świetnej kasetce z lusterkiem), lodową pomadkę ochronną i kredkę do brwi o wielce obiecującym kolorze.




Wiem, że FM ze względu na sposób dystrybucji produktów i oferowanie "odpowiedników" znanych perfum to marka nieco kontrowersyjna, ale abstrahując od otaczającej ją aury muszę przyznać, że jej kosmetyki kolorowe naprawdę są warte uwagi. Na pewno poświęcę im odrębnego posta.

W czerwcu po długiej przerwie odezwał się do mnie dystrybutor marki JOIK, którą, jak może pamiętacie, uznałam za jedno z odkryć ubiegłego roku. Cieszę się, że ponownie mam okazję włączyć jej produkty do swojej pielęgnacji. Tym razem wybrałam odświeżająco-oczyszczającą maseczkę z miętą i zieloną herbatą, grejpfrutowo-mandarynkowy peeling do ciała z białym cukrem i granulkami jojoba, nawilżająco-odżywczy mus do ciała w sztyfcie z masłem kakaowym i rozświetlający balsam do ciała z olejkiem migdałowym. Zaciekawił mnie też olejek wzmacniający paznokcie Ikarov, oferowany przez tego samego dystrybutora.




Już się cieszę na te doznania! Wszystkie produkty JOIK, z jakimi miałam do czynienia, były genialne. Spodziewajcie się obszernych recenzji.

Na koniec nowości od JOKO. Sporo produktów znałam jeszcze sprzed niedawnej wizualnej metamorfozy marki, skusiłam się więc tylko na kilka kosmetyków, z którymi nie miałam jeszcze w ogóle do czynienia, decydując się na puder sypki, róż, pomadkę i lakier do paznokci z nowej kolekcji limitowanej. 




Na pewno niebawem będziecie mogły o wszystkich tych produktach poczytać, teraz natomiast chciałam zapowiedzieć małą niespodziankę. Zajrzyjcie jutro na FB ---> KLIK, jednej z Was podaruję lakier w wibrującym odcieniu Lavender oraz uroczą bransoletkę By Dziubeka. Ten duet ożywi na pewno niejedną letnią stylizację!




Jak zwykle przy okazji postów z tej serii nieco się rozpisałam, mam nadzieję, że dotrwałyście do końca. Jeśli macie ochotę odnieść się do czegokolwiek, zachęcam. Dajcie też znać, jak minął Wam czerwiec. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.