beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odkrycia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odkrycia. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2015

Nowa formuła Lush Mask of Magnaminty, czyli odkrycie czerwca


W czerwcu miałam okazję spędzić parę dni w Budapeszcie, gdzie zakupowe ścieżki doprowadziły mnie do salonu Lush. Zakupy zrobiłam spore (mogłyście zobaczyć je TUTAJ) i pewnie prędzej czy później o poszczególnych produktach, na które się zdecydowałam, jeszcze Wam napiszę, ale jeden z nich swoje pięć minut będzie miał już dziś. Moje czerwcowe odkrycie, głęboko oczyszczająca maseczka do twarzy i ciała Mask of Magnaminty w nowej, odmienionej formule!




Kosmetyki Lush bardzo lubię i kupuję je, kiedy tylko mam możliwość. Mimo ograniczonej w Polsce dostępności tej marki (doczekamy się w końcu salonu, czy nie???), zdążyłam poznać już całkiem sporą część jej asortymentu. Mask of Magnaminty też dobrze znam, wracam do niej w zasadzie przy każdych zakupach. Dała się poznać jako wyjątkowo skuteczna, mocno oczyszczająca, ściągająca pory i łagodząca wszelkie zmiany skórne maseczka do problematycznej cery. Bardzo odpowiada mi jej działanie, nic więc dziwnego, że korzystając z okazji, kolejny raz chciałam do niej wrócić. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jakiś czas temu przeszła reformulację! Gwoli ścisłości, w sprzedaży dostępne są dwie wersje, stara i nowa, odmieniona. Z ciekawości zdecydowałam się na nowość.




Mask of Magnaminty, jaką pamiętałam, była bardzo, bardzo miętowa i mimo konsystencji pasty dość niejednorodna, grudkowata. Nowa formuła (określona jako "self-preserving", czyli "samokonserwująca się"), sprawiła, że maska zyskała na gładkości, dużo łatwiej ją rozprowadzić. Z tego, co zauważyłam, skład pozostał ten sam, zmieniły się jedynie proporcje poszczególnych składników. W nowej wersji jest dużo więcej miodu i jak się domyślam, to chyba on odpowiada za zmianę konsystencji. Na pewno odpowiada natomiast za zmianę zapachu, który ze świdrująco miętowego przeobraził się w coś zdecydowanie słodszego i delikatniejszego. Niżej zdjęcie etykiety z nowym składem.




Dla porządku wklejam też stary skład, możecie sobie porównać.

List of ingredients: Bentonite Gel, Kaolin, Honey, Talc, Organic Ground Aduki Beans, Glycerine, Evening Primrose Seeds, Peppermint Oil, African Marigold Oil, Fair Trade Vanilla Aboslute, Limonene, Perfume, Chlorophyllin, Methylparaben.


Jeśli starą wersję po prostu lubiłam, nową wprost uwielbiam. Niesamowitemu działaniu (pięknie oczyszczona, ukojona cera) towarzyszy teraz także komfort stosowania (gładsza i bardziej zwarta konsystencja, zasychająca na twarzy bez ściągania skóry) i niezwykle przyjemny zapach (słodki, ale z wyraźną orzeźwiającą nutą). Jeśli tylko macie możliwość zajrzeć do salonu Lush, koniecznie się tej masce przyjrzyjcie! Warto. Ja z pewnością będę do niej wracać, choć pojęcia nie mam, kiedy znowu nadarzy się okazja do zakupów. Pewnie nieprędko. A zapasów nie ma co robić, bo maski Lush to produkty świeże, bez chemicznych konserwantów, z bardzo krótkim terminem zdatności do użycia. Przydałby się choć jeden salon w którymś z polskich miast, oj, przydałby się ...


Znacie Mask of Magnaminty? Starą, czy nową wersję? Jak w Waszych oczach wypada porównanie? Dajcie znać. Zdradźcie też, które z produktów Lush darzycie największą sympatią. A może nie miałyście jeszcze okazji zetknąć się z produktami tej marki? Podzielacie moje zniecierpliwienie w oczekiwaniu na jej wkroczenie do Polski? Zachęcam do wypowiedzi. Nie zapomnijcie też wspomnieć o własnych czerwcowych kosmetycznych odkryciach, umieram z ciekawości! Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze.

Buziaki,
Cammie.




środa, 29 kwietnia 2015

Podszepty intuicji, czyli odkrycie kwietnia | Mgiełka olejkowa Garnier Fructis


Witajcie! Zgadnijcie, kto już dziś zaczyna długi majowy weekend? :))) Na jego dobry początek proponuję Wam post z serii Odkrycia, muszę koniecznie pokazać Wam, co zachwyciło mnie w kwietniu. Uwaga, będę chwalić! Obiektem mojej kwietniowej fascynacji jest nowość od Garnier Fructis, przepięknie pachnąca i robiąca cuda z moimi włosami olejkowa mgiełka. Zaciekawione? Zapraszam!




Za produktami Garnier Fructis generalnie nie przepadam, nigdy moim włosom nie służyły, ale jak tylko gdzieś w internetach mignęła mi reklama nowości w postaci olejkowej mgiełki, intuicja nie wiadomo dlaczego podpowiedziała mi "brać!". No to wzięłam :DDD Czasami takie podszepty są strzałem w dziesiątkę, czego ten nieco ryzykowny zakup jest najlepszym przykładem. Trochę obawiałam się ciężkiej, tłustej formuły, tymczasem miłość od pierwszego użycia, mgiełka okazała się mgiełką nie tylko z nazwy. Żadnego obciążania włosów, żadnego tłustego oblepiania, nic z tych rzeczy!





Olejkowa mgiełka to sprej na bazie kombinacji oleju migdałowego, oleju z mango i oleju z moreli. Czy muszę pisać, że przepięknie pachnie? Owocowo, świeżo, niezwykle przyjemnie. Zaaplikowana na włosy, momentalnie je wygładza i nabłyszcza, zabezpieczając końcówki. Bardzo ułatwia też rozczesywanie, co jest o tyle ważne, że można stosować ją na włosy zarówno suche, jak i mokre. Nieoceniona w porannej krzątaninie, kiedy przed wyjściem z domu cenna jest każda chwila, wygodna też pod kątem szybkich poprawek w ciągu dnia. Lekki nacisk palca i gotowe! Delikatna, pachnąca, sucha (!) mgiełka otula włosy, momentalnie poprawiając ich wygląd. Komfort stosowania naprawdę na piątkę. 




Bardzo się z tym produktem polubiłam, ale czuję się zobowiązana ostrzec Was, że w składzie oprócz olejków znalazł się też między innymi Alcohol denat. W oczach niektórych z Was składnik ten, jako potencjalny czynnik przesuszenia włosów i podrażnienia skóry głowy, pewnie tę mgiełkę zdyskwalifikuje, ja jednak muszę oddać jej sprawiedliwość i zaznaczyć, że moim włosom nie robi absolutnie żadnej krzywdy, mimo regularnego stosowania. Widzę jedynie pozytywy! Lekką, suchą formułę, miękkość, gładkość i połysk włosów, piękny zapach i wygodę aplikacji.

Miałyście już z tą mgiełką do czynienia? Jak ją oceniacie? A może dopiero macie ochotę ją wypróbować? Kusi Was olejkowa pielęgnacja w spreju? Dajcie znać. Napiszcie też, proszę, jak podchodzicie do tak kontrowersyjnego składnika, jakim niewątpliwie jest alkohol denaturowany. Demonizujecie go, z góry skreślając wszelkie zawierające go kosmetyki, czy jednak podchodzicie do sprawy zdroworozsądkowo, dając niektórym z nich szansę?  Ciekawa jestem Waszego zdania. Jeśli ciągle jeszcze go nie macie, zachęcam Was do przeczytania ciekawego artykułu Doroty, autorki bloga Włosowelove, na temat rozmaitych funkcji, jakie w kosmetykach mogą spełniać alkohole ---> KLIK. Nie taki diabeł straszny! Z chęcią poczytam też o Waszych kwietniowych odkryciach. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 30 marca 2015

Na bogato, czyli odkrycie marca


Znalazłam! Skuteczny krem pod oczy, który na tę chwilę spełnia wszystkie moje oczekiwania. Oczarowanie od pierwszego użycia, stopniowo poprawiająca się kondycja skóry i doskonała wydajność. Bogata pielęgnacja na miarę moich potrzeb. Mówiąc krótko, odkrycie marca! Yves Rocher Riche Creme.




Czego oczekuję od kremu pod oczy? Przede wszystkim nawilżenia i ukojenia tych wrażliwych, podatnych na zmarszczki okolic, bez żadnych przykrych efektów ubocznych, jak chociażby łzawienie, czy zamglenie spojrzenia. W produktach tego typu szukam też właściwości przeciwzmarszczkowych i niwelujących opuchnięcia. Lubię raczej bogate, otulające formuły, które odczuwalnie poprawiają komfort skóry, aplikowane na dzień nie wpływając przy tym jednak negatywnie na trwałość makijażu. Mimo uginających się od rozmaitych specyfików sklepowych i aptecznych półek (a także pękającej w szwach oferty internetowej, a jakże), zwykle nie jest mi jednak łatwo znaleźć krem, który spełniałby wszystkie te wymagania. A to za słabe działanie, a to jakiś drażniący składnik, a to wygórowana cena. Na pewno wiecie, jak to jest. Tylko w ostatnim czasie trafiłam na dwa kremy pod oczy, które z różnych względów nie przypadły mi do gustu, tym większym odkryciem okazał się więc dla mnie Riche Creme od Yves Rocher. Nareszcie krem, o jaki mi chodziło!




Krem pod oczy o działaniu przeciwzmarszczkowym to kosmetyk idealny dla suchej, dojrzałej cery. Lekka, świeża konsystencja zapewnia błyskawiczne wchłanianie się kosmetyku w delikatną skórę. Krem odmładza spojrzenie, wygładzając skórę wokół oczu, głęboko odżywia i regeneruje naskórek. Skóra jest gładsza, bardziej napięta i mocniejsza, a zmarszczki płytsze. Zawiera 30 drogocennych olejków roślinnych:
  • 10 olejków bogatych w nienasycone kwasy tłuszczowe pomocnych w regeneracji skóry: ze słonecznika, kukurydzy, krokosza, lnianki, róży muscat, winogron, brzoskwini, orzecha włoskiego, moreli, wiesiołka;
  • 10 olejków bogatych w witaminę A i E oraz składniki niezbędne do ochrony skóry przed starzeniem: palmowy, rzepakowy, kokosowy, pistacjowy, z orzecha laskowego, awokado, bawełny, orzecha nerkowca, ryżu, pszenicy;
  • 10 olejków bogatych w skwalen, woski i sterole nadające skórze miękkość: z makadamii, oliwek, arganowy, z owoców Gevuina avellanami, z rośliny limnanthes, z jojoby, rycynowy, z andiroby, kamelii, mango.
Regularna cena: 92 zł za 15 ml (warto czekać na promocje, które w Yves Rocher są częste i bardzo atrakcyjne).




Za co pokochałam Riche Creme? Za zgodną z nazwą, bogatą, silnie pielęgnującą formułę (w składzie aż 30 różnych olejków, rewelacja!), otulającą niczym dobroczynny kompres, za odczuwalną poprawę nawilżenia, wygładzenia i elastyczności skóry wokół oczu, za szybką redukcję opuchnięć i za doskonałe spisywanie się w roli bazy dla korektora pod oczy. Wydajność też zrobiła na mnie wrażenie, słoiczek jest niby niewielki (15 ml), jednak do jednorazowej aplikacji wystarcza tak mała ilość kremu, że ubywa go naprawdę powoli. Uważam zresztą, że to właśnie umiar stanowi o jego wyjątkowości. Podrażnił mnie tylko jeden jedyny raz, właśnie wtedy, gdy przedobrzyłam, nakładając go grubą warstwą. Olejki zaczęły migrować, dostając się do oczu i powodując łzawienie. To doświadczenie nauczyło mnie dozować go oszczędnie, potwierdzając starą prawdę, że co za dużo, to niezdrowo.

Jaki jest Riche Creme? Bogaty, skoncentrowany i skuteczny. Uwielbiam! Miałyście z nim do czynienia? Co o nim myślicie? A może to inny krem pod oczy według Was nie ma sobie równych? Ciekawa jestem, co stosujecie, dajcie znać. Zdradźcie też oczywiście, jakich kosmetycznych odkryć dokonałyście w marcu, umieram z ciekawości. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 23 stycznia 2015

Odkrycie stycznia, czyli dziesięć dni z Sally Hansen Miracle Gel


Wyjątkowo wcześnie zapraszam Was na post z serii Odkrycie miesiąca, do końca stycznia bowiem jeszcze ponad tydzień, nie wierzę jednak, że przez tych kilka dni cokolwiek byłoby w stanie zrobić na mnie większe wrażenie niż nowa hybrydowa linia lakierów Sally Hansen Miracle Gel, którą prezentowałam Wam w ostatnim poście ---> KLIK. I nie wiem nawet, czy jest sens, żebym się rozpisywała się na temat ich zalet, najlepiej będzie, jak po prostu pokażę Wam zdjęcie. Oto podsumowanie mojego eksperymentu, w którym badałam ich trwałość, moje paznokcie po dziesięciu dniach (!) z odcieniem 470 Red Eye!




Producent obiecuje co prawda trwałość 14-dniową, jednak zdecydowałam się przerwać test nieco wcześniej. Dziesięć dni to i tak niesamowity wynik! Jak widać, lakier nie stracił za bardzo na świeżości, nie ma odprysków czy pęknięć. Zaczyna przeszkadzać mi jednak odrost, a i kolor powoli mi się nudzi. Wybaczcie więc, że nie ciągnę tego dalej, ale w moich oczach seria Miracle Gel po prostu i tak zdobyła już mistrzostwo. Manicure, który widzicie na zdjęciach, wytrzymał stukanie w klawiaturę po osiem godzin dziennie w pracy i kilka kolejnych w domu dla przyjemności, codzienne mycie głowy, kąpiele i prysznice, rozmaite zabawy z dzieckiem, gotowanie, sprzątanie, dźwiganie zakupów i sama nie wiem, co jeszcze. Tylko raz w przeciągu tych dziesięciu dni pozwoliłam sobie na opiłowanie końcówek, które lekko się starły (tak, tak, liczcie się z tym, nie ma rzeczy niezniszczalnych). Żadnych innych ubytków nie zauważyłam. Lakier nie do zdarcia! Oczywiście po tak długim czasie nie wygląda tak idealnie, jak zaraz po aplikacji, jednak wynik eksperymentu całkowicie mnie satysfakcjonuje, dając mi pewność, że w razie potrzeby (chociażby w przypadku wyjazdu, czy zwykłego natłoku obowiązków) mogę pomalować paznokcie raz i nie przejmować się ich stanem przez wiele dni (ale chyba jednak nie przez czternaście ... uczciwie mówię, że wygląd paznokci już po dziesięciu godził w moje poczucie estetyki). Uprzedzając Wasze pytania, dodam, że zgodnie z zapewnieniami producenta zmywa się bardzo łatwo, najzwyklejszym zmywaczem (użyłam zielonej Isany, jak zawsze), nie zostawiając na paznokciach przebarwień czy innych oznak pogorszenia ich kondycji. 

Jestem zachwycona! I tak się właśnie zastanawiam, po który kolor dziś sięgnąć? Nie mogę się zdecydować, fiolet czy mięta? :)))




Byłam do tych lakierów nastawiona dość sceptycznie, nie do końca wierząc, że manicure wykonany w zwykłych domowych warunkach może przetrwać w naprawdę dobrym stanie przez tak wiele dni. Tymczasem okazuje się, że jest to możliwe. Polecam tę serię Waszej szczególnej uwadze, zwłaszcza jeśli z jakichś względów nie macie czasu na częste malowanie paznokci. Jeśli zdecydujecie się na zakup, pamiętajcie, że system Miracle Gel to lakier plus specjalny top coat, trzeba więc liczyć się na początek z podwójnym wydatkiem, rzędu około 34 zł za buteleczkę. 

Napiszcie mi koniecznie, co myślicie o efekcie mojego dziesięciodniowego eksperymentu. Ja tymczasem zbieram się do pierwszego w życiu farbowania włosów henną. Khadi, nadchodzę! Życzcie mi powodzenia, bo trochę się cykam :DDD

Buziaki,
Cammie.


niedziela, 28 grudnia 2014

Nie taki brąz straszny, czyli odkrycie grudnia


I po świętach! Jak Wam minęły? Mam nadzieję, że dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłyście. Ja w każdym razie powoli otrząsam się z leniwej, świątecznej atmosfery i wracam do codzienności. Na szczęście mogę to robić niespiesznie, przede mną jeszcze sporo urlopu! Urlopu od bloga jednak nie biorę, z przyjemnością powracam do Was już dziś, zapraszając na grudniowy post z serii Odkrycia. Dziś o bardzo ciekawej pomadce, przez którą powinnam się w piekle smażyć, bo pozwoliłam jej leżeć w mojej toaletce chyba z pół roku, zanim w końcu ją wypróbowałam. Zanim opowiem Wam, dlaczego tak się stało, zdradzę, że mowa o JOKO Long Lasting Lipstick w odcieniu nr 31.




Dlaczego tak długo leżała bezużytecznie? Otóż rozczarował mnie jej odcień. Kiedy się na niego decydowałam, wyłącznie na podstawie zdjęć w sieci, wydawał mi się nudziakiem z dominującym tonem różowym (takie lubię najbardziej), na żywo okazał się jednak co prawda dość jasnym, ale wyraźnym brązem, z którym jakoś w letniej aurze nie było mi po drodze. Szminkę odłożyłam i o niej zapomniałam. Aż do teraz. Parę tygodni temu szczęśliwie znowu wpadła w moje ręce, a ja wykazałam się większą chęcią do makijażowych eksperymentów. Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie taki brąz straszny! Zwłaszcza że stanowi doskonałe uzupełnienie makijażu oczu, w którym ostatnio główną rolę gra moja nowa paleta Urban Decay Naked 2 (o niej innym razem).




Wyrazisty kolor + idealne krycie = megaefekt przez wiele godzin.

Kremowa konsystencja pomadki zapewnia przyjemną i łatwą aplikację, nadając ustom długotrwały, żywy kolor. Koktajl dobroczynnych składników zawarty w pomadce Long Lasting otula usta cienkim welonem odżywczego masła shea oraz naturalnym woskiem - nawilża, zmiękcza oraz wygładza delikatną skórę ust.

Cena: około 20 zł


Za co tę pomadkę polubiłam? Przede wszystkim za niesamowitą relację komfortu aplikacji i noszenia do trwałości. Zwykle szminki typu long lasting wysuszają usta, podkreślając każdy ich mankament, w tym przypadku natomiast nie ma o tym mowy. Pomadka JOKO co prawda mocno przywiera do ust, ale zachowuje przyjemną kremowość i miękkość, mimo matowego i dającego pełne krycie wykończenia (które zresztą też ogromnie mi się podoba). Trwałość oceniam na około 4 godziny, w tym czasie można normalnie rozmawiać i pić (z jedzeniem niestety gorzej). Nie jest to może mistrzostwo świata, ale najgorzej też nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę niekłopotliwe, równomierne ścieranie się, brak tendencji do migracji pigmentu, no i niewygórowaną w sumie cenę. Spójrzcie, jak prezentuje się na ustach. 




Dla ciekawskich:
na twarzy Skin79 Dear Rose BB Cream, prasowany puder bambusowy FM, meteoryty Guerlain i róż Rose Ecrin Chanel, miejscowo kamuflaż 010 Ivory Catrice, pod oczami kamuflaż 002 Beige Alverde, na powiekach baza Hean, cienie z palety Naked 2 Urban Decay i czarny liner Blackbuster L'Oreal, na rzęsach czarna maskara False Lash Wings L'Oreal, na linii wodnej cielista kredka 090 Natural Glaze Max Factor, na brwiach kremowy cień Permanent Taupe Maybelline.


Jak wiecie, kocham pomadki w odcieniach nude i trudno przekonać mi się do ciemniejszych kolorów. Ten brąz, mimo że przecież nie taki znowu ciemny, początkowo jakoś mnie mimo wszystko wystraszył. Cieszę się, że się do niego przekonałam, bo okazało się, że czuję się w nim nadspodziewanie dobrze. Sięgałam po niego przez cały grudzień i pewnie sięgałabym nadal, gdyby nie groźny rywal, szminka MAC w odcieniu Blankety, jeden z moich świątecznych prezentów. Styczeń będzie należał chyba do niej!




A Wy? Po jakie odcienie szminek sięgacie najczęściej? Chętnie eksperymentujecie z nowymi kolorami? Lubicie formuły long lasting? Co myślicie o propozycji JOKO? Dajcie znać. Napiszcie też o własnych grudniowych zachwytach kosmetycznych. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


niedziela, 30 listopada 2014

Zachwyt od pierwszego użycia, czyli odkrycie listopada | Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel


Jak często zdarza Wam się, że już od pierwszego użycia widzicie efekt działania jakiegoś kosmetyku pielęgnacyjnego? Efekt momentalny, wyraźny i stuprocentowo satysfakcjonujący? Nie jest to częste, prawda? Tym bardziej cieszę się więc, że dziś mogę rekomendować Wam właśnie taki specyfik, skuteczny i błyskawicznie działający. Zapraszam na post z serii Odkrycia, w roli głównej peeling enzymatyczny Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel




Jak trafiłam na to cudo? Szukałam czegoś, co upora się ze skutkami kuracji Locacidem, złuszczającą się i mocno przy tym uwrażliwioną skórą. Wiedziałam, że potrzebuję dobrego enzymatycznego peelingu, rozglądałam się więc, czytałam blogi i fora, aż w końcu jakieś internetowe ścieżki doprowadziły mnie do Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel. Opinie na jego temat były zachęcające, w życiu jednak nie spodziewałam się, że za jego sprawą czeka mnie rewolucja w pielęgnacji, zwłaszcza że peelingi enzymatyczne zwykle się u mnie nie sprawdzały, zawsze zawiedziona wracałam do tych granulkowych, mechanicznych. Tymczasem tym razem miłość od pierwszego użycia! Szkoda, że nie widziałyście mojej miny w czasie pierwszej aplikacji, po prostu szczęka mi opadła!

Postaram się opisać, co mnie tak poruszyło. Peeling Ginvera ma postać gęstego żelu, który nakłada się na oczyszczoną i suchą twarz. Należy wmasowywać go w skórę przez około minutę, a następnie spłukać wodą. Niby nic nadzwyczajnego, prawda? Ale wyobraźcie sobie, że w czasie tego krótkiego masażu z każdą chwilą pod placami czujecie coraz więcej grudek. Przeżyłam szok, kiedy uzmysłowiłam sobie, że to wałeczki mojego zrolowanego martwego naskórka! Niby wiedziałam, że tak to będzie wyglądać, ale co innego wyobrażać to sobie, a co innego doświadczyć. Po wszystkim twarz była gładka jak nigdy, rozjaśniona, promienna, nie mogłam się napatrzeć!




Niektórzy twierdzą co prawda, że grudki, o których wspominałam, to wcale nie złuszczony naskórek, tylko specyficzna konsystencja żelu. Może i jest to prawda, ale mnie trudno w to uwierzyć. Gdyby tak było, ilość grudek za każdym razem byłaby taka sama, a nie jest. Aktualnie moja cera każdego dnia wygląda inaczej, w zależności od tego, ile czasu minęło od aplikacji Locacidu. Z cery względnie gładkiej w przeciągu doby czy dwóch potrafi przeistoczyć się w cerę łuszczącą się na potęgę. I to właśnie jej stan przekłada się na to, co czuję pod palcami w czasie masażu. Mój mąż z kolei twierdzi, że na jego skórze ten peeling praktycznie nie roluje się wcale. Także do końca nie wiem, jak to jest. Chętnie poznam Wasze zdanie, o ile oczywiście Marvel Gel znacie. Ja w każdym razie jestem nim oczarowana. Mam nadzieję, że regularne stosowanie pozwoli mi długotrwale cieszyć się całym spektrum jego właściwości. Producent twierdzi, że Green Tea Whitening Marvel Gel działa aż na dziesięć sposobów:
  1. usuwa martwy naskórek;
  2. usuwa zaskórniki;
  3. zwęża pory;
  4. rozjaśnia przebarwienia, piegi i blizny;
  5. usuwa prosaki;
  6. reguluje wydzielanie sebum;
  7. rozpromienia cerę;
  8. wygładza szorstką skórę;
  9. pobudza odnowę naskórka;
  10. zwiększa absorbcję produktów pielęgnacyjnych.

Do większości z nich trudno mi się jeszcze odnieść, ale tak pozytywne pierwsze wrażenie każe mi wierzyć w potencjał tego kosmetyku. Pierwsze wrażenie i skład.

Water, Carbomer, Panax Ginseng Root Extract, Lycium Barbarum Fruit Extract, Angelica Archangelica Root Extract, Oldenlandia Diffusa Extract, Cyclomethicone and Dimethiconol, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Fruit Extract, Royal Jelly Powder, Vaccinium Myrtillus Fruit Extract, Saccharum Officinarum (Sugar Cane) Extract, Acer Saccharum (Sugar Maple) Extract, Citrus Aurantinum Dulcis (Orange) Fruit Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Fruit Extract, Menthol, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Fragrance, Imidazolidinyl Urea, CI 19140 & CI 42090, CI 19140.




Ginvera to marka azjatycka, także najkorzystniej wypadają zakupy przez ebay (za tubkę peelingu o pojemności 60 ml zapłaciłam kilkanaście dolarów), ale widziałam, że jej produkty dostępne są też w polskich drogeriach internetowych, choć wiadomo, w tym przypadku trzeba liczyć się z odpowiednio wyższymi cenami. Ja w każdym razie uważam, że Green Tea Whitening Marvel Gel wart jest inwestycji. Dawno żaden kosmetyk do pielęgnacji twarzy nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia!

Miałyście z tym produktem do czynienia? Koniecznie dajcie znać, czy podzielacie mój zachwyt. Napiszcie też, czym najchętniej peelingujecie twarz. Stawiacie na peelingi enzymatyczne, czy jednak wolicie te mechaniczne? Jeśli macie ochotę, zdradźcie również, czy trafiły Wam się w listopadzie jakieś kosmetyczne odkrycia. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Gorąco zapraszam do udziału
w mikołajkowym konkursie!
Do wygrania trzy rewelacyjne 
naturalne peelingi do ciała JOIK.


czwartek, 30 października 2014

Świetny niedrogi podkład, czyli odkrycie października | Pierre Rene Skin Balance


Kupując w październiku dwa nowe podkłady, byłam niemal pewna, że dziś, opowiadając Wam o odkryciu miesiąca, napiszę o droższym z nich, czyli Diorskin Nude. Tymczasem niespodzianka, luksusowy Dior póki co leży i czeka na lepsze czasy, ja tymczasem trwam w zachwycie nad taniutkim Pierre Rene Skin Balance. Jest niesamowity! Wymarzony podkład dla przetłuszczającej się cery, długotrwały i świetnie kryjący, w dodatku dostępny w bardzo ciekawej gamie kolorów. Musicie to zobaczyć!




Pamiętam, że kiedyś już interesowałam się tym podkładem, jednak wtedy nie mogłam dobrać sobie wystarczająco jasnego odcienia. Niedawno przez przypadek dowiedziałam się, że gama kolorów została poszerzona, a nowy odcień 20 Champagne jest podobno wprost stworzony dla bladolicych. Szafę Pierre Rene mam pod nosem, szybko więc to sprawdziłam i jak już wiecie, nie wyszłam ze sklepu z pustymi rękami. Nie był to duży wydatek, zapłaciłam niespełna 20 zł, co czyni Skin Balance najtańszym podkładem, jaki posiadam. I dowodem na to, że jakość nie musi kosztować fortuny.




Dość proste, szklane opakowanie z pompką kryje gęsty fluid, który gładko rozprowadza się po twarzy, doskonale kryjąc wszelkie niedoskonałości, dając może nieco suche, ale zdrowo wyglądające wykończenie, typowe dla podkładów o przedłużonej trwałości. Nakładany cienką warstwą gąbeczką nie obciąża skóry, ładnie się wtapiając. Dobrze współpracuje też z pędzlem, jednak w tym przypadku efekt jest już mocniejszy. Jak dla mnie, optymalną metodą jego aplikacji jest stemplowanie przypudrowanej wcześniej twarzy [zobacz, o co chodzi KLIK] właśnie gąbką, dzięki której mimo dość treściwego podkładu makijaż zachowuje lekkość.

Z tego, co się zorientowałam, Skin Balance często porównywany jest do Revlon Colorstay, a nawet Estee Lauder Double Wear. Double Wear nigdy nie miałam, więc nie umiem się do tego porównania odnieść, ale Colorstay faktycznie przypomina. Ma nad nim nawet przewagę, bo według mnie naturalniej wygląda na twarzy (pomijam już nawet kwestię dużo niższej ceny). Nie bez znaczenia w moim przypadku jest też na pewno fakt, że 20 Champagne, najjaśniejszy odcień Skin Balance, jest wyraźne żółty, a nie różowawy jak w przypadku Colorstay 110 Ivory. Przez ten jego różowy pigment zawsze kupuję następny kolor w kolejności, czyli 150 Buff, żałując jednak, że nie jest o pół tonu jaśniejszy. Wygląda na to, że problem rozwiązała konkurencja! Spójrzcie. Pierre Rene Skin Balance 20 Champagne to dokładnie to, o co mi chodziło.




Producent obiecuje 12-godzinną trwałość i rzeczywiście ją zapewnia, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, aplikując ten podkład tak jak wspominałam wyżej na wstemplowany wcześniej w skórę puder. Makijaż tak nałożony jest nie do zdarcia. Oczywiście po kilku godzinach od aplikacji nie zaszkodzi sięgnąć po bibułkę matującą, ale przez cały długi dzień nie trzeba przejmować się ścieraniem się, spływaniem czy oksydacją podkładu, który mocno się wtapia i dobrze trzyma się skóry. Bardzo się w nim lubię, zwłaszcza że kiedy po niego sięgam, często słyszę komplementy. Zwykle wyglądam mniej więcej tak, jak na poniższym zdjęciu.


Dla ciekawskich:
na twarzy, oprócz podkładu Pierre Rene Skin Balance, puder bambusowy z Biochemii Urody (pod podkładem) i meteoryty Guerlain (White Pearls), na policzkach róż Chanel Rose Ecrin, na powiekach rozświetlający cień z paletki Makeup Revolution What you waiting for i liner L'Oreal Blackbuster, na rzęsach maskara Maybelline Mega Plush, na linii wodnej kredka Max Factor 090 Natural Glaze, pod oczami kryjąco-rozświetlający korektor Eveline Art Scenic, na brwiach kredka 040 Catrice Don't Let Me Brow'n, na ustach pomadka MAC Creme d'nude.


Z pewnością nie jest to podkład dla każdego, myślę, że nie sprawdzi się u osób o cerze suchej, ale dla tych o cerze tłustej i mieszanej to z pewnością świetna opcja, zwłaszcza jeśli oczekują trwałości i dobrego krycia. Ja w każdym razie bardzo Skin Balance polubiłam, w zasadzie od pierwszego użycia. Sięgam po niego zamiennie z bb kremami, w zależności od tego, jaki efekt danego dnia chcę uzyskać. Uwielbiam subtelność bb kremów, ale bywają one jednak kapryśne, a Skin Balance jest po prostu niezawodny. No i ma przepiękny kolor!


Lubicie podkłady o formule zapewniającej przedłużoną trwałość? Wiem, że są charakterystyczne, dlatego pytam. Co myślicie o Skin Balance? Dałybyście mu szansę? A może już go znacie? Napiszcie, proszę. Zdradźcie też, jakie są Wasze ulubione podkłady, chętnie poczytam, może coś podpatrzę. Choć szczerze mówiąc ostatnio zafiksowana jestem na punkcie pudrów, odkąd z takim powodzeniem zaczęłam aplikować je pod podkład, ciągle mam ochotę testować kolejne. Ale to już inna historia ... :DDD Kiedyś pewnie ją opowiem, teraz czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Nie przegapcie konkursu!
Do wygrania trzy zestawy
naturalnych kosmetyków Ikarov,
w skład każdego wchodzi
woda różana, masło shea i olejek migdałowy :)))


poniedziałek, 29 września 2014

Makijażowa herezja, czyli odkrycie września


Witajcie! Wrzesień zmierza ku końcowi, najwyższa więc pora podzielić się z Wami moim wrześniowym odkryciem. Nie napiszę jednak tym razem o żadnym konkretnym produkcie, opowiem Wam za to o pewnym makijażowym triku, który w ostatnich tygodniach całkowicie zrewolucjonizował sposób, w jaki się maluję :))) 

Część z Was najprawdopodobniej już o tej metodzie słyszała, bo video Wayne'a Gossa, w którym doradzał, jak ograniczyć przetłuszczanie się cery i przedłużyć trwałość podkładu, ukazało się na jego youtubowym kanale wiosną. Wiele dziewczyn od razu ten pomysł podchwyciło i rozpropagowało, mnie jednak ta eksperymentalna gorączka wtedy jakoś ominęła i dopiero parę tygodni temu zachciało mi się sprawdzić na własnej skórze, o co tyle hałasu. I co? I przepadłam. 

O co chodzi? W największym skrócie o to, żeby twarz przypudrować przed nałożeniem podkładu, a nie odwrotnie, jak to wszystkie przecież zwykłyśmy robić. Wiem, brzmi jak makijażowa herezja, też w pierwszym odruchu pomyślałam "to nie ma prawa się udać". A jednak! Puder wstemplowany jako primer w nawilżoną kremem skórę stanowi wspaniałą bazę dla płynnych podkładów, zdecydowanie lepiej kontrolując w ciągu dnia błysk cery, a tym samym przedłużając świeżość makijażu, niż nakładany w ostatnim kroku tradycyjnie jako utrwalający wszystko finisher. 

Goss w swoim filmie zaleca przy tej metodzie makijażu używanie pudrów sypkich, ja jednak z powodzeniem sięgam po prasowany puder bambusowy FM (jest naprawdę świetny, chyba kupię drugie opakowanie, z pierwszego zbieram już ostatnie okruszki). Nakładam go oszczędnie stemplującymi ruchami ulubionym pędzlem kabuki z The Body Shop.




Tak przygotowana cera jeszcze przed nałożeniem podkładu zostaje dokładnie zmatowiona i wygładzona, a puder, choć transparentny, delikatnie wyrównuje też jej koloryt. Łatwiej osiągnąć potem satysfakcjonujący poziom krycia, nawet lekkim bb kremem. Ja ostatnio regularnie sięgam po swój najnowszy azjatycki nabytek, Skin79 Dear Rose BB Cream (jeszcze Wam o nim napiszę), ale metoda sprawdzała się też ze Skin79 Orange, a nawet Revlon Colorstay. Jedyne, czego zmieniając podkłady czy bb kremy konsekwentnie się trzymałam, to aplikacja na mokro, beauty blenderem lub pomarańczowym jajem Real Techniques, które niedawno sobie sprawiłam dla porównania z różowym oryginałem.




Makijaż dzięki stawiającej świat na głowie metodzie Gossa rzeczywiście trzyma się dłużej, bo skóra po prostu wolniej się przetłuszcza! Mam tłustą, wiecznie sprawiającą kłopoty cerę, więc wiem, co mówię. Puder pod podkładem oznacza mniej błysku, a czasami nawet brak konieczności poprawiania makijażu w ciągu dnia. Niżej możecie zobaczyć, jak wyglądałam dziś po jakichś dziewięciu godzinach bez poprawek. Żadnych bibułek, żadnego dodatkowego pudrowania, mimo normalnego funkcjonowania specjalnie nie kontrolowałam wyglądu. Zdjęcia nie retuszowałam, pozwoliłam sobie jedynie odrobinę zmiękczyć rysy. Wybaczcie mi ten przejaw próżności, ale nie chciałybyście oglądać mojej 35-letniej twarzy w takim zbliżeniu bez tego łaskawego dla dojrzałej skóry filtra :DDD

Nie jest najgorzej, prawda? To znaczy po tylu godzinach wylazły na wierzch pory, widać, że trochę skruszył się tusz do rzęs (Miss Sporty Pump Up Booster Mascara, nie kupujcie, kiepścizna!), brwi też straciły poranną świeżość, ale generalnie twarz nie wygląda na przetłuszczoną, a krem bb nadal trzyma się skóry, nie starł się i nie spłynął. Metoda Gossa działa!




Jeśli chcecie na jej temat dowiedzieć się więcej, odsyłam Was do źródła, czyli do filmu Gossa. Warto obejrzeć!




Choć tak jak wspominałam, trik Gossa może wydawać się herezją, jednak okazuje się skuteczny. Zachęcam Was do wypróbowania go na własnej skórze. A może już to zrobiłyście? Co myślicie o tej metodzie? Koniecznie dajcie znać. Napiszcie też oczywiście o swoich wrześniowych odkryciach. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Ostatni dzwonek!
Zagraj o 1 z 10 zestawów
Bioderma Sebium,


piątek, 29 sierpnia 2014

Skarb z supermarketu, czyli odkrycie sierpnia


Zazwyczaj do kosmetycznych zakupów solidnie się przygotowuję, przeglądam internet, czytam recenzje, sprawdzam ceny, szukam promocji, na pewno dobrze znacie ten proces. Czasami jednak przypadek sprawia, że na jakiś produkt decyduję się spontanicznie, dając się ponieść impulsowi. Nieplanowane zakupy kończą się różnie, zdarza się, że trafiam na totalny niewypał, ale bywa też, że zachcianka okazuje się hitem, z miejsca zdobywając moje serce. Tak też było tym razem, kiedy wychodząc z domu po przysłowiowe bułki, wróciłam z regenerującą maską do włosów z jedwabiem Loton Provit.

To w ogóle jakiś cud, że zawiesiłam na niej oko, bo opakowanie maleńkie, a do tego po prostu brzydkie. Na supermarketowej półce leżała jedna jedyna sztuka, nie wyróżniająca się kompletnie niczym na tle krzykliwiej, kolorowej konkurencji. No, może ceną, bo wyobraźcie sobie, że chcąc się tej ostatniej sztuki pozbyć, w Tesco przeceniono ją na zaledwie ... 4 zł. I wiecie co? Nie mogłam tych kilku złotych wydać lepiej.




Maska regenerująca z jedwabiem Loton Provit - połysk i gładkość jedwabiu

Proteiny jedwabiu oraz wyselekcjonowane substancje pomocnicze otulają włos ochronną warstwą. Pomagają utrzymać elastyczność i wytrzymałość, jednocześnie nadając włosom jedwabistą miękkość i połysk. Użycie maski Loton przywraca suchym i matowym włosom wyjątkowy wygląd, połysk i sprężystość oraz bezproblemowe rozczesywanie. Regularne stosowanie uchroni włosy przed skutkami działania zabiegów fryzjerskich i wysokiej temperatury, a włosy farbowane przed utratą koloru.


Cena: 10 zł / 125 g


Moje włosy, mimo niskiej porowatości, kochają proteiny, także spodziewałam się, że jedwab im się przysłuży, jednak to, jak dobrze reagują na maskę Loton Provit, zdumiewa mnie za każdym razem, kiedy jej używam. Wystarczy kilka minut, żeby włosy porządnie odżywiła, niesamowicie je wygładzając. Po wysuszeniu są lekkie i lśniące, opadają na plecy miękką kaskadą, bez problemu się rozczesując i układając. Uwielbiam ten efekt! 




Gorąco Wam tę maskę polecam, sprawdzi się na włosach wymagających regeneracji. Moje, choć zadbane, przez codzienne suszenie wysoką temperaturą raz na jakiś czas potrzebują skoncentrowanej pielęgnacji i Loton Provit właśnie to im zapewnia. Włosom przywraca zdrowy wygląd, a mnie gwarantuje good hair day :)))





Mam nadzieję, że nie będę miała problemu, żeby kupić tę maskę ponownie, a z całą pewnością zechcę to zrobić, bo przypadkowy zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. A zatem, moje drogie, rozglądajcie się po supermarketach i ulegajcie zachciankom, bo nigdy nie wiadomo, na jaki skarb traficie!

Znacie maski Loton Provit? Z tego, co zdążyłam się zorientować, w ofercie marki oprócz wersji regenerującej z jedwabiem jest jeszcze odbudowująca z ceramidami (swoją drogą, chcę!). Może miałyście okazję stosować którąś z nich? Dajcie znać. Pochwalcie się też koniecznie nieplanowanymi, a jednak wyjątkowo udanymi zakupami, co udało Wam się odkryć przez zupełny przypadek? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.
  

sobota, 2 sierpnia 2014

Pod wrażeniem, czyli odkrycia lipca


Witajcie! Lato w pełni, żar lejący się z nieba nie daje nam o tym zapomnieć. A skoro upał i mocne słońce, to pewnie zainteresuje Was produkt, o którym chcę dziś napisać. Produkt, który zdecydowanie zasłużył na miano odkrycia lipca, filtr Bielenda Bikini do cery mieszanej i tłustej. Odkryciem były też na pewno towarzyszące mi ostatnio wieczorami zapachy Woodwick, zarówno świeca, jak i woski zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Zapraszam do lektury!

Jeśli czytacie No to pięknie! regularnie, pewnie pamiętacie, że ze względu na tendencję do przebarwień po filtry do twarzy sięgam cały rok. Przez długi czas wierna byłam filtrom azjatyckim, wśród których moim ulubieńcem stało się mleczko Missha All-Around Safe Block Waterproof Sun Milk [KLIK], ale wiadomo, prędzej czy później każda z nas potrzebuje odmiany, ostatnio postawiłam więc nieco w ciemno na nasz rodzimy produkt, ochronny krem Bielenda Bikini do cery mieszanej i tłustej SPF 30. Był śmiesznie tani, a okazał się po prostu genialny.




Specjalistyczny produkt ochronny do twarzy uwzględniający potrzeby skóry tłustej i mieszanej o lekkiej, nietłustej konsystencji, nie obciążającej cery, nie zatykającej porów. Produkt wielosezonowy i wielozadaniowy – ochrona skóry twarzy latem na plaży, zimą w górach oraz jako city bloker, ochrona anti-age na poziomie komórkowym, skuteczne nawilżanie, zawartość kwasu hialuronowego. Wzmacnia ochronę przed podrażnieniami i poparzeniami słonecznymi, nie zatyka porów, łagodzi zmiany trądzikowe, przeciwdziała nadmiernemu wysuszeniu skóry i utracie wody z naskórka, zapobiega powstawaniu przebarwień spowodowanych słońcem – chroni przed fotostarzeniem, wspomaga ochronę anti-age i opóźnia procesy starzenia się skóry, intensywnie nawilża, poprawia jędrność i elastyczność skóry. Krem szybko się wchłania, pozostawia przyjemne uczucie gładkiej, miękkiej i jedwabistej skóry.

Cena: 10 zł / 50 ml


Powiem Wam szczerze, nie spodziewałam się po tym kremie zbyt wiele, jakoś nie wierzyłam, że filtr do twarzy z tak niskiej półki cenowej jest coś wart. Ale koleżanki namawiały, a jeszcze przyczepiony był jako gratis do mleczka do opalania dla dzieci, które i tak miałam kupić. Zdecydowałam się więc i muszę odszczekać wszystkie wyartykułowane na jego temat wątpliwości, bo okazał się doskonały. Spełnia wszystkie wymagania, jakie stawiam filtrom - nie bieli, nadmiernie nie natłuszcza, łatwo się wchłania, nie obciąża skóry, nie zapycha i świetnie nadaje się pod makijaż (aplikowałam go zarówno pod tradycyjny podkład, jak i bb krem i minerały, zawsze spisywał się bez zarzutu). Rzeczywiście idealnie współpracuje z cerą tłustą, cud! Gwarantuje ochronę przeciwsłoneczną UVB na poziomie SPF 30. Na opakowaniu zamieszczona jest też informacja o ochronie przed promieniami UVA, jednak bardzo zdawkowa, bez określenia jej poziomu. Pisałam nawet do Bielendy, próbując ustalić szczegóły, ale niestety nie doczekałam się odpowiedzi (jeśli jeszcze odpiszą, edytuję posta w tym miejscu). 

Nie mam co prawda porównania do bardzo popularnego filtra Vichy do cery mieszanej i tłustej, ale coś mi mówi, że nasza rodzima niepozorna Bielenda Bikini może być dla niego konkurencją. Kilka razy tańszą! Jeśli przywiązujecie wagę do ochrony skóry przed słońcem, a ciężko dobrać Wam filtr ze względu na problemy charakterystyczne dla przetłuszczającej się cery, koniecznie dajcie temu kremowi szansę, jest dużo prawdopodobieństwo, że to właśnie to, czego szukacie. Swój filtr kupiłam w Hebe (jak wspominałam, jako gratis do innego produktu, ale wiem, że solo też można go dostać za niecałe 10 zł), widziałam go także w Rossmannie (wyłącznie w zestawach). U mnie spisuje się tak dobrze, że chyba zrobię zapas, bo podejrzewam, że z końcem lata zniknie ze sprzedaży, jak to u nas w Polsce najczęściej bywa. To tylko dycha, zaryzykujcie!


Skoro jesteśmy przy odkryciach ostatnich tygodni, nie mogę nie wspomnieć o Woodwick. Obdarowana przez Pachnącą Wannę, w lipcu po raz pierwszy miałam styczność zarówno ze świecą, jak i z woskami tej marki.




Świeczki zapachowe WoodWick® posiadają specjalnie zaprojektowany przez Virginia Candle Company, naturalny drewniany knot. Dzięki temu, wydają one kojący dźwięk przypominający skwierczenie drewna w domowym kominku. Zastosowanie drewnianego knota oznacza również dużo szybsze uwalnianie zapachu - roztopiony wysokiej jakości wosk otrzymany jest 5 razy szybciej w porównaniu z tradycyjnym bawełnianym knotem, paląc się przy tym długo, równo i czysto! Świeczki WoodWick® zawierają wysokiej jakości mieszankę wosku sojowego oraz wysoce skoncentrowanych olejków zapachowych, zapewniających intensywny, autentyczny i długo utrzymujący się zapach. Świeczki w szkle o eleganckim kształcie klepsydry oraz starannie wykonaną drewnianą pokrywką, stanowią doskonale pasujący dodatek do każdego wnętrza.




Już Wam o tym wspominałam, więc być może pamiętacie, że trafiła do mnie świeca z serii Trilogy, dzięki czemu poznać mogę aż trzy zapachy Woodwick. Warstwowo ułożony wosk stopniowo uwalnia pudrową kompozycję Baby Powder, potem kojarzącą się ze świeżym praniem Pure Comfort, a w końcu niosącą świeżość morskiej bryzy Paradise Blue. 

Mimo że mam tę świecę już od dobrych kilku tygodni, a za sobą kilka minimum trzygodzinnych sesji w jej pachnącym towarzystwie (taki okres pojedynczego palenia zaleca producent, ma to gwarantować równomierne wypalanie się świecy), zdążyłam poznać tylko pierwszy z zapachów, czyli Baby Powder. Świeca tej wielkości pali się aż przez 100 godzin, także będę się nią cieszyć jeszcze długo.

Co tak bardzo mnie w niej urzekło? Wygląd wyglądem (eleganckie, szklane opakowanie z drewnianymi elementami), zapach zapachem (swoją drogą śliczny, intensywny, wypełniający mój naprawdę sporych rozmiarów, otwarty na kuchnię salon), ale ten dźwięk! Knoty świec Woodwick w czasie palenia skwierczą niczym trzaskające w ogniu polana. Niesamowite! Wiedziałam, że knot ma wydawać ten dźwięk, ale szczerze mówiąc nie spodziewałam, się, ze będzie on tak głośny. Mnie osobiście bardzo on relaksuje, przywodząc na myśl kominek albo ognisko, uspokaja i wycisza. 




A woski? Również zasługują na wyróżnienie. Naturalną koleją rzeczy porównuję je do wosków Yankee Candle, które znam najlepiej, myślę, że i dla Was będzie to dobry punkt odniesienia. Nie mogę powiedzieć, że zapachy jednej czy drugiej marki są lepsze albo gorsze, to oczywiście kwestia gustu, a wybór w obu przypadkach jest ogromny, jednak w mojej opinii Woodwick wygrywa w kwestii komfortu używania. Wosk uformowany jest w gotowe porcje w postaci kostek, bardzo łatwo je odłamać, nic się nie kruszy i nie brudzi otoczenia, dla mnie to duży plus. Podobnie jak opakowanie, na tyle trwałe, że spokojnie można przechowywać w nim pozostałe kostki. W przypadku YC nie jest to możliwe, po rozerwaniu ochronnej folii i podzieleniu tarty, niewykorzystane części jakimś domowym sposobem trzeba zabezpieczyć samodzielnie.




Miałam okazję poznać trzy zapachy, z których najpiękniejszy okazał się dla mnie Fireside. Uchodzi on za sztandarową propozycję marki i wcale mnie to nie dziwi. Naprawdę przywodzi na myśl przytulny wieczór przy ogniu. Mimo ciepłych, otulających skojarzeń, jakimś sposobem jest to kompozycja lekka i dość świeża, z wyraźnie wyczuwalnym aromatem igliwia. Bardzo mi się spodobała i mam ochotę na dużą świecę o tym zapachu. 




Jak widzicie, lipiec w moim przypadku obfitował w zachwyty, i te kosmetyczne, i te niekosmetyczne. Pozostaję pod głębokim wrażeniem zarówno filtra, jak i moich pachnących zabaweczek i cieszę się przeogromnie, że mogłam Wam o nich napisać, zwracając na nie Waszą uwagę. Są tego warte! Koniecznie dajcie znać, czy zdołałam Was nimi zainteresować. A jeśli miałyście już z nimi do czynienia, liczę na to, że podzielicie się swoją opinią na ich temat ze mną i innymi czytelniczkami bloga. Czekam na Wasze komentarze, piszcie! Zdradźcie przy okazji, czy Wam też trafiły się w lipcu jakieś ciekawe odkrycia.


Buziaki, 
Cammie.


Jeśli zainteresowała Was oferta Woodwick,
to tradycyjnie odsyłam Was do Pachnącej Wanny KLIK,
darmowa dostawa przy zamówieniach powyżej 60 zł nadal aktualna!
Już niedługo będę miała zresztą dla Was zniżkę na zakupy w tym sklepie,
spodziewajcie się też atrakcyjnego konkursu :)))



niedziela, 29 czerwca 2014

Stopy jak marzenie, czyli odkrycie czerwca


Bardzo lubię posty z serii Odkrycia miesiąca, zawsze cieszę się, kiedy w swoich wiecznych poszukiwaniach natrafię na coś ciekawego i mogę zwrócić Waszą uwagę na jakąś szczególnie wyróżniającą się makijażową czy pielęgnacyjną perełkę. Dziś natomiast akcesorium! W czerwcu na pochwałę zasłużył bowiem elektroniczny pilnik do stóp Scholl Velvet Smooth.




Elektroniczny pilnik do stóp to metoda elektronicznego usuwania twardej skóry stóp - szybko i bez wysiłku. Podobna do tej, stosowanej w profesjonalnych salonach kosmetycznych. Pozostawia skórę stóp idealnie gładką i miękką, już po jednorazowym użyciu. Jedna głowica wystarcza przeciętnie na 12 zabiegów. Produkt wielokrotnego użytku. 


Scholl Velvet Smooth chodził za mną, od kiedy tylko kilka miesięcy temu pojawił się w sprzedaży. Grałam nawet o niego w kilku konkursach, ale niestety bez powodzenia. Jego regularna cena, sięgająca 170 zł, wydawała mi się jednak absurdalna (nadal zresztą mi się wydaje), więc nawet nie planowałam zakupu. Ale potem w sklepach zaczęły pojawiać się kolejne promocje, wróciłam więc do tematu i w końcu zorientowałam się, że na allegro można dostać ten gadżet już nawet za 100 zł. To nadal sporo, ale dla mnie do zaakceptowania, bo naprawdę chciałam ten pilnik mieć.




Co jest największą zaletą Velvet Smooth? Zdecydowanie łatwość, z jaką możemy doprowadzić stopy do bardzo dobrego stanu, praktycznie bez wysiłku, pilnik całą pracę wykonuje bowiem za nas. Wałeczek ścierający (wymienny, także o ile urządzenie okaże się bezawaryjne, może służyć przez lata) obraca się w stałym rytmie (baterie, które napędzają mechanizm, dołączone są do zestawu), stopniowo usuwając stwardniały naskórek, czyniąc stopy coraz gładszymi. Naszym zadaniem jest jedynie przesuwanie pilnika po kolejnych partiach skóry wymagających wygładzenia. Bezproblemowo, nieuciążliwie i bezboleśnie! W dodatku bezpiecznie, bo urządzenie "pilnuje" siły nacisku naszych rąk, samoistnie wyłączając się w przypadku zbyt dużego oporu, chroniąc tym samym skórę przed ewentualnym zranieniem. W tym punkcie duża przewaga nad pilnikiem manualnym Scholl, który kupiłam w zeszłym roku, a którym zdarzało mi się "przesadzić".

Scholl Velvet Smooth to naprawdę fajny gadżet, ale jednak nie bez wad. Wcale nie jest tak, że pedicure można zrobić w mgnieniu oka, choć producent tak to właśnie przedstawia. W rzeczywistości pilnik potrzebuje całkiem sporo czasu na wykonanie swojego zadania. Owszem, zdejmuje z nas praktycznie całą pracę, ale jest to proces dość czasochłonny. Mnie to akurat nieszczególnie przeszkadza, ale musicie mieć świadomość, że zabieg pielęgnacyjny z jego udziałem trochę trwa. Efekt za to rekompensuje wszystko. Zwłaszcza że potęgowany jest też potem tradycyjną pielęgnacją, bo wszelkie kremy na tak przygotowanych stopach działają po prostu lepiej.

Jestem z tego zakupu ogromnie zadowolona, to jest właśnie to, czego moje stopy, przez cały rok zamęczane wysokimi obcasami, potrzebują dla odzyskania miękkości i gładkości. Choć uczciwie Wam przyznam, że mimo wszystko regularna cena tego pilnika wydaje mi się za wysoka jak na jego możliwości. Gdybyście go zapragnęły, szukajcie raczej jakichś okazyjnych ofert.


Jakie macie nastawienie do takich wspomagających pielęgnację urządzeń? Byłybyście skłonne dać takiemu elektronicznemu pilnikowi szansę? A może już to zrobiłyście? Dajcie znać, jak dbacie o swoje stopy. Napiszcie też koniecznie, czy miałyście w czerwcu szczęście do kosmetycznych odkryć, zdradźcie, co ciekawego wpadło Wam w ręce. Czekam na Wasze komentarze! 

Buziaki,
Cammie.



czwartek, 29 maja 2014

Pochwała cierpliwości, czyli odkrycie maja


Z końcem miesiąca przychodzi czas na szybkie spojrzenie w tył i wybór produktu, który w ostatnich tygodniach zrobił na mnie największe wrażenie. Tym razem chciałabym wyróżnić Estee Lauder Lucidity Translucent Powder, puder sypki, który zdecydowanie zasłużył na miano odkrycia maja.




Lucidity chodził za mną od dawna, kusił mnie obietnicą jedwabiście gładkiej, rozpromienionej cery. Problem polegał na tym, że uparłam się na niedostępny w Europie odcień 06 Transparent. Europejska oferta obejmuje tylko trzy z sześciu kolorów, z których najjaśniejszy ma niestety wyraźnie różowe tony. Wiedziałam, że to nie dla mnie, rozpoczęłam więc metodyczne poszukiwania upragnionego odcienia na rynku amerykańskim. Nie udało mi się jednak znaleźć sklepu obsługującego zamówienia z Polski, a aukcje na ebay obarczone były zbyt dużym ryzykiem co do oryginalności produktu (Estee Lauder należy do powszechnie podrabianych marek). Pozostała więc stara dobra "truskawka", czyli strawberrynet.com, gdzie w bardzo korzystnych cenach kupić można wiele selektywnych dóbr kosmetycznych. Warto tylko uzbroić się w cierpliwość, bo asortyment nie jest stały i czasami trzeba się naczekać na dostępność upatrzonego produktu. Ja też musiałam czekać, ale czekałam, czekałam i w końcu się doczekałam! Po ładnych kilku tygodniach codziennego sprawdzania oferty, moja cierpliwość została nagrodzona. Nie dość, że pojawił się w sprzedaży odcień, o który mi chodziło, to jeszcze trafiłam na promocję, która przy i tak niskiej cenie regularnej pozwoliła mi skorzystać z 15% zniżki. Tym samym za puder, którego polska cena wynosi około 170 zł, zapłaciłam zaledwie stówkę. Przesyłka, jak zawsze w przypadku "truskawki", była bezpłatna, co uczyniło tę transakcję jeszcze bardziej atrakcyjną.




Rozpisałam się o zakupach, a miałam przecież zachwalać Lucidity. Muszę przyznać, że obietnice producenta naprawdę zostały spełnione, ten puder to po prostu photoshop w proszku.

Puder sypki przeznaczony dla cery suchej, normalnej i mieszanej. Zapewnia nieskazitelną, rozświetloną twarz. Spłyca optycznie zmarszczki i nierówności skóry. Zawiera specjalne drobinki rozpraszające światło, które pozwalają osiągnąć efekt idealnej ale naturalnej gładkości. Testowany dermatologicznie. 




Czytając opis tego pudru, można by spodziewać się drobin brokatu, tymczasem nic bardziej mylnego. Lucidity jest jednolity, a rozświetlenie, jakie daje, z brokatem nie ma nic wspólnego. Coś w jego składzie sprawia, że pięknie rozprasza światło, wygładzając cerę i łagodząc rysy twarzy. Marzenie dla dojrzałej cery z pierwszymi zmarszczkami, które cudownie pod tym pudrem znikają. Marzenie także dla cery z rozszerzonymi porami, bo Lucidity idealnie je ukrywa, pozostawiając twarz niezwykle równą, gładką i miękką. Daje naprawdę widoczne wygładzenie, nigdy wcześniej nie miałam pudru, który działałby w podobny sposób. Mam wrażenie, że to także duża zasługa jego konsystencji, sypkiej oczywiście, ale nieco kremowej. Nie umiem chyba tego dobrze wytłumaczyć, ale chodzi mi o to, że puder wydobywany z opakowania nie wypada z niego swobodnie, tylko zbija się w maleńkie grudeczki, które na skórze trzeba rozetrzeć. 




Nie jest to jednak puder uniwersalny, miłośniczki mocnego matu nie będą z niego zadowolone. Moja cera ma co prawda tendencję do przetłuszczania się, ale matu w kosmetykach nie szukam od dawna, cenię sobie lekki błysk, który w moich oczach nieco skórę odmładza (dlatego tak chętnie sięgam po kremy bb). Lubię, kiedy cera jest zdrowo rozświetlona i Lucidity mi to daje. Co najmniej jedną poprawkę makijażu w ciągu dnia i tak muszę zrobić, niezależnie od tego, czym się pomaluję, także brak silnych właściwości matujących w przypadku tego pudru w ogóle mi nie przeszkadza. 

Obawiam się tylko jednego. Czyżby Lucidity znikał z rynku? Zniknął z polskiej strony Estee Lauder, zniknął z internetowej oferty Douglasa, Sephora oferuje w tym momencie tylko jeden odcień. Sama nie wiem, co o tym myśleć, mam nadzieję, że to tylko jakiś dziwny zbieg okoliczności. Bo jeśli nie, to znaczy, że kupiłam go rzutem na taśmę ... Jeśli coś wiecie na ten temat, dajcie znać.

Miałyście do czynienia z Lucidity? Co myślicie o satynowym wykończeniu, jakie daje? Cenicie sobie subtelne rozświetlenie, czy dobrze czujecie się wyłącznie z mocno zmatowioną cerą? Koniecznie dajcie znać! Napiszcie też coś o swoich ulubionych pudrach. No i oczywiście o majowych kosmetycznych odkryciach. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Potrójne uderzenie, czyli odkrycie kwietnia | Bandi, krem z kwasem pirogronowym, alezainowym i salicylowym


Kosmetyczne odkrycie kwietnia? Tylko jedno, ale za to naprawdę znaczące. Krem, który w dwa tygodnie zrobił dla mojej cery więcej, niż inne specyfiki przez kilka miesięcy, Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym z serii Professional Line.




Nie traktujcie dzisiejszego wpisu jak pełnej recenzji, krem, o którym mowa, stosuję zaledwie od dwóch tygodni, zatem podzielić mogę się z Wami wyłącznie pierwszymi obserwacjami. Chodzi o to, że są one wyjątkowo zachęcające, koniecznie chciałam więc zasygnalizować Wam, że prawdopodobnie trafiłam na specyfik z ogromnym potencjałem. 

Krem Bandi (50 ml, 85 zł) to mocne, potrójne uderzenie w problemy cery skłonnej do zanieczyszczeń, oparte na działaniu trzech różnych, uzupełniających się kwasów (pirogronowego, azelianowego i salicylowego), wspomaganych dodatkowo glukonolaktonem, olejem makadamia, D-pantenolem i alantoiną. Producent obiecuje silne właściwości antybakteryjne i przeciwtrądzikowe, ograniczenie błyszczenia się skóry, oczyszczenie i zwężenie porów, wzrost nawilżenia i wygładzenie naskórka, poprawę elastyczności, jędrności i sprężystości skóry oraz zmniejszenie ilości przebarwień i blizn. I wierzcie mi, już po dwóch tygodniach widzę, że w większości tych zapewnień coś jest!

Działanie antybakteryjne i przeciwtrądzikowe? Tak. Zauważyłam znaczne ograniczenie ilości i częstotliwości pojawiania się stanów zapalnych, efekt widoczny był praktycznie od razu.

Ograniczenie błyszczenia się cery? Trudno powiedzieć, wiele zależy od pudru, po jaki sięgnę danego dnia, ale może rzeczywiście jest coś na rzeczy, bo ostatnio mój makijaż trzyma się przez cały dzień jak przyspawany.

Oczyszczenie i zwężenie porów? Tak. Może nie spektakularne, ale zauważalne. Liczę na dalszy postęp.

Wzrost nawilżenia i wygładzenia naskórka? Tak, komfort skóry z każdą aplikacją odczuwalnie się podnosi, wygładzenie widoczne jest gołym okiem.

Poprawa elastyczności, jędrności i sprężystości? Nie wiem. Dwa tygodnie to pewnie za krótko, żeby w tym aspekcie zaobserwować zmiany.

Zmniejszenie ilości przebarwień i blizn? Jak wyżej, na taki efekt na pewno potrzeba czasu. Ale muszę przyznać, że dzięki ograniczeniu ilości stanów zapalnych koloryt cery siłą rzeczy stopniowo się wyrównuje. Stare przebarwienia nadal są jednak wyraźnie widoczne.


Jestem tym kremem po prostu oczarowana, z każdą aplikacją (raz dziennie, na noc) widzę postępującą (choć łagodną, bez łuszczącej się skóry) poprawę stanu cery. Mam nadzieję, że nadal będzie się ona stopniowo pogłębiać i że za jakiś czas podtrzymam tak pozytywną opinię. Wiem, że może być różnie, przed zakupem przeczytałam pierdyliard recenzji tego kremu, z których często wynika niestety, że po pierwszych zachwytach przychodzi ostudzenie emocji, bo skóra po kilku tygodniach przestaje reagować na składniki aktywne. Mimo wszystko liczę na to, że będę wyjątkiem od tej reguły. 


Miałyście z tym kremem do czynienia? Jakie są Wasze doświadczenia? Naprawdę powinnam liczyć się z możliwością wytracenia przez niego swojego pielęgnacyjnego impetu? Koniecznie dajcie znać. I pochwalcie się, co takiego zachwyciło Was w kwietniu. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 1 kwietnia 2014

Krótko i na temat, czyli odkrycia marca


Planowałam napisać dziś długaśnego posta okraszonego mnóstwem zdjęć, tymczasem rozkłada mnie paskudne przeziębienie, będzie więc na miarę moich dzisiejszych możliwości, krótko i na temat. A zatem, odkrycia marca! Wpis w całości poświęcony moim nowym nabytkom z Inglota, cieniom do brwi i konturówce w pisaku.

Na punkcie brwi mam niezłego fioła, dbam o nie z gorliwością neofity. Pomyśleć, że jeszcze rok temu prawie nigdy ich nie podkreślałam! Dziś to dla mnie podstawa każdego makijażu. W ostatnich miesiącach wypełniałam je kremowym cieniem Maybelline Permanent Taupe, ale zauważyłam, że z biegiem czasu lekko wysechł, tracąc swoją masełkowatą konsystencję, przez co na brwiach zaczął zbijać się w maleńkie grudki. Zdecydowałam się więc na zmianę i wybór padł na cienie Inglota.






Wykorzystałam swoją starą paletkę i wypełniłam ją trzema odcieniami, 567, czyli ciemnym szarym brązem, 560, czyli neutralnym beżem i 373, czyli bielą. Dwa pierwsze cienie przeznaczone są typowo do brwi, biel to zwykły matowy cień z normalnej oferty.






Jestem niezwykle zadowolona z tego zakupu. Ciemnym brązem wypełniam wszystkie ubytki i podkreślam linię brwi, beżem delikatnie poprawiam ich kształt u nasady, biel służy mi do nienachalnego rozjaśnienia łuków brwiowych. Et voila! Na koniec utrwalam jeszcze wszystko bezbarwnym żelem.

Najciemniejszy z cieni to mój absolutny hit. To przepiękny chłodny kolor, niby brązowy, a jednak z taką domieszką szarości, że mimo mocnego nasycenia na brwiach wygląda bardzo naturalnie. Jest też dość miękki, dzięki czemu łatwo daje się wyczesywać. Dobrze wydane 10 zł! Przyjrzyjcie mu się przy okazji, będzie pasował każdej osobie o ciemnej oprawie oczu. Uwadze blondynek polecam z kolei beż. Dla mnie samodzielnie jest zdecydowanie za jasny, na pewno jednak pięknie podkreśli brwi kobiet o subtelniejszej urodzie. Zwłaszcza że też ma przyjemnie chłodny odcień, bez rudych czy pomarańczowych tonów.


Nie oparłam się też nowości marki, czyli czarnej konturówce do oczu w pisaku. Miałam co prawda pewne wątpliwości, bo kosztowała 35 zł, czyli niewiele mniej niż mój ulubiony liner L'Oreal Blackbuster, ale ostatecznie skusiłam się i nie żałuję.






Pisak Inglota jest bardzo poręczny, bardzo łatwy w obsłudze i bardzo, bardzo czarny! Daje dużo mocniejszą czerń niż L'Oreal [pisałam o nim TUTAJ, możecie też zobaczyć tam Maybelline Permanent Taupe na brwiach], dzięki czemu zyskuje nad nim przewagę. Kreski malują się niemal same, w dodatku trzymają się cały dzień. Precyzyjna końcówka pozwala na wyrysowanie linii zarówno cienkich, jak i wyrazistych, grubych, co czyni z tego pisaczka narzędzie bardzo uniwersalne. Polubiłam go od pierwszego użycia. Naprawdę wart jest polecenia! Do kompletu z tym linerem w nowej ofercie marki znalazł się też tusz do rzęs, zastanawiam się, czy jest równie dobry. Przy okazji sprawdzę.


W tym miejscu powinno znaleźć się zdjęcie, na którym pokazałabym moje odkrycia w akcji, ale uwierzcie mi, z opuchniętym od kataru nosem i zaczerwienionymi, łzawiącymi oczami nie chcecie mnie oglądać ;))) Także wybaczcie, ale innym razem. Tymczasem może pochwalicie się, co ciekawego same odkryłyście w marcu? Piszcie! Dajcie też znać, czym podkreślacie swoje brwi, jakie produkty polecacie? Ten temat ciągle niezmiernie mnie interesuje. No mam fioła, mam ...


Całuję!
Albo nie, bo jeszcze Was pozarażam :DDD
Cammie.




czwartek, 27 lutego 2014

Jakość za grosze, czyli odkrycia lutego


Muszę przyznać, że w lutym miałam wyjątkowe szczęście do udanych zakupów, zwłaszcza tych nieplanowanych, spontanicznych. Zaczęło się od świetnego BB kremu Skin79 Scandal Rose&Vanilla, o którym pisałam Wam TUTAJ, zaraz potem w poszukiwaniu nowego kremu pod oczy zawędrowałam do sklepu Kalina, gdzie pod wpływem impulsu nadprogramowo wrzuciłam do koszyka dwie niepozorne, śmiesznie tanie tubki. Czy muszę dodawać, że to właśnie tamten impuls skutkuje dzisiejszym postem o odkryciach lutego? :)))


Uwierzcie mi, to był naprawdę spontaniczny zakup. Nigdy wcześniej o marce Bioluxe nawet nie słyszałam. Pchana ciekawością, zaintrygowana opisami i atrakcyjnymi składami, zachęcona zaskakująco niską ceną (zaledwie 6 zł za sztukę!), wiele nie ryzykując zdecydowałam się wziąć na próbę krem aloesowy oraz krem z ekstraktem z zielonej herbaty. Okazało się, że te przypominające pastę do zębów tubki kryją naprawdę godne uwagi wnętrze!  






BIOLUXE

Krem aloesowy 

Krem na bazie organicznych ekstraktów z Aloesu intensywnie i bardzo szybko nawilża skórę, likwidując uczucie suchości i szorstkości. Tylko naturalne oleje, bez parabenów, produktów z przerobu ropy naftowej, silikonów i barwników.

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cocoglycerides, Stearic Acid, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Cocos Nucifera Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Glycerin, Potassium Hydroxide, Parfum, Benzoic Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.

Tonizujący krem z organicznym ekstraktem z zielonej herbaty 

Krem na bazie organicznych ekstraktów z Zielonej Herbaty posiada działanie tonizujące, zwęża pory, poprawia sprężystość i aktywność skóry. Tylko naturalne oleje, bez parabenów, produktów z przerobu ropy naftowej, silikonów i barwników. 

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cocoglycerides, Stearic Acid, Camelia Sinensis Leaf Extract, Cocos Nucifera Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Glycerin, Potassium Hydroxide, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.






Serio, nie spodziewałam się takiej jakości, zakładając, że za 6 zł nie powinnam oczekiwać cudów. Tymczasem oba kremy są po prostu doskonałe. Wyraźnie się jednak od siebie różnią. Moim faworytem został nieco treściwszy niż jego herbaciany brat mocno nawilżający krem aloesowy, który działa jak kompres, odżywiając skórę i miękko ją otulając, dobrze się przy tym wchłaniając, bez pozostawiania tłustej warstwy, świetnie sprawdzając się zarówno na noc, jak i na dzień pod makijażem. Lubię uczucie odprężenia, które towarzyszy każdej aplikacji, moja skóra po prostu spija ten krem, który najwyraźniej bardzo jej służy. 

Krem herbaciany jest lżejszy i mniej odżywczy, jego działanie rzeczywiście można opisać jako tonizujące, co widać po ściągniętych porach. Wchłania się do zera, pozostawiając skórę ukojoną i wygładzoną, jednak nie daje tej charakterystycznej miękkości, która tak bardzo odpowiada mi w przypadku wersji aloesowej. Na pewno mocniej za to wygładza cerę, co z pewnością dla części z Was czyni z niego lepszą propozycję na dzień. Myślę, że ma szansę spodobać się młodym osobom, szukającym kremu pomagającego utrzymać kapryśną cerę w ryzach. Dla mnie jest nieco za słaby do codziennego stosowania, co nie zmienia faktu, że i tak uważam go za naprawdę interesujący produkt.

Zachwyciły mnie te kremy, zwłaszcza aloesowy, który doskonale uzupełnił lukę wśród moich kosmetyków. Okazało się bowiem, że serum Yves Rocher, które zachwalałam miesiąc temu ---> KLIK, ma jednak zbyt silne działanie, żebym mogła wyłącznie na nim oprzeć pielęgnację swojej twarzy, stosowane codziennie odczuwalnie wysuszało mi cerę. Także nawilżające właściwości kremu Bioluxe był idealną odpowiedzią na moje potrzeby. Teraz używam tych produktów zamiennie, a moja cera czuje się doskonale. A skoro już wspomniałam o Yver Rocher, to dodam jeszcze, że maseczką glinkową, o której również pisałam w przytaczanym przed chwilą poście, nadal jestem zachwycona i stosuję ją regularnie dwa razy w tygodniu.


Na koniec słówko o kremie, od którego w ogóle wszystko się zaczęło. Nie byłoby żadnych zakupów w sklepie Kalina, gdybyście nie poleciły mi kolagenowego kremu pod oczy Baikal Herbals. To właśnie dla niego zrobiłam zamówienie. Dzięki za rekomendację, nie zawiodłam się!






BAIKAL HERBALS

Kolagenowy krem pod oczy

Kolagenowe serum pod oczy stworzone na bazie ekstraktów z roślin Bajkału. Krem intensywnie pielęgnuje skórę powiek pomagając na długo zachować jej sprężystość i młodość. Roślinny kolagen przywraca skórze elastyczność, wygładza zmarszczki. Niebieski Len odżywia i uspokaja skórę. Lilia daurska doskonale tonizuje skórę. Organiczny ekstrakt z aloesu jest świetnym środkiem przeciwzapalnym, rozszerza naczynia włosowate, posiada właściwości regenerujące, nawilża suchą skórę. Organiczny olej z szałwii poprawia proces odbudowy kolagenu w skórze, przywracając jej sprężystość. Dzięki naturalnym aktywnym składnikom krem likwiduje drobne zmarszczki wokół oczu, wygładza skórę i przywraca jej jędrność, Spojrzenie nabiera blasku młodości. Bez parabenów i PEG. 

Aktywne ekstrakty i olejki: niebieski len - 80mg, daurska lilia - 32mg, roślinny kolagen - 15mg.






Bardzo, bardzo dobry krem o lekkiej konsystencji. Doskonale nawilża, momentalnie przynosząc ulgę wrażliwej skórze wokół oczu. Nie uczula, nie podrażnia, nie roluje się. Nie wiem, jak z działaniem przeciwzmarszczkowym, bo to oceniać musiałabym w dłuższej perspektywie, ale do jego walorów pielęgnacyjnych nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Skóra wokół oczu jest dzięki niemu odprężona, ukojona, a co najważniejsze, dogłębnie nawilżona i to widać. Do tych pochwał dołącza się moja koleżanka, która skusiła się na ten krem razem ze mną i jest równie zadowolona z zakupu. Bardzo dobrze zainwestowane 20 zł! Aż nabrałam ochoty na inne specyfiki z Baikal Herbals. 


Krem pod oczy, choć świetny, nie jest jednak gwiazdą tego posta, palma pierwszeństwa zdecydowanie należy się w lutym kremom Bioluxe. Żałuję, że nie kupiłam od razu trzeciej dostępnej wersji, z ekstraktem z awokado. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, wezmę następnym razem. Tymczasem jeszcze raz zwracam Waszą uwagę na krem aloesowy oraz herbaciany. Jakość za grosze!


Miałyście do czynienia z marką Bioluxe? Co myślicie o jej produktach? Jakie kosmetyczne perełki trafiły się Wam w lutym? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.