beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Invisibobble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Invisibobble. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2014

Nie dla każdego (a na pewno nie dla mnie), czyli gumki Invisibobble


Wiem, że gumki Invisibobble w krótkim czasie zdążyły zgromadzić sporą grupę oddanych fanek, ja jednak ogromnie się nimi rozczarowałam i daleka jestem od  ich wychwalania. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się, dlaczego nastawiona jestem wobec nich tak niechętnie, zapraszam!




Przypominające sprężynki gumki Invisibobble są na pewno gadżetem pomysłowym. Wyglądają oryginalnie, ale o ich wyjątkowości przesądzać ma nie tyle ich wygląd, co rewolucyjne rzekomo właściwości. Według producenta gumki Invisibobble to nowa jakość, dzięki której możemy związywać włosy bez ryzyka ich wyrywania, nadmiernego ściskania i odkształcania. Przyznaję, że wizja możliwości zachowania gładkiej fryzury, bez śladów po gumce, naprawdę do mnie przemówiła. Uwierzyłam też w zapewnienia o niezwykłej elastyczności i trwałości tych sprężynek. Koniec końców kupiłam, z wielu wariantów kolorystycznych wybierając klasyczną czerń.




Mieszczące trzy sztuki opakowanie kosztuje 15 zł, co nie czyni z Invisibobble najtańszych gumek świata, jednak nie jest to też na pewno koszt nie do przełknięcia. Inna rzecz, czy warto tych kilkanaście złotych wydać. Według mnie niekoniecznie ...

Oczywiście wiele zależy od rodzaju włosów. Na moich, bardzo długich, grubych, ciężkich i z natury gładkich, gumki Invisibobble kompletnie nie zdały egzaminu. Pomijam już nawet fakt, że obietnice o ich trwałości można między bajki włożyć, bo jedna z nich pękła mi na dzień dobry już przy pierwszej próbie związania włosów, pozostałe dwie bardzo szybko natomiast odkształciły się, nie wracając do fabrycznego kształtu ciasnej sprężynki. Pal licho, ostatecznie można przymknąć na to oko. Gorzej, że one nie są w stanie utrzymać się na miejscu, po prostu ześlizgują się z kitki. Wiem, że założenie jest takie, żeby kitka związana Invisibobble była luźna, a przez to bardziej komfortowa, jednak w moim przypadku o komforcie nie ma mowy. Gumka zawiązana na dwa razy nie wytrzymuje naporu włosów, na trzy razy natomiast zawiązać się nie da, bo włosów mam po prostu za dużo (wychodzi na to, że najlepiej byłoby, gdybym miała ich jeszcze więcej albo nieco mniej). Nie nadaje się też do uformowania nocnego koczka, bo nie jest w stanie utrzymać jego ciężaru. To czyni Ivisibobble dla mnie praktycznie bezużytecznymi (wybaczcie, ale sugestii producenta, żeby gumki traktować jak biżuterię i nosić na nadgarstkach jako bransoletki, nie traktuję poważnie ...).




Oddając gumkom Invisibobble sprawiedliwość, trzeba dodać, że ładnie się na kitce prezentują, zaplatając się w ciekawy wzór. Na pewno trzeba też je pochwalić za delikatność, bo faktycznie nie przyczyniają się do wyrywania włosów. Łatwo też utrzymać je w czystości, bo tworzywo, z jakiego są wykonane, doskonale znosi kontakt z wodą. Ale zdecydowanie nie jest to propozycja dla każdego. Jeśli włosów macie dużo, a w dodatku są one niskoporowate, a więc naturalnie gładkie i lejące, Invisibobble mogą nie dać im rady. Takie jest moje doświadczenie, więcej ich nie kupię. Zwłaszcza że ślady na włosach to one jednak jakieś tam zostawiają ...

Gumki Invisibobble zdobyły ogromną popularność, na pewno więc wiele z Was ich używa. Jestem ogromnie ciekawa, co o nich myślicie. Kochacie je bezkrytycznie, czy jednak przychylacie się do mojej opinii? Koniecznie dajcie znać. Zdradźcie też, jak najchętniej radzicie sobie z włosami, związujecie je, czy spinacie? Czego używacie, gumek, klamer, spinek? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 25 lipca 2014

Z wizytą w raju, czyli mój pierwszy raz w Hebe


Wybaczcie mi ten egzaltowany tytuł posta, ale naprawdę czułam się jak w kosmetycznym raju, kiedy w zeszłym tygodniu po raz pierwszy trafiłam do Hebe. W moim mieście ta sieć jest niestety nieobecna (why???), zwykle co najwyżej mogę więc pooglądać sobie cudze zakupy i powzdychać do niedostępnego dla mnie asortymentu. W końcu jednak i ja miałam okazję wydać tam trochę pieniędzy :))) Wiem co prawda, że posty zakupowe generalnie niewiele wnoszą do blogosfery, ale najwyraźniej Wam to nie przeszkadza, bo na fesjbuku wyraźnie zażądałyście, żebym swoje zakupy pokazała, więc co mi tam, pokazuję. Przyjemnego oglądania!

Już na początku przeżyłam szok, kiedy w progu zostałam powitana grzecznym "Dzień dobry, witamy w Hebe" (praktyka niespotykana w innych drogeriach), który w środku tylko się pogłębiał, zaskoczyła mnie bowiem przestrzeń (dwa piętra!), nieskazitelna czystość, komfortowa klimatyzacja i przemiła, aczkolwiek nienachalna obsługa. Pierwsze kroki oczywiście skierowałam do szafy Essie. Mam tych lakierów całkiem sporo, ale wszystkie kupowałam dotąd via internet bądź korzystając z uprzejmości koleżanek, także fajnie było zobaczyć w końcu te wszystkie buteleczki na żywo. Z bogatej oferty wybrałam czarny jak noc Licorice, z sąsiedniej szafy łapiąc przy okazji znany z licznych recenzji top Kinetics Kwik Kote, a z pobliskiej ekspozycji jeden z promowanych nie tak dawno pachnących lakierów Revlon w odcieniu Wild Violets.










Być może na tych kilku drobiazgach moje zakupy by się skończyły, ale traf chciał, że w tamtym dniu obowiązywała 40% zniżka na całą ofertę Catrice. Jak mogłam nie skorzystać? Zwłaszcza że w moim mieście szafa tej marki dostępna jest tylko w jednym miejscu i zawsze, ale to zawsze jest przetrzebiona. W Hebe półki były pełne, także długo się nie zastanawiając, chwyciłam od dawna mnie interesujący kamuflaż w najjaśniejszym odcieniu 010 Ivory, bardzo zachwalaną kredkę do brwi 040 Don't let mi brown, skusiłam się też na pomadkę z serii Ultimate Colour w przepięknym jasnym odcieniu 240 Hey Nude. Na marginesie dodam, że jestem nią zachwycona! Będą zdjęcia, dajcie mi tylko trochę czasu.










W drodze do kasy nie przeszłam też obojętnie obok zyskujących coraz większą popularność gumek Invisibobble. Sama nie wiem, co o nich myśleć. Na pewno za jakiś czas przygotuję dla Was szerszą recenzję, ale póki co nie rozumiem ich fenomenu.




W ostatniej chwili wrzuciłam też do koszyka krem z filtrem do cery mieszanej i tłustej Bielenda Bikini, o którym niedawno usłyszałam od przyjaciółki.  Dziś za wiele o nim nie napiszę, zdradzę tylko, że trafi do posta o odkryciach miesiąca. Coś mi mówi, że to niskobudżetowa alternatywa dla kilkakrotnie droższego kremu Vichy o podobnym działaniu.




Zakupy w Hebe to prawdziwa przyjemność. Miła i kompetentna obsługa, dyskretna, nie łażąca za klientem krok w krok ochrona, przestronny i czysty sklep z doskonale wyeksponowanym towarem (mam na myśli salon na ulicy Grunwaldzkiej w Rzeszowie), wszystkie kosmetyki zabezpieczone przed otwieraniem, bardzo ciekawy asortyment bogaty w marki niedostępne nigdzie indziej (widziałam chociażby Tangle Teezer czy Misslyn), atrakcyjne promocje, no naprawdę, nie mogę się nachwalić.

Macie w swojej okolicy Hebe? Chętnie robicie tam zakupy? Zgadzacie się ze mną, że sieć pozytywnie wyróżnia się na tle konkurencji? Może chciałybyście dodać coś jeszcze do tej litanii zalet, o których wspominałam? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.