beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Face Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Face Shop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

Prosto z Azji, czyli ochrona przeciwsłoneczna dla cery suchej i tłustej The Face Shop | Dlaczego najczęściej wybieram filtry azjatyckie?


Witajcie! Zniknęłam na tak długo, że naprawdę zdążyłam się za Wami stęsknić. Praca, praca, praca, wiecie, jak to jest. Po całym dniu na pełnych obrotach po prostu nie miałam już sił i chęci jeszcze wieczorami składać słów w zdania i stukać w klawiaturę. Wygląda jednak na to, że ze sprawami zawodowymi wyszłam w końcu na prostą i znowu jestem w stanie spędzać czas przed komputerem dla przyjemności. A zatem wracam! I zgodnie z obietnicą nawiązuję do poprzedniego posta ---> KLIK, w którym wywołałam temat ochrony przeciwsłonecznej. Dziś na chwilę jeszcze się przy nim zatrzymuję, przedstawiając Wam dwa bardzo dobre azjatyckie kremy z filtrem, jeden do cery suchej, drugi do cery tłustej, oba z bogatej oferty The Face Shop. Zapraszam :))




Jeśli chodzi o filtry The Face Shop, to (jak może pamiętacie) już miałam z nimi do czynienia w postaci zużytych jedna za drugą kilku tubek świetnego Natural Sun Power Long Lasting Sun Cream, który jakiś czas temu w swej dawnej postaci zniknął niestety ze sprzedaży. Dobre wspomnienia z nim związane znowu przywiodły mnie do oferty tej marki, która została, jak się okazało, gruntownie w zeszłym roku odnowiona. Osoby zainteresowane wysoką ochroną przeciwsłoneczną mogą w niej wybierać i przebierać, w skład nowej serii Natural Sun Eco wchodzi bowiem aż siedem produktów o różnych formułach i różnych właściwościach ---> KLIK. Kierując się potrzebami mojej skóry, w pierwszym odruchu kupiłam (ebay, jak zwykle ebay) wersję nawilżającą, Aqua Sun Gel SPF 40 / PA+++, a po kilku tygodniach wersję matująco-nawilżającą, Sebium Control Moisture Sun SPF 40 / PA+++.




Mam cerę tłustą i normalnie od pierwszej chwili celowałabym w filtr o sprzyjającej jej formule, jednak w okresie najintensywniejszej kuracji Locacidem, czyli środkiem z przesuszającym cerę retinoidem, moja skóra aż prosiła się o pielęgnację skoncentrowaną wyłącznie na nawilżaniu. Aqua Sun Gel w tamtym czasie wydawał się wprost dla mnie stworzony. Lekki, nietłusty, a jednocześnie przyjemnie otulający, momentalnie przypadł mi do gustu, z każdą aplikacją nie tylko dając mi gwarancję porządnej ochrony przeciwsłonecznej, ale także po prostu podnosząc komfort mojej zmaltretowanej retinoidem skóry. Nawet nie wiem kiedy zużyłam całą tubkę. Oczywiście nie wchłaniał się bez śladu, ale nie bielił, świetnie trzymał się skóry i dobrze sprawdzał się pod makijażem. Swoje właściwości nawilżające zawdzięczał formule na bazie wody. Bardzo ciekawa opcja dla wszystkich osób o cerze suchej, bądź tak jak ja przechodzących kuracje dermatologiczne. Wśród zachodnich marek na próżno chyba szukać czegoś podobnego, ja przynajmniej nie słyszałam o filtrze w postaci żelu. 

W przypadku matującego Sebum Control Moisture Sun jest już inaczej, bo ten akurat filtr ma silną konkurencję w postaci słynnej emulsji matującej Vichy. Jego formuła nie jest więc może aż tak oryginalna, ale i tak jest warta uwagi, ze względu na dodatkowe właściwości nawilżające, które zawdzięcza nasionom chia. W tym przypadku mamy zatem dwa w jednym - przyjazne skórze przetłuszczającej się działanie matujące, a dodatkowo pielęgnację ukierunkowaną na potrzebne każdemu rodzajowi cery nawilżenie. Bosko. Krem nie przynosi co prawda skórze takiego ukojenia jak opisywany wyżej Aqua Sun Gel, ale również nie bieli i nie tłuści, a do tego naprawdę dobrze trzyma ją w ryzach. Optymalna opcja dla osób o tłustej bądź mieszanej cerze. Początkowo wydawało mi się, że wolę wersję nawilżającą, jednak po odstawieniu Locacidu (o tym innym razem) doceniłam jego walory i na ten moment cieszę się, że zdecydowałam się od razu na zakup opakowania o zdublowanej pojemności.


Po lewej pozbawiony charakterystycznego dla innych filtrów połysku Sebum Control Moisture Sun, po prawej lekki i przejrzysty Aqua Sun Gel. 


Wiem, że części z Was kupowanie kosmetyków na drugim końcu świata może wydawać się bez sensu, jednak ja mam swoje powody, dla których ciągle eksploruję rynek azjatycki.  

Dlaczego najczęściej wybieram filtry azjatyckie? Wszystkie argumenty sprowadzają się do tego, że Azjatki mają hopla na punkcie ochrony przeciwsłonecznej.

  1. Azjatki mają hopla na punkcie ochrony przeciwsłonecznej, cała ich pielęgnacja opiera się na produktach chroniących przed słońcem. Powszechność takiej filozofii dbania o skórę skutkuje skupieniem się producentów na tej kwestii, a wąska specjalizacja oznacza przecież zwykle wysoką jakość.
  2. Azjatki mają hopla na punkcie ochrony słonecznej, oferta azjatyckich marek w tym zakresie jest więc znacznie szersza niż w innych częściach świata. Jest popyt, jest podaż, ergo: jest w czym wybierać. Bogactwo formuł, szeroki wachlarz możliwości.
  3. Azjatki mają hopla na punkcie ochrony przeciwsłonecznej, produkty z wysokim filtrem na rynku azjatyckim kupić więc można przez cały rok. U nas kremy przeciwsłoneczne to ciągle jednak produkty sezonowe, znikające ze sklepowych i aptecznych półek na wiele miesięcy wraz z ostatnim tchnieniem lata.

Zgadzacie się z moim tokiem myślenia? Koniecznie dajcie znać. Napiszcie, co myście o ochronie przeciwsłonecznej rodem z Azji, macie swoje ulubione azjatyckie filtry? Ciekawi mnie też oczywiście, czy zainteresowałam Was dziś produktami The Face Shop. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 30 grudnia 2012

Fav lista 2012 :)))

Koniec roku sprzyja podsumowaniom, na wielu blogach widuję ostatnio zestawienia tegorocznych ulubieńców. Uwielbiam je przeglądać, są dla mnie często źródłem inspiracji. Postanowiłam przygotować własną fav listę, ograniczając się jednak wyłącznie do kosmetyków, które odkryłam w 2012 roku. Zapraszam do lektury :)))


Na początek kosmetyki kolorowe. Nie jest ich dużo, ale za to naprawdę każdy mogę całym sercem polecić, praktycznie w żadnym nie dopatrując się wad.






Paletka Sleek Au Naturel ---> KLIK Genialna! Na pewno ją znacie albo przynajmniej o niej słyszałyście. Jej sława jest całkowicie zasłużona, to 12 świetnie dobranych neutralnych cieni, głównie beży i brązów, pasujących chyba każdej tęczówce. Potencjał tej niepozornej palety, pozwalającej stworzyć makijaże zarówno dziennie, jak i wieczorowe, zarówno matowe, jak i błyszczące, jest ogromny. Polecam ją Waszej szczególnej uwadze! Moim zdaniem to najlepsza paleta Sleeka.

Puder brzoskwiniowy Skin Food Peach Sake Silky Finish Powder ---> KLIK. Delikatny, idealnie miałki, niemal niewidoczny na twarzy, doskonale matujący i utrwalający makijaż. Bardzo wydajny. A dodatkowo pięknie pachnie! Jest transparentny, pasuje każdej karnacji. Warto wziąć pod rozwagę.

Lioele Dollish Veil Vita BB Natural Green ---> KLIKKLIK, mój absolutny faworyt w tej kategorii. Daje mi wszystko, czego oczekuję od kremu BB, fantastyczny poziom krycia bez efektu maski, nietłustą formułę i wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Pozornie zielone dziwadło, rozcierające się jednak na ładny, zdrowo wyglądający, wtapiający się w cerę odcień beżu. Pisałam już o tym, ale powtórzę - to bb krem o najbardziej matowym wykończeniu ze wszystkich, jakie znam.

Podkład Bourjois 10 hour sleep effect. Jeszcze Wam o nim nie wspominałam, kupiłam go stosunkowo niedawno, podczas rossmannowskiego kolorowego tygodnia. Miłość od pierwszego użycia. Lekki, pięknie wtapiający się w cerę, sprawiający, że skóra wygląda na zdrową i wypoczętą. Aplikowany na mokro beauty blenderem czyni z moją twarzą cuda. Uwaga! Bardzo słabo kryje. Ja idealnej cery nie mam, co to to nie, ale wolę zakryć co trzeba korektorem, niż szpachlować się jakimś mocno kryjącym podkładem, pozbawiając się tego wspaniałego promiennego efektu, jaki daje 10 hour sleep effect.

Żelowa kredka Sephora Flashy Liner. Naprawdę, miałam już różne żelowe kredki, począwszy od Avonu, kończąc na Urban Decay, ale to właśnie tę uważam za najlepszą. Miękka, ale nie na tyle, żeby stwarzać problemy z temperowaniem, szybko zasychająca, ale nie na tyle szybko, żeby w razie potrzeby nie zdążyć jej rozetrzeć, no i piekielnie trwała, nie do zdarcia przez cały dzień. Duży wybór nasyconych kolorów!


Pora na moje odkrycia pielęgnacyjne. Wyłuskałam same debeściaki ;)))






Filtr The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA+++ ---> KLIK. Hicior tego roku. Spodobał mi się na tyle, że mam już drugą tubkę. Nie bieli (wręcz przeciwnie, delikatnie wyrównuje koloryt cery), fantastycznie nadaje się pod makijaż (ma właściwości wygładzające), a co najważniejsze skutecznie chroni skórę przed słońcem i jego promieniowaniem. Polecam każdemu.

Naturalne mydła do mycia twarzy. Nawet nie to konkretne, które widzicie na zdjęciu (tu akurat bardzo fajne czarne afrykańskie mydełko z iherb), a ogólnie po prostu mydła. Do mycia ciała używam ich od lat, ale dopiero w tym roku na dobre porzuciłam wszelkie żele i regularnie zaczęłam oczyszczać nimi także twarz. Rok 2012 upłynął głównie pod znakiem Mydlarni TULI ---> KLIK.

Jedwab w płynie Green Pharmacy, serum na łamliwe końcówki ---> KLIK. Cudo za grosze, z całkiem dobrym składem bogatym w cenne oleje i ekstrakt z aloesu. Używam niemal codziennie. Doskonale wygładza włosy, nie obciążając ich i nie przetłuszczając. Koniecznie wypróbujcie!






Uniwersalne olejki Alterra i Alverde.  Niestety, te z Alterry jakiś czas temu zniknęły z drogerii (choć podobno wracają! ja w każdym razie jeszcze ich nie widziałam), porzeczkowy z Alverde z tego, co słyszałam, też zniknął z oferty ... Nie będę się na ich temat rozpisywać, doskonale je znacie, zdobyły przecież olbrzymią popularność. Są świetne. Ja stosuję je do pielęgnacji ciała, nakładam na mokro zaraz po wieczornej kąpieli. Mam nadzieję, że znowu pojawią się na półkach, bo inaczej trzeba będzie wrócić do zwykłej oliwki.






Last but not least, krem ujędrniający Tołpa Dermo Body Mum. To właśnie on poratował moje zwiotczałe po ciąży ciało. Działa! Odczuwalnie napina i wygładza skórę, z pewnością wspomaga powrót do formy w połogu. Do tego pięknie pachnie. Nie jest tani, ale wart każdej złotówki. Polecam każdej mamie!



Tak wygląda moja fav lista. Wszystkie te kosmetyki odkryłam dla siebie w 2012 roku, celowo nie wspominałam dziś o ulubieńcach towarzyszących mi od lat. Mam nadzieję, że zainteresowało Was to zestawienie, może nawet wypatrzyłyście coś, co mogłoby służyć także i Wam?

Dajcie koniecznie znać, jakie są Wasze największe tegoroczne kosmetyczne odkrycia. Stwórzmy naszą wspólną listę best of the best!



czwartek, 25 października 2012

Flirt z filtrem :)))

Uporczywy ból głowy, świadczący o przewalającym się froncie atmosferycznym, uświadomił mi, że złota polska jesień bezpowrotnie mija, a wraz z nią ostatnie tego roku słoneczne dni. Pomyślałam, że to doskonały moment, żeby opisać produkt, który towarzyszył mi od wiosny, bezpiecznie przeprowadzając przez upalne lato i całkiem ciepłą jesień. Filtr The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA +++ :))) 






Łagodny filtr z naturalnymi ekstraktami roślinnymi, między innymi z rabarbaru i orzechów arganowych. Filtr wykonany został przy pomocy przełomowej technologii, rozprasza światło łącząc najlepsze cechy - doskonałą ochronę przed słońcem i lekką formułę. Filtr zapewnia 24 - godzinną ochronę przed słońcem, jest wodoodporny i może służyć jako baza pod makijaż, dwukrotnie przedłużając jego trwałość.



To pierwszy filtr w moim życiu. Wcześniej jakoś nie widziałam potrzeby filtrowania, pilnując jedynie, żeby moje podstawowe kosmetyki dawały mi chociaż minimalną ochronę przed słońcem. Niby zdawałam sobie sprawę z podwyższonego ryzyka fotostarzenia, ale obawiałam się zapychania cery, bielenia i nietrwałości makijażu. Przełamałam się dopiero w ciąży, kiedy hormonalna burza zafundowała mi tendencję do przebarwień. Nie było na co czekać, trzeba było przeciwdziałać. I tym sposobem, po lekturze ogromnej ilości rozmaitych recenzji, zdecydowałam się na zakup The Face Shop Natural Sun, który w tamtym okresie bił rekordy popularności.

Świetny, świetny wybór! Nie widzę wad w tym produkcie. No, może poza dostępnością, bo kupić go można jedynie w sieci. Ale dla chcącego nic trudnego. Polecam Wam ebay, tam w razie czego znajdziecie go w najkorzystniejszej cenie (już od około 40 złotych za tubkę, przesyłka najczęściej gratis).

Stosowałam go z gorliwością neofity, dzień w dzień, z wyjątkiem dwóch pobytów w szpitalu. Oczywiście trudno ocenić jego wpływ na postępowanie procesu fotostarzenia, ale moje nieszczęsne przebarwienia, za które odpowiedzialne są promienie UVA, nie pogłębiły się (niedługo post na ten temat! poddałam się profesjonalnemu badaniu, szykuję relację!). Jeśli chodzi o promienie UVB, czyli te, które odpowiadają za opaleniznę, to krem ochronił mnie przed nimi w 100 %. Odcień cery nie zmienił się od wiosny aż do teraz, cały czas używałam tych samych podkładów, bez konieczności sięgania po ciemniejsze. A dodać trzeba, że każdego dnia spacerując z dzieckiem spędzam na zewnątrz od dwóch do czterech godzin.

Wszystko to bardzo mi się podoba, ale najbardziej, najbardziej, najbardziej to, że wbrew wcześniejszym obawom ten filtr tak doskonale spisuje się pod makijażem, nie obciążając skóry, ani jej nie bieląc, a wręcz przeciwnie, dzięki cielistemu kolorowi raczej wyrównując jej koloryt, tym samym sprawiając, że sięganie po niego każdego ranka jest czystą przyjemnością. Tak dużą, że właśnie zamówiłam kolejną tubkę! Także mój flirt z filtrem zapowiada się na dłuższy związek ;)))

Jak tam, filtrujecie się, czy raczej unikacie tego, jak ja kiedyś? Jakie są Wasze doświadczenia z filtrami? Macie swoich ulubieńców w tej kategorii? Podawajcie swoje typy!

piątek, 11 maja 2012

Co słonko widziało :)))

Jak tam? Słoneczko grzeje? No właśnie. Najwyższa pora pomyśleć o jakiejś ochronie. W moim przypadku to wręcz konieczne, bo skóra kobiety w ciąży staje się niezwykle podatna na przebarwienia. Co niestety zdążyłam już zauważyć ... Z tym większym zainteresowaniem śledziłam wszelkie pojawiające się ostatnio wpisy na temat filtrów. Na pewno zwróciłyście uwagę, że sensacją ostatnich miesięcy na tym polu stał się The Face Shop Natural Sun SPF 45 PA+++, o którym głośno i w blogosferze, i na You Tube. Poczytałam, posłuchałam, zdecydowałam się :)))






Zamówiłam swoją tubkę na ebay, przyleciała z Korei w rekordowym czasie, bo zaledwie w tydzień. I od razu poszła w ruch! Muszę przyznać, że nie mam z filtrami dużego doświadczenia, do tej pory zadowalałam się przyzwoitym faktorem w zwykłych kremach i podkładach. Zwłaszcza że i o fotostarzeniu szczególnie nie myślałam, a i widocznych przebarwień nie miałam. Latem jedynie wyskakiwały mi pobladłe po zimie piegi, ale mam je od dzieciństwa i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Teraz jednak siłą rzeczy musiałam bardziej zatroszczyć się o skórę. Ciążowa burza hormonalna zostawia niestety ślady na cerze. Myślę, że dokonałam dobrego wyboru. Szerszą recenzję na pewno kiedyś Wam napiszę, ale już teraz mogę powiedzieć, że filtr nie bieli, nie tłuści i świetnie nadaje się pod makijaż.

Ochrona przeciwsłoneczna to jedno, walka z już zaistniałymi "spustoszeniami" to drugie ;))) Wiadomo, po nic inwazyjnego sięgać nie mogę, postawiłam więc na drogeryjne rozjaśniające cerę serum L'Oreal Kod Młodości Blask






Jest to w zasadzie nowość, na próżno szukać więc recenzji i ocen skuteczności, liczę jednak na wymierne efekty w postaci wyrównania kolorytu skóry. Sam preparat jest bardzo przyjemny, lekki, nietłusty, można stosować go i na dzień, i na noc. Ja nakładam go tylko wieczorem, pod krem. Za parę tygodni dam Wam znać, jak się spisał.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze sposoby na walkę ze słońcem. Co stosujecie, co polecacie? Co się sprawdza, czego unikacie? A może w ogóle nie przywiązujecie wagi do ochrony przeciwsłonecznej, licząc na mocną opaleniznę? Chronicie się, czy wręcz przeciwnie, eksponujecie? Piszcie!