beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

Retrospekcja, czyli podsumowanie minionego roku | długi post o wszystkim!


Trudno było mi zmobilizować się do napisania tego posta, długo szukałam formy, w jakiej mogłabym go ująć, ale w końcu jest, podsumowanie minionego roku! Mam nadzieję, że nie znudziły się Wam jeszcze wszechobecne ostatnio blogowe retrospekcje i z ciekawością rzucicie okiem na to, co przygotowałam. Zapraszam!

Zwlekałam, bo nie do końca wiedziałam, jaki ten wpis ma być, wiedziałam na szczęście przynajmniej, jaki ma nie być, a to już połowa sukcesu :))) A zatem, nie będzie to post o kosmetycznych odkryciach, bo takie pisałam przez cały rok regularnie co miesiąc ---> KLIK. Nie będzie przypominania najpopularniejszych treści, jakie w ciągu roku pojawiały się na blogu, bo uważam, że publikowane regularnie podsumowania z serii Summa Summarum ---> KLIK wyczerpały już temat. Nie będzie statystyk, bo to nudne. Nie będzie też typowych recenzji,  bo to nie czas i miejsce, spodziewajcie się raczej luźnych refleksji i swobodnie biegnących myśli. Te wszystkie zastrzeżenia nie oznaczają jednak, że będzie syntetycznie, oj nie! Lubicie długie posty, prawda? :DDD

Na dobry początek kosmetyki kolorowe, które postanowiłam wyróżnić. W 2014 roku miałam do czynienia z wieloma produktami, zarówno z nowościami, jak i ze znanymi od lat bestsellerami, i z górnej, i z dolnej półki, jednak kiedy się dobrze zastanowiłam, okazało się, że z całego tego kolorowego rogu obfitości systematycznie sięgałam tylko po kilka.




Na miano kosmetyku roku zdecydowanie zasłużył czarny liner w pisaku Blackbuster z L'Oreal ---> KLIK. Uwielbiam go! Namalowanie ładnej kreski nigdy nie było tak łatwe. Odkąd pod koniec 2013 roku skusiłam się na niego po raz pierwszy, co parę miesięcy kupuję nową sztukę i nawet nie rozglądam się za niczym innym. Jedynie raz zrobiłam skok w bok, zdradzając go na rzecz podobnego i nieco tańszego pisaka z Inglota, który po pierwszych zachwytach rozczarował mnie jednak kiepską wydajnością. Drugi raz tego błędu nie popełnię, na tę chwilę nie chcę niczego innego, Blackbuster to dokładnie to, czego potrzebuję.

W 2014 roku po raz pierwszy miałam styczność z kosmetykami marki FM, której katalog wywarł na mnie takie wrażenie (bez kitu, najładniej wydany katalog kosmetyczny, jaki widziałam!), że zapragnęłam zrobić zamówienie. Prasowany puder bambusowy ---> KLIK, który wtedy kupiłam, tak mi się spodobał, że już nie wyobrażam sobie nie mieć go w kosmetyczce, czego wyrazem jest fakt, że właśnie przymierzam się do zakupu trzeciego już opakowania. To chyba mówi samo za siebie. Nadal bardzo lubię też przepięknie wygładzający cerę puder Lucidity Estee Lauder ---> KLIK, który w ciągu minionego roku wielokrotnie Wam zachwalałam, ale jeśli chodzi o niezawodność, w sensie utrwalania makijażu, FM jednak wygrywa, poza tym nie chciałam umieszczać dwóch pudrów w zestawieniu.

W 2014 roku nie ustawałam też w poszukiwaniach idealnego kremu BB. Spróbowałam kilku, a najlepszym okazał się Skin79 Dear Rose BB Cream ---> KLIK. Przyjemnie lekki, jasny, żółtawy i przyzwoicie kryjący - właśnie tak opisałabym go, gdybym miała to zrobić w skrócie. Szkoda tylko, że jest tak trudno dostępny, na zwykle niezawodnym ebay pojawia się coraz rzadziej ... 

Nie mogę nie wspomnieć o moim ukochanym różu, czyli Golden Rose Terracotta Blush 07. Sprawa jest przedziwna, bo sięgam po niego zdecydowanie najczęściej, ignorując wszystkie moje piękne maczki czy inne szanele, a jeszcze chyba nigdy nie pokazałam go na blogu. A zatem robię to dziś, dodając, że ma cudowny, bardzo jasny, chłodny odcień, a dzięki wypiekanej formule daje ożywiające cerę rozświetlenie. Wymarzony róż dla osób o bladej skórze.

Na koniec rzecz o korektorze. A w zasadzie o kamuflażu, bo mowa o Catrice Camouflage Cream. Bardzo dobry produkt, świetnie kryjący i trwały, a w dobranym kolorze niewidoczny na skórze. W dodatku niedrogi. Był to dość przypadkowy zakup, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jako że mam do ukrycia sporo przebarwień, posiłkuję się nim w każdym makijażu i myślę, że jak przyjdzie czas (już niebawem, ze względu na upływ terminu zdatności do użycia), kupię kolejne opakowanie. Polecam wszystkim borykającym się z problematyczną cerą.

A pielęgnacja? W 2014 roku skoncentrowana była wyłącznie na walce z przebarwieniami cery, opierając się głównie na produktach z kwasem azelainowym (Acne-derm i Skinoren, moi najlepsi przyjaciele!), który stosować można w zasadzie bez ograniczeń, niezależnie od pory roku, ale sięgałam też oczywiście po inne preparaty. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Napisanie posta o przebiegu mojej kuracji jest dla mnie blogowym priorytetem na najbliższe tygodnie, także spodziewajcie się niebawem obszernej relacji, a póki co poznajcie specyfiki, które z perspektywy czasu oceniam najwyżej. Jako bonus dorzucam suplementy, które w końcówce roku pomogły mi uporać się z nadmiernym wypadaniem włosów.





Zdecydowanie najdłużej był ze mną kupiony wczesną wiosną delikatnie złuszczający krem Bandi z kwasem pirogronowym, azelainowym i salicylowym ---> KLIK. Wiem, że zdania na jego temat są różne, od entuzjastycznie pochlebnych po skrajnie krytyczne, ja w każdym razie jestem jego gorącą zwolenniczką. Bardzo dobrze wpływał na stan mojej cery, nie usuwając co prawda w jakiś wyraźny sposób przebarwień, ale trzymając ją w ryzach i stopniowo wygładzając. Przyznaję jednak, że jego początkowo silne działanie z biegiem czasu słabło, jakby skóra coraz słabiej reagowała na jego składniki, także lubiłam robić sobie od niego kilkutygodniowe przerwy, po których znowu odczuwałam jego moc. Podsumowując, świetny krem dla wymagającej, skłonnej do zanieczyszczeń skóry.

Prawdziwym pogromcą przebarwień (i nie tylko) okazał się Locacid, czyli krem z retinoidem w postaci tretinoiny. Od razu uprzedzam jednak, że jest to preparat wydawany na receptę, miejcie tego świadomość. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się tej kuracji nie obawiałam, bo z retonoidami nie miałam wcześniej do czynienia, na szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny. Okupując co prawda efekty pewnymi skutkami ubocznymi (łuszczenie się, przesuszenie i uwrażliwienie skóry), z dnia na dzień cieszę się coraz ładniejszą cerą. Szczegóły, tak jak zapowiadałam wyżej, w jednym z kolejnych postów, już teraz zapraszam.

Uzupełnienie mojej kuracji stanowi oczyszczający płyn bakteriostatyczny z 2% kwasu migdałowego Pharmaceris z serii T, który stosuję po prostu jak zwykły tonik. Genialny! Mam już drugie opakowanie, na pewno będą też kolejne. Jest stosunkowo niedrogi i bardzo, bardzo skuteczny. Więcej o nim w swoim czasie.

Na zdjęciu widzicie też dwa produkty La Roche-Posay, ale wspomnieć chcę tylko o jednym, mianowicie kremie Toleriane Ultra Fluid, silnie nawilżającym specyfiku do cery wrażliwej. Na moją zmaltretowaną Locacidem skórę działa jak przynoszący ulgę kompres. Świetny, odczuwalnie kojący, w żaden sposób nie szkodzący cerze krem. Leżący obok żel do mycia twarzy Effaclar nie spisał się już niestety tak dobrze, ale o tym innym razem.

Pisząc o pielęgnacji, nie mogę nie poświęcić chwili suplementom, które poratowały mnie w kłopocie z włosami, które parę miesięcy temu leciały mi z głowy jak szalone, codziennie gubiłam ilości grubo przekraczające normę. Przekopałam internety i w pierwszym odruchu zdecydowałam się dać szansę Calcium Pantothenicum, ale dopiero polecony mi przez Was Biotebal przyniósł pożądane, w dodatku błyskawiczne efekty. Pierwsze symptomy poprawy zauważyłam już po zaledwie dwóch tygodniach regularnego przyjmowania tych tabletek, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. W tym momencie mogę powiedzieć, że dzięki nim problem znacznie ograniczyłam. Zapamiętajcie tę nazwę, to działa! Jeszcze Wam zresztą o tym suplemencie przypomnę, o moich zmaganiach z wypadającymi włosami planuję napisać kiedyś odrębnego posta.

To oczywiście nie jest tak, że napisałam Wam o wszystkim, co systematycznie stosowałam. Jest cała masa kosmetyków, do których regularnie w minionym roku wracałam (żeby wspomnieć chociażby stosowany do włosów olej kokosowy, płyn micelarny Garnier, delikatny żel-krem łagodzący Be Beauty do mycia twarzy, emulsję z granatem Alterra, olejki do ciała Alverde, chusteczki do demakijażu Cleanic, czy serum do rąk Evree Max Repair), uznałam jednak, że gdybym miała tak wszystko wymieniać, zanudziłabym Was na śmierć. Skupiłam się więc na creme de la creme, produktach, które z różnych względów najbardziej zapadły mi w pamięć.

Cofam się zatem w czasie raz jeszcze, przywołując w pamięci moje ulubione w 2014 roku lakiery do paznokci. Muszę przyznać, że mój gust ostatnio nieco się odmienił, wśród preferowanych dotąd przeze mnie nasyconych kolorów niespodziewanie znalazły się także odcienie jasne i delikatne. Spójrzcie zresztą. 




Kolorem roku ogłaszam ciemny, mocny róż Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK. Dlaczego? Bo to on zdecydowanie najczęściej gościł na moich paznokciach, zarówno na dłoniach, jak i na stopach. W ogóle całą tę serię polubiłam, za ogromną gamę kolorów, za wygodny pędzelek i za trwałość. Myślę, że będę do niej jeszcze nie raz wracać.

Lakierem, który przyczynił się do zmiany moich kolorystycznych upodobań, był Essie Topless & Barefoot w pięknym, idealnie wyważonym odcieniu nude ---> KLIK. Trafił do mnie przez przypadek, a dziś nie wyobrażam sobie nie mieć go pod ręką. Sprawdza się w każdej sytuacji, jest klasyczny i elegancki. Bardzo lubię łączyć go z piaskowym złotem Golden Rose (Holiday Nail Color nr 82).

Z końcem roku trafił do mnie duet O.P.I. z dość starej już co prawda kolekcji New York City Ballet, w postaci mlecznobiałego lakieru Don't Touch My Tutu i srebrnego toppera Pirouette My Whistle ---> KLIK. Miłość od pierwszego wejrzenia!

W 2014 roku pogłębiła się też moja słabość do czerwieni. Moje poszukiwania idealnego odcienia zaowocowały dwoma wspaniałymi lakierami, Rimmel Salon Pro Hip Hop ---> KLIK, który przepięknie prezentował się w letnim słońcu, i Essie A list ---> KLIK, jeden z moich ostatnich nabytków, który szybko zyskał status zimowego ulubieńca. Ale myślę, że w kwestii czerwieni nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa :))) Za parę dni się zresztą przekonacie.

Pozwólcie, że teraz zatrzymam się na chwilę przy ulubionych gadżetach. Moja krótka lista liczy zaledwie trzy punkty, ale każdy jest mocny!





Jeśli chodzi o gadżet kosmetyczny, to rok 2014 należał do szczoteczki sonicznej Clarisonic. Mój model to Mia 2, pisałam Wam o nim TUTAJ. Jedna z lepszych inwestycji w urodę, jakie w życiu zrobiłam, dzięki tej szczoteczce oczyszczanie twarzy weszło na nowy dla mnie, dużo wyższy poziom. Chwilowo co prawda, ze względu na uwrażliwienie skóry przez Locacid, nie korzystam z niej, ale z ogromną przyjemnością wrócę do niej po zakończeniu kuracji. Albo i szybciej, o ile kupię odpowiednią dla cery wrażliwej końcówkę.

Clarisonic kupiłam na początku roku, z jego końcem natomiast rzutem na taśmę do moich ulubionych gadżetów dołączył nowy telefon, iPhone 6. Normalnie pewnie bym Wam o tym nie pisała, ale ostatnie dwa lata z jego poprzednikiem (HTC) były tak trudne (żeby wspomnieć tylko o ciągłym zawieszaniu się, czy samoczynnym wyłączaniu ...), że różnica jest dla mnie szokująca i po prostu nie mogę tego przemilczeć. Stary wylądował na dnie szuflady (choć zarzekałam się, że zrzucę go z najwyższego budynku w mieście :DDD), a nowy z każdym dniem coraz bardziej mnie zachwyca, jest wielofunkcyjny, intuicyjny i przede wszystkim niezawodny.

Ale to nie telefon zasłużył na miano gadżetu roku, tytuł ten zgarnia Kindle Paperwhite II! Mniej więcej w połowie roku pożegnałam się ze starszym modelem (wcześniej miałam 4 Touch), wymieniając go na nowsze cacko. Całkiem niedawno o nim pisałam, więc teraz nie będę się powtarzać, odsyłam Was po prostu do tamtego tekstu ---> KLIK. Spisuje się świetnie, uwielbiam wszystkie jego funkcje, wprost nie wyobrażając sobie bez niego życia. Wspaniałe urządzenie, wszystkie książki świata w zasięgu kilku kliknięć, zawsze pod ręką.

Skoro już o książkach mowa, to chciałabym płynnie przejść do tematu najważniejszych dla mnie lektur ubiegłego roku. Miałam problem z dokonaniem wyboru (policzyłam, w ciągu roku przeczytałam 53 pozycje, było z czego wybierać), ale udało się.




Autorka, której twórczość zrobiła na mnie największe wrażenie, to Joanna Bator. Jej "Piaskowa Góra" ---> KLIK to zdecydowanie najlepsza książka, po jaką sięgnęłam w 2014 r. Z wytypowaniem tej pozycji nie miałam akurat żadnego problemu. To jedna z tych książek, których nigdy się nie zapomina, mądra, klimatyczna, napisana pięknym językiem. Kto nie czytał, niech koniecznie to zrobi!

Wyraźny ślad po sobie zostawiła we mnie także dwutomowa "Antologia polskiego reportażu XX wieku" opracowana pod redakcją bardzo przeze mnie cenionego Mariusza Szczygła, zbiór najważniejszych i najciekawszych reportaży dwudziestego stulecia ---> KLIK. Ciągle żywe jest też we mnie wspomnienie o ni to śmiesznej, ni to strasznej książce "On wrócił" Timura Vermesa, w której autor, ubierając fabułę w humorystyczne fatałaszki, snuje tak naprawdę wstrząsającą wizję współczesnego świata, w którym ponownie zjawia się Hitler razem ze swoją chorą ideologią ---> KLIK

Książki książkami, a co z serialami? W 2014 roku obejrzałam ich naprawdę sporo, ale wyróżnić chcę tylko kilka.




Po pierwsze Breaking Bad, za wszystkie emocje i za jedynego w swoim rodzaju Waltera White'a. Po drugie House of Cards, za intrygę i klimat. Po trzecie Suits, za dwóch przystojniaków i jednego Louisa Litta ;))) Po czwarte Sherlock, za całokształt. No i po piąte, last but not least, The big bang theory, za niesamowitą dawkę humoru.

Gdybym miała wybrać słowo roku, postawiłabym na rutynę. Rok 2014  upłynął mi spokojnie, dni  i tygodnie toczyły się jeden za drugim z góry ustalonym trybem, powtarzalnym, może i nudnym, ale bezpiecznym. Właśnie tego potrzebowała moja rodzina i cieszę się, że mogłam jej to zapewnić, dzieląc czas między pracę i dom. Choć nie ukrywam, że emocją roku było poczucie poświęcenia, rezygnacji z wielu własnych przyjemności życia toczącego się poza domem. Myślę, że dobrze rozumieją mnie wszystkie matki małych dzieci, przez większość czasu zdanych wyłącznie na ich opiekę. Niech no tylko moja córa podrośnie! :)))

A blog? To też ważna część mojego życia, więc na koniec poświęcę mu kilka zdań. W 2014 roku, jak pewnie zauważyłyście, przeszedł małą metamorfozę, pisałam zdecydowanie rzadziej, mniej miejsca poświęcając typowym recenzjom, więcej natomiast tematom luźnym, szeroko rozumianym okołourodowym i z braku lepszego słowa powiedzmy, że lajfstajlowym. Wyszło tak w sumie samoistnie, ale No to pięknie! ma się dobrze, nowych czytelników stale przybywa, więc chyba zmierzam w dobrym kierunku? Gdzie jest kres tej drogi, jeszcze jednak nie wiem, bo skłamałabym twierdząc, że blogowe zwątpienia są mi obce. Myśli o zawieszeniu lub nawet całkowitym zamknięciu bloga pojawiały się w mojej głowie w minionym roku często jak nigdy. Póki co jestem na etapie kolejnej fali entuzjazmu, ale co będzie w przyszłości? Nie wiem. Piszę zupełnie szczerze. Mam nadzieję, że mimo wszystkich chwil zniechęcenia, jakie pewnie mnie czekają, spotkamy się tu przy okazji podobnego posta za rok.

A tymczasem raz na zawsze pożegnajmy rok 2014. Już wiecie, jaki był dla mnie, zdradźcie więc, jak Wam upłynął, dobrze czy źle? Może chciałybyście pochwalić się jakimś kosmetycznym bądź niekosmetycznym odkryciem? Może macie ochotę napisać mi o jakimś ważnym dla Was wydarzeniu? A może po prostu chcecie odnieść się do jakiejś kwestii, którą dziś poruszyłam? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.




sobota, 3 stycznia 2015

Witajcie w Nowym Roku, czyli podsumowanie grudnia | popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycie, zakupy i prezenty


Witajcie w Nowym Roku! Na podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy zaproszę Was za kilka dni, tymczasem chciałabym zatrzymać się na chwilę przy grudniu. Najpierw jednak noworoczne życzenia, których nie miałam jeszcze okazji Wam złożyć. Oby 2015 rok przyniósł Wam wiele dobrego! Ambitnych wyzwań, zrealizowanych planów, spełnionych marzeń, pozytywnych emocji i inspirujących ludzi wokół. Serdeczności!

Skoro noworoczne grzeczności mamy już za sobą, zapraszam na podsumowanie grudnia. Mam nadzieję, że z ciekawością sprawdzicie, jak mi ten miesiąc minął.




Na początek jak zwykle krótki przegląd najpopularniejszych grudniowych wpisów. Ze statystyk wynika, że najchętniej sprawdzałyście, co mam do powiedzenia na temat czytnika ebooków Kindle ---> KLIK. Zainteresowanie wzbudzał też post, w którym pokazałam Wam moją świąteczną listę marzeń ---> KLIK. Ciekawe byłyście również, czy do twarzy mi w brązowej szmince, którą ogłosiłam swoim grudniowym odkryciem ---> KLIK. Jeśli te posty przegapiłyście, teraz macie doskonałą okazję, żeby do nich zajrzeć.

Na FB ---> KLIK największy zasięg osiągnął wpis, pod którym dyskutowałyśmy o najpiękniejszych czerwonych lakierach do paznokci. Wskazałyście wiele interesujących typów, ja jednak zatrzymałam się przy jednym, szybko powiększając swoje lakierowe zbiory o Essie A list, przepiękną, głęboką czerwień o kremowym wykończeniu. Miałyście już okazję zresztą ją zobaczyć, o TUTAJ.




Jeśli chodzi o moje grudniowe rozrywki, to wieczory podobnie jak w listopadzie ---> KLIK upływały mi głównie pod znakiem The Big Bang Theory.




Obejrzałam już wszystkie dostępne odcinki i właśnie zastanawiam się, co dalej. Jakieś sugestie? Z chęcią poznam Wasze serialowe rekomendacje. W końcu muszę czymś wypełniać te długie zimowe wieczory :DDD

Seriale serialami, ale trochę mnie już znacie i dobrze wiecie, że bez czytania nie żyję. Moim grudniowym lekturom jak zwykle poświęciłam odrębnego posta, do którego odsyłam zainteresowanych tematem ---> KLIK.




W dwóch słowach dodam jedynie, że spośród wszystkich książek, które przeczytałam w grudniu, Waszej szczególnej uwadze polecam "Marsjanina" Andy'ego Weira i "Czy jesteś psychopatą?" Jona Ronsona. Zainteresowani historią po "Dzieci '44" sięgną pewnie i bez mojej podpowiedzi.

Po dość długim okresie posuchy mam też dla Was w końcu odkrycie blogowe. Chciałabym polecić Wam InspiYear Project ---> KLIK, którego autorka w 365 codziennych wpisach, jakie planowo mają powstać, na bieżąco zdaje relację ze zmian, jakie zaprowadza w swoim życiu, porządkując je, oczyszczając i szukając równowagi, skupiając się na czterech głównych obszarach - minimalizmie, ciele, umyśle i organizacji. Bardzo ciekawe podejście do samorozwoju, koniecznie zajrzyjcie!

Jeśli chodzi o grudniowe zakupy, to nie sposób nie wspomnieć o Dniu Darmowej Dostawy. Szykując świąteczne prezenty dla bliskich, skorzystałam z oferty Minti, Cocolity, Pan tu nie stał, Pudło nie nudno i Wydawnictwa Znak. Wspominam o tym, bo zetknęłam się z wieloma negatywnymi opiniami na temat tej akcji. Ja niczego niepożądanego nie doświadczyłam, wszystkie sklepy wywiązały się z transakcji na medal. Także Pachnąca Wanna, gdzie tuż przed północą zdążyłam też kliknąć kilka aromatycznych drobiazgów dla siebie, uzupełniając zimowe zapasy wosków.




Na zdjęciu oprócz Yankee Candle i Kringle widzicie też kilka wosków Craft&Beauty, które udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Kasiaj85, autorkę Sweet&Punchy. Na razie jednak czekają na swoją kolej, aktualnie moim zapachowym hitem jest wosk Kringle Balsam Fir, tak wiernie odzwierciedlający zapach igliwia, że spokojnie może konkurować z żywą choinką, która ciągle jeszcze zdobi mój salon. Serdecznie Wam ten zapach polecam. A tak przy okazji, macie żywe choinki, czy sztuczne?

A reszta zakupów? Zdecydowanie najważniejszym grudniowym nabytkiem była zapewne dobrze Wam znana paleta Urban Decay Naked 2.




Tak jak wspominałam już na FB, uwielbiam sama robić sobie prezenty, bo zawsze są trafione ;))) O palecie pewnie jeszcze kiedyś napiszę, podejrzewam, że w ramach serii O tym się mówi.

Innych kosmetycznych zakupów większego kalibru w grudniu już nie robiłam, cała para poszła w książki (Publio.pl, zbankrutuję kiedyś przez Was!). Ale o nich nie będę Wam tu pisać, prędzej czy później i tak znajdą się w którymś z książkowych postów.

Dostałam za to kilka bardzo interesujących prezentów, czy to świątecznych, czy to w ramach moich blogowych współprac. Przemiłą niespodziankę zrobiła mi chociażby wspominana już dzisiaj Pachnąca Wanna ---> KLIK, która postanowiła umilić mi święta Śnieżnymi Babeczkami, czyli świecą zapachową Bomb Cosmetics o aromacie ciasta, karmelu i jagód oraz piernikowym Ciastkiem, czyli musującą kulą do kąpieli, również Bomb Cosmetics, pachnącą imbirem, cytrusami, goździkiem, kardamonem i piżmem.




Kolejny prezent to przesyłka niespodzianka od Ecolore ---> KLIK, nowej polskiej marki oferującej kosmetyki mineralne. Polecam ją Waszej uwadze, naprawdę ciekawe produkty! Dwa z nich, róż Dolly Mist i cień Velvet Almond, zasiliły moje mineralne zasoby.




W ramach współpracy z Clareną ---> KLIK, do mojej pielęgnacji włączyłam w grudniu silnie nawilżający preparat z kwasem hialurownowym, Hyaluron 3D Elixir. Świetnie sprawdza się w walce ze skutkami ubocznymi kuracji Locacidem. Więcej za parę tygodni!




Nie sposób nie pochwalić się też świątecznymi prezentami od moich bliskich, zwłaszcza tak trafionymi. Zdecydowanie największą radochę zrobił mi mąż, dzięki któremu mój stary wysłużony HTC wymieniłam na piękny, smukły i jakże wielofunkcyjny iPhone 6. Uwierzcie mi, jakbym przesiadła się z malucha do mercedesa :DDD Kocham ten telefon od pierwszej chwili. 




Mogę też wykreślić już kilka pozycji z mojej świątecznej listy marzeń. Jeśli chodzi o kolorówkę, to jak już wspominałam Wam w którymś z ostatnich postów, pomiędzy innymi prezentami pod choinką znalazłam MAC Blankety. Dzięki, mamo!




Mam już też swoje wymarzone naszyjniki i przepiękny notatnik. Cieszę się, jak nie wiem co :))) Teraz muszę jeszcze tylko rozejrzeć się za jakimś ładnie wydanym terminarzem na 2015 rok.






Na koniec coś, o czym powinnam wspomnieć Wam już w listopadzie, bo właśnie wtedy trafił do mnie ten gadżet, ale całkiem wyleciało mi to z głowy. Cóż, wielkiej straty nie było, bo szczerze mówiąc produkt mnie nie oczarował. Chodzi o Jelid, chusteczki zmywające lakier do paznokci. Opakowanie zawiera 50 osobno pakowanych chusteczek nasączonych zmywaczem bez acetonu. Jedna rzekomo ma dawać radę zmyć lakier ze wszystkich 10 paznokci, ale niestety obietnicę tę między bajki można włożyć. Chusteczki kompletnie nie radzą sobie z brokatami, bardzo słabo z ciemnymi lakierami, jedynie te najjaśniejsze poddają się im bez oporów. Także szału nie ma. Choć awaryjnie kilka sztuk w torebce można nosić. Co myślicie o takich wynalazkach? Dałybyście tym chusteczkom szansę?




To już wszystko, o czym chciałam Wam napisać, podsumowując grudzień. Mam nadzieję, że nie nudziłyście się, mimo tej przydługiej formy. Zapraszam do komentowania, jeśli tylko macie ochotę do czegoś się odnieść. Zdradźcie też, jak upłynęła Wam końcówka roku. Co porabiałyście, jakie dostałyście prezenty, jakim świątecznym bądź poświątecznym promocjom uległyście? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 20 grudnia 2014

Gwiazdka na Gwiazdkę, czyli czerwień Essie ze złotym akcentem


Jakiś czas temu na FB zadałam Wam pytanie o najpiękniejszy Waszym zdaniem czerwony lakier do paznokci. Padło wiele propozycji, ale najczęściej wskazywałyście Essie A List. Przy pierwszej nadarzającej się okazji przyjrzałam mu się z bliska i oczywiście nie wypuściłam już z rąk, rzeczywiście okazał się przepiękny! 




A List to ciemna, głęboka, kremowa czerwień, stonowana i bardzo elegancka. Właśnie czegoś takiego szukałam, pytając Was o wskazówki. Dziękuję wszystkim dziewczynom, które zwróciły na niego moją uwagę!




Kolor jest bezbłędny, mam go zaledwie od dwóch tygodni, pomalowałam nim paznokcie raptem ze dwa, trzy razy, a już zdążyłam usłyszeć na jego temat kilka komplementów. Żałuję jedynie, że nie jest bardziej napigmentowany, niestety podoba mi się dopiero przy trzech warstwach. Przy dwóch u nasady paznokci ciągle widzę jakieś prześwity. Być może to jednak kwestia lakieru podkładowego (używam Essie Ridge Filling), mam wrażenie, że wchodzi z A List w jakąś niepożądaną reakcję (podobnie dzieje się też z Big Spender). W każdym razie nawet z płatającą figle bazą trzy warstwy prezentują się już nienagannie, dając błyszczącą taflę klasycznej czerwieni.




Aż prosi się, żeby sięgnąć po tę czerwień na święta. Pomyślałam, że warto dodać do niej jakiś typowo świąteczny akcent. Znacie mnie już trochę, wiecie, że jeśli chodzi o zdobienia paznokci, jestem bardzo zachowawcza, nie dla mnie wszelkie wzorki i inne paznokciowe cuda wianki. Słabość mam jedynie do ciekawych topperów, ale nawet ich używam z umiarem, nakładając je zwykle jedynie na palec serdeczny. Tym razem postanowiłam jednak zaszaleć i zamówiłam sobie na allegro maleńkie złote gwiazdki (widzicie je rozsypane na zdjęciach), upewniając się wcześniej, że nadają się do zdobienia paznokci naturalnych. Zaledwie dwa pięćdziesiąt, a tyle radości! :DDD




Oczywiście i tym razem zachowałam umiar, na paznokcie trafiła tylko jedna gwiazdka. Moim zdaniem wystarczy. Robi robotę. Mała złota gwiazdka na Gwiazdkę!




Czerwień i złoto, iście świąteczne zestawienie. Ciekawa jestem, jak Wam się podoba. Co myślicie o Essie A List? Wpadły Wam w oko moje złote gwiazdki? Ciekawy pomysł na zdobienie, czy niekoniecznie? Dajcie znać. Zdradźcie też koniecznie, jak same planujecie pomalować paznokcie na święta. Piszcie, czekam na Wasze komentarze! 

Buziaki,
Cammie.


Uwaga, rozdanie! 
Dwa egzemplarze książki "Kanony kobiecej urody. 
Od starożytności po XXI wiek.
Makijaż i stylizacje" dla Was! KLIK
Na zgłoszenia czekam jeszcze tylko do jutra!


środa, 15 października 2014

Siła kontrastu, czyli czerń i biel | Essie Licorice & Lynnderella Snow Angel


Czerń to czerń, uznałam więc, że chcąc pokazać Wam w końcu (wiem, że niektóre z Was czekają) czarny jak najczarniejsza noc lakier Essie Licorice, dla urozmaicenia połączę go ze śnieżnobiałym Lynnderella Snow Angel. Uzyskałam zestawienie bardzo wyraziste, a jednak jakimś cudem wyrafinowane. Czerń i biel, siła kontrastu. Dla mnie duet doskonały.




Biały topper od Lynnderelli, pełen drobin o różnych kształtach w odcieniu śniegu, to mój ulubieniec, kilkakrotnie już Wam go pokazywałam (na przykład TUTAJ lub TUTAJ), ale jeszcze nigdy na tak ciemnym tle. Bo Essie Licorice to smolista czerń, bez żadnych kompromisów w stronę szarości. Charakteryzuje ją niesamowita głębia i mocne nasycenie, a co za tym idzie także doskonałe krycie, pozwalające w zasadzie przy malowaniu poprzestać na jednej warstwie. Choć na zdjęciach widzicie akurat dwie, plus nawierzchniowo Kinetics Kwik Kote (chcecie recenzję?). 




Zestawienie tej konkretnej czerni z tą konkretną bielą bardzo mi się podoba. Choć kolory mocno kontrastują, ostateczny efekt okazuje się nadspodziewanie delikatny, co zdecydowanie jest zasługą Snow Angel. Wykończenie jego drobin nie jest brokatowe, jak to zwykle w topach tego typu bywa, a satynowe, co sprawia, że na paznokciach prezentuje się może i skromniej, ale za to bardziej elegancko.




Wracając jeszcze na chwilę do Essie Licorice, chciałam zaznaczyć, że to jedna z ładniejszych czerni, z jakimi miałam do czynienia. Jest też bezproblemowa w aplikacji, jednak nie mogę przemilczeć faktu, że dość ciężko się zmywa, brudząc skórę wokół paznokci. Bardzo tego nie lubię, ale przymykam na to oko, bo czerń na paznokciach kocham! Zwłaszcza tak głęboką i błyszczącą.

A Wy? Lubicie czerń na paznokciach? Skłonne byłybyście ozdobić ją białym akcentem? Dajcie znać, jak podoba Wam się to połączenie. Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


piątek, 5 września 2014

Nie ma jak piątkowy wieczór, czyli podsumowanie sierpnia | Popularne posty, rozrywka, fitness, zakupy, nagrody, nowości



Witajcie! Nie ma jak piątkowe wieczory, z tak odległym poniedziałkowym porankiem, co? :DDD Na szczęście jest piątek, do poniedziałku daleko, a ja na dobry początek weekendu zapraszam Was na luźny post podsumowujący sierpień. Mam Wam parę fajnych rzeczy do pokazania!




W zasadzie jeśli chodzi o bloga, to za bardzo nie ma czego podsumowywać, bo w sierpniu, ze względu na urlop i wyjazd, o którym możecie poczytać TUTAJ, pisałam dla Was rzadko i nieregularnie. Pośród tych postów, które udało mi się opublikować, największym zainteresowaniem cieszyło się zdecydowanie zestawienie moich lipcowych lektur ---> KLIK. Przyznam szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło, bo zwykle wpisy z tej serii mają raczej stałe grono czytelników, a tymczasem tym razem liczba odsłon poszybowała w górę, sięgając jak nigdy kilku tysięcy! Super, bardzo mnie to cieszy :))) To dla mnie niezbity dowód na to, że seria Książki miesiąca na dobre zadomowiła się na No to pięknie! i nie powinnam z niej rezygnować. 

Co więcej? W sierpniu licznie przyciągnęły Was też zdjęcia obłędnego różu (fioletu?) Golden Rose Rich Color nr 26 ---> KLIK, chętnie czytałyście też o moim sierpniowym kosmetycznym odkryciu w postaci bardzo taniej, a jakże skutecznej maski do włosów Loton Provit ---> KLIK.

Jeśli chodzi o FB, to największy zasięg osiągnął post, w którym chwaliłam się, że udało mi się ukończyć 30 day shred. Wszystkich zainteresowanych relacją z miesiąca z Jillian Michaels uspokajam, że pamiętam o niej i na pewno coś napiszę. Tymczasem walczę z kolejnym trzydziestodniowym programem, tym razem 30 day ripped. Nie będę kryć, że jest trudniej. Ze względu na kontuzję kolana w tamtym tygodniu musiałam co prawda przerwać ćwiczenia, ale od poniedziałku znowu biorę się do roboty!

Ponieważ przez jakiś czas nie ćwiczyłam, wieczorami miałam czas na serial. Po fatalnym zakończeniu Lost (miałam wrażenie, że po tych wszystkich godzinach spędzonych nad kilkoma sezonami ktoś mnie po prostu zrobił w bambuko) byłam jednak sceptycznie nastawiona do kolejnego tasiemca i za Waszą radą zdecydowałam się na coś znacznie krótszego. Tylko trzy sezony, każdy po trzy odcinki. Już wiecie? Tak, Sherlock




Sherlock kradł mi wieczory przez bity tydzień, nie mogłam się od tego serialu oderwać! Genialny. Zaskakujący. Zabawny. Tylko tym razem znowu za krótki! A na kolejny sezon trzeba czekać tak długo ... Kto nie widział, niech ogląda, bo naprawdę warto. Niezorientowanym zdradzę tylko, że historia Sherlocka Holmesa przeniesiona została do współczesnego Londynu, gdzie tytułowy Sherlock, piekielnie inteligentny, a dzięki temu jakże seksowny, rozwiązuje zagadki w towarzystwie oczywiście doktora Watsona, który w tej uwspółcześnionej wersji jest lekarzem wojskowym rannym w Afganistanie. Serialowy majstersztyk! Teraz wzięłam się za The killing, ale jeszcze nie wiem, czy mi się podoba, dam Wam znać za miesiąc.

sierpniowych lekturach jak zwykle zdążyłam już Wam napisać, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

Na koniec słówko o zakupach, nagrodach i współpracowych nowościach. Pewnie wiecie, że na urlopie zaszalałam w DM, bo już Wam o tym wspominałam. Nakupiłam głównie szamponów, odżywek, żeli pod prysznic i kremów do rąk, ale raczej nie ma sensu Wam tego wszystkiego dokładnie pokazywać, jest tego cała torba :)))




W zasadzie nic więcej w sierpniu nie kupowałam, małym wyjątkiem była tylko zyskująca coraz większy rozgłos emulsja do mycia twarzy Alterra Bio Granat




Już za kilka dni będziecie mogły poczytać o niej więcej (mam pomysł na nową, ciekawą serię!), dziś napiszę tylko, że ten rozgłos jest w moim odczuciu jak najbardziej uzasadniony.

Parę tygodni temu uśmiechnęło się do mnie szczęście w konkursie organizowanym przez Manię [KLIK], w którym zdobyłam jedną z trzech nagród, zestaw Essie złożony z letniej mini kostki i wygładzającej bazy Ridge filling.  




Kostka zawiera cztery lakiery o pojemności 5 ml, malinowy Haute in the heat, niebieski Strut your stuff, pomarańczowy Roarrrrange i brązowy Fierce not fear.




Z niektórymi z tych kolorów mam pewien problem i nie wiem, czy będę prezentować je na blogu (czy ja kiedyś oswoję na paznokciach niebieski? ...), dlatego póki kostka jest w sprzedaży, pokażę je Wam po prostu na próbniku.




Jeśli chodzi o współprace, w sierpniu przyjęłam tylko jedną propozycję, godząc się na testy zestawu nieznanych jeszcze u nas kosmetyków Skin Chemists [KLIK], serum rozjaśniającego cerę Lightening i maseczki z kwasem glikolowym Rapid Facial. Oczywiście jest o wiele za wcześnie, żeby mówić o efektach ich działania, ale jeśli chodzi o pierwsze wrażenie, to było ono bardzo, bardzo obiecujące.




Za jakiś czas napiszę Wam o tych kosmetykach więcej (choć od razu uprzedzam, że na recenzję przyjdzie Wam czekać ładnych kilka tygodni), dziś tylko słowem wstępu wspomnę, że Skin Chemists to luksusowa brytyjska marka, która niebawem pojawi się w Polsce (jej linii profesjonalnej, Skin Pharmacy, wypatrujcie już na dniach na warszawskich targach Beauty Forum). Jej produkty są wąsko wyspecjalizowane, opierając się na wysokiej jakości składnikach i uderzając bezpośrednio w różne problemy skóry. Drżyjcie, moje przebarwienia!


To już chyba wszystko, o czym chciałam Wam wspomnieć. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się czytało. Dajcie znać, czy coś wpadło Wam w oko. Koniecznie zdradźcie też, jak Wam minął sierpień, co porabiałyście, gdzie byłyście, co widziałyście, co fajnego kupiłyście? Bardzo ciekawi mnie też Wasza opinia na temat Sherlocka, czy tylko ja jestem pod takim wrażeniem tego serialu? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.

Zagraj o świecę zapachową
Bridgewater Sweet Grace!

środa, 27 sierpnia 2014

Zatrzymać lato, czyli Essie Watermelon


Jak byśmy nie zaklinały rzeczywistości, lato ma się ku końcowi i choć w kalendarzu ciągle sierpień, naprawdę czuć już to w powietrzu. Na szczęście są sposoby, żeby letnią atmosferę mimo niesprzyjającej aury jeszcze na chwilę zatrzymać. Na przykład malując paznokcie na jakiś żywy, wyrazisty kolor. Co powiecie na Essie Watermelon?




Essie Watermelon to coś pomiędzy czerwienią a ciemnym różem, rzeczywiście można powiedzieć, że jest to kolor dojrzałego, słodkiego arbuza. Mojemu arbuzowi ze zdjęcia, choć fajnie ilustrującemu temat, niestety daleko do odcienia, o jaki mi chodzi, jakiś taki niewybarwiony, niedopieszczony słońcem mi się trafił, ale jestem przekonana, że dobrze wiecie, jaką arbuzową czerwień mam na myśli. Essie Watermelon naprawdę dobrze ten kolor oddaje.




Lubię go za tę czerwono-różową nieoczywistość, dzięki której w każdym świetle wygląda inaczej, zawsze prezentując się ciekawie i niebanalnie.




Jest idealnie kremowy, pokrywa paznokcie równą, kryjącą taflą głębokiego koloru, sprawdzającego się zarówno na dłoniach, jak i na stopach.




Trwałość, jak zawsze w przypadku Essie, rewelacyjna, pod dobrym top coatem lakier trzyma się w przyzwoitym stanie nawet do pięciu, sześciu dni.




Mam wrażenie, że na żywo więcej w nim różu niż na moich zdjęciach, ale tak naprawdę i tak wszystko zależy od światła, w którym na niego patrzymy. Essie Watermelon potrafi przeobrazić się z pozornie stonowanej czerwieni w cieniu w energetyczny ciemny róż w pełnym słońcu. I właśnie w tej postaci podoba mi się najbardziej, kojarząc mi się z gaszącymi pragnienie kawałkami pysznego schłodzonego arbuza, przynoszącymi ulgę w upalny dzień. Łatwo będzie przywołać to skojarzenie nawet w środku zimy! Tymczasem póki co dzięki niemu zatrzymuję lato.

Jak Wam się podoba ten arbuzowy kolor, co myślicie o Essie Watermelon? Budzi w Was równie przyjemne skojarzenia, jak we mnie? A może to inny kolor pomaga Wam zatrzymać lato? Koniecznie dajcie znać, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



piątek, 25 lipca 2014

Z wizytą w raju, czyli mój pierwszy raz w Hebe


Wybaczcie mi ten egzaltowany tytuł posta, ale naprawdę czułam się jak w kosmetycznym raju, kiedy w zeszłym tygodniu po raz pierwszy trafiłam do Hebe. W moim mieście ta sieć jest niestety nieobecna (why???), zwykle co najwyżej mogę więc pooglądać sobie cudze zakupy i powzdychać do niedostępnego dla mnie asortymentu. W końcu jednak i ja miałam okazję wydać tam trochę pieniędzy :))) Wiem co prawda, że posty zakupowe generalnie niewiele wnoszą do blogosfery, ale najwyraźniej Wam to nie przeszkadza, bo na fesjbuku wyraźnie zażądałyście, żebym swoje zakupy pokazała, więc co mi tam, pokazuję. Przyjemnego oglądania!

Już na początku przeżyłam szok, kiedy w progu zostałam powitana grzecznym "Dzień dobry, witamy w Hebe" (praktyka niespotykana w innych drogeriach), który w środku tylko się pogłębiał, zaskoczyła mnie bowiem przestrzeń (dwa piętra!), nieskazitelna czystość, komfortowa klimatyzacja i przemiła, aczkolwiek nienachalna obsługa. Pierwsze kroki oczywiście skierowałam do szafy Essie. Mam tych lakierów całkiem sporo, ale wszystkie kupowałam dotąd via internet bądź korzystając z uprzejmości koleżanek, także fajnie było zobaczyć w końcu te wszystkie buteleczki na żywo. Z bogatej oferty wybrałam czarny jak noc Licorice, z sąsiedniej szafy łapiąc przy okazji znany z licznych recenzji top Kinetics Kwik Kote, a z pobliskiej ekspozycji jeden z promowanych nie tak dawno pachnących lakierów Revlon w odcieniu Wild Violets.










Być może na tych kilku drobiazgach moje zakupy by się skończyły, ale traf chciał, że w tamtym dniu obowiązywała 40% zniżka na całą ofertę Catrice. Jak mogłam nie skorzystać? Zwłaszcza że w moim mieście szafa tej marki dostępna jest tylko w jednym miejscu i zawsze, ale to zawsze jest przetrzebiona. W Hebe półki były pełne, także długo się nie zastanawiając, chwyciłam od dawna mnie interesujący kamuflaż w najjaśniejszym odcieniu 010 Ivory, bardzo zachwalaną kredkę do brwi 040 Don't let mi brown, skusiłam się też na pomadkę z serii Ultimate Colour w przepięknym jasnym odcieniu 240 Hey Nude. Na marginesie dodam, że jestem nią zachwycona! Będą zdjęcia, dajcie mi tylko trochę czasu.










W drodze do kasy nie przeszłam też obojętnie obok zyskujących coraz większą popularność gumek Invisibobble. Sama nie wiem, co o nich myśleć. Na pewno za jakiś czas przygotuję dla Was szerszą recenzję, ale póki co nie rozumiem ich fenomenu.




W ostatniej chwili wrzuciłam też do koszyka krem z filtrem do cery mieszanej i tłustej Bielenda Bikini, o którym niedawno usłyszałam od przyjaciółki.  Dziś za wiele o nim nie napiszę, zdradzę tylko, że trafi do posta o odkryciach miesiąca. Coś mi mówi, że to niskobudżetowa alternatywa dla kilkakrotnie droższego kremu Vichy o podobnym działaniu.




Zakupy w Hebe to prawdziwa przyjemność. Miła i kompetentna obsługa, dyskretna, nie łażąca za klientem krok w krok ochrona, przestronny i czysty sklep z doskonale wyeksponowanym towarem (mam na myśli salon na ulicy Grunwaldzkiej w Rzeszowie), wszystkie kosmetyki zabezpieczone przed otwieraniem, bardzo ciekawy asortyment bogaty w marki niedostępne nigdzie indziej (widziałam chociażby Tangle Teezer czy Misslyn), atrakcyjne promocje, no naprawdę, nie mogę się nachwalić.

Macie w swojej okolicy Hebe? Chętnie robicie tam zakupy? Zgadzacie się ze mną, że sieć pozytywnie wyróżnia się na tle konkurencji? Może chciałybyście dodać coś jeszcze do tej litanii zalet, o których wspominałam? Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.