beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'Oreal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'Oreal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Chyba upadłam na głowę, czyli moja wakacyjna kosmetyczka z kolorówką


Pakując swoją wakacyjną kosmetyczkę z kolorówką, musiałam chyba na głowę upaść. Czego w niej nie było! BB kremy o różnym stopniu krycia, "bo przecież nie wiadomo, w jakim stanie będzie moja cera", korektory do różnych zadań specjalnych, "bo przecież muszę mieć coś lżejszego pod oczy i coś cięższego na przebarwienia", pudry o różnych formułach, "bo przecież sypki sypkim, no ale w razie czego muszę mieć prasowany do torebki", róż i rozświetlacz, "bo przecież to w końcu lato, odrobina blasku musi być", coś do rzęs, coś do brwi, a nawet liner i paletka cieni, "bo przecież na pewno będę chciała na wieczorne spacery mocniej się pomalować". Taaaa ... Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, ale upał szybko i skutecznie zniechęcił mnie do makijażu. Gdybym pakowała kosmetyczkę dziś, jej zawartość wyglądałaby zgoła inaczej. Wiozłam to wszystko przez pół Europy, a jak przyszło co do czego, okazało się, że sięgam po najwyżej kilka rzeczy. Jeśli ciekawi Was, co okazało się must have i sprawdziło się w gorącym chorwackim klimacie, zapraszam na krótką prezentację! 




  1. Skin79 Complete CC Cream Correct - moje podkłady i bb kremy w temperaturach sięgających niemal 35 stopni byłyby pomyłką, na szczęście miałam ze sobą leciutki CC krem Skin79, który mimo wysokich temperatur zupełnie nie obciążał skóry, kryjąc przy tym na tyle dobrze, żebym wychodząc do ludzi nie czuła się niekomfortowo z moimi przebarwieniami. Dodatkowy plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną!
  2. Innisfree No-Sebum Mineral Powder - najlepszy! Wspaniały, sypki, niezwykle skuteczny matujący puder utrwalający, który nie zawiódł mnie nawet w największym upale. Pisałam Wam o nim TUTAJ.
  3. MAC Well Dressed - mój ukochany (niestety już mi się kończy ...), leciutko rozświetlający róż o niepowtarzalnym jasnym odcieniu. Uniwersalny, nadaje się na każdą okazję i każdą pogodę. W pełnym słońcu też pięknie wyglądał, ładnie ożywiał cerę.  
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - czarny tusz, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Bardzo tani i zaskakująco jak na swoją cenę dobry (niespełna 10 zł). Lubię sposób, w jaki rozdziela rzęsy. Dał radę.
  5. Golden Rose Eyebrow Powder nr 104 - mój ulubiony od kilku miesięcy cień do brwi w naturalnym odcieniu dość ciemnego, chłodnego brązu. Dla części z Was kosmetyk tego typu w takim upale jest zbędny, ale moje brwi, choć z natury ciemne i wyraziste, nie mają niestety regularnego, pełnego kształtu i wymagają korekty, więc przynajmniej minimalne poprawki są konieczne. Wakacje, czy nie wakacje, brwi lubię mieć podkreślone!
  6. L'Oreal Brow Artist Plumper - żel utrwalający do brwi. Świetny, wielokrotnie Wam o nim wspominałam (chociażby TUTAJ). Spisał się bez zarzutu.

To w zasadzie tyle. Niewiele tego, prawda? Na koniec wspomnę jeszcze tylko o lakierze do paznokci i perfumach, bez jednego i drugiego nigdzie się nie ruszam. Jeśli chodzi o paznokcie, przez cały wyjazd towarzyszył mi neonowy róż Maybelline Forever Strong Super Stay Gel Nail Color 155 Bubble Gum, a co do zapachu, to postawiłam na jeden ze swoich odwiecznych ulubieńców, L de Lolita, kojarzący mi się właśnie ze słońcem, morzem i morską solą.

Pozwólcie, że poświęcę jeszcze parę słów kremowi CC, jakiś czas temu wygrałam go w konkursie i nie miałam jak dotąd okazji szerzej o nim napisać, a podejrzewam, że część z Was może być tym produktem zainteresowana. 

Skin79 Complete CC Cream Correct ma ciekawą formułę, dzięki której pod wpływem rozcierania na skórze zmienia kolor z białego na żółtawy, świetnie dostosowując się do karnacji. Serio, w życiu nie miałam podkładu, który tak dobrze by to robił. Jest lekki (na zdjęciu niżej nałożony grubą warstwą, żebyście cokolwiek zobaczyły), daje więc niewielkie krycie, spokojnie jednak można je budować. Wykończenie nazwałabym satynowym, ale nieprzesadnym, doskonale imitującym zdrową, promienną skórę. Na mojej przetłuszczającej się cerze wymaga przypudrowania, ale osoby o cerze normalnej bądź suchej pewnie mogą to sobie podarować. Jasny, żółtawy, doskonale dopasowujący się odcień, piękny efekt na skórze, lekka formuła, ochrona przeciwsłoneczna (SPF 30, PA++) i bardzo funkcjonalne opakowanie z pompką, brawo! Wspaniała propozycja na lato.




Również zdarza Wam się przesadzić z ilością zabieranych w podróż kosmetyków kolorowych? Też macie poczucie, że musicie zabezpieczyć się na każdą okazję? Z takim nastawieniem łatwo przesadzić. A koniec końców i tak okazuje się, że w ruch idzie parę produktów na krzyż. Co to jest w Waszym przypadku? Bez jakiego kosmetyku absolutnie nie wyobrażacie sobie żadnego wyjazdu? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Dajcie też znać, czy znacie produkty z mojej kosmetyczki, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat.

Buziaki,
Cammie.



sobota, 10 stycznia 2015

Retrospekcja, czyli podsumowanie minionego roku | długi post o wszystkim!


Trudno było mi zmobilizować się do napisania tego posta, długo szukałam formy, w jakiej mogłabym go ująć, ale w końcu jest, podsumowanie minionego roku! Mam nadzieję, że nie znudziły się Wam jeszcze wszechobecne ostatnio blogowe retrospekcje i z ciekawością rzucicie okiem na to, co przygotowałam. Zapraszam!

Zwlekałam, bo nie do końca wiedziałam, jaki ten wpis ma być, wiedziałam na szczęście przynajmniej, jaki ma nie być, a to już połowa sukcesu :))) A zatem, nie będzie to post o kosmetycznych odkryciach, bo takie pisałam przez cały rok regularnie co miesiąc ---> KLIK. Nie będzie przypominania najpopularniejszych treści, jakie w ciągu roku pojawiały się na blogu, bo uważam, że publikowane regularnie podsumowania z serii Summa Summarum ---> KLIK wyczerpały już temat. Nie będzie statystyk, bo to nudne. Nie będzie też typowych recenzji,  bo to nie czas i miejsce, spodziewajcie się raczej luźnych refleksji i swobodnie biegnących myśli. Te wszystkie zastrzeżenia nie oznaczają jednak, że będzie syntetycznie, oj nie! Lubicie długie posty, prawda? :DDD

Na dobry początek kosmetyki kolorowe, które postanowiłam wyróżnić. W 2014 roku miałam do czynienia z wieloma produktami, zarówno z nowościami, jak i ze znanymi od lat bestsellerami, i z górnej, i z dolnej półki, jednak kiedy się dobrze zastanowiłam, okazało się, że z całego tego kolorowego rogu obfitości systematycznie sięgałam tylko po kilka.




Na miano kosmetyku roku zdecydowanie zasłużył czarny liner w pisaku Blackbuster z L'Oreal ---> KLIK. Uwielbiam go! Namalowanie ładnej kreski nigdy nie było tak łatwe. Odkąd pod koniec 2013 roku skusiłam się na niego po raz pierwszy, co parę miesięcy kupuję nową sztukę i nawet nie rozglądam się za niczym innym. Jedynie raz zrobiłam skok w bok, zdradzając go na rzecz podobnego i nieco tańszego pisaka z Inglota, który po pierwszych zachwytach rozczarował mnie jednak kiepską wydajnością. Drugi raz tego błędu nie popełnię, na tę chwilę nie chcę niczego innego, Blackbuster to dokładnie to, czego potrzebuję.

W 2014 roku po raz pierwszy miałam styczność z kosmetykami marki FM, której katalog wywarł na mnie takie wrażenie (bez kitu, najładniej wydany katalog kosmetyczny, jaki widziałam!), że zapragnęłam zrobić zamówienie. Prasowany puder bambusowy ---> KLIK, który wtedy kupiłam, tak mi się spodobał, że już nie wyobrażam sobie nie mieć go w kosmetyczce, czego wyrazem jest fakt, że właśnie przymierzam się do zakupu trzeciego już opakowania. To chyba mówi samo za siebie. Nadal bardzo lubię też przepięknie wygładzający cerę puder Lucidity Estee Lauder ---> KLIK, który w ciągu minionego roku wielokrotnie Wam zachwalałam, ale jeśli chodzi o niezawodność, w sensie utrwalania makijażu, FM jednak wygrywa, poza tym nie chciałam umieszczać dwóch pudrów w zestawieniu.

W 2014 roku nie ustawałam też w poszukiwaniach idealnego kremu BB. Spróbowałam kilku, a najlepszym okazał się Skin79 Dear Rose BB Cream ---> KLIK. Przyjemnie lekki, jasny, żółtawy i przyzwoicie kryjący - właśnie tak opisałabym go, gdybym miała to zrobić w skrócie. Szkoda tylko, że jest tak trudno dostępny, na zwykle niezawodnym ebay pojawia się coraz rzadziej ... 

Nie mogę nie wspomnieć o moim ukochanym różu, czyli Golden Rose Terracotta Blush 07. Sprawa jest przedziwna, bo sięgam po niego zdecydowanie najczęściej, ignorując wszystkie moje piękne maczki czy inne szanele, a jeszcze chyba nigdy nie pokazałam go na blogu. A zatem robię to dziś, dodając, że ma cudowny, bardzo jasny, chłodny odcień, a dzięki wypiekanej formule daje ożywiające cerę rozświetlenie. Wymarzony róż dla osób o bladej skórze.

Na koniec rzecz o korektorze. A w zasadzie o kamuflażu, bo mowa o Catrice Camouflage Cream. Bardzo dobry produkt, świetnie kryjący i trwały, a w dobranym kolorze niewidoczny na skórze. W dodatku niedrogi. Był to dość przypadkowy zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jako że mam do ukrycia sporo przebarwień, posiłkuję się nim w każdym makijażu i myślę, że jak przyjdzie czas (już niebawem, ze względu na upływ terminu zdatności do użycia), kupię kolejne opakowanie. Polecam wszystkim borykającym się z problematyczną cerą.

A pielęgnacja? W 2014 roku skoncentrowana była wyłącznie na walce z przebarwieniami cery, opierając się głównie na produktach z kwasem azelainowym (Acne-derm i Skinoren, moi najlepsi przyjaciele!), który stosować można w zasadzie bez ograniczeń, niezależnie od pory roku, ale sięgałam też oczywiście po inne preparaty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Napisanie posta o przebiegu mojej kuracji jest dla mnie blogowym priorytetem na najbliższe tygodnie, także spodziewajcie się niebawem obszernej relacji, a póki co poznajcie specyfiki, które z perspektywy czasu oceniam najwyżej. Jako bonus dorzucam suplementy, które w końcówce roku pomogły mi uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów.





Zdecydowanie najdłużej był ze mną kupiony wczesną wiosną delikatnie złuszczający krem Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym ---> KLIK. Wiem, że zdania na jego temat są różne, od entuzjastycznie pochlebnych po skrajnie krytyczne, ja w każdym razie jestem jego gorącą zwolenniczką. Bardzo dobrze wpływał na stan mojej cery, nie usuwając co prawda w jakiś wyraźny sposób przebarwień, ale trzymając ją w ryzach i stopniowo wygładzając. Przyznaję jednak, że jego początkowo silne działanie z biegiem czasu słabło, jakby skóra coraz słabiej reagowała na jego składniki, także lubiłam robić sobie od niego kilkutygodniowe przerwy, po których znowu odczuwałam jego moc. Podsumowując, świetny krem dla wymagającej, skłonnej do zanieczyszczeń skóry.

Prawdziwym pogromcą przebarwień (i nie tylko) okazał się Locacid, czyli krem z retinoidem w postaci tretinoiny. Od razu uprzedzam jednak, że jest to preparat wydawany na receptę, miejcie tego świadomość. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tej kuracji nie obawiałam, bo z retonoidami nie miałam wcześniej do czynienia, na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. Okupując co prawda efekty pewnymi skutkami ubocznymi (łuszczenie się, przesuszenie i uwrażliwienie skóry), z dnia na dzień cieszę się coraz ładniejszą cerą. Szczegóły, tak jak zapowiadałam wyżej, w jednym z kolejnych postów, już teraz zapraszam.

Uzupełnienie mojej kuracji stanowi oczyszczający płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego Pharmaceris z serii T, który stosuję po prostu jak zwykły tonik. Genialny! Mam już drugie opakowanie, na pewno będą też kolejne. Jest stosunkowo niedrogi i bardzo, bardzo skuteczny. Więcej o nim w swoim czasie.

Na zdjęciu widzicie też dwa produkty La Roche-Posay, ale wspomnieć chcę tylko o jednym, mianowicie kremie Toleriane Ultra Fluid, silnie nawilżającym specyfiku do cery wrażliwej. Na moją zmaltretowaną Locacidem skórę działa jak przynoszący ulgę kompres. Świetny, odczuwalnie kojący, w żaden sposób nie szkodzący cerze krem. Leżący obok żel do mycia twarzy Effaclar nie spisał się już niestety tak dobrze, ale o tym innym razem.

Pisząc o pielęgnacji, nie mogę nie poświęcić chwili suplementom, które poratowały mnie w kłopocie z włosami, które parę miesięcy temu leciały mi z głowy jak szalone, codziennie gubiłam ilości grubo przekraczające normę. Przekopałam internety i w pierwszym odruchu zdecydowałam się dać szansę Calcium Pantothenicum, ale dopiero polecony mi przez Was Biotebal przyniósł pożądane, w dodatku błyskawiczne efekty. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłam już po zaledwie dwóch tygodniach regularnego przyjmowania tych tabletek, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. W tym momencie mogę powiedzieć, że dzięki nim problem znacznie ograniczyłam. Zapamiętajcie tę nazwę, to działa! Jeszcze Wam zresztą o tym suplemencie przypomnę, o moich zmaganiach z wypadającymi włosami planuję napisać kiedyś odrębnego posta.

To oczywiście nie jest tak, że napisałam Wam o wszystkim, co systematycznie stosowałam. Jest cała masa kosmetyków, do których regularnie w minionym roku wracałam (żeby wspomnieć chociażby stosowany do włosów olej kokosowy, płyn micelarny Garnier, delikatny żel-krem łagodzący Be Beauty do mycia twarzy, emulsję z granatem Alterra, olejki do ciała Alverde, chusteczki do demakijażu Cleanic, czy serum do rąk Evree Max Repair), uznałam jednak, że gdybym miała tak wszystko wymieniać, zanudziłabym Was na śmierć. Skupiłam się więc na creme de la creme, produktach, które z różnych względów najbardziej zapadły mi w pamięć.

Cofam się zatem w czasie raz jeszcze, przywołując w pamięci moje ulubione w 2014 roku lakiery do paznokci. Muszę przyznać, że mój gust ostatnio nieco się odmienił, wśród preferowanych dotąd przeze mnie nasyconych kolorów niespodziewanie znalazły się także odcienie jasne i delikatne. Spójrzcie zresztą. 




Kolorem roku ogłaszam ciemny, mocny róż Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK. Dlaczego? Bo to on zdecydowanie najczęściej gościł na moich paznokciach, zarówno na dłoniach, jak i na stopach. W ogóle całą tę serię polubiłam, za ogromną gamę kolorów, za wygodny pędzelek i za trwałość. Myślę, że będę do niej jeszcze nie raz wracać.

Lakierem, który przyczynił się do zmiany moich kolorystycznych upodobań, był Essie Topless & Barefoot w pięknym, idealnie wyważonym odcieniu nude ---> KLIK. Trafił do mnie przez przypadek, a dziś nie wyobrażam sobie nie mieć go pod ręką. Sprawdza się w każdej sytuacji, jest klasyczny i elegancki. Bardzo lubię łączyć go z piaskowym złotem Golden Rose (Holiday Nail Color nr 82).

Z końcem roku trafił do mnie duet O.P.I. z dość starej już co prawda kolekcji New York City Ballet, w postaci mlecznobiałego lakieru Don't Touch My Tutu i srebrnego toppera Pirouette My Whistle ---> KLIK. Miłość od pierwszego wejrzenia!

W 2014 roku pogłębiła się też moja słabość do czerwieni. Moje poszukiwania idealnego odcienia zaowocowały dwoma wspaniałymi lakierami, Rimmel Salon Pro Hip Hop ---> KLIK, który przepięknie prezentował się w letnim słońcu, i Essie A list ---> KLIK, jeden z moich ostatnich nabytków, który szybko zyskał status zimowego ulubieńca. Ale myślę, że w kwestii czerwieni nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa :))) Za parę dni się zresztą przekonacie.

Pozwólcie, że teraz zatrzymam się na chwilę przy ulubionych gadżetach. Moja krótka lista liczy zaledwie trzy punkty, ale każdy jest mocny!





Jeśli chodzi o gadżet kosmetyczny, to rok 2014 należał do szczoteczki sonicznej Clarisonic. Mój model to Mia 2, pisałam Wam o nim TUTAJ. Jedna z lepszych inwestycji w urodę, jakie w życiu zrobiłam, dzięki tej szczoteczce oczyszczanie twarzy weszło na nowy dla mnie, dużo wyższy poziom. Chwilowo co prawda, ze względu na uwrażliwienie skóry przez Locacid, nie korzystam z niej, ale z ogromną przyjemnością wrócę do niej po zakończeniu kuracji. Albo i szybciej, o ile kupię odpowiednią dla cery wrażliwej końcówkę.

Clarisonic kupiłam na początku roku, z jego końcem natomiast rzutem na taśmę do moich ulubionych gadżetów dołączył nowy telefon, iPhone 6. Normalnie pewnie bym Wam o tym nie pisała, ale ostatnie dwa lata z jego poprzednikiem (HTC) były tak trudne (żeby wspomnieć tylko o ciągłym zawieszaniu się, czy samoczynnym wyłączaniu ...), że różnica jest dla mnie szokująca i po prostu nie mogę tego przemilczeć. Stary wylądował na dnie szuflady (choć zarzekałam się, że zrzucę go z najwyższego budynku w mieście :DDD), a nowy z każdym dniem coraz bardziej mnie zachwyca, jest wielofunkcyjny, intuicyjny i przede wszystkim niezawodny.

Ale to nie telefon zasłużył na miano gadżetu roku, tytuł ten zgarnia Kindle Paperwhite II! Mniej więcej w połowie roku pożegnałam się ze starszym modelem (wcześniej miałam 4 Touch), wymieniając go na nowsze cacko. Całkiem niedawno o nim pisałam, więc teraz nie będę się powtarzać, odsyłam Was po prostu do tamtego tekstu ---> KLIK. Spisuje się świetnie, uwielbiam wszystkie jego funkcje, wprost nie wyobrażając sobie bez niego życia. Wspaniałe urządzenie, wszystkie książki świata w zasięgu kilku kliknięć, zawsze pod ręką.

Skoro już o książkach mowa, to chciałabym płynnie przejść do tematu najważniejszych dla mnie lektur ubiegłego roku. Miałam problem z dokonaniem wyboru (policzyłam, w ciągu roku przeczytałam 53 pozycje, było z czego wybierać), ale udało się.




Autorka, której twórczość zrobiła na mnie największe wrażenie, to Joanna Bator. Jej "Piaskowa Góra" ---> KLIK to zdecydowanie najlepsza książka, po jaką sięgnęłam w 2014 r. Z wytypowaniem tej pozycji nie miałam akurat żadnego problemu. To jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina, mądra, klimatyczna, napisana pięknym językiem. Kto nie czytał, niech koniecznie to zrobi!

Wyraźny ślad po sobie zostawiła we mnie także dwutomowa "Antologia polskiego reportażu XX wieku" opracowana pod redakcją bardzo przeze mnie cenionego Mariusza Szczygła, zbiór najważniejszych i najciekawszych reportaży dwudziestego stulecia ---> KLIK. Ciągle żywe jest też we mnie wspomnienie o ni to śmiesznej, ni to strasznej książce "On wrócił" Timura Vermesa, w której autor, ubierając fabułę w humorystyczne fatałaszki, snuje tak naprawdę wstrząsającą wizję współczesnego świata, w którym ponownie zjawia się Hitler razem ze swoją chorą ideologią ---> KLIK

Książki książkami, a co z serialami? W 2014 roku obejrzałam ich naprawdę sporo, ale wyróżnić chcę tylko kilka.




Po pierwsze Breaking Bad, za wszystkie emocje i za jedynego w swoim rodzaju Waltera White'a. Po drugie House of Cards, za intrygę i klimat. Po trzecie Suits, za dwóch przystojniaków i jednego Louisa Litta ;))) Po czwarte Sherlock, za całokształt. No i po piąte, last but not least, The big bang theory, za niesamowitą dawkę humoru.

Gdybym miała wybrać słowo roku, postawiłabym na rutynę. Rok 2014  upłynął mi spokojnie, dni  i tygodnie toczyły się jeden za drugim z góry ustalonym trybem, powtarzalnym, może i nudnym, ale bezpiecznym. Właśnie tego potrzebowała moja rodzina i cieszę się, że mogłam jej to zapewnić, dzieląc czas między pracę i dom. Choć nie ukrywam, że emocją roku było poczucie poświęcenia, rezygnacji z wielu własnych przyjemności życia toczącego się poza domem. Myślę, że dobrze rozumieją mnie wszystkie matki małych dzieci, przez większość czasu zdanych wyłącznie na ich opiekę. Niech no tylko moja córa podrośnie! :)))

A blog? To też ważna część mojego życia, więc na koniec poświęcę mu kilka zdań. W 2014 roku, jak pewnie zauważyłyście, przeszedł małą metamorfozę, pisałam zdecydowanie rzadziej, mniej miejsca poświęcając typowym recenzjom, więcej natomiast tematom luźnym, szeroko rozumianym okołourodowym i z braku lepszego słowa powiedzmy, że lajfstajlowym. Wyszło tak w sumie samoistnie, ale No to pięknie! ma się dobrze, nowych czytelników stale przybywa, więc chyba zmierzam w dobrym kierunku? Gdzie jest kres tej drogi, jeszcze jednak nie wiem, bo skłamałabym twierdząc, że blogowe zwątpienia są mi obce. Myśli o zawieszeniu lub nawet całkowitym zamknięciu bloga pojawiały się w mojej głowie w minionym roku często jak nigdy. Póki co jestem na etapie kolejnej fali entuzjazmu, ale co będzie w przyszłości? Nie wiem. Piszę zupełnie szczerze. Mam nadzieję, że mimo wszystkich chwil zniechęcenia, jakie pewnie mnie czekają, spotkamy się tu przy okazji podobnego posta za rok.

A tymczasem raz na zawsze pożegnajmy rok 2014. Już wiecie, jaki był dla mnie, zdradźcie więc, jak Wam upłynął, dobrze czy źle? Może chciałybyście pochwalić się jakimś kosmetycznym bądź niekosmetycznym odkryciem? Może macie ochotę napisać mi o jakimś ważnym dla Was wydarzeniu? A może po prostu chcecie odnieść się do jakiejś kwestii, którą dziś poruszyłam? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 7 stycznia 2014

Czerń i granat, czyli nie ma jak spontaniczne zakupy!


Ależ mnie wzięło na ciemne paznokcie! I to naprawdę ciemne, żadnych kompromisów, sto procent czerni w czerni. Planowałam kupić Essie Licorice, ale oczywiście ze względu na niedawną promocję pół szafy wymiotło i nic z moich planów nie wyszło. Pocieszyłam się więc maluszkiem z Max Factor, Max Effect 36 Lacquer Noir

Już już wychodziłam ze sklepu i dosłownie w ostatniej chwili kątem oka dostrzegłam kuszący błysk w szafie L'Oreal. Jak dobrze, że się zatrzymałam! Nie wiem, czy to była ekspozycja nowości, czy jakiejś kolekcji limitowanej, na nic nie patrzyłam, tylko od razu porwałam z półki to cudo, przepiękny granatowy topper Color Riche 837 Bling Bling Bang! Od pierwszej chwili wiedziałam, że stworzy idealny duet z czernią.






Jestem pod ogromnym wrażeniem efektu, jaki daje połączenie tych dwóch lakierów. Czerń Max Factor okazała się głęboka i błyszcząca, stanowi też doskonałe tło dla granatowego akcentu na palcu serdecznym. Patrzcie ("i podziwiajcie", chciałoby się dodać :DDD).












Jestem ogromnie zadowolona z tych spontanicznych zakupów! Co prawda oba lakiery nie należą do najtańszych, bo Max Factor kosztował chyba 20, a L'Oreal 30 zł (swoją drogą za tę cenę mogliby się bardziej postarać i precyzyjniej przyciąć pędzelek, trafił mi się jakiś rozwichrzony ...), ale myślę, że przynajmniej dla granatu trudno byłoby znaleźć tańszy zamiennik, niezłą czerń pewnie można kupić taniej.


Jak Wam się podoba takie zestawienie? Mam nadzieję, że podzielacie mój zachwyt. Postaram się niebawem pokazać Wam ten granat w połączeniu z innymi lakierami, czekam na wzorniki, które kupiłam na ebay, jak w końcu dojdą, zrobię serię poglądowych zdjęć.


A jeśli z czernią Wam nie po drodze, to może bardziej przypadnie Wam do gustu moja kolejna propozycja, listonosz przyniósł mi dziś przesyłkę ze Snow Angel od Lynnderelli! KLIK Ale o tym innym razem. Może jutro? Tak chociaż słowem wstępu? Zobaczymy.


Tymczasem całuję,
Cammie.




niedziela, 29 grudnia 2013

Jest o czym pisać, czyli odkrycia grudnia


Z końcem grudnia tradycyjnie zapraszam na post z cyklu Odkrycia miesiąca, tym razem, jak się okazało, w całości sponsorowany przez niedawną promocję -40% w Rossmannie ;))) Moje zakupy okazały się nadzwyczaj udane, jest o czym pisać!

Zacznę od absolutnej rewelacji, czyli nazywanego przez producenta markerem linera L'Oreal Blacbuster. Genialny! Pisak wygląda co prawda na niezłego grubaska, ale wbrew pozorom jest precyzyjny. 






Pierwszy eye-marker do powiek od L'Oréal Paris. Wyjątkowa, atramentowa formuła zapewnia 100% głębokiej, intensywnej czerni i szybki demakijaż, zaś gładka końcówka gwarantuje niezwykle łatwą aplikację. Najbardziej odważne stylizacje za jednym, intuicyjnym pociągnięciem.



To najlepszy liner w pisaku, jaki miałam, a przewinęło się ich przez moje ręce całkiem sporo. Idealnie leży w dłoni, zapewniając precyzję ruchów i pozwalając prowadzić równe kreski. Naprawdę żadnym innym pisakiem nie malowało mi się tak łatwo, zdystansował nawet bardzo lubiany wcześniej przeze mnie Master Precise Liquid Eyeliner Maybelline. Kreski wychodzą niemal jak od linijki, zarówno te grubsze, jak i te cieniutkie, malowane samym szpicem, dyskretnie podkreślające linię rzęs. Nie ma też najmniejszych problemów z wyrysowaniem tzw. "jaskółki". Spójrzcie zresztą.



Na twarzy Revlon PhotoReady 002 Vanilla i MAC Blot Powder Light, pod oczami kamuflaż Alverde 002 Beige, na policzkach MAC Well Dressed, na rzęsach Max Factor False Lash Effect. 



Uwielbiam ten liner! Owszem, nie jest najtańszy, bo w regularnej cenie kosztuje około 50 zł, ale uważam, że jest wart tej ceny, zwłaszcza że po tych kilku tygodniach, w czasie których używałam go niemal codziennie, nie stracił nic ze swoich pierwotnych właściwości. Wiem, że dostępna jest jeszcze wersja "slim", ale chyba nie zależy mi na większej precyzji, Blackbuster pod tym względem całkowicie mnie satysfakcjonuje. Ostrzegam tylko, że wielbicielki naprawdę głębokiej czerni mogą być nim zawiedzione, ten liner daje czerń łagodną, sprawdzającą się raczej w dziennych makijażach. Wiem, że dla niektórych z Was może to być poważny minus.


Na miano odkrycia miesiąca zasłużyła też pomadka Maybelline Baby Lips. Mój zachwyt w tym przypadku nie był już jednak sprawą aż tak oczywistą, bo początkowo zakupu ... żałowałam. Zastanawiałam się, o co tyle szumu? Bo o pomadkach Baby Lips się zrobiło głośno, zanim jeszcze pojawiły się w sklepach. Wszędzie ochy i achy i zbiorowe wyczekiwanie na polską premierę. Kupiłam z ciekawości i w zasadzie po pierwszych testach poczułam rozczarowanie. Do czasu.






DLA KOGO?
Dla kobiet szukających idealnego balsamu do ust.

DZIAŁANIE
Ochronna, bogata formuła Baby Lips zapewnia nawilżenie ust przez 8 godzin i widocznie je odnawia. Baby Lips występuje w 6 odmianach: 3 z nich są transparentne i mają filtr SPF 20, a kolejne 3 dodatkowo pozostawiają na ustach subtelny kolor.

EFEKT
Usta są widocznie zregenerowane, bardziej miękkie, nawilżone i lepiej wyglądają.



Z kilku dostępnych wersji wybrałam bezbarwną nawilżającą, w niebieskim opakowaniu (kosztowała 10 zł). 






Dlaczego początkowo mi się nie spodobała? Pewnie dlatego, że spodziewałam się nie wiadomo czego. Tymczasem Baby Lips okazało się niepozornym mazidełkiem, które w dodatku pozostawiało na ustach jakąś taką dziwną, błyszczącą warstwę. Coś mi nie pasowało. Ale po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że z całej masy pomadek ochronnych, które porozrzucane mam po szufladach i kieszeniach, to właśnie po Baby Lips bezwiednie sięgam najczęściej. Zastanowiło mnie to i doszłam do wniosku, że ta pomadka po prostu najlepiej usta pielęgnuje, szybko przywracając im komfort. Owszem, nadaje taki dziwny, tłustawy połysk, którego nadal nie lubię, ale faktycznie odczuwalnie nawilża i wygładza. Także odszczekuję wszelkie nieprzychylne komentarze, na które na temat Baby Lips wcześniej sobie pozwoliłam :DDD Nie wykluczam nawet, że skuszę się za jakiś czas na wersję miętową.


Grudzień, jak widać, pod względem kosmetycznych odkryć okazał się dla mnie całkiem udany. Mam nadzieję, że Wam także trafiły się jakieś perełki. Napiszcie koniecznie o swoich grudniowych odkryciach, no i oczywiście podzielcie się opinią na temat Blackbuster i Baby Lips. Czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.




sobota, 23 listopada 2013

Ryzykując, czyli moje rossmannowe zakupy ;)))

Zamieszczając dzisiejszy post pewnie narażam się na hejt, bo na wpisy o rossamannowej promocji co niektórzy reagują już alergią, ale co tam, zaryzykuję :DDD Chcę pokazać, co kupiłam

Byłam twarda, trzymałam się listy ---> KLIK. I w zasadzie niemal w całości udało mi się ją zrealizować.






Nie dostałam jedynie czarnego lakieru do paznokci L'Oreal Black Swan, byłam w dwóch Rossmannach i w żadnym go nie było. Za to w obu stan reszty lakierów L'Oreal wołał o pomstę do nieba! Dramat. Wyeksponowane na samej górze, tuż pod głównymi lampami szafy, wszystkie co do jednego były obrzydliwie rozwarstwione. Zastanawiam się, kto to w ogóle kupi? Już nie wspominając o tym, że nawet gdybym upadła na głowę i jednak chciała za któryś zapłacić i tak nic by z tego nie było, bo nie mogłam do tej półeczki dosięgnąć i czegokolwiek z niej ściągnąć. W szpilkach! Owszem, nie jestem wysoka, no ale bez przesady. Nie wiem, nawet jeśli sposób ekspozycji nie interesuje producenta, to powinien interesować dystrybutora, który przecież przez te pozornie błahe sprawy traci potencjalnych klientów.

Także czarnego lakieru nie mam. Ale mam za to czerwony. I złoty top coat :DDD Próżni przecież być nie może ;)))






Złoty top coat Wibo chodził za mną już od kliku tygodni, ale jak na złość nigdy nie mogłam na niego trafić. Wczoraj nie było nawet śladu po reszcie kolekcji WOW, za to to jedno złotko na mnie czekało. Czerwień natomiast skusiła mnie swoim klasycznym odcieniem i idealnie kremową formułą. Brakowało mi takiego lakieru.

Trafił mi się też gratis! Dwie wiśniowe pomadki ochronne Nivea Fruity Shine.






Miła niespodzianka. Pomadek ochronnych mam teraz pod takim dostatkiem, że chyba na całą zimę wystarczy :))) A skoro już o pielęgnacji ust mowa, to na koniec dodam tylko, że Baby Lips jednak nie były objęte promocją, jedną sztukę na próbę kupiłam więc w regularnej cenie.


A jak tam Wasze zakupy? Udane? Jak wrażenia?


Buziaki,
Cammie.




piątek, 23 sierpnia 2013

Filtr niskobudżetowy, czyli L'Oreal UV Perfect

Wiem, że lato ma się ku końcowi i pewnie wiele z Was powoli żegna się z wysoką ochroną przeciwsłoneczną, ale ja filtruję się przez cały rok i dla mnie temat nie traci na aktualności. Liczę na to, że nawet w końcówce sierpnia zdołam zainteresować Was recenzją filtra o dużej mocy. Zwłaszcza że chodzi o coś całkiem skutecznego, a przy tym zaskakująco taniego! Mowa o L'Oreal UV Perfect Longlasting UVA / UVB Protector SPF 50 PA +++.






Krem na dzień z filtrem SPF 50. Chroni skórę przed szkodliwymi promieniami UV i przedwczesnym starzeniem. Promienie UVB przenikają górną warstwę skóry, jednak promienie UVA przenikają głębiej do skóry właściwej, powodując przedwczesne starzenie się skóry: zmarszczki, brązowe plamy i utratę jędrności skóry. Promienie UVA są podstawową przyczyną przedwczesnego starzenia się skóry, przenikają przez szyby i chmury i są obecne przez cały rok.
Dostępny w trzech wersjach: Even Complexion, Anti-dullness, Transparent Skin.


Kupiłam ten filtr na allegro, zupełnie spontanicznie, dorzucając go do koszyka z innymi zakupami. Wiecie, jak to jest, "co tam jeszcze ciekawego ma ten sprzedawca, może by wziąć, skoro i tak płacę za przesyłkę?" :DDD Tym sposobem trafił do mnie razem z zachwalanym przeze mnie parę miesięcy temu podkładem Maybelline Whitestay, o którym pisałam TUTAJ

Poza allegro nigdy go nie widziałam. Jak się okazało, produkowany jest na rynek azjatycki, w związku z czym w polskich sklepach po prostu się nie pojawiał. Jednak z tego, co widzę, w sieci jest dostępny i to w bardzo atrakcyjnej cenie, około 14 zł. Występuje podobno w trzech wersjach, ale nie wiedziałam o tym, decydując się na zakup, także przypadkowo padło na Transparent Skin (do wyboru jest jeszcze wariant Even Complexion i Anti-dullness). Zgodnie z opisem na opakowaniu ma zapobiegać przebarwieniom, chronić przed opalenizną i opóźniać procesy starzenia. Ochrona przeciwsłoneczna opiera się na mieszance filtrów chemicznych (opatentowane przez L'Oreal Mexoryl SX i Mexoryl XL, obecne we wszystkich tego typu produktach koncernu, w tym w słynnej linii Anthelios La Roche-Posay) oraz filtrów mineralnych (titanum dioxide, czyli dwutlenek tytanu). Zresztą spójrzcie sobie na skład.






Zestawienie filtrów chemicznych z mineralnymi uchodzi za najkorzystniejsze, a sam Mexoryl uznawany jest za bardzo skuteczny i przede wszystkim stabilny, czyli nie ulegający rozkładowi pod wpływem słońca. Także naprawdę na L'Oreal UV Perfect warto zwrócić uwagę, zwłaszcza że jego cena na allegro jest śmiesznie niska w porównaniu z filtrami aptecznymi. 

UV Perfect Transparent Skin ma postać lekkiej emulsji. Skóra doskonale ją przyjmuje, pozwalając aplikować "na bogato", co w przypadku filtrów jest przecież bardzo wskazane. Nie bieli i dobrze się wchłania, choć oczywiście pozostawia pewien film, zupełnie nieuciążliwy jednak i nietłusty, a przy tym na tyle odżywczy, że jakiś czas temu zrezygnowałam ze zwykłego kremu na dzień, który normalnie kładę pod inne filtry, bo zwykle mam wrażenie, że cera odczuwa pielęgnacyjny niedosyt. W tym przypadku nie ma tego dyskomfortu, co w upalne dni pozwoliło mi zrezygnować z jednego specyfiku.






Co ze skutecznością? Na podstawie tego, co widzę na bieżąco, oceniam ją dość wysoko, nie opaliłam się w te upały nic a nic. Trudno mi jednak odnieść się do trwałości na twarzy, bo zawsze robię makijaż, nie sprawdzałam, czy filtr noszony solo poddawałby się łatwo ścieraniu czy też nie. Podkład (czy tam bb krem) w każdym razie leży na nim dobrze.

W zasadzie jedynym mankamentem (pomijając ograniczoną dostępność) jest w moim odczuciu kiepska wydajność. Mam wrażenie, że UV Perfect znika z tubki z prędkością światła. To pewnie przez tę lekkość emulsji, sprawiającą, że łatwo jednorazowo nałożyć jej spore ilości. Ale wiecie co? Za tę cenę grzechem byłoby na to narzekać!


Nie jest to na pewno filtr idealny, zdaję sobie sprawę, że pewnie ekspertki w tej dziedzinie wytkną mu jakieś wady, ale moje oczekiwania spełnił. Powiadam Wam, L'Oreal UV Perfect to warta uwagi opcja niskobudżetowa, która oferuje zaskakująco dobrą jakość. Ale tylko od Was zależy, czy postawicie na ten allegrowy wynalazek, czy na coś o bardziej wyrobionej marce. Ja na razie się z nim żegnam, bo zainwestowałam w bardzo chwalony filtr Missha All-around Safe Block Waterproof Sun Milk, ale kto wie, czy jeszcze kiedyś do niego nie wrócę, zwłaszcza jeśli trzeba będzie zacisnąć pasa ;)))

Zainteresowało Was to tanie filtrowanie czy nie? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.




piątek, 31 maja 2013

Laureat i pretendent, czyli odkrycia maja

Maj powoli odchodzi w przeszłość, pora więc na odkrycia miesiąca. Fajerwerków może nie było, ale dwa produkty na pewno zasługują na swoje pięć minut. Jeden jako laureat w tym comiesięcznym rankingu, drugi raczej jako pretendent do zaszczytnego tytułu odkrycia.


Nagrodę główną, czyli status odkrycia maja zgarnia krem do rąk Isana z masłem shea i kakaoNie wiem, jak to się stało, ale nie miałam pojęcia, że w ogóle jest w ofercie, natknęłam się na niego przez przypadek kilka tygodni temu, robiąc zakupy z myślą o powrocie do pracy. Bardzo lubię krem do ciała z tej serii, także zdecydowałam się na niego w tej samej chwili, w której go zauważyłam. Dobra decyzja!






Isana krem do rąk masło shea i kakao został opracowany specjalnie do pielęgnacji suchej skóry dłoni. Bogata formuła pielęgnująca z masłem kakaowym, masłem shea i gliceryną intensywnie rozpieszcza dłonie. Dopełnieniem kompozycji pielęgnującej jest wysokowartościowy pantenol. Krem do rąk łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając na skórze klejącej się warstewki.


Świetny jest! Nawilża i wygładza dłonie, skutecznie łagodzi wszelkie podrażnienia, w dodatku pięknie pachnie, jak słodkie kakao. Głównie dzięki zapachowi mam dla tego kremu tyle sympatii, choć oczywiście nie tylko. Jest dość treściwy (w konsystencji i we właściwościach przypomina mi krem oliwkowy tej samej marki), ale aplikacja nie jest uciążliwa, żadnego mozolnego wcierania, żadnej tłustej powłoki. Cena też jest zachęcająca (dokładnie nie pamiętam, ale coś około 4 złotych). Używam tego kremu już od kilku tygodni i śmiało mogę powiedzieć, że nie dostrzegam w nim wad, zdecydowanie zasługuje więc na miano odkrycia miesiąca. Martwi mnie jedynie to, że pochodzi z edycji limitowanej i nie wiem, jak długo jeszcze będzie w sprzedaży. 



Drugi z wytypowanych w maju produktów kupiłam zaledwie kilka dni temu i choć urzekł mnie od pierwszej aplikacji, to jednak było to tak niedawno, że może być najwyżej pretendentem do tytułu odkrycia miesiąca. Za słabo się jeszcze znamy ;))) Mowa o korektorze  L'Oreal Perfect Match.






Korektor z popularnej serii True Match, dopasowuje się do koloru oraz struktury skóry. Dzięki zawartości Opti - Match świetnie wyrównuje kolor skóry, ukrywa niedoskonałości oraz cienie pod oczami. Produkowany jest w 9 odcieniach - po 3 odcienie dla każdego rodzaju skóry (ciepły, neutralny i chłodny). Nie wysusza. Beztłuszczowa formuła.


Chcąc skorzystać z atrakcyjnej zniżki w Rossmannie, rozglądałam się za korektorem pod oczy i mój wybór padł ostatecznie na Perfect Match. Przekonał mnie jaśniutki odcień beżu z wyraźnymi żółtymi tonami oraz lekka formuła. Już po pierwszych testach wiedziałam, że dobrze wydałam pieniądze (regularna cena to około 30 zł, ja skorzystałam z 40% rabatu). Korektor zaskakująco dobrze kryje, nie obciążając przy tym delikatnej skóry wokół oczu i nie włażąc z zmarszczki, co dla mnie powoli zaczyna już mieć znaczenie. Co więcej okazało, się, że pięknie odbija światło, dając efekt, o jaki zawsze mi chodzi przy maskowaniu cieni. Jestem bardzo zadowolona z zakupu i nic nie zapowiada, żebym zmieniła zdanie. Może i słabo się znamy, ale czyż nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia? :DDD


A co Was zachwyciło w ostatnim czasie? Czekam na Wasze komentarze! 


Buziaki,
Cammie.





piątek, 13 lipca 2012

I pstro! ;)))

Wybaczcie kilkudniową nieobecność, zniknęłam bez słowa, ale po dniu fatalnym przyszedł dzień jeszcze gorszy. Na szczęście sytuacja jest już opanowana. I kończąc ten osobisty wstęp dodam tylko, że nigdzie nie ma tyle smutku na metr kwadratowy co na szpitalnych oddziałach dziecięcych ...

Na początku maja wspominałam Wam, że rozpoczynam walkę z przebarwieniami. Z wyjątkiem typowych śladów po kłopotach z cerą, z pigmentacją nigdy nie miałam szczególnego problemu, ale w ciąży zauważyłam, że na skórze pojawiły się plamki. Myślałam wtedy, że to zwykła ciążowa przypadłość, dziś już wiem, że sprawa była dużo poważniejsza. Co prawda teraz wszystko jest już dobrze, ale o jednolity koloryt skóry nadal muszę walczyć. Tym bardziej, że serum L'Oreal Kod Młodości Blask, po którym tyle sobie obiecywałam, nie do końca się sprawdziło ... Ale po kolei.






Producent obiecuje skórę pełną blasku, o wyrównanym kolorycie i stopniowo znikających przebarwieniach. Spójrzcie zresztą same (kliknijcie, żeby powiększyć). Dziwicie się, że się skusiłam?






To serum miało dać mi wszystko, czego potrzebowałam. Stosowałam je sumiennie każdego dnia (z krótką przerwą w szpitalu) przez dwa miesiące, zgodnie z zaleceniami, solo lub pod krem. I co? I pstro!

Serum jest lekkie. Pięknie pachnie. Fantastycznie się wchłania. Dobrze współpracuje z kremami. Sprawdza się niezawodnie pod makijażem. Widocznie poprawia wygląd skóry. Poważnie, cera staje się gładka i promienna. Skoro zauważam te wszystkie zalety, to dlaczego się czepiam? Bo efekt, jaki daje, jest po prostu nietrwały! Od serum oczekuję swoistej kuracji, stopniowej i rzeczywistej poprawy kondycji skóry, a nie poprawy chwilowej i wyłącznie wizualnej! Dlatego mimo że bardzo przyjemnie mi się tego preparatu używało (ładne opakowanie, pompka, rozsądna drogeryjna cena), więcej z pewnością go nie kupię. Bo dwa miesiące to dość, żeby miał szansę zadziałać.

Moje przebarwienia jak były, tak są. Postanowiłam wytoczyć cięższe działa i planuję zakupy w Biochemii Urody. Myślicie, że duet serum rozjaśniającego EXTRA i toniku z kwasem PHA 6% da radę?


Agnieszka Barbara,
zwyciężczyni ostatniego rozdania,
do dziś się do mnie nie zgłosiła. 
Jeśli nie zrobi tego do niedzieli,
nagroda trafi do kogoś innego,
będę losować jeszcze raz!

piątek, 11 maja 2012

Co słonko widziało :)))

Jak tam? Słoneczko grzeje? No właśnie. Najwyższa pora pomyśleć o jakiejś ochronie. W moim przypadku to wręcz konieczne, bo skóra kobiety w ciąży staje się niezwykle podatna na przebarwienia. Co niestety zdążyłam już zauważyć ... Z tym większym zainteresowaniem śledziłam wszelkie pojawiające się ostatnio wpisy na temat filtrów. Na pewno zwróciłyście uwagę, że sensacją ostatnich miesięcy na tym polu stał się The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA+++, o którym głośno i w blogosferze, i na You Tube. Poczytałam, posłuchałam, zdecydowałam się :)))






Zamówiłam swoją tubkę na ebay, przyleciała z Korei w rekordowym czasie, bo zaledwie w tydzień. I od razu poszła w ruch! Muszę przyznać, że nie mam z filtrami dużego doświadczenia, do tej pory zadowalałam się przyzwoitym faktorem w zwykłych kremach i podkładach. Zwłaszcza że i o fotostarzeniu szczególnie nie myślałam, a i widocznych przebarwień nie miałam. Latem jedynie wyskakiwały mi pobladłe po zimie piegi, ale mam je od dzieciństwa i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Teraz jednak siłą rzeczy musiałam bardziej zatroszczyć się o skórę. Ciążowa burza hormonalna zostawia niestety ślady na cerze. Myślę, że dokonałam dobrego wyboru. Szerszą recenzję na pewno kiedyś Wam napiszę, ale już teraz mogę powiedzieć, że filtr nie bieli, nie tłuści i świetnie nadaje się pod makijaż.

Ochrona przeciwsłoneczna to jedno, walka z już zaistniałymi "spustoszeniami" to drugie ;))) Wiadomo, po nic inwazyjnego sięgać nie mogę, postawiłam więc na drogeryjne rozjaśniające cerę serum L'Oreal Kod Młodości Blask






Jest to w zasadzie nowość, na próżno szukać więc recenzji i ocen skuteczności, liczę jednak na wymierne efekty w postaci wyrównania kolorytu skóry. Sam preparat jest bardzo przyjemny, lekki, nietłusty, można stosować go i na dzień, i na noc. Ja nakładam go tylko wieczorem, pod krem. Za parę tygodni dam Wam znać, jak się spisał.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze sposoby na walkę ze słońcem. Co stosujecie, co polecacie? Co się sprawdza, czego unikacie? A może w ogóle nie przywiązujecie wagi do ochrony przeciwsłonecznej, licząc na mocną opaleniznę? Chronicie się, czy wręcz przeciwnie, eksponujecie? Piszcie!


poniedziałek, 7 marca 2011

Milionowy interes ;)))

Z reklamowych spotów i zdjęć zalotnie spogląda na nas Eva Longoria. I ma milion rzęs ...


(Zdjęcie: www.lorealparis.pl)


Która z nas nie chciałaby mieć miliona rzęs? Albo chociaż z pół? ... :DDD Niby nic prostszego, jakieś 60 złotych i milion gwarantowany :))) Podobno ...

Cóż, spojrzenie Evy mnie uwiodło, nie oparłam się rzęsom z reklamy ;))) Niby wiem, że pracował nad nimi raczej dobry grafik niż Matka Natura, niby wiem, że zostały sztucznie zagęszczone, ale co tam :DDD I tak się skusiłam na obiecującą te cuda maskarę L'Oreal Volume Million Lashes :))) Wybrałam wersję Extra Black.



Szczota jest konkretna, duża i gruba. Robi wrażenie. Ja akurat lubię takie szczoteczki, im większa, tym lepsza.



Fajne jest to, że zgodnie z opisem producenta maskara wyposażona jest w specjalny dozownik, który usuwa nadmiar tuszu ze szczoteczki już w momencie wyciągania jej z opakowania. Samo opakowanie też zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Jest solidne i "waży" w dłoni. Przede wszystkim jednak posiada mechanizm, dzięki któremu przy zamykaniu słychać wyraźnie "klik", co sugeruje że zostało porządnie dokręcone i że do środka nie dostaje się powietrze.



No dobra, ale co z tym milionem?

Powiem tak - nie jest źle. Tusz jest prawdziwie czarny, dzięki czemu rzęsy stają się naprawdę widoczne. Wielka szczoteczka ładnie je rozdziela, faktycznie dodając im objętości i lekko wydłużając. Jeśli się przyłożymy, dzięki dokładnemu rozczesaniu rzeczywiście będą sprawiać wrażenie wyjątkowo gęstych, podkreślając spojrzenie. Ale czy jest to spojrzenie spod miliona rzęs? Śmiem wątpić :ppp




Jest przyzwoicie, ale nie powalająco. Volume Million Lashes to maskara, dzięki której szybko i wygodnie już dzięki jednej warstwie tuszu w widoczny sposób podkreślimy oko, ale nie ma co liczyć na jakiś spektakularny efekt. Tym bardziej, że kolejnych warstw dla jego spotęgowania nie radzę nakładać! Dawno nie miałam do czynienia z tuszem, który by się tak osypywał ...

Drugi raz nie kupię. Bo zamiast miliona rzęs mam milion kruszących się w ciągu dnia grudek ... Taki oto milionowy interes ubiłam ;)))