beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Chyba upadłam na głowę, czyli moja wakacyjna kosmetyczka z kolorówką


Pakując swoją wakacyjną kosmetyczkę z kolorówką, musiałam chyba na głowę upaść. Czego w niej nie było! BB kremy o różnym stopniu krycia, "bo przecież nie wiadomo, w jakim stanie będzie moja cera", korektory do różnych zadań specjalnych, "bo przecież muszę mieć coś lżejszego pod oczy i coś cięższego na przebarwienia", pudry o różnych formułach, "bo przecież sypki sypkim, no ale w razie czego muszę mieć prasowany do torebki", róż i rozświetlacz, "bo przecież to w końcu lato, odrobina blasku musi być", coś do rzęs, coś do brwi, a nawet liner i paletka cieni, "bo przecież na pewno będę chciała na wieczorne spacery mocniej się pomalować". Taaaa ... Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, ale upał szybko i skutecznie zniechęcił mnie do makijażu. Gdybym pakowała kosmetyczkę dziś, jej zawartość wyglądałaby zgoła inaczej. Wiozłam to wszystko przez pół Europy, a jak przyszło co do czego, okazało się, że sięgam po najwyżej kilka rzeczy. Jeśli ciekawi Was, co okazało się must have i sprawdziło się w gorącym chorwackim klimacie, zapraszam na krótką prezentację! 




  1. Skin79 Complete CC Cream Correct - moje podkłady i bb kremy w temperaturach sięgających niemal 35 stopni byłyby pomyłką, na szczęście miałam ze sobą leciutki CC krem Skin79, który mimo wysokich temperatur zupełnie nie obciążał skóry, kryjąc przy tym na tyle dobrze, żebym wychodząc do ludzi nie czuła się niekomfortowo z moimi przebarwieniami. Dodatkowy plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną!
  2. Innisfree No-Sebum Mineral Powder - najlepszy! Wspaniały, sypki, niezwykle skuteczny matujący puder utrwalający, który nie zawiódł mnie nawet w największym upale. Pisałam Wam o nim TUTAJ.
  3. MAC Well Dressed - mój ukochany (niestety już mi się kończy ...), leciutko rozświetlający róż o niepowtarzalnym jasnym odcieniu. Uniwersalny, nadaje się na każdą okazję i każdą pogodę. W pełnym słońcu też pięknie wyglądał, ładnie ożywiał cerę.  
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - czarny tusz, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Bardzo tani i zaskakująco jak na swoją cenę dobry (niespełna 10 zł). Lubię sposób, w jaki rozdziela rzęsy. Dał radę.
  5. Golden Rose Eyebrow Powder nr 104 - mój ulubiony od kilku miesięcy cień do brwi w naturalnym odcieniu dość ciemnego, chłodnego brązu. Dla części z Was kosmetyk tego typu w takim upale jest zbędny, ale moje brwi, choć z natury ciemne i wyraziste, nie mają niestety regularnego, pełnego kształtu i wymagają korekty, więc przynajmniej minimalne poprawki są konieczne. Wakacje, czy nie wakacje, brwi lubię mieć podkreślone!
  6. L'Oreal Brow Artist Plumper - żel utrwalający do brwi. Świetny, wielokrotnie Wam o nim wspominałam (chociażby TUTAJ). Spisał się bez zarzutu.

To w zasadzie tyle. Niewiele tego, prawda? Na koniec wspomnę jeszcze tylko o lakierze do paznokci i perfumach, bez jednego i drugiego nigdzie się nie ruszam. Jeśli chodzi o paznokcie, przez cały wyjazd towarzyszył mi neonowy róż Maybelline Forever Strong Super Stay Gel Nail Color 155 Bubble Gum, a co do zapachu, to postawiłam na jeden ze swoich odwiecznych ulubieńców, L de Lolita, kojarzący mi się właśnie ze słońcem, morzem i morską solą.

Pozwólcie, że poświęcę jeszcze parę słów kremowi CC, jakiś czas temu wygrałam go w konkursie i nie miałam jak dotąd okazji szerzej o nim napisać, a podejrzewam, że część z Was może być tym produktem zainteresowana. 

Skin79 Complete CC Cream Correct ma ciekawą formułę, dzięki której pod wpływem rozcierania na skórze zmienia kolor z białego na żółtawy, świetnie dostosowując się do karnacji. Serio, w życiu nie miałam podkładu, który tak dobrze by to robił. Jest lekki (na zdjęciu niżej nałożony grubą warstwą, żebyście cokolwiek zobaczyły), daje więc niewielkie krycie, spokojnie jednak można je budować. Wykończenie nazwałabym satynowym, ale nieprzesadnym, doskonale imitującym zdrową, promienną skórę. Na mojej przetłuszczającej się cerze wymaga przypudrowania, ale osoby o cerze normalnej bądź suchej pewnie mogą to sobie podarować. Jasny, żółtawy, doskonale dopasowujący się odcień, piękny efekt na skórze, lekka formuła, ochrona przeciwsłoneczna (SPF 30, PA++) i bardzo funkcjonalne opakowanie z pompką, brawo! Wspaniała propozycja na lato.




Również zdarza Wam się przesadzić z ilością zabieranych w podróż kosmetyków kolorowych? Też macie poczucie, że musicie zabezpieczyć się na każdą okazję? Z takim nastawieniem łatwo przesadzić. A koniec końców i tak okazuje się, że w ruch idzie parę produktów na krzyż. Co to jest w Waszym przypadku? Bez jakiego kosmetyku absolutnie nie wyobrażacie sobie żadnego wyjazdu? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Dajcie też znać, czy znacie produkty z mojej kosmetyczki, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat.

Buziaki,
Cammie.



sobota, 3 stycznia 2015

Witajcie w Nowym Roku, czyli podsumowanie grudnia | popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycie, zakupy i prezenty


Witajcie w Nowym Roku! Na podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy zaproszę Was za kilka dni, tymczasem chciałabym zatrzymać się na chwilę przy grudniu. Najpierw jednak noworoczne życzenia, których nie miałam jeszcze okazji Wam złożyć. Oby 2015 rok przyniósł Wam wiele dobrego! Ambitnych wyzwań, zrealizowanych planów, spełnionych marzeń, pozytywnych emocji i inspirujących ludzi wokół. Serdeczności!

Skoro noworoczne grzeczności mamy już za sobą, zapraszam na podsumowanie grudnia. Mam nadzieję, że z ciekawością sprawdzicie, jak mi ten miesiąc minął.




Na początek jak zwykle krótki przegląd najpopularniejszych grudniowych wpisów. Ze statystyk wynika, że najchętniej sprawdzałyście, co mam do powiedzenia na temat czytnika ebooków Kindle ---> KLIK. Zainteresowanie wzbudzał też post, w którym pokazałam Wam moją świąteczną listę marzeń ---> KLIK. Ciekawe byłyście również, czy do twarzy mi w brązowej szmince, którą ogłosiłam swoim grudniowym odkryciem ---> KLIK. Jeśli te posty przegapiłyście, teraz macie doskonałą okazję, żeby do nich zajrzeć.

Na FB ---> KLIK największy zasięg osiągnął wpis, pod którym dyskutowałyśmy o najpiękniejszych czerwonych lakierach do paznokci. Wskazałyście wiele interesujących typów, ja jednak zatrzymałam się przy jednym, szybko powiększając swoje lakierowe zbiory o Essie A list, przepiękną, głęboką czerwień o kremowym wykończeniu. Miałyście już okazję zresztą ją zobaczyć, o TUTAJ.




Jeśli chodzi o moje grudniowe rozrywki, to wieczory podobnie jak w listopadzie ---> KLIK upływały mi głównie pod znakiem The Big Bang Theory.




Obejrzałam już wszystkie dostępne odcinki i właśnie zastanawiam się, co dalej. Jakieś sugestie? Z chęcią poznam Wasze serialowe rekomendacje. W końcu muszę czymś wypełniać te długie zimowe wieczory :DDD

Seriale serialami, ale trochę mnie już znacie i dobrze wiecie, że bez czytania nie żyję. Moim grudniowym lekturom jak zwykle poświęciłam odrębnego posta, do którego odsyłam zainteresowanych tematem ---> KLIK.




W dwóch słowach dodam jedynie, że spośród wszystkich książek, które przeczytałam w grudniu, Waszej szczególnej uwadze polecam "Marsjanina" Andy'ego Weira i "Czy jesteś psychopatą?" Jona Ronsona. Zainteresowani historią po "Dzieci '44" sięgną pewnie i bez mojej podpowiedzi.

Po dość długim okresie posuchy mam też dla Was w końcu odkrycie blogowe. Chciałabym polecić Wam InspiYear Project ---> KLIK, którego autorka w 365 codziennych wpisach, jakie planowo mają powstać, na bieżąco zdaje relację ze zmian, jakie zaprowadza w swoim życiu, porządkując je, oczyszczając i szukając równowagi, skupiając się na czterech głównych obszarach - minimalizmie, ciele, umyśle i organizacji. Bardzo ciekawe podejście do samorozwoju, koniecznie zajrzyjcie!

Jeśli chodzi o grudniowe zakupy, to nie sposób nie wspomnieć o Dniu Darmowej Dostawy. Szykując świąteczne prezenty dla bliskich, skorzystałam z oferty Minti, Cocolity, Pan tu nie stał, Pudło nie nudno i Wydawnictwa Znak. Wspominam o tym, bo zetknęłam się z wieloma negatywnymi opiniami na temat tej akcji. Ja niczego niepożądanego nie doświadczyłam, wszystkie sklepy wywiązały się z transakcji na medal. Także Pachnąca Wanna, gdzie tuż przed północą zdążyłam też kliknąć kilka aromatycznych drobiazgów dla siebie, uzupełniając zimowe zapasy wosków.




Na zdjęciu oprócz Yankee Candle i Kringle widzicie też kilka wosków Craft&Beauty, które udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Kasiaj85, autorkę Sweet&Punchy. Na razie jednak czekają na swoją kolej, aktualnie moim zapachowym hitem jest wosk Kringle Balsam Fir, tak wiernie odzwierciedlający zapach igliwia, że spokojnie może konkurować z żywą choinką, która ciągle jeszcze zdobi mój salon. Serdecznie Wam ten zapach polecam. A tak przy okazji, macie żywe choinki, czy sztuczne?

A reszta zakupów? Zdecydowanie najważniejszym grudniowym nabytkiem była zapewne dobrze Wam znana paleta Urban Decay Naked 2.




Tak jak wspominałam już na FB, uwielbiam sama robić sobie prezenty, bo zawsze są trafione ;))) O palecie pewnie jeszcze kiedyś napiszę, podejrzewam, że w ramach serii O tym się mówi.

Innych kosmetycznych zakupów większego kalibru w grudniu już nie robiłam, cała para poszła w książki (Publio.pl, zbankrutuję kiedyś przez Was!). Ale o nich nie będę Wam tu pisać, prędzej czy później i tak znajdą się w którymś z książkowych postów.

Dostałam za to kilka bardzo interesujących prezentów, czy to świątecznych, czy to w ramach moich blogowych współprac. Przemiłą niespodziankę zrobiła mi chociażby wspominana już dzisiaj Pachnąca Wanna ---> KLIK, która postanowiła umilić mi święta Śnieżnymi Babeczkami, czyli świecą zapachową Bomb Cosmetics o aromacie ciasta, karmelu i jagód oraz piernikowym Ciastkiem, czyli musującą kulą do kąpieli, również Bomb Cosmetics, pachnącą imbirem, cytrusami, goździkiem, kardamonem i piżmem.




Kolejny prezent to przesyłka niespodzianka od Ecolore ---> KLIK, nowej polskiej marki oferującej kosmetyki mineralne. Polecam ją Waszej uwadze, naprawdę ciekawe produkty! Dwa z nich, róż Dolly Mist i cień Velvet Almond, zasiliły moje mineralne zasoby.




W ramach współpracy z Clareną ---> KLIK, do mojej pielęgnacji włączyłam w grudniu silnie nawilżający preparat z kwasem hialurownowym, Hyaluron 3D Elixir. Świetnie sprawdza się w walce ze skutkami ubocznymi kuracji Locacidem. Więcej za parę tygodni!




Nie sposób nie pochwalić się też świątecznymi prezentami od moich bliskich, zwłaszcza tak trafionymi. Zdecydowanie największą radochę zrobił mi mąż, dzięki któremu mój stary wysłużony HTC wymieniłam na piękny, smukły i jakże wielofunkcyjny iPhone 6. Uwierzcie mi, jakbym przesiadła się z malucha do mercedesa :DDD Kocham ten telefon od pierwszej chwili. 




Mogę też wykreślić już kilka pozycji z mojej świątecznej listy marzeń. Jeśli chodzi o kolorówkę, to jak już wspominałam Wam w którymś z ostatnich postów, pomiędzy innymi prezentami pod choinką znalazłam MAC Blankety. Dzięki, mamo!




Mam już też swoje wymarzone naszyjniki i przepiękny notatnik. Cieszę się, jak nie wiem co :))) Teraz muszę jeszcze tylko rozejrzeć się za jakimś ładnie wydanym terminarzem na 2015 rok.






Na koniec coś, o czym powinnam wspomnieć Wam już w listopadzie, bo właśnie wtedy trafił do mnie ten gadżet, ale całkiem wyleciało mi to z głowy. Cóż, wielkiej straty nie było, bo szczerze mówiąc produkt mnie nie oczarował. Chodzi o Jelid, chusteczki zmywające lakier do paznokci. Opakowanie zawiera 50 osobno pakowanych chusteczek nasączonych zmywaczem bez acetonu. Jedna rzekomo ma dawać radę zmyć lakier ze wszystkich 10 paznokci, ale niestety obietnicę tę między bajki można włożyć. Chusteczki kompletnie nie radzą sobie z brokatami, bardzo słabo z ciemnymi lakierami, jedynie te najjaśniejsze poddają się im bez oporów. Także szału nie ma. Choć awaryjnie kilka sztuk w torebce można nosić. Co myślicie o takich wynalazkach? Dałybyście tym chusteczkom szansę?




To już wszystko, o czym chciałam Wam napisać, podsumowując grudzień. Mam nadzieję, że nie nudziłyście się, mimo tej przydługiej formy. Zapraszam do komentowania, jeśli tylko macie ochotę do czegoś się odnieść. Zdradźcie też, jak upłynęła Wam końcówka roku. Co porabiałyście, jakie dostałyście prezenty, jakim świątecznym bądź poświątecznym promocjom uległyście? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 4 listopada 2014

Tracę umiar, czyli podsumowanie października | Popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycia, kuracja dermatologiczna, kosmetyczne nowości


Kolejny miesiąc minął nie wiadomo kiedy, listopad nabiera już rozpędu i naprawdę najwyższa już pora, żeby tradycyjnie rozliczyć się przed Wami z ostatnich tygodni, przypomnieć najciekawsze posty, poopowiadać o sprawach, które wypełniały mi czas, pokazać kosmetyczne nowości i po prostu trochę poplotkować. A zatem gotowe na podsumowanie października? Zapraszam!




Na początek króciutko o najpopularniejszych w październiku postach. Najchętniej czytałyście o pędzlach Real Techniques, które niedawno pojawiły się w drogeriach Rossmann ---> KLIK, o gumkach Invisibobble, które okazały się dla mnie niewypałem ---> KLIK oraz o nadspodziewanie dobrym podkładzie Pierre Rene Skin Balance, który mimo śmiesznie niskiej ceny zaskoczył mnie trwałością i stopniem krycia ---> KLIK. Kto te wpisy przegapił, teraz ma okazję nadrobić.

Na FB, jak można było przewidzieć, największy zasięg osiągnął post zapraszający Was do udziału w konkursie, w którym miałyście szansę zagrać o trzy zestawy kosmetyków naturalnych Ikarov. Nie linkuję, bo sprawa zdążyła się zdezaktualizować. 

Jeśli chodzi o blogowe odkrycia, to koniecznie muszę wspomnieć o blogu Gattaca ---> KLIK. Patryk, jego autor, jest dermatologiem z bardzo wnikliwym i pełnym zrozumienia dla problemu podejściem do trądziku wieku dojrzałego. Wpisy publikuje rzadko, ale zawsze są one niezwykle rzeczowe. Waszej uwadze polecam też dyskusje toczące się w komentarzach pozostawianych przez jego czytelników, prawdziwa kopalnia wiedzy. Właśnie dzięki nim trafiłam do Ziemoliny ---> KLIK, której posty też załadowane są wartościową wiedzą. Gorąco zachęcam Was do odwiedzenia obu tych stron.

Wolny czas upłynął mi w październiku pod znakiem serialu American Horror Story. Przez kilka październikowych tygodni obejrzałam trzy sezony, Murder House, Asylum i Coven.




W życiu nie powiedziałabym, że coś takiego mnie wciągnie, horror jako gatunek zawsze był mi obcy. Ale coś mnie podkusiło i zaczęłam oglądać, wbrew wszelkim oczekiwaniom natychmiast się wciągając. Serial jest naprawdę świetnie zrobiony i bardzo dobrze zagrany (w obsadzie m.in. niepowtarzalna Jessica Lange czy niesamowita Kathy Bates, także aktorstwo naprawdę wysokich lotów!), poza tym ogromnie podoba mi się zamysł, zgodnie z którym w kolejnych sezonach, choć opowiadających zupełnie niezwiązane ze sobą historie, pojawiają się ci sami aktorzy, wcielający się po prostu w inne postaci. Trudno też nazwać ten serial po prostu horrorem, tam nie ma taniego rozlewu krwi bryzgającej po ścianach czy innych charakterystycznych atrybutów kina tego gatunku klasy B, jest za to intrygująca fabuła, niezwykły klimat i mistrzowska charakteryzacja. Dla mnie absolutnym hitem jest sezon drugi, Asylum, opowiadający historię tropiącej seryjnego mordercę dziennikarki z prowadzonym przez zakonnice mrocznym ośrodkiem dla obłąkanych w tle. Owszem, sporo w tym serialu motywów sił nadprzyrodzonych (duchy w sezonie pierwszym, opętanie w drugim, czy czary w trzecim), jednak ogląda się to naprawdę dobrze. Gorąco Wam ten serial polecam, o ile oczywiście już go nie znacie!

Co do październikowych lektur, to tradycyjnie odsyłam Wam do odrębnego posta ---> KLIK. Tutaj dodam tylko, że książką miesiąca ogłaszam "Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd.

Wspominając październik, nie mogę nie napisać kilku słów o mojej nowej kuracji przeciw przebarwieniom, wraz z nadejściem jesieni zdecydowałam się bowiem na retinoid. Postawiłam na Locacid, którego działanie ma wspomagać płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego z Pharmaceris T.




Locacid zdążyłam zastosować raptem parę razy, ale już widzę, że łuszczę się książkowo, po trzech dniach od aplikacji (preparat nakładam co kilka dni, z czasem planuję robić to coraz częściej). Efekty jeszcze nie są widoczne, ale liczę na wyrównanie kolorytu cery i spłycenie pierwszych zmarszczek. Widzę za to wyraźnie efekty działania płynu Pharmaceris, którego używam nieco dłużej. Niemal od razu w cudowny sposób zaczął oczyszczać i zwężać pory, nawet na nosie! Miałam opisać go w odkryciach miesiąca, ale ostatecznie uznałam, że lepiej jednak trochę poczekać, zanim się na jego temat wypowiem, bałam się bowiem, że może po dłuższym czasie z jakichś względów mój entuzjazm osłabnie, ale nie, ten płyn jest genialny! Na pewno napiszę Wam o nim coś więcej, podobnie jak o kuracji Locacidem. I to chyba całkiem niedługo, planuję post wprowadzający do tematu powiązany z recenzją kosmetyków, z pomocą których radziłam sobie z przebarwieniami w ostatnich tygodniach.

Kuracja wymusiła na mnie zmianę pielęgnacji. Spodziewam się efektów ubocznych Locacidu, głównie w postaci uwrażliwionej skóry i łuszczenia, zaopatrzyłam się więc w łagodny płyn do mycia tłustej cery wrażliwej oraz kojący krem do cery wrażliwej, stawiając na żel Effaclar i krem Toleriane Ultra La Roche-Posay.




Oba specyfiki bardzo przypadły mi do gustu, myślę, że też doczekają się recenzji. Mam co prawda pewne obawy względem Effaclaru, bo zostałam ostrzeżona, że SLS w jego składzie w czasie kuracji retinoidem może mi nie służyć, ale nie wiem, ile w tym prawdy, szczerze mówiąc na ten moment nie widzę w nim wad. Macie może jakieś doświadczenia w tym względzie? Będę też wdzięczna za wskazówki, jakim peelingiem enzymatycznym warto się zainteresować, bo na pewno niebawem będzie mi potrzebny. Póki co rozważam zakup Ginvera Green Tea Whitening Marvel Gel, co myślicie?

Inne październikowe zakupy? Przyznaję, że moją wstrzemięźliwość diabli wzięli, w październiku obudziła się we mnie zakupowa bestia :DDD O pędzlach Real Techniques już Wam pisałam [TUTAJ], więc teraz nie będę się powtarzać. Pokażę Wam za to ustrzelony na ebay podkład Diorskin Nude.




Edit: W reakcji na dyskusję odnośnie oryginalności tego podkładu, jaka wywiązała się w komentarzach, zamieszczam jeszcze jedną fotkę ze zbliżeniem na logo. Jeśli macie ochotę jakoś się do sprawy odnieść, zachęcam do zabrania głosu :)))




Miałam na ten podkład chrapkę już od dłuższego czasu, jednak wśród odcieni dostępnych w polskich drogeriach nie mogłam znaleźć dla siebie odpowiedniego koloru. Na ebay trafiłam na nie wiedzieć czemu wyłączony z oferty w Europie 011 Cream, czyli najjaśniejszy z produkowanych z żółtym pigmentem. Bardzo się cieszyłam, że udało mi się stosunkowo tanio go kupić, teraz jednak mam wobec niego szczerze mówiąc mieszane uczucia, bo o ile poziom jasności jest dla mnie idealny, to jednak wydaje mi się nieco za żółty. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię, póki co próbuję go oswoić. I rozważam zakup Diorskin Star :DDD

Jeśli chodzi o marki selektywne, to w październiku załapałam się też na bardzo atrakcyjną zniżkę na Chanel. Lokalna galeria handlowa obchodziła urodziny i z tej okazji Douglas przecenił o połowę część asortymentu. Grzech było nie skorzystać, skusiłam się na różowo-herbaciany róż Rose Ecrin i lakier do paznokci w kultowym swojego czasu odcieniu Paradoxal.




Paradoxal królował na moich paznokciach przez niemal dwa tygodnie, aż do wczoraj, kiedy dotarła w końcu do mnie przesyłka z zamówionymi na ebay dwoma lakierami O.P.I. z dość starej już kolekcji New York City Ballet, mianowicie mlecznobiałym Don't touch my tutu! i iskrzącym srebrnym topperem Pirouette my whistle. Cu-dow-noś-ci!




Szpinakożerco, wszystko przez ciebie! A tak naprawdę dzięki Tobie :* Gdyby nie Ty, pewnie nie zwróciłabym na tę kolekcję uwagi. Tymczasem te lakiery są przepiękne i od wczoraj nie mogę przestać patrzeć na swoje paznokcie. Dodam jeszcze, że kupiłam je w naprawdę atrakcyjnej cenie, za dwie sztuki płacąc na ebay mniej, niż musiałabym zapłacić za jedną chociażby w Douglasie.

Skoro już o nowościach mowa, wspomnieć muszę o naturalnym BB kremie Joik, który niedawno otrzymałam do testów. Jeszcze nie zdążyłam go wypróbować, ale wiele sobie obiecuję po jego doskonałym składzie i bardzo udanym, jasnym kolorze. Więcej za parę tygodni w recenzji.




Dostałam też niespodziewaną przesyłkę od Schwarzkopf, w której znalazłam piankę i lakier do włosów Taft z linii Perfect Flex. Pojęcia nie mam, z jakiej to okazji, ale oczywiście od razu oba produkty wypróbowałam i muszę przyznać, że są naprawdę udane. Utrwalenie dają mocne, ale ciągle naturalnie wyglądające, bardzo pozytywnie wpływają też na objętość włosów. Odkąd odebrałam paczkę, i po piankę, i po lakier sięgam codziennie.




Na koniec chciałabym podziękować jeszcze Aparatce, dzięki której w komentarzach pod ostatnim postem z serii Summa Summarum dowiedziałam się o tabletkach Biotebal. Przejrzałam internety i po przeczytaniu wielu relacji z udanych włosowych kuracji zdecydowałam się dać szansę temu suplementowi. Także do Calcium Pantothenicum w październiku dołączyła biotyna. Pierwsze efekty zauważyłam już po jakichś dwóch tygodniach, ale na razie cicho sza! Nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się problem nadmiernego wypadania włosów w pewnym stopniu opanowałam.




Nie wiem, jak to się dzieje, że te posty podsumowujące kolejne miesiące są tak długie, liczę na to, że Was to nie odstrasza. O tylu sprawach chcę zawsze Wam napisać, tyle problemów poruszyć, tyle rzeczy zasygnalizować, że po prostu tracę umiar. Wybaczcie! Mam nadzieję, że ciągle tu jesteście i zechcecie zdradzić, jak minął Wam październik, co Was bawiło, co smuciło, co poruszyło, jak spędzałyście czas? Jakieś wyjazdy, wyjątkowo udane zakupy? Dajcie też znać, czy zaciekawiło Was coś, o czym dziś wspominałam. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


piątek, 4 lipca 2014

Jak zwykle się rozpisałam, czyli podsumowanie czerwca


Wypadłam z rytmu regularnego pisania, jakoś trudno mi ostatnio o mobilizację. Ale jest, nowy post, podsumowanie czerwca! Przypomnę Wam najciekawsze czerwcowe tematy, poopowiadam, gdzie byłam i co widziałam, pochwalę się też zakupami i prezentami, a na koniec pokażę drobiazg, który niebawem powędruje do jednej z Was. Zapraszam!




W czerwcu z różnych przyczyn nie publikowałam za wiele, tym bardziej doceniam, że tak licznie No to pięknie! odwiedzałyście. Zdecydowanie najchętniej czytałyście o Skin79 Green Super Plus BB ---> KLIK, ale tylko nieznacznie mniejszym zainteresowaniem cieszył się post poświęcony kosmetykom wycofanym ze sprzedaży ---> KLIK. Waszą ciekawość wzbudził też wpis o elektronicznym pilniku do stóp Scholl Velvet Smooth ---> KLIK, który w czerwcu zyskał miano odkrycia miesiąca.

To tyle na blogu, a co prywatnie? Cóż, było ciężko, kto przechodził przez gruntowny remont mieszkania, ten wie, co mam na myśli. Zachciało mi się malowania i tym samym moje życie przez tydzień przypominało armageddon. Na szczęście cały ten chaos już za mną. Choć do tematu remontu na blogu jeszcze wrócę, bo koniecznie chciałabym napisać Wam o możliwościach, jakie daje farba tablicowa. Mam nadzieję, że Was to zaciekawi, wypatrujcie posta z serii Ładne rzeczy.

Oprócz niekwestionowanych walorów natury estetycznej remont sam w sobie miał jeszcze jedną dobrą stronę, dając mi naprawdę sporo czasu na wyłączność, bo na okres tego całego remontowego bałaganu moje dziecko z tatusiem pojechało do babci. Nie chcąc kręcić się majstrom pod nogami, po pracy szukałam sobie zajęć poza domem, chodziłam na zakupy, przesiadywałam w knajpkach, byłam też w kinie. To było wydarzenie! Rodzice maleńkich dzieci, których nie mają z kim zostawić, na pewno mnie rozumieją. Kino od narodzin mojej córki to dla mnie luksus. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się zobaczyć na dużym ekranie film, którego losy śledziłam od pierwszych sygnałów o jego realizacji. Mam na myśli jedyny w swoim rodzaju obraz wskrzeszający przeszłość, czyli "Powstanie warszawskie", film, który oparto na odrestaurowanych oryginalnych ujęciach sprzed kilkudziesięciu lat.




"Powstanie warszawskie" jest co prawda filmem fabularyzowanym, ale większość scen ma charakter dokumentalny, całość robi na widzu wstrząsające wrażenie. To naprawdę niesamowite, że dzięki autorom, tym sprzed lat, uwieczniającym powstanie na taśmie filmowej z narażeniem życia, i tym współczesnym, z taką pieczołowitością nadającym tym starym ujęciom nową jakość, możemy odbyć podróż w czasie i na własne oczy ujrzeć tamte wydarzenia, tamtych ludzi i tamte emocje. Coś niepowtarzalnego i dogłębnie poruszającego. To trzeba zobaczyć! Dla chętnych wklejam teledysk do filmu, też zresztą chwytający za serce.




Kilka dni czerwcowego urlopu spędziłam w rodzinnym gronie, odwiedzając rodziców. Ze względu na dzielącą nas odległość widujemy się rzadko, także każde takie spotkanie to święto. Najbardziej "świętuje" oczywiście rozpieszczania przez dziadków wnusia :DDD Chyba największą atrakcją była dla niej pierwsza w życiu wizyta w zoo.






Co tam słonie, co tam zebry, największe zainteresowanie i tak wzbudził krokodyl :DDD Kto zgadnie, które to zoo? :)))

Czerwcowe wieczory jak zwykle należały do seriali. Obejrzałam do końca trzeci sezon "Suits" i płynnie przeszłam do czwartego, który akurat kilka tygodni temu miał swoją premierę, także dalsze losy Mike'a i Harvey'a śledzę na bieżąco. Wkręciłam się natomiast w "Lost". Dlaczego mam wrażenie, że jestem ostatnią osobą na świecie, która tego serialu jeszcze nie widziała? :DDD




Trochę mnie przeraża myśl, że sezony "Lost" są tak długie, łącznie to ponad 120 odcinków. Na szczęście akcja toczy się wartko, ogląda się szybko, więc może nie utknę na pół roku. Zastanawia mnie tylko, czy po wszystkim nie będę żałować zmarnowanego czasu, bo podobno finał serialu pozostawia wiele do życzenia. Macie coś na ten temat do powiedzenia? Tylko bez spoilerów, plisss!

Jeśli chodzi o czerwcowe lektury, to jak zwykle odsyłam Was do posta sprzed kilku dni ---> KLIK. Dodam tylko, że nadal dryfuję po literaturze z nurtu dystopii, co rusz wynajdując nowe tytuły. Połknęłam już "451 stopni Fahrenheita" Ray'a Bradbury'ego i "Opowieść Podręcznej" Margaret Atwood (polecam!), teraz natomiast pochłonęły mnie "Mroczne umysły" Alexandry Bracken. Ale o tym za miesiąc.

Tymczasem słów kilka poświęcić chcę czerwcowym zakupom. Tych najbardziej interesujących dokonałam chyba składając swoje pierwsze zamówienie na kosmetyki FM. Marka dzięki swojemu przepięknie wydanemu katalogowi (Avon może się schować) interesowała mnie już od dawna, a akurat okazało się, że jedna z moich koleżanek jest jej konsultantką, także nareszcie miałam okazję kupić kilka drobiazgów. Zdecydowałam się na prasowany puder bambusowy (ślicznie tłoczony, w świetnej kasetce z lusterkiem), lodową pomadkę ochronną i kredkę do brwi o wielce obiecującym kolorze.




Wiem, że FM ze względu na sposób dystrybucji produktów i oferowanie "odpowiedników" znanych perfum to marka nieco kontrowersyjna, ale abstrahując od otaczającej ją aury muszę przyznać, że jej kosmetyki kolorowe naprawdę są warte uwagi. Na pewno poświęcę im odrębnego posta.

W czerwcu po długiej przerwie odezwał się do mnie dystrybutor marki JOIK, którą, jak może pamiętacie, uznałam za jedno z odkryć ubiegłego roku. Cieszę się, że ponownie mam okazję włączyć jej produkty do swojej pielęgnacji. Tym razem wybrałam odświeżająco-oczyszczającą maseczkę z miętą i zieloną herbatą, grejpfrutowo-mandarynkowy peeling do ciała z białym cukrem i granulkami jojoba, nawilżająco-odżywczy mus do ciała w sztyfcie z masłem kakaowym i rozświetlający balsam do ciała z olejkiem migdałowym. Zaciekawił mnie też olejek wzmacniający paznokcie Ikarov, oferowany przez tego samego dystrybutora.




Już się cieszę na te doznania! Wszystkie produkty JOIK, z jakimi miałam do czynienia, były genialne. Spodziewajcie się obszernych recenzji.

Na koniec nowości od JOKO. Sporo produktów znałam jeszcze sprzed niedawnej wizualnej metamorfozy marki, skusiłam się więc tylko na kilka kosmetyków, z którymi nie miałam jeszcze w ogóle do czynienia, decydując się na puder sypki, róż, pomadkę i lakier do paznokci z nowej kolekcji limitowanej. 




Na pewno niebawem będziecie mogły o wszystkich tych produktach poczytać, teraz natomiast chciałam zapowiedzieć małą niespodziankę. Zajrzyjcie jutro na FB ---> KLIK, jednej z Was podaruję lakier w wibrującym odcieniu Lavender oraz uroczą bransoletkę By Dziubeka. Ten duet ożywi na pewno niejedną letnią stylizację!




Jak zwykle przy okazji postów z tej serii nieco się rozpisałam, mam nadzieję, że dotrwałyście do końca. Jeśli macie ochotę odnieść się do czegokolwiek, zachęcam. Dajcie też znać, jak minął Wam czerwiec. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 22 kwietnia 2014

Na rozruch, czyli moje "Stylowe zakupy" | Zapowiedź nadchodzących zniżek


Od weekendu "Stylowych zakupów" minął już ponad tydzień, zdążyły dotrzeć do mnie wszystkie przesyłki, postanowiłam więc pokazać Wam, co skusiło mnie w tym gąszczu rabatów. Myślę, że to dobry temat na pierwszy poświąteczny post, ot, taki luźny, na rozruch. Mało słów (postaram się!), dużo zdjęć, a na koniec dobre wieści, zapowiedź kolejnych zniżek. Zapraszam!


Najważniejsze dla mnie zamówienie złożyłam na stronie Bandi. Oferta marki interesowała mnie od dawna, przed większymi zakupami powstrzymywały mnie jedynie dość wysokie ceny. Zniżka rzędu 25% wydała mi się na tyle atrakcyjna, że w końcu się zdecydowałam. Postawiłam na krem pod oczy z serii Gold Philosophy, krem na noc z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym z serii Professional Line oraz krem na dzień z witaminą C z serii C-White.




Krem pod oczy jest ogromny, ma aż 30 ml, pewnie starczy mi na wieki. W sumie miła odmiana po przyjemnym skądinąd kolagenowym kremie Baikal Herbals ---> KLIK, który skończył mi się nie wiadomo kiedy. Co do kremu z kwasami, wiem, że na złuszczanie jest już trochę późno, ale postanowiłam dać mu kilka tygodni, zwłaszcza że tak naprawdę jest to preparat wielofunkcyjny, którego działanie eksfoliujące na pewno nie będzie mocne. W każdym razie jestem dobrej myśli, stosuję go wyłącznie na noc, na dzień zawsze pamiętając o ochronie przeciwsłonecznej rzędu SPF 50 / PA +++. Krem z witaminą C z kolei to zupełna nowość marki, pochodzi rozjaśniającej cerę serii C-White, która ciekawiła mnie jeszcze przed premierą. Jeśli się sprawdzi, pewnie za jakiś czas skuszę się na całą linię.

Zdradzę Wam, że przynajmniej jeden z tych kremów ma szansę stać się odkryciem miesiąca! Jestem zachwycona pierwszymi efektami. Ale na razie nic więcej nie napiszę.


Do zakupów zachęciła mnie też 20% zniżka w Golden Rose. Dostęp do tej marki mam utrudniony, także jak już nadarzyła się dobra okazja, skorzystałam i zamówiłam kilka drobiazgów w sieci. 

Golden Rose słynie z ogromnego wyboru lakierów do paznokci i muszę przyznać, że jest to sława zasłużona, naprawdę miałam problem, żeby się zdecydować. Ostatecznie wzięłam piękny śliwkowy odcień z serii Rich Color i topper z białymi płatkami z serii Carnival.




Fiolet jest obłędny, właśnie o taki kolor mi chodziło. Topper natomiast wzięłam głównie z ciekawości, jak wypadnie w porównaniu z bardzo lubianym przeze mnie Lynnderella Snow Angel ---> KLIK. Na pewno zrobię Wam porównanie, dołączając też do zestawienia Wibo WOW Effect Matte Glitters 02 ---> KLIK.

Nie mogłam też oprzeć się pomadkom Velvet Matte, o których ostatnio tak głośno. Wzięłam dwie sztuki, długo zastanawiając się, na które odcienie postawić.




Serio, niby wybór duży, ale jak przyszło co do czego, nie mogłam się zdecydować, jakieś te kolory nie moje. Ale naoglądałam się zdjęć, naczytałam recenzji i w końcu do koszyka wrzuciłam 02, czyli przybrudzony, ciemny róż z kroplą beżu i 07, czyli zgaszony róż.





O ile ten ciemniejszy odcień muszę jeszcze oswoić, o tyle jaśniejszy spodobał mi się od pierwszej chwili.




Nic więcej na temat tych szminek póki co Wam nie napiszę, ale pewnie za jakiś czas przygotuję ich szerszą recenzję. Teraz naprawdę nie mam jeszcze na ich temat zdania.

Do koszyka wrzuciłam też czarny precyzyjny liner. Kreski maluję codziennie, także to jeden z tych kosmetyków, które kupuję bardzo często, chętnie testując nowości.




Kilka razy zdążyłam już po niego sięgnąć i szczerze mówiąc mam mieszane uczucia. Flamaster jest bardzo cieniutki i ostry, do czego nie jestem przyzwyczajona, pewnie stąd mój brak entuzjazmu. Czerń w każdym razie jest głęboka i trwała, a to najważniejsze.

Nie byłabym sobą, gdybym nie skusiła się róż. Owszem, mam ich dużo za dużo, ale to jakoś nie powstrzymuje mnie przed kolejnymi zakupami :D Róże to po prostu moja największa makijażowa słabość. Tym razem wybrałam Terracotta Blush-On 07.




Jak mogłabym go opisać? To jaśniutki, blady róż podbity złotą poświatą, idealny dla naprawdę bladych cer i kobiet szukających bezpiecznego odcienia, którym nie można zrobić sobie krzywdy. Jest przepiękny!


Na koniec malutkie zakupy z Inglota, średnio udane niestety. Szukałam zamiennika dla szarego cienia z paletki Sleek Au Naturel, który zużyłam do spodu i mój wybór padł na matowe kółko nr 387. W domu, w naturalnym świetle, zorientowałam się, że nie jest to ten odcień szarości, o jaki mi chodziło, ten sleekowy był cieplejszy, ale machnęłam ręką, nie będę się czepiać niuansów. 




Gorzej z lakierem do paznokci. Koniecznie chciałam wypróbować w końcu serię oddychającą,  z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, pomyślałam więc, że to doskonała okazja na zakup czerni. W mojej kilkumililitrowej buteleczce Max Factor widać już dno, także potrzebowałam czegoś nowego. Na pierwszy rzut oka wszystko ok, prawda?




W świetle dziennym znowu niespodzianka ... Okazało się, że moja czerń wcale nie jest czernią, tylko czarną bazą dla masy ciemnofioletowych drobin. 




Ręce mi opadły, zwłaszcza że w czasie zakupów kilkakrotnie podkreślałam ekspedientce, że chodzi mi o zwykły, kremowy czarny lakier. Powiem Wam jedno, odechciało mi się zakupów w Inglocie na dobre. Powinni zadbać o oświetlenie i jakość obsługi. Dobrze, że korzystałam akurat ze zniżki (-20%), dzięki temu pigułka nie jest aż tak gorzka.


Mimo tej lakierowej wpadki, ogólnie jestem ze swoich zakupów bardzo zadowolona, szczególnie z kremów Bandi. Czuję, że mają moc! Mam nadzieję, że Wam także udało się kupić coś ciekawego. A jeśli nie, to jeszcze nie wszystko stracone. Słyszałyście o szalonych zniżkach w drogeriach Rossmann?

  • w dniach 22.04.-27.04. -49% na produkty do makijażu twarzy (podkłady, pudry, róże, korektory) 
  • w dniach 28.04.-04.05. -49% na produkty do makijażu oczu (tusze, cienie, kredki, linery) 
  • w dniach 05.05.-11.05.-49% na produkty do makijażu ust i produkty do paznokci (pomadki, konturówki, lakiery, odżywki)

Nieźle, co? A jakby tego było mało, w dniach 29.04.-05.05. wszelkie produkty do makijażu kupić będziemy mogły z 40% zniżką w drogeriach Natura. Rabat niby mniejszy, ale warto pamiętać, że w Naturach znaleźć można marki, których na próżno szukać w Rossmannach, chociażby Catrice czy Kobo. Także, dziewczyny, warto się zastanowić nad zakupami!


Zostawiam Was z tą myślą i kończę, bo miało być krótko i znowu się nie udało. Jestem niepoprawna! Najwyższa pora oddać głos Wam, dziewczyny. Skorzystałyście już ze zniżek, czy dopiero zamierzacie? A może w ogóle nie w głowie Wam zakupy? Piszcie!

Buziaki,
Cammie.



środa, 12 marca 2014

Piękny róż do jasnej karnacji, czyli MAC Azalea in the Afternoon


Już dawno na żadną kolekcję MAC nie czekałam z taką niecierpliwością jak na Fantasy of Flowers. Wszystko za sprawą różu Azalea in the Afternoon. Odkąd zobaczyłam go na pierwszych amerykańskich zdjęciach, myśl o nim po prostu mnie opętała. Wypatrywałam więc polskiej premiery i oto jest w moich rękach. Bladoróżowy i dość chłodny, bardzo mocno napigmentowany, o wyjątkowo miękkiej formule i rozświetlającym wykończeniu typu frost. Przepiękny! 





















Mam ten róż zaledwie od kilku dni, więc to jeszcze nie jest recenzja, po prostu bardzo chciałam Wam go pokazać. Jest naprawdę prześliczny. Nareszcie coś dla jasnej karnacji!


Jak Wam się podoba ta różowa azalia? A może w kwiatowej kolekcji MAC macie innego faworyta? Piszcie!


Buziaki,
Cammie.


Ciągle jeszcze macie szansę zagrać
o kurację kolagenową Gesha Beauty
o wartości 450 zł, nie przegapcie!