beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciąża i macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciąża i macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2012

Fav lista 2012 :)))

Koniec roku sprzyja podsumowaniom, na wielu blogach widuję ostatnio zestawienia tegorocznych ulubieńców. Uwielbiam je przeglądać, są dla mnie często źródłem inspiracji. Postanowiłam przygotować własną fav listę, ograniczając się jednak wyłącznie do kosmetyków, które odkryłam w 2012 roku. Zapraszam do lektury :)))


Na początek kosmetyki kolorowe. Nie jest ich dużo, ale za to naprawdę każdy mogę całym sercem polecić, praktycznie w żadnym nie dopatrując się wad.






Paletka Sleek Au Naturel ---> KLIK Genialna! Na pewno ją znacie albo przynajmniej o niej słyszałyście. Jej sława jest całkowicie zasłużona, to 12 świetnie dobranych neutralnych cieni, głównie beży i brązów, pasujących chyba każdej tęczówce. Potencjał tej niepozornej palety, pozwalającej stworzyć makijaże zarówno dziennie, jak i wieczorowe, zarówno matowe, jak i błyszczące, jest ogromny. Polecam ją Waszej szczególnej uwadze! Moim zdaniem to najlepsza paleta Sleeka.

Puder brzoskwiniowy Skin Food Peach Sake Silky Finish Powder ---> KLIK. Delikatny, idealnie miałki, niemal niewidoczny na twarzy, doskonale matujący i utrwalający makijaż. Bardzo wydajny. A dodatkowo pięknie pachnie! Jest transparentny, pasuje każdej karnacji. Warto wziąć pod rozwagę.

Lioele Dollish Veil Vita BB Natural Green ---> KLIKKLIK, mój absolutny faworyt w tej kategorii. Daje mi wszystko, czego oczekuję od kremu BB, fantastyczny poziom krycia bez efektu maski, nietłustą formułę i wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Pozornie zielone dziwadło, rozcierające się jednak na ładny, zdrowo wyglądający, wtapiający się w cerę odcień beżu. Pisałam już o tym, ale powtórzę - to bb krem o najbardziej matowym wykończeniu ze wszystkich, jakie znam.

Podkład Bourjois 10 hour sleep effect. Jeszcze Wam o nim nie wspominałam, kupiłam go stosunkowo niedawno, podczas rossmannowskiego kolorowego tygodnia. Miłość od pierwszego użycia. Lekki, pięknie wtapiający się w cerę, sprawiający, że skóra wygląda na zdrową i wypoczętą. Aplikowany na mokro beauty blenderem czyni z moją twarzą cuda. Uwaga! Bardzo słabo kryje. Ja idealnej cery nie mam, co to to nie, ale wolę zakryć co trzeba korektorem, niż szpachlować się jakimś mocno kryjącym podkładem, pozbawiając się tego wspaniałego promiennego efektu, jaki daje 10 hour sleep effect.

Żelowa kredka Sephora Flashy Liner. Naprawdę, miałam już różne żelowe kredki, począwszy od Avonu, kończąc na Urban Decay, ale to właśnie tę uważam za najlepszą. Miękka, ale nie na tyle, żeby stwarzać problemy z temperowaniem, szybko zasychająca, ale nie na tyle szybko, żeby w razie potrzeby nie zdążyć jej rozetrzeć, no i piekielnie trwała, nie do zdarcia przez cały dzień. Duży wybór nasyconych kolorów!


Pora na moje odkrycia pielęgnacyjne. Wyłuskałam same debeściaki ;)))






Filtr The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA+++ ---> KLIK. Hicior tego roku. Spodobał mi się na tyle, że mam już drugą tubkę. Nie bieli (wręcz przeciwnie, delikatnie wyrównuje koloryt cery), fantastycznie nadaje się pod makijaż (ma właściwości wygładzające), a co najważniejsze skutecznie chroni skórę przed słońcem i jego promieniowaniem. Polecam każdemu.

Naturalne mydła do mycia twarzy. Nawet nie to konkretne, które widzicie na zdjęciu (tu akurat bardzo fajne czarne afrykańskie mydełko z iherb), a ogólnie po prostu mydła. Do mycia ciała używam ich od lat, ale dopiero w tym roku na dobre porzuciłam wszelkie żele i regularnie zaczęłam oczyszczać nimi także twarz. Rok 2012 upłynął głównie pod znakiem Mydlarni TULI ---> KLIK.

Jedwab w płynie Green Pharmacy, serum na łamliwe końcówki ---> KLIK. Cudo za grosze, z całkiem dobrym składem bogatym w cenne oleje i ekstrakt z aloesu. Używam niemal codziennie. Doskonale wygładza włosy, nie obciążając ich i nie przetłuszczając. Koniecznie wypróbujcie!






Uniwersalne olejki Alterra i Alverde.  Niestety, te z Alterry jakiś czas temu zniknęły z drogerii (choć podobno wracają! ja w każdym razie jeszcze ich nie widziałam), porzeczkowy z Alverde z tego, co słyszałam, też zniknął z oferty ... Nie będę się na ich temat rozpisywać, doskonale je znacie, zdobyły przecież olbrzymią popularność. Są świetne. Ja stosuję je do pielęgnacji ciała, nakładam na mokro zaraz po wieczornej kąpieli. Mam nadzieję, że znowu pojawią się na półkach, bo inaczej trzeba będzie wrócić do zwykłej oliwki.






Last but not least, krem ujędrniający Tołpa Dermo Body Mum. To właśnie on poratował moje zwiotczałe po ciąży ciało. Działa! Odczuwalnie napina i wygładza skórę, z pewnością wspomaga powrót do formy w połogu. Do tego pięknie pachnie. Nie jest tani, ale wart każdej złotówki. Polecam każdej mamie!



Tak wygląda moja fav lista. Wszystkie te kosmetyki odkryłam dla siebie w 2012 roku, celowo nie wspominałam dziś o ulubieńcach towarzyszących mi od lat. Mam nadzieję, że zainteresowało Was to zestawienie, może nawet wypatrzyłyście coś, co mogłoby służyć także i Wam?

Dajcie koniecznie znać, jakie są Wasze największe tegoroczne kosmetyczne odkrycia. Stwórzmy naszą wspólną listę best of the best!



niedziela, 7 października 2012

Matka wystarczająco dobra :)))

Dziś mam dla Was jeden z ostatnich już postów z serii o ciąży i macierzyństwie. I chyba najtrudniejszy. Przynajmniej dla mnie zderzenie z rzeczywistością po powrocie ze szpitala okazało się bardzo trudne. Owszem, miałam wokół siebie mnóstwo osób gotowych do pomocy, ale nikt za mnie nie mógł wykonać pracy, której efektem było poukładanie sobie pewnych spraw w głowie. To musiałam zrobić sama. I nie było to łatwe, oj nie.

Bo co ja wiedziałam o macierzyństwie, zanim sama zostałam mamą? Dramatycznie niewiele. Nigdy nawet nie trzymałam na rękach niemowlęcia, nie przewijałam, nie karmiłam. Wyobrażenie o opiece nad dzieckiem miałam wyidealizowane. Będzie grzecznie jadło i słodko spało, tak myślałam. O naiwności! Było tak, ale najwyżej przez tydzień :DDD 

Nikt nie uprzedził mnie, że dziecko będzie tak płakać. Jak to? Przecież najedzone i wyspane dziecko nie ma powodu do płaczu! Nic nie rozumiałam, płacz Zuzi odbierałam jako osobistą porażkę. Coś robię źle, nie nadaję się na matkę, ot co, moje dziecko zanosi się od płaczu, a ja nie dość, że nie wiem dlaczego, to jeszcze nie umiem go uspokoić. Niejednokrotnie sama zaczynałam płakać.

Taaaak, łzy leciały mi ciurkiem, kompletnie nad tym nie panowałam. Płakałam, bo Zuzia płakała, płakałam, bo nie mieściłam się w ciuchy sprzed ciąży, płakałam, bo byłam wykończona nocnym wstawaniem, w końcu płakałam zupełnie bez powodu. Łzy mogło sprowokować naprawdę wszystko, i zmęczenie, i wzruszenie, i złość. Emocje mną rządziły. To nie byłam ja! Zdawałam sobie z tego sprawę, jednak nic nie umiałam z tym zrobić. Mój lekarz zbagatelizował sprawę, postanowiłam ratować się na własną rękę. Zaczęłam czytać o baby blues i przeglądać internetowe fora. W końcu trafiłam na książkę, która zrewolucjonizowała moje myślenie o sobie jako o matce.

Czytałam i nadal płakałam. Ale tym razem naprawdę miałam powód. Poczułam bowiem ulgę. Lektura otworzyła mi oczy na to, że inne kobiety mają tak samo! Tak samo się boją, tak samo panicznie reagują na płacz swoich dzieci, czują się tak samo zmęczone. Dotarło do mnie, że nie jestem beznadzieją matką, zrozumiałam, że macierzyństwo po prostu jest trudne i trzeba się go nauczyć jak wszystkiego innego w życiu. Bo pojawienie się na świecie dziecka to rewolucja, domowy przewrót.

Co to za książka? "Macierzyństwo non - fiction. Relacja z przewrotu domowego" Joanny Woźniczko - Czeczott.



(www.czarne.com.pl)



Znam piękne i dalekie od cukierkowej wizji zdjęcia robione przez matkę własnym dzieciom. Znam fotoreportaże z ciąży i z rodzinnego porodu. Znam nawet fotografie dokumentujące wygląd brzucha po ciąży. Ale nie znam takiego cyklu zdjęć, w którym na jednym potargana matka gotuje, a niemowlę na niezbyt czystej podłodze bawi się pokrywką słoika; na innym matka ziewa  czytając pięćdziesiąty raz tę samą książeczkę; na jeszcze innym podczas spaceru gapi się tępo przed siebie. Czy coś w tym stylu. Rozmyślając o tych fotografiach uświadomiłam sobie, że to właśnie próbuję zrobić. Opisać macierzyństwo bez fikcji. Prawdziwe.

Joanna Woźniczko-Czeczott




"Macierzyństwo non - fiction" to książka napisana z poczuciem humoru, ale śmieją się z jej treści chyba tylko ci, którzy sami nie są rodzicami. Ja, jako świeżo upieczona mama, odbierałam ją zbyt osobiście, żeby się śmiać. Bez przerwy powtarzałam za to w myślach: o rany, to jest prawda / o rany, też tak mam / o rany, rzeczywiście, właśnie tak to wygląda! I z każdą przeczytaną stroną uchodziło ze mnie ciśnienie. 

Co za ulga! Nie jestem jedyną kobietą na świecie, która nie wie, dlaczego jej dziecko płacze. Nie jestem jedyną kobietą na świecie, która ze zmęczenia nie pamięta, ile razy karmiła już tej nocy. Nie jestem jedyną kobietą na świecie, którą macierzyństwo stresuje, a bywa, że i frustruje. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej ...

Ta książka była dla mnie jak objawienie, usprawiedliwienie i rozgrzeszenie w jednym. Polecam każdej młodej mamie!

Podaję Wam dwa ciekawe linki, poczytajcie, naprawdę warto.

Z "Wysokich Obcasów": Macierzyństwo non - fiction. Nie dla lukrowanej wizji bycia mamą, wywiad z autorką.

Z "Magazynu Bachor": fragment książki.



Dziś, mądrzejsza o doświadczenie kilku miesięcy, już wiem, że Zuzia płacze, bo po prostu inaczej komunikować się nie potrafi, że w ten sposób nie mówi mi: jesteś złą matką, tylko: jestem głodna, jestem znudzona, jestem zmęczona, chcę się przytulić, mam mokro. Umiem zaplanować dzień, znajdując czas tylko dla siebie i pamiętając, że muszę odpoczywać. A co najważniejsze, panuję nad emocjami. I rozumiem, co miał na myśli autor stwierdzenia, że nie muszę być matką idealną, dość, że będę wystarczająco dobra :)))


piątek, 21 września 2012

Tabu?

Jak ja mam w ogóle zacząć? Co napisać o porodzie, żeby Was nie wystraszyć, nie zniesmaczyć? Jak go opisać, żeby jednocześnie sprawy nie strywializować albo nie popaść w tanią metafizykę? Jak to kobiece przeżycie ubrać w słowa? 

Od razu może zaznaczę, że piszę tego posta na Waszą wyraźną prośbę. Wiele z Was podkreślało, że poród to tajemnica, którą chciałybyście zgłębić. Ze strachu. Z ciekawości. Z chęci porównania doświadczeń. Ja nie jestem pruderyjna, przesadna wstydliwość mnie nie dotyczy, ale zdaję sobie sprawę, że No to pięknie! czytają różne osoby, muszę więc zachować pewien umiar. Mam nadzieję, że mi się to uda :)))



(Zdjęcie: www.babyonline.pl)



Moja córeczka przyszła na świat w 34. tygodniu ciąży przez cesarskie cięcie. Z góry zaznaczam, że nie chciałabym, aby ten post sprowokował zajadłą dyskusję o wyższości porodu naturalnego nad cięciem.  Niezależnie od tego, jakie mam zdanie na ten temat, ja po prostu wyboru nie miałam.

Przyznam otwarcie, że do porodu nie zdążyłam się przygotować. W sensie psychicznym. Wydawało mi się, że mam jeszcze kilka tygodni, że wszystko będzie płynęło odwiecznym naturalnym trybem, a tymczasem mój stan zdrowia tak nagle i poważnie się pogorszył, że decyzja o cięciu zapadła z dnia na dzień. Odebrałam wyniki, już w laboratorium podniesiono alarm, wieczorem zadzwoniłam do swojego lekarza, a ten kazał mi rano zgłosić się do szpitala. Nie minęły trzy dni, a moja Zuzia była już na świecie.

Same widzicie, że szybko poszło :))) Także nie miałam czasu i możliwości poczytać o cesarskim cięciu, dowiedzieć się czegoś o przebiegu operacji, przestudiować i przeanalizować temat. Trafiłam do szpitala tak, jak stałam, z wiedzą obiegową i powierzchowną. Dziś myślę, że może to i lepiej? Po prostu oddałam się w ręce lekarzy, zaufałam im. Nie spodziewajcie się więc tutaj jakiejś naukowej rozprawy, napiszę po prostu, co przeżyłam, jak to wszystko wyglądało z mojego punktu widzenia.

Jak zatem to wszystko przebiegało? Dwa dni spędziłam na oddziale patologii ciąży, gdzie poddawana byłam jeszcze ostatnim badaniom. I z perspektywy czasu oceniam, że były to najgorsze dwa dni z całego mojego prawie dwutygodniowego pobytu w szpitalu. Po pierwsze doznałam szoku, zderzając się ze szpitalną rzeczywistością. Zawsze wydawało mi się, że można tam najwyżej leżeć i się nudzić, natomiast panował taki reżim, że człowiek nie miał czasu przysłowiowo po tyłku się podrapać, bo co chwila albo wizyta lekarska, albo badanie takie / owakie (nawet w nocy!), podawanie leków / uziemiających kroplówek, mierzenie temperatury, serwowanie posiłków i sama nie wiem, co jeszcze. Dodam tylko, że doba w szpitalu nie wiedzieć dlaczego zaczynała się około czwartej, piątej rano, to znaczy mniej więcej o tej porze rozpoczynał się nie dający spać ruch personelu. Od samego czytania można się zmęczyć, no nie? ;))) Po drugie (i ważniejsze) miałam mimo wszystko za dużo czasu na rozmyślania, które wprawiało mnie w nieco depresyjny nastrój. Pamiętajcie, że byłam wtedy zupełnie sama, z mężem od kilku miesięcy dzieliło nas wtedy kilka tysięcy kilometrów. Ale tyle dobrego, że przekonałam się, jak wielu mam wokół siebie przyjaciół :)))

Moja operacja została zaplanowana na poranek. Już dzień wcześniej zostałam poinstruowana, żeby kilka godzin wcześniej nic nie jeść i nic nie pić. Bez wody było ciężko, ale dało się przeżyć. Na salę przedoperacyjną poszłam o własnych siłach, tam zajęły się mną pielęgniarki. Przeprowadziły wywiad, pomogły mi się przebrać w koszulę operacyjną, wykonały ostatnie badania, a także skontrolowały stan obszaru operacyjnego. Na szczęście przezornie poprzedniego wieczora wydepilowałam się, jak umiałam, zastrzeżeń ani poprawek nie było ;))) Potem nastąpił moment, którego bałam się najbardziej, mianowicie zakładanie cewnika. Po cięciu przez mniej więcej dobę nie można wstawać, co oznacza, że był to zabieg niezbędny. Spodziewałam się bólu i przyjemnie zaskoczył mnie fakt, że miejscowo mnie znieczulono. Sam zabieg, choć nieco krępujący, okazał się więc zupełnie bezbolesny i wykonany wprawną ręką trwał może z dziesięć sekund. Także dziewczyny, jeśli czekacie na cesarkę, a strach przed cewnikowaniem spędza Wam sen z oczu, to naprawdę niepotrzebnie.

Na salę operacyjną mnie zawieziono. Tam już czekał anestezjolog. Rodzaj znieczulenia wybrałam sama, decydując się na podpajęczynówkowe, podawane w lędźwiową część kręgosłupa. W praktyce wyglądało to tak, że siedziałam lekko pochylona, jedna osoba mnie zagadywała, patrząc mi w oczy i próbując chyba odciągnąć moją uwagę, chroniąc tym samym przed jakimiś nieprzewidzianymi odruchami, druga natomiast stała za mną, podając zastrzyk. Miejsce wkłucia też zostało znieczulone, naprawdę nic nie bolało.

Czucie straciłam niemal natychmiast. Od pasa w dół nie czułam praktycznie nic. Moje nogi zmieniły się dwie bezwładne kłody. W tym samym momencie nie wiadomo skąd zmaterializował się lekarz, który miał dokonać cięcia. Miałam to szczęście, że zajął się mną ginekolog, który opiekował się mną od początku ciąży. Przyznaję, że miało to dla mnie duże znaczenie, dało mi to po prostu poczucie bezpieczeństwa. Zanim się zorientowałam, przystąpił do pracy.

Pola operacyjnego oczywiście nie widziałam, mniej więcej na wysokości piersi ustawiono nade mną specjalną przesłonę. Wszystko natomiast słyszałam, miło gawędząc sobie z lekarzem :))) Dziś wiem, że rozładowywał moje napięcie. Bólu nie czułam, ale miałam świadomość tego, co się dzieje, wiedziałam, co i gdzie robią ręce lekarza, poczułam, jak wygarnia z brzucha dziecko. A po chwili usłyszałam pierwszy płacz mojej Zuzi :)))

Dziecko błyskawicznie przeszło wszystkie podstawowe badania i zostało mi przystawione na dłuższą chwilę do ramion. Nikt mnie nie poganiał, mogłam się spokojnie z córką przywitać. Jedyną formalnością, jaką narzucono mi w tym momencie, było odczytanie na głos opisów na opaskach na rączkach Zuzi. W tym czasie lekarz zszywał ranę.

I tyle. Całość trwała nie więcej niż piętnaście, dwadzieścia minut. Dziecko zabrano, mnie przewieziono na specjalną salę przejściową, gdzie poddawana byłam przez kilka godzin stałej obserwacji. Czuwano tam nad procesem ustępowania znieczulenia i podawano kroplówki przeciwbólowe. Bólu nie czułam, pamiętam tylko, że było mi niesamowicie zimno.

Pierwsza doba minęła nie wiadomo kiedy, byłam pod wpływem silnych środków przeciwbólowych. Na przemian budziłam się i zasypiałam. W międzyczasie przewieziono mnie na salę, gdzie miałam spędzić następnych kilka dni.

Po znieczuleniu podpajęczynówkowym dla uniknięcia powikłań ważne jest, żeby przez 24 godzin nie wstawać. Ale już kolejnej doby usunięto mi cewnik, umyto i podniesiono z łóżka. Lekko nie było. Byłam słaba, obolała, bałam się każdego ruchu. Udało mi się dopiero za trzecim, czy nawet czwartym razem. Sukces, zrobiłam parę kroków! I z powrotem do łóżka. Rytm dnia wyznaczały pory podawania środków przeciwbólowych.

Z każdym dniem było jednak coraz lepiej. Zaczęłam odwiedzać i karmić Zuzię, która niestety jako wcześniak przebywała w zupełnie innej części oddziału. Powoli dochodziłam do siebie. Ale nie chcę, żeby to wszystko brzmiało za różowo. Był ból, była niemoc, oj tak. Problemy w toalecie, problemy pod prysznicem. Spróbujcie się umyć, nie mogąc się pochylać! Do tego ścisła dieta. Pierwszej doby kompletnie nic, drugiej gorzka herbata i suchary, trzeciej kleik, czwartej rosół ... Normalnie po czterech dniach można liczyć na wypis, ja zostałam w szpitalu dłużej, bo Zuzia wymagała hospitalizacji. Pamiętam, że nie mogłam doczekać się powrotu do domu. Oczywiście w domu nie nastąpiło cudowne ozdrowienie, jeszcze przez kilka tygodni funkcjonowałam nawet nie na pół, a na ćwierć gwizdka, ale jednak psychicznie poczułam się lepiej. Fizycznie do dziś nie jest idealnie, muszę prowadzić oszczędny tryb życia, nie dźwigać niczego powyżej kilku kilogramów, no i unikać wysiłku angażującego mięśnie brzucha. Takich zaleceń należy przestrzegać mniej więcej przez pół roku.

Minęły już cztery miesiące. Dziś o operacji przypomina mi tylko blizna (zaskakująco niewielka i mało widoczna, przebiegająca poziomo na linii bikini) i gorsza niż zwykle forma, nie pozwalająca na większy wysiłek fizyczny, który okupuję bólem. A Zuzia, ze swoim bezzębnym uśmiechem, jest dla mnie najlepszą nagrodą za to, przez co musiałam przejść :)))


Przepraszam, że post jest tak długi. W żaden sposób nie dało się tego tematu zamknąć w kilku zdaniach. Opisałam Wam wszystko bez koloryzowania i bez ściemy. Mam nadzieję, że zaspokoiłam Waszą ciekawość. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, śmiało zadawajcie je w komentarzach. O ile tylko nie będą za bardzo wkraczać w moją intymność, na pewno odpowiem. Podzielcie się też własnymi przemyśleniami, może doświadczeniami? Przełammy tabu, udowodnijmy, że potrafimy o tym rozmawiać!


czwartek, 6 września 2012

Pora na dobranoc :)))

The Beauty Box w komentarzu pod wczorajszym postem poruszyła kwestię na tyle istotną, że uznałam, iż warta jest odrębnego wpisu. Zdrowy sen w ciąży. Jeśli jesteście ciekawe, co mam na ten temat do powiedzenia, zapraszam do lektury :)))



(Zdjęcie: www.parenting.pl)



Kiedy byłam w ciąży, wszyscy mi powtarzali: śpij, dziewczyno, ile wlezie, bo jak dziecko przyjdzie na świat, to długo się nie wyśpisz. Oczywiście liczyłam się z tym, ale do głowy mi nie przyszło, że deficyt snu dotknie mnie jeszcze przed porodem!

Bezsenność dopadła mnie znienacka. Po prostu pewnego wieczora nie zasnęłam tak szybko jak normalnie. Ani kolejnego. Ani kolejnego ... Każdej nocy czekałam na sen coraz dłużej. Do drugiej nad ranem, do czwartej, do szóstej ... Przewracałam się w łóżku z boku na bok, a sen nie przychodził. Płakałam ze zmęczenia, a sen nie przychodził. Wietrzyłam sypialnię, piłam ciepłe mleko, liczyłam barany, a sen nie przychodził.

Zgłosiłam się z tym problemem do lekarza, ale niewiele mi pomógł. Taki urok ciąży, usłyszałam. Leków żadnych przyjmować nie mogłam. Ale problemu zostawić też nie mogłam, bo przez brak snu fatalnie funkcjonowałam. W końcu przekopałam internet i po konsultacji z moim ginekologiem zwiększyłam dawkę suplementowanego magnezu. Eureka! Możecie wierzyć lub nie, ale problem zniknął już po kilku dniach. 

Magnez odgrywa w organizmie człowieka bardzo istotną rolę. Jego niedobór objawia się między innymi zaburzeniami snu. U mnie wywoływał także dotkliwe ataki zespołu niespokojnych nóg, które dodatkowo utrudniały zasypianie. Jeśli dotyka Was problem bezsenności, koniecznie zwróćcie uwagę na ten pierwiastek w swojej diecie. 

Podpowiem Wam też, jak w prosty sposób można podnieść jakość snu w ciąży. Nie ma co ukrywać, że przychodzi taki moment, w którym rosnący brzuch nie pozwala ułożyć się w wygodnej pozycji. Dla niezorientowanych dodam, że ciężarna ze względów bezpieczeństwa nie może spać ze zrozumiałych powodów na brzuchu, ale także na plecach i na prawym boku. Pozostają więc jedynie wariacje na temat boku lewego ... Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko wytrzymać całą noc. 

Kiedy zaczął mi doskwierać ten problem, postanowiłam sobie ulżyć kupując specjalną poduszkę. To był strzał w dziesiątkę! Nie umiem wyrazić słowami, jak bardzo mi pomogła.

Poduszka dla ciężarnych ma kształt rogala i długość dorosłego człowieka. Jeden jej koniec służy za podgłówek, środek stanowi miękkie, odciążające kręgosłup oparcie dla brzucha lub pleców, drugi koniec natomiast wkłada się między nogi, co również odciąża kręgosłup.

Nie chcę tu uprawiać żadnej reklamy, ale poducha, na którą się zdecydowałam, ma  naprawdę świetną jakość i myślę, że warta jest rekomendacji. Kupiłam ją na stronie motherhood.pl KLIK.

Co najlepsze, ta poducha jest wielofunkcyjna! Same spójrzcie.















(Obrazki: www.motherhood.pl)



Spałam na tej poduszce do końca ciąży, miałam ją ze sobą w szpitalu, uratowała mnie po cesarskim cięciu. Ale szczerze mówiąc nie używam jej do karmienia, nie chciałoby mi się za każdym razem się nią owijać.

Teraz, o ile oczywiście Zuzia mi na to pozwala, na szczęście śpię jak suseł. Zasnę wszędzie, o każdej porze i w każdych warunkach ;)))

A Wy, moje piękne, jak sypiacie? Napiszcie, proszę, jakie są Wasze sposoby na dobry sen!

środa, 5 września 2012

Wspomagacz :)

W poprzednim poście wspominałam Wam, że w czasie ciąży miałam poważne problemy utrzymaniem właściwego poziomu nawilżenia skóry, która w tamtym okresie stała się nagle wyjątkowo sucha. Stosowałam oczywiście rozmaite balsamy i masła, ale to nie zawsze wystarczało. W końcu sięgnęłam po coś, co uzupełniło moją rutynową pielęgnację ciała i przyniosło pewną ulgę. Emolientowe emulsje do kąpieli

Emolienty mają silne właściwości nawilżające, chronią też skórę przed utratą wilgoci, dbając o tak zwany naturalny płaszcz hydrolipidowy. Emolientowe emulsje do kąpieli często mają też właściwości myjące i zmiękczające. Ale zawsze kojarzyły mi się wyłącznie z pielęgnacją wrażliwej skóry niemowląt! Jakoś do głowy mi nie przychodziło, że dorosły człowiek też może je stosować.

Ale w krótkim czasie w moje ręce trafiły dwa takie preparaty. O jednym z nich już Wam pisałam, to olejek do kąpieli Dermedic z serii Emolient Linum. Co zabawne, okazało się, że zgodnie z zaleceniami producenta wcale nie jest przeznaczony dla małych dzieci :DDD

Drugi płyn, Atoperal Baby, to już typowy produkt dla niemowląt. Trafił do mnie za pośrednictwem Magazynu Drogeria. Trochę u mnie przeleżał, zanim zaczęłam go używać, a koniec końców stosowałam go także do kąpieli Zuzy.



Wybaczcie stan opakowania,
już tak zmaltretowane do mnie dotarło.



Atoperal® Baby to jedyna emulsja do kąpieli nawilżającej oparta na oleju lnianym (nie zawiera oleju parafinowego, który w stężeniach powyżej 10% nie powinien być stosowany u niemowląt). Emulsja przeznaczona do pielęgnacji skóry atopowej, suchej, wrażliwej dzieci i niemowląt powyżej 1 miesiąca życia. Zapewnia optymalne nawilżenie skóry. Delikatnie oczyszcza skórę (poprzez łagodne substancje absorbujące zanieczyszczenia z powierzchni skóry). Emulsja przeznaczona jest do codziennej pielęgnacji skóry atopowej, suchej, wrażliwej dzieci i niemowląt powyżej 1 miesiąca życia. Doskonale nawilża i natłuszcza skórę oraz tworzy na jej powierzchni delikatną warstwę okluzyjną (ochronną), zapobiegającą przeznaskórkowej utracie wody.



Opakowanie jest ładne, uroczemu obrazkowi na butelce daleko do kiczu, którym skażonych jest wiele dziecięcych produktów. Dzięki wąskiemu ujściu butelki jest też całkiem funkcjonalne, dozowanie to łatwizna.

Sama emulsja (bezzapachowa) jednak mnie nie zachwyciła. Nie zrobiła mi żadnej krzywdy, ale też nie była tak przyjemna w stosowaniu, jak wspomniany wcześniej olejek Dermcedic. Mam wrażenie, że trochę do życzenia pozostawiają jej właściwości nawilżające, formuła jest jakaś taka lekka, nietreściwa. Potrzebując naprawdę solidnego nawilżenia i natłuszczenia, czułam niedosyt, a to z kolei powodowało, że lałam jej do kąpieli pewnie więcej niż powinnam. Możecie sobie wyobrazić, jak to wpływało na wydajność ... W końcu odłożyłam ją na jakiś czas. Wróciłam do niej, pielęgnując Zuzię. I tu, w porównaniu do innych płynów tego typu, też oceniam Atoperal na średniaka. Skóra Zuzi w dużo lepszej formie była po Oilatum czy chociażby po zwykłej Ziajce (której swoją drogą nie polubiłam, ale z innych względów). Krzywdy nie robił, ale spektakularnych efektów też nie dawał.

Atoperal Baby w pojemności 200 ml kosztuje około 30 złotych, więc nie jest to cena jakoś szalenie konkurencyjna w stosunku do innych aptecznych preparatów tego typu. Ale muszę w tym miejscu zaznaczyć, że ani ja, ani moja córka nie borykamy się z problemami skóry atopowej, dla jakiej ta emulsja jest w głównej mierze dedykowana. Być może u kogoś dotkniętego tą chorobą ten łagodny płyn spisywałby się lepiej, a wtedy wiadomo, kwestia ceny schodzi na dalszy plan. Ja w każdym razie do niego wracać nie będę, zwłaszcza że moje kłopoty z suchą skórą minęły i nie potrzebuję już tego rodzaju "wspomagaczy".

Czy Wy macie doświadczenia z takimi emulsjami? Czy jeśli kąpiel, to tylko pachnące bąbelki? :DDD




poniedziałek, 3 września 2012

Spodziewajcie się wszystkiego :)))

Dziś zapraszam na parę słów o tym, co Was najbardziej interesuje, czyli o pielęgnacji w czasie ciąży



To jedno z nielicznych moich zdjęć z okresu,
kiedy byłam w ciąży.
Planowałam profesjonalną pamiątkową sesję zdjęciową,
ale nie zdążyłam ...



Nie czarujmy się, ciało się zmienia. Bardzo. Wizualnie widzi to każdy, ale tylko kobieta, która była w ciąży, wie, z jakimi dolegliwościami te zmiany się wiążą. Że to nie tylko kilogramy. Że to także ból różnego rodzaju. Często opuchlizna. Wariujące hormony, wyczyniające z naszą skórą cuda. Rozstępy na rozciągającej się skórze. W moim przypadku doszła jeszcze uciążliwa bezsenność, która wyjątkowo negatywnie wpływała nie tylko na moją formę i samopoczucie, ale także na wygląd. 

Moja cera w czasie ciąży całkowicie się zmieniła. Z przetłuszczającej się i wiecznie błyszczącej, skłonnej do wyprysków, przekształciła się w odwodnioną i wrażliwą. Siłą rzeczy sięgałam po produkty delikatne, ale jednocześnie mocno nawilżające. Recenzje z tamtego okresu możecie z łatwością prześledzić, służył mi na przykład Topicrem KLIK. Tak jak wspominałam w poprzednim poście z tej serii, ciąża uaktywnia wszystkie uśpione problemy zdrowotne, także zmagać się też musiałam z nawrotem dawno zaleczonego łojotokowego zapalenia skóry. Bardzo pomogło mi wtedy czyste masło shea KLIK.

Kwestię ochrony przeciwsłonecznej, przyznaję, przespałam. Wiedziałam, że ze względu na burzę hormonalną skóra kobiet w ciąży wyjątkowo narażona jest na przebarwienia, ale zareagowałam dopiero, jak problem już się pojawił. Kremu z filtrem o wysokim SPF zaczęłam używać zdecydowanie za późno, kiedy plamki były na mojej twarzy już dość widoczne. Postawiłam na zachwalany The Face Shop Natural Sun KLIK (który nota bene z przyjemnością stosuję do dziś).

Jeśli chodzi o ciało, to zrozumiałe, że skoncentrowałam się na pielęgnacji brzucha. Od samego początku regularnie smarowałam się oliwką, dzięki czemu skóra nie traciła na elastyczności. Po jakimś czasie okazało się jednak, że oliwka to za mało. Owszem, natłuszczała, ale nie nawilżała. Wtedy z pomocą nadeszła Mydlarnia TULI ze swoim masłem shea KLIK, które charakteryzowało się silnymi właściwościami odżywczymi. Myślę, że to dzięki smarowaniu uchroniłam się przed rozstępami. Owszem, pojawiło się ich kilka na tak zwanych boczkach, ale brzuch i biust ochroniłam. Kluczem do tego sukcesu na pewno była regularność.

Reszta ciała nie wymagała aż takiej uwagi i troski, ale i tak codziennie sięgałam po balsamy albo masła, starając się podnieść komfort wyjątkowo podatnej w czasie ciąży na przesuszenie skóry. I choć zawsze wydawało mi się, że mam odporność nosorożca, okazało się, że na tym świecie nie ma nic pewnego. Zaskoczyła mnie alergia! Podrażnił mnie balsam nawilżający z Flos - Lek, o czym mogłyście poczytać TUTAJ. Z innych przykrych niespodzianek, to po owocowym balsamie Gosh KLIK na ramionach dorobiłam się suchych placków ... Ratowałam się emolientami do kąpieli, które pomagały mi utrzymać odpowiedni stopień nawilżenia skóry. Pierwszy z nich, Dermedic, prezentowałam Wam TUTAJ, drugi jeszcze nie doczekał się wzmianki, ale poświęcę mu kolejny post.

Z rzeczy zabawnych, wspomnieć muszę o depilacji. Uwierzcie mi, że w pewnym momencie samodzielny zabieg zaczyna być problematyczny. Brzuch bardzo przeszkadzał i o ile łydki przy odrobinie wprawy mogłam ogolić, to doprowadzenie do ładu strefy bikini wymagało odwagi ;))) I lusterka :DDD Trudności podobnej natury dotyczyły pedicure.

Na koniec wspomnę tylko, że zakaz farbowania włosów w ciąży to według mojego ginekologa mit. I ja mu wierzę. Aczkolwiek nie zaszkodzi zachować szczególnej ostrożności i wybierać farby bez amoniaku.



Podsumowując, w ciąży możecie spodziewać się wszystkiego. Przybierania na wadze, nasilenia problemów dermatologicznych, kompletnej zmiany profilu cery i skóry, nadwrażliwości na rozmaite składniki kosmetyczne. Nie podam Wam tutaj złotego rozwiązania na wszystkie te problemy. Musicie obserwować swoje ciało i reagować na jego potrzeby. Ale z głową! Pamiętajcie, że stosowanie wielu substancji w czasie ciąży jest niewskazane, a często nawet zabronione, dotyczy to na przykład retinolu, kwasu salicylowego czy kwasów owocowych (warto przestudiować składy stosowanych kosmetyków, odsyłam Was do TEGO linka). Podobnie rzecz się ma z zabiegami kosmetycznymi, chociażby  depilacją gorącym woskiem, nie wspominając o laserowej, silnym złuszczaniem czy solarium. Co więcej? Przywiązujcie wagę do higienicznego trybu życia, wysypiajcie się, ruszajcie się, zdrowo się odżywiajcie, odstawcie wszelkie używki. Dbajcie o siebie, rozpieszczajcie się! I w dobrej formie czekajcie na swoje dziecko :)))


sobota, 1 września 2012

Tytułem wstępu :)))

Minęły właśnie trzy miesiące, odkąd Zuzia przyszła na świat. W tym czasie wielokrotnie prosiłyście mnie, żebym przygotowała wpis o ciąży, ciążowej pielęgnacji i sposobach na powrót do formy po porodzie. Nie da się tego wszystkiego zmieścić w jednym poście, dlatego postanowiłam stworzyć mały cykl. Jeśli jesteście zainteresowane tematem, zapraszam do lektury :)))



(Pierwsze buciki Zuzi, dostała je od zakochanej na zabój we wnusi babci.)



Moja ciąża była wyczekana, ale nieszczególnie zaplanowana, jeśli wiecie, co mam na myśli ;)))  Teoretycznie staraliśmy się o dziecko, przyjmowałam kwas foliowy, ale wszystko odbywało się bez spięcia, na zasadzie "będzie, co ma być". Także jak przyszło co do czego, musiałam trzy razy powtórzyć test, zanim uwierzyłam, że NAPRAWDĘ jestem w ciąży. Od razu pognałam do lekarza.

W tym miejscu bardzo, ale to bardzo chciałabym podkreślić rolę opieki lekarskiej w tym ważnym dla kobiety czasie. Lekarza prowadzącego ciążę wybierzcie rozważnie, bądźcie pewne, że możecie mu zaufać, powierzając mu na kilka miesięcy i siebie, i dziecko. Nawet nie wiecie, jakie to istotne. Gdyby ginekologa, do którego chodziłam, coś nie tknęło i gdyby nie zlecił pewnych ponadstandardowych badań, prawdopodobnie miałabym naprawdę poważne problemy.

Także nie lekceważcie badań. Żadnych. I tych obowiązkowych, i tych dodatkowych. Słuchajcie lekarza. Suplementujcie dietę w odpowiedni sposób (ja przez całą ciążę przyjmowałam Femibion Natal). Jeśli dopiero staracie się o dziecko, już zawczasu zadbajcie odpowiednio o swoje zdrowie. Ciąża ma to do siebie, że uaktywnia wszystkie uśpione problemy.

A prospos diety, bo to też bardzo istotna kwestia. Nastawienie "jeść za dwoje" przechodzi do lamusa, właściwsze jest "jeść dla dwojga". Posiłki powinny być urozmaicone i wartościowe, wolne od wysoko przetworzonej żywności, nadmiaru tłuszczu i cukru. Nie ma się co objadać! Zachcianki zachciankami, ale pamiętajcie, że w ciąży Wasze zapotrzebowanie energetyczne wzrasta raptem o 300 kalorii. To nie tak wiele.

Zachęcam Was także do uczestnictwa w kursach szkoły rodzenia. Początkowo na zajęciach czułam się co prawda dziwnie, bo wokół same młode dziewczyny ledwo po dwudziestce i ja, całą dekadę starsza, nijak tam nie pasowałam. Zwłaszcza że w grupie były same pary, a mój mąż, jak wiecie, był w tamtym czasie bardzo daleko, więc w zajęciach musiałam brać udział sama, co było dość przykre. Ale koniec końców nie żałuję, że jednak sobie nie odpuściłam. Wbrew powszechnym wyobrażeniom szkoła rodzenia to nie tylko wyśmiewane przez filmy komediowe ćwiczenia oddechowe symulujące akcję porodową, ale przede wszystkim solidna dawka wiedzy na temat przebiegu ciąży, porodu i połogu, pielęgnacji noworodka, pierwszej pomocy w razie jakiegoś nieszczęśliwego wypadku, karmienia piersią i diety wskazanej w czasie laktacji. W ramach mojej szkoły zorganizowana też była "wycieczka" na porodówkę, dzięki której oswoiłam sobie szpital, zorientowałam się w warunkach i w ogóle zobaczyłam, co i jak. Wszystko to bardzo mi się przydało! Poczułam się dużo bezpieczniej.

To tyle, luźne uwagi tytułem wstępu. Mam nadzieję, że udało mi się jakoś wprowadzić Was w temat. W kolejnym poście z tej serii opowiem Wam o pielęgnacji ciała w ciąży, wiem, że części z Was na tym zależy. Napiszcie też, proszę, czy byłybyście zainteresowane postem z pogranicza fizjologii, to znaczy, czy pisać cokolwiek o samym porodzie? Naprawdę nie wiem, jak daleko sięga Wasza ciekawość ;)))