Kupując w październiku dwa nowe podkłady, byłam niemal pewna, że dziś, opowiadając Wam o odkryciu miesiąca, napiszę o droższym z nich, czyli Diorskin Nude. Tymczasem niespodzianka, luksusowy Dior póki co leży i czeka na lepsze czasy, ja tymczasem trwam w zachwycie nad taniutkim Pierre Rene Skin Balance. Jest niesamowity! Wymarzony podkład dla przetłuszczającej się cery, długotrwały i świetnie kryjący, w dodatku dostępny w bardzo ciekawej gamie kolorów. Musicie to zobaczyć!

Pamiętam, że kiedyś już interesowałam się tym podkładem, jednak wtedy nie mogłam dobrać sobie wystarczająco jasnego odcienia. Niedawno przez przypadek dowiedziałam się, że gama kolorów została poszerzona, a nowy odcień 20 Champagne jest podobno wprost stworzony dla bladolicych. Szafę Pierre Rene mam pod nosem, szybko więc to sprawdziłam i jak już wiecie, nie wyszłam ze sklepu z pustymi rękami. Nie był to duży wydatek, zapłaciłam niespełna 20 zł, co czyni Skin Balance najtańszym podkładem, jaki posiadam. I dowodem na to, że jakość nie musi kosztować fortuny.

Dość proste, szklane opakowanie z pompką kryje gęsty fluid, który gładko rozprowadza się po twarzy, doskonale kryjąc wszelkie niedoskonałości, dając może nieco suche, ale zdrowo wyglądające wykończenie, typowe dla podkładów o przedłużonej trwałości. Nakładany cienką warstwą gąbeczką nie obciąża skóry, ładnie się wtapiając. Dobrze współpracuje też z pędzlem, jednak w tym przypadku efekt jest już mocniejszy. Jak dla mnie, optymalną metodą jego aplikacji jest stemplowanie przypudrowanej wcześniej twarzy [zobacz, o co chodzi KLIK] właśnie gąbką, dzięki której mimo dość treściwego podkładu makijaż zachowuje lekkość.
Z tego, co się zorientowałam, Skin Balance często porównywany jest do Revlon Colorstay, a nawet Estee Lauder Double Wear. Double Wear nigdy nie miałam, więc nie umiem się do tego porównania odnieść, ale Colorstay faktycznie przypomina. Ma nad nim nawet przewagę, bo według mnie naturalniej wygląda na twarzy (pomijam już nawet kwestię dużo niższej ceny). Nie bez znaczenia w moim przypadku jest też na pewno fakt, że 20 Champagne, najjaśniejszy odcień Skin Balance, jest wyraźne żółty, a nie różowawy jak w przypadku Colorstay 110 Ivory. Przez ten jego różowy pigment zawsze kupuję następny kolor w kolejności, czyli 150 Buff, żałując jednak, że nie jest o pół tonu jaśniejszy. Wygląda na to, że problem rozwiązała konkurencja! Spójrzcie. Pierre Rene Skin Balance 20 Champagne to dokładnie to, o co mi chodziło.
Z tego, co się zorientowałam, Skin Balance często porównywany jest do Revlon Colorstay, a nawet Estee Lauder Double Wear. Double Wear nigdy nie miałam, więc nie umiem się do tego porównania odnieść, ale Colorstay faktycznie przypomina. Ma nad nim nawet przewagę, bo według mnie naturalniej wygląda na twarzy (pomijam już nawet kwestię dużo niższej ceny). Nie bez znaczenia w moim przypadku jest też na pewno fakt, że 20 Champagne, najjaśniejszy odcień Skin Balance, jest wyraźne żółty, a nie różowawy jak w przypadku Colorstay 110 Ivory. Przez ten jego różowy pigment zawsze kupuję następny kolor w kolejności, czyli 150 Buff, żałując jednak, że nie jest o pół tonu jaśniejszy. Wygląda na to, że problem rozwiązała konkurencja! Spójrzcie. Pierre Rene Skin Balance 20 Champagne to dokładnie to, o co mi chodziło.

Producent obiecuje 12-godzinną trwałość i rzeczywiście ją zapewnia, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, aplikując ten podkład tak jak wspominałam wyżej na wstemplowany wcześniej w skórę puder. Makijaż tak nałożony jest nie do zdarcia. Oczywiście po kilku godzinach od aplikacji nie zaszkodzi sięgnąć po bibułkę matującą, ale przez cały długi dzień nie trzeba przejmować się ścieraniem się, spływaniem czy oksydacją podkładu, który mocno się wtapia i dobrze trzyma się skóry. Bardzo się w nim lubię, zwłaszcza że kiedy po niego sięgam, często słyszę komplementy. Zwykle wyglądam mniej więcej tak, jak na poniższym zdjęciu.

Dla ciekawskich:
na twarzy, oprócz podkładu Pierre Rene Skin Balance, puder bambusowy z Biochemii Urody (pod podkładem) i meteoryty Guerlain (White Pearls), na policzkach róż Chanel Rose Ecrin, na powiekach rozświetlający cień z paletki Makeup Revolution What you waiting for i liner L'Oreal Blackbuster, na rzęsach maskara Maybelline Mega Plush, na linii wodnej kredka Max Factor 090 Natural Glaze, pod oczami kryjąco-rozświetlający korektor Eveline Art Scenic, na brwiach kredka 040 Catrice Don't Let Me Brow'n, na ustach pomadka MAC Creme d'nude.
Z pewnością nie jest to podkład dla każdego, myślę, że nie sprawdzi się u osób o cerze suchej, ale dla tych o cerze tłustej i mieszanej to z pewnością świetna opcja, zwłaszcza jeśli oczekują trwałości i dobrego krycia. Ja w każdym razie bardzo Skin Balance polubiłam, w zasadzie od pierwszego użycia. Sięgam po niego zamiennie z bb kremami, w zależności od tego, jaki efekt danego dnia chcę uzyskać. Uwielbiam subtelność bb kremów, ale bywają one jednak kapryśne, a Skin Balance jest po prostu niezawodny. No i ma przepiękny kolor!
Lubicie podkłady o formule zapewniającej przedłużoną trwałość? Wiem, że są charakterystyczne, dlatego pytam. Co myślicie o Skin Balance? Dałybyście mu szansę? A może już go znacie? Napiszcie, proszę. Zdradźcie też, jakie są Wasze ulubione podkłady, chętnie poczytam, może coś podpatrzę. Choć szczerze mówiąc ostatnio zafiksowana jestem na punkcie pudrów, odkąd z takim powodzeniem zaczęłam aplikować je pod podkład, ciągle mam ochotę testować kolejne. Ale to już inna historia ... :DDD Kiedyś pewnie ją opowiem, teraz czekam na Wasze komentarze!
Buziaki,
Cammie.
Nie przegapcie konkursu!
Do wygrania trzy zestawy
naturalnych kosmetyków Ikarov,
w skład każdego wchodzi
woda różana, masło shea i olejek migdałowy :)))