beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden Rose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden Rose. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Chyba upadłam na głowę, czyli moja wakacyjna kosmetyczka z kolorówką


Pakując swoją wakacyjną kosmetyczkę z kolorówką, musiałam chyba na głowę upaść. Czego w niej nie było! BB kremy o różnym stopniu krycia, "bo przecież nie wiadomo, w jakim stanie będzie moja cera", korektory do różnych zadań specjalnych, "bo przecież muszę mieć coś lżejszego pod oczy i coś cięższego na przebarwienia", pudry o różnych formułach, "bo przecież sypki sypkim, no ale w razie czego muszę mieć prasowany do torebki", róż i rozświetlacz, "bo przecież to w końcu lato, odrobina blasku musi być", coś do rzęs, coś do brwi, a nawet liner i paletka cieni, "bo przecież na pewno będę chciała na wieczorne spacery mocniej się pomalować". Taaaa ... Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, ale upał szybko i skutecznie zniechęcił mnie do makijażu. Gdybym pakowała kosmetyczkę dziś, jej zawartość wyglądałaby zgoła inaczej. Wiozłam to wszystko przez pół Europy, a jak przyszło co do czego, okazało się, że sięgam po najwyżej kilka rzeczy. Jeśli ciekawi Was, co okazało się must have i sprawdziło się w gorącym chorwackim klimacie, zapraszam na krótką prezentację! 




  1. Skin79 Complete CC Cream Correct - moje podkłady i bb kremy w temperaturach sięgających niemal 35 stopni byłyby pomyłką, na szczęście miałam ze sobą leciutki CC krem Skin79, który mimo wysokich temperatur zupełnie nie obciążał skóry, kryjąc przy tym na tyle dobrze, żebym wychodząc do ludzi nie czuła się niekomfortowo z moimi przebarwieniami. Dodatkowy plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną!
  2. Innisfree No-Sebum Mineral Powder - najlepszy! Wspaniały, sypki, niezwykle skuteczny matujący puder utrwalający, który nie zawiódł mnie nawet w największym upale. Pisałam Wam o nim TUTAJ.
  3. MAC Well Dressed - mój ukochany (niestety już mi się kończy ...), leciutko rozświetlający róż o niepowtarzalnym jasnym odcieniu. Uniwersalny, nadaje się na każdą okazję i każdą pogodę. W pełnym słońcu też pięknie wyglądał, ładnie ożywiał cerę.  
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - czarny tusz, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Bardzo tani i zaskakująco jak na swoją cenę dobry (niespełna 10 zł). Lubię sposób, w jaki rozdziela rzęsy. Dał radę.
  5. Golden Rose Eyebrow Powder nr 104 - mój ulubiony od kilku miesięcy cień do brwi w naturalnym odcieniu dość ciemnego, chłodnego brązu. Dla części z Was kosmetyk tego typu w takim upale jest zbędny, ale moje brwi, choć z natury ciemne i wyraziste, nie mają niestety regularnego, pełnego kształtu i wymagają korekty, więc przynajmniej minimalne poprawki są konieczne. Wakacje, czy nie wakacje, brwi lubię mieć podkreślone!
  6. L'Oreal Brow Artist Plumper - żel utrwalający do brwi. Świetny, wielokrotnie Wam o nim wspominałam (chociażby TUTAJ). Spisał się bez zarzutu.

To w zasadzie tyle. Niewiele tego, prawda? Na koniec wspomnę jeszcze tylko o lakierze do paznokci i perfumach, bez jednego i drugiego nigdzie się nie ruszam. Jeśli chodzi o paznokcie, przez cały wyjazd towarzyszył mi neonowy róż Maybelline Forever Strong Super Stay Gel Nail Color 155 Bubble Gum, a co do zapachu, to postawiłam na jeden ze swoich odwiecznych ulubieńców, L de Lolita, kojarzący mi się właśnie ze słońcem, morzem i morską solą.

Pozwólcie, że poświęcę jeszcze parę słów kremowi CC, jakiś czas temu wygrałam go w konkursie i nie miałam jak dotąd okazji szerzej o nim napisać, a podejrzewam, że część z Was może być tym produktem zainteresowana. 

Skin79 Complete CC Cream Correct ma ciekawą formułę, dzięki której pod wpływem rozcierania na skórze zmienia kolor z białego na żółtawy, świetnie dostosowując się do karnacji. Serio, w życiu nie miałam podkładu, który tak dobrze by to robił. Jest lekki (na zdjęciu niżej nałożony grubą warstwą, żebyście cokolwiek zobaczyły), daje więc niewielkie krycie, spokojnie jednak można je budować. Wykończenie nazwałabym satynowym, ale nieprzesadnym, doskonale imitującym zdrową, promienną skórę. Na mojej przetłuszczającej się cerze wymaga przypudrowania, ale osoby o cerze normalnej bądź suchej pewnie mogą to sobie podarować. Jasny, żółtawy, doskonale dopasowujący się odcień, piękny efekt na skórze, lekka formuła, ochrona przeciwsłoneczna (SPF 30, PA++) i bardzo funkcjonalne opakowanie z pompką, brawo! Wspaniała propozycja na lato.




Również zdarza Wam się przesadzić z ilością zabieranych w podróż kosmetyków kolorowych? Też macie poczucie, że musicie zabezpieczyć się na każdą okazję? Z takim nastawieniem łatwo przesadzić. A koniec końców i tak okazuje się, że w ruch idzie parę produktów na krzyż. Co to jest w Waszym przypadku? Bez jakiego kosmetyku absolutnie nie wyobrażacie sobie żadnego wyjazdu? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Dajcie też znać, czy znacie produkty z mojej kosmetyczki, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat.

Buziaki,
Cammie.



sobota, 10 stycznia 2015

Retrospekcja, czyli podsumowanie minionego roku | długi post o wszystkim!


Trudno było mi zmobilizować się do napisania tego posta, długo szukałam formy, w jakiej mogłabym go ująć, ale w końcu jest, podsumowanie minionego roku! Mam nadzieję, że nie znudziły się Wam jeszcze wszechobecne ostatnio blogowe retrospekcje i z ciekawością rzucicie okiem na to, co przygotowałam. Zapraszam!

Zwlekałam, bo nie do końca wiedziałam, jaki ten wpis ma być, wiedziałam na szczęście przynajmniej, jaki ma nie być, a to już połowa sukcesu :))) A zatem, nie będzie to post o kosmetycznych odkryciach, bo takie pisałam przez cały rok regularnie co miesiąc ---> KLIK. Nie będzie przypominania najpopularniejszych treści, jakie w ciągu roku pojawiały się na blogu, bo uważam, że publikowane regularnie podsumowania z serii Summa Summarum ---> KLIK wyczerpały już temat. Nie będzie statystyk, bo to nudne. Nie będzie też typowych recenzji,  bo to nie czas i miejsce, spodziewajcie się raczej luźnych refleksji i swobodnie biegnących myśli. Te wszystkie zastrzeżenia nie oznaczają jednak, że będzie syntetycznie, oj nie! Lubicie długie posty, prawda? :DDD

Na dobry początek kosmetyki kolorowe, które postanowiłam wyróżnić. W 2014 roku miałam do czynienia z wieloma produktami, zarówno z nowościami, jak i ze znanymi od lat bestsellerami, i z górnej, i z dolnej półki, jednak kiedy się dobrze zastanowiłam, okazało się, że z całego tego kolorowego rogu obfitości systematycznie sięgałam tylko po kilka.




Na miano kosmetyku roku zdecydowanie zasłużył czarny liner w pisaku Blackbuster z L'Oreal ---> KLIK. Uwielbiam go! Namalowanie ładnej kreski nigdy nie było tak łatwe. Odkąd pod koniec 2013 roku skusiłam się na niego po raz pierwszy, co parę miesięcy kupuję nową sztukę i nawet nie rozglądam się za niczym innym. Jedynie raz zrobiłam skok w bok, zdradzając go na rzecz podobnego i nieco tańszego pisaka z Inglota, który po pierwszych zachwytach rozczarował mnie jednak kiepską wydajnością. Drugi raz tego błędu nie popełnię, na tę chwilę nie chcę niczego innego, Blackbuster to dokładnie to, czego potrzebuję.

W 2014 roku po raz pierwszy miałam styczność z kosmetykami marki FM, której katalog wywarł na mnie takie wrażenie (bez kitu, najładniej wydany katalog kosmetyczny, jaki widziałam!), że zapragnęłam zrobić zamówienie. Prasowany puder bambusowy ---> KLIK, który wtedy kupiłam, tak mi się spodobał, że już nie wyobrażam sobie nie mieć go w kosmetyczce, czego wyrazem jest fakt, że właśnie przymierzam się do zakupu trzeciego już opakowania. To chyba mówi samo za siebie. Nadal bardzo lubię też przepięknie wygładzający cerę puder Lucidity Estee Lauder ---> KLIK, który w ciągu minionego roku wielokrotnie Wam zachwalałam, ale jeśli chodzi o niezawodność, w sensie utrwalania makijażu, FM jednak wygrywa, poza tym nie chciałam umieszczać dwóch pudrów w zestawieniu.

W 2014 roku nie ustawałam też w poszukiwaniach idealnego kremu BB. Spróbowałam kilku, a najlepszym okazał się Skin79 Dear Rose BB Cream ---> KLIK. Przyjemnie lekki, jasny, żółtawy i przyzwoicie kryjący - właśnie tak opisałabym go, gdybym miała to zrobić w skrócie. Szkoda tylko, że jest tak trudno dostępny, na zwykle niezawodnym ebay pojawia się coraz rzadziej ... 

Nie mogę nie wspomnieć o moim ukochanym różu, czyli Golden Rose Terracotta Blush 07. Sprawa jest przedziwna, bo sięgam po niego zdecydowanie najczęściej, ignorując wszystkie moje piękne maczki czy inne szanele, a jeszcze chyba nigdy nie pokazałam go na blogu. A zatem robię to dziś, dodając, że ma cudowny, bardzo jasny, chłodny odcień, a dzięki wypiekanej formule daje ożywiające cerę rozświetlenie. Wymarzony róż dla osób o bladej skórze.

Na koniec rzecz o korektorze. A w zasadzie o kamuflażu, bo mowa o Catrice Camouflage Cream. Bardzo dobry produkt, świetnie kryjący i trwały, a w dobranym kolorze niewidoczny na skórze. W dodatku niedrogi. Był to dość przypadkowy zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jako że mam do ukrycia sporo przebarwień, posiłkuję się nim w każdym makijażu i myślę, że jak przyjdzie czas (już niebawem, ze względu na upływ terminu zdatności do użycia), kupię kolejne opakowanie. Polecam wszystkim borykającym się z problematyczną cerą.

A pielęgnacja? W 2014 roku skoncentrowana była wyłącznie na walce z przebarwieniami cery, opierając się głównie na produktach z kwasem azelainowym (Acne-derm i Skinoren, moi najlepsi przyjaciele!), który stosować można w zasadzie bez ograniczeń, niezależnie od pory roku, ale sięgałam też oczywiście po inne preparaty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Napisanie posta o przebiegu mojej kuracji jest dla mnie blogowym priorytetem na najbliższe tygodnie, także spodziewajcie się niebawem obszernej relacji, a póki co poznajcie specyfiki, które z perspektywy czasu oceniam najwyżej. Jako bonus dorzucam suplementy, które w końcówce roku pomogły mi uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów.





Zdecydowanie najdłużej był ze mną kupiony wczesną wiosną delikatnie złuszczający krem Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym ---> KLIK. Wiem, że zdania na jego temat są różne, od entuzjastycznie pochlebnych po skrajnie krytyczne, ja w każdym razie jestem jego gorącą zwolenniczką. Bardzo dobrze wpływał na stan mojej cery, nie usuwając co prawda w jakiś wyraźny sposób przebarwień, ale trzymając ją w ryzach i stopniowo wygładzając. Przyznaję jednak, że jego początkowo silne działanie z biegiem czasu słabło, jakby skóra coraz słabiej reagowała na jego składniki, także lubiłam robić sobie od niego kilkutygodniowe przerwy, po których znowu odczuwałam jego moc. Podsumowując, świetny krem dla wymagającej, skłonnej do zanieczyszczeń skóry.

Prawdziwym pogromcą przebarwień (i nie tylko) okazał się Locacid, czyli krem z retinoidem w postaci tretinoiny. Od razu uprzedzam jednak, że jest to preparat wydawany na receptę, miejcie tego świadomość. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tej kuracji nie obawiałam, bo z retonoidami nie miałam wcześniej do czynienia, na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. Okupując co prawda efekty pewnymi skutkami ubocznymi (łuszczenie się, przesuszenie i uwrażliwienie skóry), z dnia na dzień cieszę się coraz ładniejszą cerą. Szczegóły, tak jak zapowiadałam wyżej, w jednym z kolejnych postów, już teraz zapraszam.

Uzupełnienie mojej kuracji stanowi oczyszczający płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego Pharmaceris z serii T, który stosuję po prostu jak zwykły tonik. Genialny! Mam już drugie opakowanie, na pewno będą też kolejne. Jest stosunkowo niedrogi i bardzo, bardzo skuteczny. Więcej o nim w swoim czasie.

Na zdjęciu widzicie też dwa produkty La Roche-Posay, ale wspomnieć chcę tylko o jednym, mianowicie kremie Toleriane Ultra Fluid, silnie nawilżającym specyfiku do cery wrażliwej. Na moją zmaltretowaną Locacidem skórę działa jak przynoszący ulgę kompres. Świetny, odczuwalnie kojący, w żaden sposób nie szkodzący cerze krem. Leżący obok żel do mycia twarzy Effaclar nie spisał się już niestety tak dobrze, ale o tym innym razem.

Pisząc o pielęgnacji, nie mogę nie poświęcić chwili suplementom, które poratowały mnie w kłopocie z włosami, które parę miesięcy temu leciały mi z głowy jak szalone, codziennie gubiłam ilości grubo przekraczające normę. Przekopałam internety i w pierwszym odruchu zdecydowałam się dać szansę Calcium Pantothenicum, ale dopiero polecony mi przez Was Biotebal przyniósł pożądane, w dodatku błyskawiczne efekty. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłam już po zaledwie dwóch tygodniach regularnego przyjmowania tych tabletek, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. W tym momencie mogę powiedzieć, że dzięki nim problem znacznie ograniczyłam. Zapamiętajcie tę nazwę, to działa! Jeszcze Wam zresztą o tym suplemencie przypomnę, o moich zmaganiach z wypadającymi włosami planuję napisać kiedyś odrębnego posta.

To oczywiście nie jest tak, że napisałam Wam o wszystkim, co systematycznie stosowałam. Jest cała masa kosmetyków, do których regularnie w minionym roku wracałam (żeby wspomnieć chociażby stosowany do włosów olej kokosowy, płyn micelarny Garnier, delikatny żel-krem łagodzący Be Beauty do mycia twarzy, emulsję z granatem Alterra, olejki do ciała Alverde, chusteczki do demakijażu Cleanic, czy serum do rąk Evree Max Repair), uznałam jednak, że gdybym miała tak wszystko wymieniać, zanudziłabym Was na śmierć. Skupiłam się więc na creme de la creme, produktach, które z różnych względów najbardziej zapadły mi w pamięć.

Cofam się zatem w czasie raz jeszcze, przywołując w pamięci moje ulubione w 2014 roku lakiery do paznokci. Muszę przyznać, że mój gust ostatnio nieco się odmienił, wśród preferowanych dotąd przeze mnie nasyconych kolorów niespodziewanie znalazły się także odcienie jasne i delikatne. Spójrzcie zresztą. 




Kolorem roku ogłaszam ciemny, mocny róż Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK. Dlaczego? Bo to on zdecydowanie najczęściej gościł na moich paznokciach, zarówno na dłoniach, jak i na stopach. W ogóle całą tę serię polubiłam, za ogromną gamę kolorów, za wygodny pędzelek i za trwałość. Myślę, że będę do niej jeszcze nie raz wracać.

Lakierem, który przyczynił się do zmiany moich kolorystycznych upodobań, był Essie Topless & Barefoot w pięknym, idealnie wyważonym odcieniu nude ---> KLIK. Trafił do mnie przez przypadek, a dziś nie wyobrażam sobie nie mieć go pod ręką. Sprawdza się w każdej sytuacji, jest klasyczny i elegancki. Bardzo lubię łączyć go z piaskowym złotem Golden Rose (Holiday Nail Color nr 82).

Z końcem roku trafił do mnie duet O.P.I. z dość starej już co prawda kolekcji New York City Ballet, w postaci mlecznobiałego lakieru Don't Touch My Tutu i srebrnego toppera Pirouette My Whistle ---> KLIK. Miłość od pierwszego wejrzenia!

W 2014 roku pogłębiła się też moja słabość do czerwieni. Moje poszukiwania idealnego odcienia zaowocowały dwoma wspaniałymi lakierami, Rimmel Salon Pro Hip Hop ---> KLIK, który przepięknie prezentował się w letnim słońcu, i Essie A list ---> KLIK, jeden z moich ostatnich nabytków, który szybko zyskał status zimowego ulubieńca. Ale myślę, że w kwestii czerwieni nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa :))) Za parę dni się zresztą przekonacie.

Pozwólcie, że teraz zatrzymam się na chwilę przy ulubionych gadżetach. Moja krótka lista liczy zaledwie trzy punkty, ale każdy jest mocny!





Jeśli chodzi o gadżet kosmetyczny, to rok 2014 należał do szczoteczki sonicznej Clarisonic. Mój model to Mia 2, pisałam Wam o nim TUTAJ. Jedna z lepszych inwestycji w urodę, jakie w życiu zrobiłam, dzięki tej szczoteczce oczyszczanie twarzy weszło na nowy dla mnie, dużo wyższy poziom. Chwilowo co prawda, ze względu na uwrażliwienie skóry przez Locacid, nie korzystam z niej, ale z ogromną przyjemnością wrócę do niej po zakończeniu kuracji. Albo i szybciej, o ile kupię odpowiednią dla cery wrażliwej końcówkę.

Clarisonic kupiłam na początku roku, z jego końcem natomiast rzutem na taśmę do moich ulubionych gadżetów dołączył nowy telefon, iPhone 6. Normalnie pewnie bym Wam o tym nie pisała, ale ostatnie dwa lata z jego poprzednikiem (HTC) były tak trudne (żeby wspomnieć tylko o ciągłym zawieszaniu się, czy samoczynnym wyłączaniu ...), że różnica jest dla mnie szokująca i po prostu nie mogę tego przemilczeć. Stary wylądował na dnie szuflady (choć zarzekałam się, że zrzucę go z najwyższego budynku w mieście :DDD), a nowy z każdym dniem coraz bardziej mnie zachwyca, jest wielofunkcyjny, intuicyjny i przede wszystkim niezawodny.

Ale to nie telefon zasłużył na miano gadżetu roku, tytuł ten zgarnia Kindle Paperwhite II! Mniej więcej w połowie roku pożegnałam się ze starszym modelem (wcześniej miałam 4 Touch), wymieniając go na nowsze cacko. Całkiem niedawno o nim pisałam, więc teraz nie będę się powtarzać, odsyłam Was po prostu do tamtego tekstu ---> KLIK. Spisuje się świetnie, uwielbiam wszystkie jego funkcje, wprost nie wyobrażając sobie bez niego życia. Wspaniałe urządzenie, wszystkie książki świata w zasięgu kilku kliknięć, zawsze pod ręką.

Skoro już o książkach mowa, to chciałabym płynnie przejść do tematu najważniejszych dla mnie lektur ubiegłego roku. Miałam problem z dokonaniem wyboru (policzyłam, w ciągu roku przeczytałam 53 pozycje, było z czego wybierać), ale udało się.




Autorka, której twórczość zrobiła na mnie największe wrażenie, to Joanna Bator. Jej "Piaskowa Góra" ---> KLIK to zdecydowanie najlepsza książka, po jaką sięgnęłam w 2014 r. Z wytypowaniem tej pozycji nie miałam akurat żadnego problemu. To jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina, mądra, klimatyczna, napisana pięknym językiem. Kto nie czytał, niech koniecznie to zrobi!

Wyraźny ślad po sobie zostawiła we mnie także dwutomowa "Antologia polskiego reportażu XX wieku" opracowana pod redakcją bardzo przeze mnie cenionego Mariusza Szczygła, zbiór najważniejszych i najciekawszych reportaży dwudziestego stulecia ---> KLIK. Ciągle żywe jest też we mnie wspomnienie o ni to śmiesznej, ni to strasznej książce "On wrócił" Timura Vermesa, w której autor, ubierając fabułę w humorystyczne fatałaszki, snuje tak naprawdę wstrząsającą wizję współczesnego świata, w którym ponownie zjawia się Hitler razem ze swoją chorą ideologią ---> KLIK

Książki książkami, a co z serialami? W 2014 roku obejrzałam ich naprawdę sporo, ale wyróżnić chcę tylko kilka.




Po pierwsze Breaking Bad, za wszystkie emocje i za jedynego w swoim rodzaju Waltera White'a. Po drugie House of Cards, za intrygę i klimat. Po trzecie Suits, za dwóch przystojniaków i jednego Louisa Litta ;))) Po czwarte Sherlock, za całokształt. No i po piąte, last but not least, The big bang theory, za niesamowitą dawkę humoru.

Gdybym miała wybrać słowo roku, postawiłabym na rutynę. Rok 2014  upłynął mi spokojnie, dni  i tygodnie toczyły się jeden za drugim z góry ustalonym trybem, powtarzalnym, może i nudnym, ale bezpiecznym. Właśnie tego potrzebowała moja rodzina i cieszę się, że mogłam jej to zapewnić, dzieląc czas między pracę i dom. Choć nie ukrywam, że emocją roku było poczucie poświęcenia, rezygnacji z wielu własnych przyjemności życia toczącego się poza domem. Myślę, że dobrze rozumieją mnie wszystkie matki małych dzieci, przez większość czasu zdanych wyłącznie na ich opiekę. Niech no tylko moja córa podrośnie! :)))

A blog? To też ważna część mojego życia, więc na koniec poświęcę mu kilka zdań. W 2014 roku, jak pewnie zauważyłyście, przeszedł małą metamorfozę, pisałam zdecydowanie rzadziej, mniej miejsca poświęcając typowym recenzjom, więcej natomiast tematom luźnym, szeroko rozumianym okołourodowym i z braku lepszego słowa powiedzmy, że lajfstajlowym. Wyszło tak w sumie samoistnie, ale No to pięknie! ma się dobrze, nowych czytelników stale przybywa, więc chyba zmierzam w dobrym kierunku? Gdzie jest kres tej drogi, jeszcze jednak nie wiem, bo skłamałabym twierdząc, że blogowe zwątpienia są mi obce. Myśli o zawieszeniu lub nawet całkowitym zamknięciu bloga pojawiały się w mojej głowie w minionym roku często jak nigdy. Póki co jestem na etapie kolejnej fali entuzjazmu, ale co będzie w przyszłości? Nie wiem. Piszę zupełnie szczerze. Mam nadzieję, że mimo wszystkich chwil zniechęcenia, jakie pewnie mnie czekają, spotkamy się tu przy okazji podobnego posta za rok.

A tymczasem raz na zawsze pożegnajmy rok 2014. Już wiecie, jaki był dla mnie, zdradźcie więc, jak Wam upłynął, dobrze czy źle? Może chciałybyście pochwalić się jakimś kosmetycznym bądź niekosmetycznym odkryciem? Może macie ochotę napisać mi o jakimś ważnym dla Was wydarzeniu? A może po prostu chcecie odnieść się do jakiejś kwestii, którą dziś poruszyłam? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




wtorek, 7 października 2014

Śliwka robaczywka, czyli nieudany (niestety) fiolet od Golden Rose


Chciałabym, żeby dzisiejszy post był równie entuzjastyczny, jak poprzednie, w których pokazywałam Wam lakiery Golden Rose Rich Color, ale niestety taki nie będzie. Fiolet, nr 27, który dziś Wam zaprezentuję, choć piękny, jakością w moich oczach odbiega od reszty serii. Owszem, śliczna ta śliwka, szkoda tylko, że taka z niej robaczywka!




Dość długo szukałam takiego odcienia, fioletu głębokiego i czystego, a przy tym chłodnego. Ten jest idealny, ciemny, nasycony i zupełnie kremowy. Uwielbiam nosić go z białymi rzeczami, na tle bieli wygląda bowiem niezwykle szlachetnie. Choć bardzo mi się podoba, nie sięgam jednak po niego zbyt często, okazał się bowiem niestety kłopotliwy w aplikacji. Tego się akurat nie spodziewałam, bo z lakierami z tej serii jak dotąd miałam zgoła odmienne doświadczenia.




Coś w konsystencji tego lakieru sprawia, że trudno nad nim zapanować, zalane skórki to przykra norma. Da się to oczywiście potem jako tako doczyścić, no ale wiadomo, to już dodatkowa robota. Zmywanie też niestety jest uciążliwe, lakier pod wpływem zmywacza nie tyle się rozpuszcza, co rozmazuje, ciężko potem doprowadzić skórę do ładu.




Szkoda, bo kolor śliczny! W dodatku potrafi ciekawie zmieniać się w zależności od światła. Przypadkowo udało mi się nawet uchwycić tę zmienność na jednym zdjęciu, spójrzcie.




Nie wiem, co jest z tymi fioletami, że płatają mi takie figle. Najpierw Inglot [KLIK], potem Revlon [KLIK], teraz Golden Rose. Ciągle coś jest nie tak. Może mogłybyście polecić mi ciemnofioletowy lakier, który miałby szansę w końcu mnie zadowolić? Nie żadną tam śliwkę robaczywkę, tylko coś naprawdę dobrego jakościowo? Zostawiajcie swoje typy. Dajcie też znać, czy też kiedyś szukałyście tak uporczywie jakiegoś konkretnego odcienia. Co to było? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Konkurs dla moli książkowych!
Zagraj o powieść Katarzyny Majgier
"Stuletnia Gospoda", KLIK.
Możesz też spróbować szczęścia na FB, KLIK.


czwartek, 25 września 2014

Jesień na paznokciach, czyli idealny odcień nude


Pięknej, złocistej, jesiennej aurze jak co roku towarzyszy tęsknota za stonowanymi kolorami ziemi, łagodnymi kremami, ciepłymi brązami, bezpiecznymi beżami. Idąc tym tropem, chciałam zaprezentować Wam dziś lakier, który idealnie wpisuje się w tę jesienną paletę barw, Golden Rose Rich Color nr 05. Po tych wszystkich soczystych, jaskrawych szaleństwach lata, być może zainteresuje Was spokojny, nienachalny nude w odcieniu słodkiego kakao. Popatrzcie.




Przyznam szczerze, że lakier ten długo musiał czekać na swoje pięć minut. Dostałam go wiosną od koleżanki i tak sobie stał, ciągle ustępując pola żywszym kolorom. Tymczasem wraz z nadejściem jesieni zachciało mi się czegoś pasującego do ciepłego swetra i kubka z herbatą, czegoś bezpiecznego i nie rzucającego się w oczy. Czegoś jesiennego po prostu.




Kolor, choć niepozorny, okazał się piękny, a co najważniejsze, idealnie wyważony, różowe, beżowe i szare tony zostały w nim bowiem doskonale zbalansowane. Żadna tam z niego brzoskwinka, żaden tam rozbielony mleczak, to najprawdziwszy z prawdziwych uniwersalny odcień nude!




Totalnie mnie ten lakier zauroczył. Jest zupełnie kremowy i daje pełne krycie. Bardzo dobrze mi się go nosi, kojarzy mi się z czymś naturalnym, skromnym i swojskim. 




To już kolejny lakier Golden Rose Rich Color, który zrobił na mnie takie wrażenie. I to nie tylko ze względu na sam kolor, ale także ze względu na jakość. Uważam, że ta seria jest generalnie niedoceniana, jakoś w sieci mało zachwytów na jej temat. Nie wiem, z czego to wynika, bo w moim mniemaniu to jedne z lepszych lakierów z tej półki cenowej, zupełnie bezproblemowe w aplikacji, bardzo trwałe i dostępne w ogromnej gamie naprawdę ciekawych kolorów. Warto się nimi zainteresować! Ja póki co mam trzy sztuki (niedługo pokażę Wam cudny fiolet), ale kolejne zakupy to tylko kwestia czasu.

Jeśli lubicie poddawać się jesiennej atmosferze, to pewnie bohater dzisiejszego posta wpadł Wam w oko. Dajcie znać, co o nim myślicie. Dobra propozycja na złotą polską jesień, czy niekoniecznie? A może stawiacie na zupełnie inne kolory? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.
Zagraj o 1 z 10 zestawów
Bioderma Sebium!


czwartek, 7 sierpnia 2014

A nikt go nie chciał, czyli obłędny róż Golden Rose


Nikt go nie chciał, został u mnie po kwietniowym babskim weekendzie z koleżankami. Na mnie w sumie też początkowo nie zrobił wrażenia, ot, zwykły róż, no ale skoro żadna go nie wzięła, no to co miałam robić, przygarnęłam. Swoje odleżał, ale jak już raz po niego sięgnęłam, tak sięgam na okrągło. Niby taki niepozorny, na paznokciach pokazał cały swój potencjał. Dziewczyny, żałujcie, że go tak pochopnie skreśliłyście, teraz mój ci on! Golden Rose Rich Color nr 26. 




W buteleczce wygląda na całkiem przeciętny, podszyty fioletem róż. Wypisz wymaluj jagodowy koktajl. Czyli kolor, jakich wiele. Na paznokciach zyskuje jednak nowe oblicze, nabierając nagle charakteru. Dwie warstwy dają taką głębię i intensywność, jakby był to zupełnie inny lakier.




Niespodziewanie ten niepozorny róż stał się moim letnim ulubieńcem. Pięknie wygląda zarówno na dłoniach, jak i na stopach, ślicznie kontrastuje z jasną skórą.




Nie mogę nie pochwalić również jego właściwości, bo dzięki wygodnemu pędzelkowi i gęstej konsystencji bardzo łatwo się go aplikuje. Nie rozlewa się po skórkach, doskonale kryje, szybko schnie, czego chcieć więcej? Zwłaszcza że trwałość też na piątkę, pod topcoatem trzyma się nawet do tygodnia, lekko ścierając się tylko na końcówkach.




Pomyśleć, że nikt go nie chciał! A teraz jako ulubieniec jedzie ze mną na wakacje, nie biorę żadnego innego lakieru :)))

Jak Wam się podoba to różowe cacko? Dostrzegacie jego urok? Co w ogóle myślicie o lakierach Golden Rose? Szczerze mówiąc, moje nastawienie do nich było sceptyczne, głównie przez dawne kiepskie doświadczenia z tańszymi seriami, ale Rich Color wydaje się bardzo udana. O tym różu w każdym razie złego słowa nie dam powiedzieć!

Pojutrze wyjeżdżam, więc w kontakcie będziemy pewnie ograniczonym (choć jeśli okoliczności pozwolą, wzorem wcześniejszych wyjazdów ---> KLIK chciałabym napisać coś dla Was w cyklu W podróży), ale póki co dziś jak zwykle odpowiem na wszystkie Wasze komentarze. Piszcie!

Buziaki,
Cammie.


wtorek, 8 lipca 2014

Złoty akcent, czyli klasyczny Essie & piaskowy Golden Rose


Nareszcie upały! A wraz z nimi powracająca do mnie od kilku sezonów słabość do złota. Zwłaszcza w postaci złotych dodatków. Pomyśleć, że jeszcze parę lat temu unikałam ich jak ognia, tkwiąc w błędnym przeświadczeniu, że pasuje do mnie wyłącznie srebro, a tymczasem uwielbiam się nimi otaczać, chętnie sięgając po złoto w biżuterii, w akcesoriach, no i oczywiście w kosmetykach.

Dziś chciałabym zwrócić Waszą uwagę na piękne piaskowe złotko Golden Rose Holiday Nail Color nr 82. Piaski co prawda nieco mi się już przejadły i sama tego lakieru z pewnością bym nie kupiła, ale dostałam go od mamy, która nie mogąc przywyknąć do jego chropowatej faktury, była o krok od wywalenia go do śmieci. Ależ byłaby to strata! Okazało się, że to najlepszej jakości piaskowy lakier, z jakim miałam do czynienia, w dodatku w ślicznym odcieniu jasnego złota. Pokażę go Wam w moim ulubionym zestawieniu z Essie Topless & Barefoot, którego prezentację już dawno Wam obiecałam.




Bardzo lubię łączyć te dwa lakiery, uważam, że świetnie się nawzajem podkreślają. Idealnie kremowy i delikatny Essie jest wspaniałym tłem dla stanowiącego zdobiący akcent złota Golden Rose.




Nawiązując do jakości tego piasku, muszę jeszcze raz podkreślić, że jest naprawdę świetny w swojej kategorii, bijąc na głowę nawet dużo droższe lakiery. Zupełnie nie jest podatny za zabrudzenia, jak na przykład szybko tracące świeżość piaski Wibo, nie jest też tak miękki, jak chociażby piaski O.P.I., których strukturę zniszczyć można pod silniejszym naciskiem palca. Ten jest idealny, twardy, trwały, odporny na wszelkie uszkodzenia. O dziwo, łatwo też go zmyć, nawet nie trzeba posiłkować się metodą foliową. 




Żadnych piasków kupować już nie zamierzam, tak jak wspominałam, uważam, że to trend nieco przebrzmiały, ale mimo wszystko cieszę się, że to piaskowe złotko do mnie trafiło. Lubię je za bardzo ciekawy, jasny i chłodny odcień, podoba mi się też jego nieprzesadnie chropowata faktura. Wszystkich paznokci pewnie bym nim nie pomalowała, ale do zdobień jest znakomite. 


Lubicie takie złote akcenty? Co myślicie o złotku z Golden Rose? Sięgacie jeszcze w ogóle po piaski? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 23 maja 2014

Białe toppery, czyli moja najnowsza lakierowa obsesja


Moja najnowsza lakierowa obsesja? Białe toppery. Zaczęło się niewinnie, od taniutkiego Wibo WOW Effect Matte Glitters, który nie sprawił jednak, że przestałam marzyć o dużo, dużo droższym Snow Angel od Lynnderelli. Koniec końców Snow Angel i tak kupiłam, a ostatnio nie oparłam się też białym płatkom Golden Rose z serii Carnival. Tym samym mój mały zbiorek liczy już trzy buteleczki, niby podobne, a jednak kompletnie się różniące. Co Wam zaraz udowodnię :)))




Wibo WOW Effect Matte Glitters, choć na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie biały, w rzeczywistości ma w sobie najwięcej koloru ze wszystkich tych trzech propozycji. Jego płatki opalizują na blady róż i jasny błękit, co dobrze oddaje to zdjęcie  ---> KLIK. W odpowiednim świetle sprawia wrażenie pastelowego. Wyróżnia go też półmatowe wykończenie, do którego nie do końca jestem przekonana, co sprawia, że sięgam po ten topper najrzadziej.




Snow Angel odznacza się z kolei subtelnością. Białe płatki nie opalizują, nie błyszczą brokatowym wykończeniem, nie rażą oczu ostrym odcieniem bieli ---> KLIK. Ten śmietankowy topper to mój ulubieniec, jest delikatny, pięknie zdobi paznokcie, dając dość kryjące, ale nie rzucające się w oczy wykończenie przypominające lukier. 





Golden Rose Carnival kupiłam całkiem niedawno, skorzystałam ze zniżki w ramach kwietniowych Stylowych Zakupów. Spodobał mi się od pierwszej chwili, choć w przeciwieństwie do dwóch poprzednich topperów okazał się bardzo wyrazisty. Jego baza jest co prawda zupełnie przezroczysta, jednak białe płatki mają różne wielkości i kształty, układając się na paznokciach w niesamowite wzory.




Najbardziej lubię łączyć te moje cudeńka z jasnymi, pastelowymi, rozbielonymi lakierami, które według mnie są dla nich najlepszych tłem, niezbyt rzucającym się w oczy, a jednak podkreślającym cały urok białych drobin. Dobrym przykładem jest zestawienie z bladoróżowym New romantic z serii Rimmel Salon Pro.




Jak widać, Wibo dał matowe wykończenie, nie gasząc jednak błysku opalizujących drobin brokatu, Golden Rose stworzył plątaninę wyraźnie widocznych płatków, Lynderella natomiast pokryła lakier bazowy równą, elegancką, jakby lukrową taflą.




Zaskoczeniem był dla mnie natomiast efekt, jaki uzyskałam ostatnio łącząc swoje białe toppery z lakierem beżowym. Takie kolory ze względu na odcień mojej skóry zwykle mi nie pasują, sama pewnie nigdy bym go nie kupiła, ale dostałam go w "spadku" po koleżance, której nie przypadł do gustu i postanowiłam jednak dać mu szansę. I co? Przepadłam! Nie dość, że okazał się najlepszym odcieniem nude, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia, to jeszcze pod Seche Vite trzyma się moich paznokci jak przyspawany! Nawet dziś noszę go już szósty (!) dzień i nie widzę nawet najmniejszego ubytku. Przy moich osłabionych, rozdwajających się paznokciach już dawno nie mogłam powiedzieć tego o żadnym lakierze. Rzecz o Essie Topless & Barefoot.




Spontaniczny eksperyment sprawił, że odkryłam jedno ze swoich ulubionych połączeń. Okazuje się, że biel może prezentować się dobrze także na ciepłym, cielistym odcieniu. Może dlatego, że Topless & Barefoot ma w sobie kapkę, odrobinkę dosłownie różu. Niebawem pokażę Wam go solo, tymczasem spójrzcie na zestawienie z topperami. Wybaczcie odcisk palca na środkowym próbniku.




Tak, białe toppery to aktualnie zdecydowanie moja największa lakierowa słabość. Mam nadzieję, że Wam też wpadły w oko. Dajcie znać, który jest Waszym faworytem, Wibo, Golden Rose czy Lynderella? A może macie swoją własną lakierową obsesję? Koniecznie napiszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.



Ostatni dzwonek, nie przegapcie!
Zapraszam do udziału
w urodzinowym rozdaniu!
Do wygrania ekskluzywny zestaw
kosmetyków Bee Pure
na bazie jadu pszczelego i miodu manuka.



wtorek, 22 kwietnia 2014

Na rozruch, czyli moje "Stylowe zakupy" | Zapowiedź nadchodzących zniżek


Od weekendu "Stylowych zakupów" minął już ponad tydzień, zdążyły dotrzeć do mnie wszystkie przesyłki, postanowiłam więc pokazać Wam, co skusiło mnie w tym gąszczu rabatów. Myślę, że to dobry temat na pierwszy poświąteczny post, ot, taki luźny, na rozruch. Mało słów (postaram się!), dużo zdjęć, a na koniec dobre wieści, zapowiedź kolejnych zniżek. Zapraszam!


Najważniejsze dla mnie zamówienie złożyłam na stronie Bandi. Oferta marki interesowała mnie od dawna, przed większymi zakupami powstrzymywały mnie jedynie dość wysokie ceny. Zniżka rzędu 25% wydała mi się na tyle atrakcyjna, że w końcu się zdecydowałam. Postawiłam na krem pod oczy z serii Gold Philosophy, krem na noc z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym z serii Professional Line oraz krem na dzień z witaminą C z serii C-White.




Krem pod oczy jest ogromny, ma aż 30 ml, pewnie starczy mi na wieki. W sumie miła odmiana po przyjemnym skądinąd kolagenowym kremie Baikal Herbals ---> KLIK, który skończył mi się nie wiadomo kiedy. Co do kremu z kwasami, wiem, że na złuszczanie jest już trochę późno, ale postanowiłam dać mu kilka tygodni, zwłaszcza że tak naprawdę jest to preparat wielofunkcyjny, którego działanie eksfoliujące na pewno nie będzie mocne. W każdym razie jestem dobrej myśli, stosuję go wyłącznie na noc, na dzień zawsze pamiętając o ochronie przeciwsłonecznej rzędu SPF 50 / PA +++. Krem z witaminą C z kolei to zupełna nowość marki, pochodzi rozjaśniającej cerę serii C-White, która ciekawiła mnie jeszcze przed premierą. Jeśli się sprawdzi, pewnie za jakiś czas skuszę się na całą linię.

Zdradzę Wam, że przynajmniej jeden z tych kremów ma szansę stać się odkryciem miesiąca! Jestem zachwycona pierwszymi efektami. Ale na razie nic więcej nie napiszę.


Do zakupów zachęciła mnie też 20% zniżka w Golden Rose. Dostęp do tej marki mam utrudniony, także jak już nadarzyła się dobra okazja, skorzystałam i zamówiłam kilka drobiazgów w sieci. 

Golden Rose słynie z ogromnego wyboru lakierów do paznokci i muszę przyznać, że jest to sława zasłużona, naprawdę miałam problem, żeby się zdecydować. Ostatecznie wzięłam piękny śliwkowy odcień z serii Rich Color i topper z białymi płatkami z serii Carnival.




Fiolet jest obłędny, właśnie o taki kolor mi chodziło. Topper natomiast wzięłam głównie z ciekawości, jak wypadnie w porównaniu z bardzo lubianym przeze mnie Lynnderella Snow Angel ---> KLIK. Na pewno zrobię Wam porównanie, dołączając też do zestawienia Wibo WOW Effect Matte Glitters 02 ---> KLIK.

Nie mogłam też oprzeć się pomadkom Velvet Matte, o których ostatnio tak głośno. Wzięłam dwie sztuki, długo zastanawiając się, na które odcienie postawić.




Serio, niby wybór duży, ale jak przyszło co do czego, nie mogłam się zdecydować, jakieś te kolory nie moje. Ale naoglądałam się zdjęć, naczytałam recenzji i w końcu do koszyka wrzuciłam 02, czyli przybrudzony, ciemny róż z kroplą beżu i 07, czyli zgaszony róż.





O ile ten ciemniejszy odcień muszę jeszcze oswoić, o tyle jaśniejszy spodobał mi się od pierwszej chwili.




Nic więcej na temat tych szminek póki co Wam nie napiszę, ale pewnie za jakiś czas przygotuję ich szerszą recenzję. Teraz naprawdę nie mam jeszcze na ich temat zdania.

Do koszyka wrzuciłam też czarny precyzyjny liner. Kreski maluję codziennie, także to jeden z tych kosmetyków, które kupuję bardzo często, chętnie testując nowości.




Kilka razy zdążyłam już po niego sięgnąć i szczerze mówiąc mam mieszane uczucia. Flamaster jest bardzo cieniutki i ostry, do czego nie jestem przyzwyczajona, pewnie stąd mój brak entuzjazmu. Czerń w każdym razie jest głęboka i trwała, a to najważniejsze.

Nie byłabym sobą, gdybym nie skusiła się róż. Owszem, mam ich dużo za dużo, ale to jakoś nie powstrzymuje mnie przed kolejnymi zakupami :D Róże to po prostu moja największa makijażowa słabość. Tym razem wybrałam Terracotta Blush-On 07.




Jak mogłabym go opisać? To jaśniutki, blady róż podbity złotą poświatą, idealny dla naprawdę bladych cer i kobiet szukających bezpiecznego odcienia, którym nie można zrobić sobie krzywdy. Jest przepiękny!


Na koniec malutkie zakupy z Inglota, średnio udane niestety. Szukałam zamiennika dla szarego cienia z paletki Sleek Au Naturel, który zużyłam do spodu i mój wybór padł na matowe kółko nr 387. W domu, w naturalnym świetle, zorientowałam się, że nie jest to ten odcień szarości, o jaki mi chodziło, ten sleekowy był cieplejszy, ale machnęłam ręką, nie będę się czepiać niuansów. 




Gorzej z lakierem do paznokci. Koniecznie chciałam wypróbować w końcu serię oddychającą,  z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, pomyślałam więc, że to doskonała okazja na zakup czerni. W mojej kilkumililitrowej buteleczce Max Factor widać już dno, także potrzebowałam czegoś nowego. Na pierwszy rzut oka wszystko ok, prawda?




W świetle dziennym znowu niespodzianka ... Okazało się, że moja czerń wcale nie jest czernią, tylko czarną bazą dla masy ciemnofioletowych drobin. 




Ręce mi opadły, zwłaszcza że w czasie zakupów kilkakrotnie podkreślałam ekspedientce, że chodzi mi o zwykły, kremowy czarny lakier. Powiem Wam jedno, odechciało mi się zakupów w Inglocie na dobre. Powinni zadbać o oświetlenie i jakość obsługi. Dobrze, że korzystałam akurat ze zniżki (-20%), dzięki temu pigułka nie jest aż tak gorzka.


Mimo tej lakierowej wpadki, ogólnie jestem ze swoich zakupów bardzo zadowolona, szczególnie z kremów Bandi. Czuję, że mają moc! Mam nadzieję, że Wam także udało się kupić coś ciekawego. A jeśli nie, to jeszcze nie wszystko stracone. Słyszałyście o szalonych zniżkach w drogeriach Rossmann?

  • w dniach 22.04.-27.04. -49% na produkty do makijażu twarzy (podkłady, pudry, róże, korektory) 
  • w dniach 28.04.-04.05. -49% na produkty do makijażu oczu (tusze, cienie, kredki, linery) 
  • w dniach 05.05.-11.05.-49% na produkty do makijażu ust i produkty do paznokci (pomadki, konturówki, lakiery, odżywki)

Nieźle, co? A jakby tego było mało, w dniach 29.04.-05.05. wszelkie produkty do makijażu kupić będziemy mogły z 40% zniżką w drogeriach Natura. Rabat niby mniejszy, ale warto pamiętać, że w Naturach znaleźć można marki, których na próżno szukać w Rossmannach, chociażby Catrice czy Kobo. Także, dziewczyny, warto się zastanowić nad zakupami!


Zostawiam Was z tą myślą i kończę, bo miało być krótko i znowu się nie udało. Jestem niepoprawna! Najwyższa pora oddać głos Wam, dziewczyny. Skorzystałyście już ze zniżek, czy dopiero zamierzacie? A może w ogóle nie w głowie Wam zakupy? Piszcie!

Buziaki,
Cammie.



środa, 22 stycznia 2014

Przywrócony do łask, czyli Golden Rose Jolly Jewels


Czerń jednak nie ma sobie równych. Jestem ostatnio pod totalnym urokiem Lacquer Noir nr 36 Max Factor, czemu zresztą dałam już wyraz TUTAJ. Solo prezentuje się przepięknie, mimo wszystko nabrałam ochoty na połączenie tej głębokiej, błyszczącej czerni z jakimś ciekawym topperem. Eksperymentowałam z różnymi topami, jednak najbardziej spodobało mi się zestawienie z Golden Rose Jolly Jewels nr 117, który po tym, jak w zalazł mi za skórę ---> KLIK, zdołał się jednak zrehabilitować.

Jolly Jewels nr 117 to masa bladozłotych drobin różnej wielkości zatopionych w czarnej bazie. Zawsze bardzo mi się podobał, jednak zniechęcona jego kiepską trwałością, porzuciłam go na wiele miesięcy. W duecie z czernią Max Factor prezentuje się jednak tak ślicznie, że wybaczam mu wszystko i niniejszym przywracam do łask!






Podoba mi się zarówno na końcówkach, na których prezentuje się nieco biżuteryjnie, ale ciągle jeszcze nie przytłaczająco ...









... jak i na palcu serdecznym, dając skromniejszy, ale jednak i tak rzucający się w oczy efekt.









Nie wiem, co ta czerń w sobie ma, że zawsze dobrze wygląda. Nie wiem też, dlaczego tak długo czerni na paznokciach unikałam! Teraz za to nadrabiam z nawiązką. Lubię to, że do wszystkiego pasuje i stanowi takie idealne tło dla innych lakierów, jak choćby w tym przypadku dla Jolly Jewels, który nagle zyskał drugie życie.


Lubicie czerń, chętnie po nią sięgacie? Podoba Wam się zestawienie ze złotem? Piszcie!


Na koniec wspomnę tylko, że nareszcie dotarły do mnie "ibejowe" wzorniki do lakierów, także spodziewajcie się obiecanych postów z różnymi kombinacjami z wykorzystaniem L'Oreal Bling Bling Bang i Lynnderella Snow Angel. 






Dziesięć kółek za niecałe dwa dolce, szaleństwo :DDD Warsztat pracy już jest, także nic, tylko brać się do roboty. Co też niebawem zamierzam uczynić.


Tymczasem całuję,
Cammie.




piątek, 25 stycznia 2013

Nie za późno? :)))

Nie za późno na kolejne podsumowanie roku 2012? Bo jeszcze mi buble zostały. Miałam nawet już dać sobie z nimi spokój, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że może uchronię kogoś tym postem przed nietrafionym zakupem? Także pozwólcie, że mimo poślizgu (nie mogę uwierzyć, że styczeń ma się już ku końcowi!), napiszę Wam dzisiaj o tym, co w minionym roku wyjątkowo mnie rozczarowało.






1. Marion, Nature Therapy, Ocet z malin & koktajl owocowy, spray regenerujący włosy

Na fali rosnącej popularności podobnego specyfiku u konkurencji z wyższej półki, marka Marion z dużym refleksem wypuściła na rynek całą serię kosmetyków z octem z malin. Skusiłam się właśnie na sprej, dużo wygodniejszy w stosowaniu niż płukanka. Niezwykle zachęcająca cena (około 7 zł za 120 ml) i przyjemny malinowy zapach wbiły mnie w przekonanie, że zrobiłam deal roku. Do czasu. Do czasu, aż pierwszy raz zaaplikowałam to cudo na włosy ... Nawilża i wygładza? Nie zauważyłam. Nabłyszcza? Nie zauważyłam. Za to zauważyłam, że pod wpływem ciepła suszarki zaczyna śmierdzieć (przepraszam za określenie) jak kocie siki! Mam kota, więc wiem :DDD Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale przyjemny zapach malin gdzieś znika, a zostaje jedynie skwaśniały octowy smrodek. Im cieplejszy nawiew suszarki, tym mocniejszy. W tej sytuacji kwestią już w sumie wtórną jest sprawa fatalnej, ociekającej sprejem pompki ... Więcej nie kupię.


2. Dax Cosmetix, Cashmere Eyeshadow Base

Słynna już baza pod cienie okazała się dla mnie totalnym niewypałem. Po tylu pozytywnych recenzjach spodziewałam się produktu fantastycznej jakości, tymczasem od pierwszego użycia nie przypadła mi do gustu. Nadal jej używam, ale okupione jest to nerwami, rozglądam się właśnie za czymś innym. Co mi się tak w niej nie podoba? Konsystencja. Zbita, toporna, mało plastyczna, wymagająca naciągania powiek przy aplikacji. I nie wiem, od czego to zależy, ale cienie raz trzymają się na niej bez zarzutu, innym razem ścierają się w załamaniach powieki już po kilku godzinach. Nie mogę na niej polegać! Dla mnie bubel, choć wiem, że ma też grono oddanych miłośniczek.


3. Essence, Stay all day, Long lasting eyeshadow

Cieni w kremie Essence chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Tanie, łatwo dostępne i jakże często zachwalane. Całe szczęście, że skusiłam się tylko na jeden. Zależało mi na produkcie, którym jednym pociągnięciem palca zrobię cały makijaż oka, wybrałam odcień 02 Glammy goes to ..., czyli połyskujący złotawy beż. Kolor sam w sobie bardzo mi się podoba, fajnie podkreśla moje zielone tęczówki, ale do szału mnie doprowadza formuła. Nie wiem, co to jest, ale na pewno nie jest to krem. Cień w moim odczuciu jest suchy, trudno go wydobyć, a jeszcze trudniej równomiernie nałożyć na powiekę. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Zastanawiam się, jak to możliwe, że wszyscy tak się zachwycają, a ja jedna narzekam? Trafił mi się jakiś zleżały egzemplarz, czy co?


4. Golden Rose, Jolly Jewels

Nie będę się rozwodzić, kupiłam trzy odcienie i wszystkie trzy mnie zawiodły, o czym pisałam TUTAJ i TUTAJ. Seria wizualnie mnie oczarowała, w praktyce okazało się, że lakiery są kompletnie nietrwałe. To chyba największe rozczarowanie roku.



Na koniec jeszcze jeden bubel, ale niekosmetyczny. Wszystkich moli książkowych ostrzegam, nie idźcie tą drogą! :DDD






Grafomania. Fatalny język, jednowymiarowe postaci, do bólu sztuczne dialogi i masa niekonsekwencji, raz dłużyzna, raz przeskok w czasie załatwiony trzema zdaniami. Fabuła w zamierzeniu ma szokować, ale jest tak odrealniona, że tylko śmieszy. Bohaterom, wkurzającym w swojej bezradności, aż chce się kopniaka sprzedać na rozruch. Dramat. Szkoda czasu, szkoda kasy!



Uf, wyżaliłam się, od razu mi lepiej. Wam też to radzę! Piszcie w komentarzach, na jakie buble nadziałyście się w minionym roku!


Buziaki,
Cammie.



sobota, 22 grudnia 2012

Chwila prawdy ...

Chwila prawdy. Jolly Jewels są do de! Owszem, są wyjątkowo ładne, ale niestety są także wyjątkowo nietrwałe. Kupiłam trzy kolory i żaden nie utrzymał się na paznokciach dłużej niż dwa dni. Nie pomogły żadne bazy, żadne topy ...

Złoto z tej kolekcji (nr 103) prezentowałam Wam i recenzowałam TUTAJ, dziś pokażę róż (nr 108) i czerń (nr 117).















Wybaczcie, ale szczegółowej recenzji tym razem nie będzie. Lakiery, które pokazuję Wam dzisiaj, w zasadzie nie różnią się od tego, który zdążyłam opisać wcześniej. Są równie nietrwałe. Różowy utrzymał się na paznokciach niespełna jeden dzień, po czym zaczął odpryskiwać sporymi kawałkami, czarny wytrzymał jakieś dwa dni. Na moje standardy to po prostu katastrofa. 

Złoty jest na tyle przejrzysty, że nadaje się do layeringu, także pewnie nad jego trwałością można jeszcze popracować. Baza różowego brzydko smuży i ukrywa to dopiero druga warstwa, więc w tym przypadku tego typu zdobienie moim zdaniem odpada. Czarny natomiast jest tak gęsty (rzekłabym nawet, że glutowaty ...), że w ogóle nie ma o czym mówić. Ale też trzeba mu oddać, że to właśnie on sprawia wrażenie najtrwalszego.

Zawiodłam się okrutnie. Tak za nimi łaziłam, tak ich szukałam, a teraz pewnie puszczę w świat, bo to nie na moje nerwy.


Zajmijmy się lepiej czymś przyjemniejszym. Jak tam przygotowania do świąt? :)))

Całuję,
Cammie.