beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2015

Chyba upadłam na głowę, czyli moja wakacyjna kosmetyczka z kolorówką


Pakując swoją wakacyjną kosmetyczkę z kolorówką, musiałam chyba na głowę upaść. Czego w niej nie było! BB kremy o różnym stopniu krycia, "bo przecież nie wiadomo, w jakim stanie będzie moja cera", korektory do różnych zadań specjalnych, "bo przecież muszę mieć coś lżejszego pod oczy i coś cięższego na przebarwienia", pudry o różnych formułach, "bo przecież sypki sypkim, no ale w razie czego muszę mieć prasowany do torebki", róż i rozświetlacz, "bo przecież to w końcu lato, odrobina blasku musi być", coś do rzęs, coś do brwi, a nawet liner i paletka cieni, "bo przecież na pewno będę chciała na wieczorne spacery mocniej się pomalować". Taaaa ... Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, ale upał szybko i skutecznie zniechęcił mnie do makijażu. Gdybym pakowała kosmetyczkę dziś, jej zawartość wyglądałaby zgoła inaczej. Wiozłam to wszystko przez pół Europy, a jak przyszło co do czego, okazało się, że sięgam po najwyżej kilka rzeczy. Jeśli ciekawi Was, co okazało się must have i sprawdziło się w gorącym chorwackim klimacie, zapraszam na krótką prezentację! 




  1. Skin79 Complete CC Cream Correct - moje podkłady i bb kremy w temperaturach sięgających niemal 35 stopni byłyby pomyłką, na szczęście miałam ze sobą leciutki CC krem Skin79, który mimo wysokich temperatur zupełnie nie obciążał skóry, kryjąc przy tym na tyle dobrze, żebym wychodząc do ludzi nie czuła się niekomfortowo z moimi przebarwieniami. Dodatkowy plus za wysoką ochronę przeciwsłoneczną!
  2. Innisfree No-Sebum Mineral Powder - najlepszy! Wspaniały, sypki, niezwykle skuteczny matujący puder utrwalający, który nie zawiódł mnie nawet w największym upale. Pisałam Wam o nim TUTAJ.
  3. MAC Well Dressed - mój ukochany (niestety już mi się kończy ...), leciutko rozświetlający róż o niepowtarzalnym jasnym odcieniu. Uniwersalny, nadaje się na każdą okazję i każdą pogodę. W pełnym słońcu też pięknie wyglądał, ładnie ożywiał cerę.  
  4. Lovely Curling Pump Up Mascara - czarny tusz, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Bardzo tani i zaskakująco jak na swoją cenę dobry (niespełna 10 zł). Lubię sposób, w jaki rozdziela rzęsy. Dał radę.
  5. Golden Rose Eyebrow Powder nr 104 - mój ulubiony od kilku miesięcy cień do brwi w naturalnym odcieniu dość ciemnego, chłodnego brązu. Dla części z Was kosmetyk tego typu w takim upale jest zbędny, ale moje brwi, choć z natury ciemne i wyraziste, nie mają niestety regularnego, pełnego kształtu i wymagają korekty, więc przynajmniej minimalne poprawki są konieczne. Wakacje, czy nie wakacje, brwi lubię mieć podkreślone!
  6. L'Oreal Brow Artist Plumper - żel utrwalający do brwi. Świetny, wielokrotnie Wam o nim wspominałam (chociażby TUTAJ). Spisał się bez zarzutu.

To w zasadzie tyle. Niewiele tego, prawda? Na koniec wspomnę jeszcze tylko o lakierze do paznokci i perfumach, bez jednego i drugiego nigdzie się nie ruszam. Jeśli chodzi o paznokcie, przez cały wyjazd towarzyszył mi neonowy róż Maybelline Forever Strong Super Stay Gel Nail Color 155 Bubble Gum, a co do zapachu, to postawiłam na jeden ze swoich odwiecznych ulubieńców, L de Lolita, kojarzący mi się właśnie ze słońcem, morzem i morską solą.

Pozwólcie, że poświęcę jeszcze parę słów kremowi CC, jakiś czas temu wygrałam go w konkursie i nie miałam jak dotąd okazji szerzej o nim napisać, a podejrzewam, że część z Was może być tym produktem zainteresowana. 

Skin79 Complete CC Cream Correct ma ciekawą formułę, dzięki której pod wpływem rozcierania na skórze zmienia kolor z białego na żółtawy, świetnie dostosowując się do karnacji. Serio, w życiu nie miałam podkładu, który tak dobrze by to robił. Jest lekki (na zdjęciu niżej nałożony grubą warstwą, żebyście cokolwiek zobaczyły), daje więc niewielkie krycie, spokojnie jednak można je budować. Wykończenie nazwałabym satynowym, ale nieprzesadnym, doskonale imitującym zdrową, promienną skórę. Na mojej przetłuszczającej się cerze wymaga przypudrowania, ale osoby o cerze normalnej bądź suchej pewnie mogą to sobie podarować. Jasny, żółtawy, doskonale dopasowujący się odcień, piękny efekt na skórze, lekka formuła, ochrona przeciwsłoneczna (SPF 30, PA++) i bardzo funkcjonalne opakowanie z pompką, brawo! Wspaniała propozycja na lato.




Również zdarza Wam się przesadzić z ilością zabieranych w podróż kosmetyków kolorowych? Też macie poczucie, że musicie zabezpieczyć się na każdą okazję? Z takim nastawieniem łatwo przesadzić. A koniec końców i tak okazuje się, że w ruch idzie parę produktów na krzyż. Co to jest w Waszym przypadku? Bez jakiego kosmetyku absolutnie nie wyobrażacie sobie żadnego wyjazdu? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Dajcie też znać, czy znacie produkty z mojej kosmetyczki, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat.

Buziaki,
Cammie.



piątek, 8 maja 2015

Mistrzowie matu, czyli mineralne pudry Innisfree


Docierają do mnie sygnały Waszego zainteresowania koreańskimi pudrami Innisfree No-Sebum Mineral Powder i No-Sebum Mineral Pact, które ostatnio pokazywałam, a zatem nie ma na co czekać, recenzja na życzenie! Piszę ją z tym większą przyjemnością, że oba, zarówno sypki, jak i prasowany, zasługują na najwyższe pochwały. Mistrzowie matu!




Wszystko zaczęło się od wersji sypkiej. Parę miesięcy temu wrzuciłam ją do koszyka z czystej ciekawości, zamawiając jakiś bb krem. Puder okazał się tak dobry, że nie dość, że szybko zużyłam całe opakowanie, to w międzyczasie tak go zachwalałam, że do jego zakupu namówiłam też swoje koleżanki.

Miałki, delikatny, wzbogacony o regulujący pracę gruczołów łojowych ekstrakt z mięty oraz wyciąg z zielonej herbaty, okazał się niezwykle skuteczny, trzymając mat najlepiej i najdłużej ze wszystkich pudrów, jakie znam. Jego bazą są minerały z Jeju, największej wyspy Korei Południowej. Niżej dla zainteresowanych wklejam dokładny skład.

SILICA, CORN STARCH MODIFIED, DIMETHICONE/VINYL DIMETHICONE CROSSPOLYMER, CAPRYLIC/CAPRICTRIGLYCERIDE, MICA, METHICONE, MINERALSALTS, CAMELLIA SINENSIS LEAF EXTRACT, MENTHA ARVENSIS LEAF EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, DIMETHICONE, GLYCERYL CAPRYLATE, ETHYLENE/ACRYLIC ACID COPOLYMER, 1,2-HEXANEDIOL, FRAGRANCE.

Niezawodny! Sprawdza się zarówno nakładany pod podkład (czy tam bb krem, jak to najczęściej jest w moim przypadku), jak i tradycyjnie, do utrwalenia makijażu. Jest biały, ale nie bieli (może odrobinę w pierwszej chwili, po paru minutach staje się niewidoczny), nie oksyduje, nie włazi w zmarszczki,  ładnie stapia się z resztą produktów, znacząco ograniczając niepożądany błysk na twarzy. Na ten moment żaden inny puder nie daje mi takiego komfortu. Uwielbiam go, w ruch poszło już drugie opakowanie. I jeśli miałabym cokolwiek mu zarzucić, to właśnie stosunkowo małą wydajność. Z drugiej strony, siedem dolarów, które trzeba za niego zapłacić (na ebay albo bezpośrednio na stronie producenta ---> KLIK), to nie jest przecież jakaś zaporowa cena.




Kupując drugie opakowanie pudru sypkiego, wzięłam też od razu jego wersję prasowaną (jest nieco droższa, kosztuje 12 dolarów). Jak się okazało, niewielka, zgrabna, trwała. wyposażona w lusterko i puszek puderniczka, kryje niemal bliźniaczy pod względem działania produkt, choć proporcje w jego składzie są nieco zmienione.

MICA, SILICA, ETHYLENE/ACRYLIC ACID COPOLYMER, CORN STARCH MODIFIED, POLYETHYLENE, OCTYLDODECYLSTEAROYL STEARATE, SQUALANE, SORBITAN ISOSTEARATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, GLYCERYL CAPRYLATE, DIMETHICONE, MINERAL SALTS, CAMELLIA SINENSIS LEAF EXTRACT.

Zwróćcie też uwagę, że jednym ze składników wersji prasowanej jest dodatkowo skwalan, co dzięki jego właściwościom dbającym o właściwy poziom nawilżenia skóry pozwala zakładać, że lepiej tolerowany będzie przez osoby o cerze skłonnej do przesuszenia.

Generalnie mam wrażenie, że jego działanie jest nieco lżejsze niż wersji sypanej, ale zdecydowanie nie można odmówić mu skuteczności. Przez wiele godzin trwa na straży matu, z tą jednak uwagą, że to jednak sypkiemu oddałabym palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o niezawodność w sytuacjach ekstremalnych, na przykład w przypadku podyktowanej okolicznościami konieczności nałożenia makijażu mocniejszego niż zwykle, jakiegoś wysiłku czy dużego stresu. W jednym punkcie jednak z sypanym wygrywa - jego prasowana formuła jest po prostu wygodniejsza.




Gorąco polecam Wam oba te pudry, są naprawdę warte rekomendacji. Nie zawiodą Was. Mnie spodobały się na tyle (zwłaszcza wersja sypana), że całkiem zrezygnowałam już z pudru bambusowego FM, który tak bardzo zachwalałam Wam w zeszłym roku. Swoją drogą był naprawdę dobry, zużyłam chyba ze trzy opakowania, no ale pudry Innisfree  po prostu go zdeklasowały. Są lepsze. Mistrzowie matu, tak jak wspominałam.

Miałyście może z którymś z tych pudrów do czynienia? Jak je oceniacie? A może dopiero dziś słyszycie o nich po raz pierwszy? Wzbudziłam Waszą ciekawość? Dajcie znać. Chętnie poczytam też, jakie pudry matujące wygrywają w Waszych osobistych rankingach. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


P.S. Nie zapomnijcie zajrzeć w niedzielę.
No to pięknie! obchodzić będzie piąte urodziny,
już teraz zapraszam na post z niespodzianką!




niedziela, 12 kwietnia 2015

Dwa w jednym, czyli zaległe podsumowanie lutego i marca | Popularne posty, ciekawe linki, rozrywka, zakupy


Kwiecień nabrał już rozpędu, a tymczasem ja zabieram się dopiero za podsumowanie marca. I przy okazji lutego, żeby było śmieszniej. No cóż, tak się złożyło, lepiej późno niż wcale. A zatem dwa w jednym, zapraszam. Tradycyjnie przypomnę najpopularniejsze posty, podam kilka ciekawych linków, zdradzę, jak spędzałam czas wolny, pokażę też zakupy z ostatnich tygodni. Nie przegapcie!




Rzut oka na statystyki pozwolił mi wytypować najpopularniejsze lutowe i marcowe posty. Zdecydowanie z największym zainteresowaniem przyjęłyście podsumowanie stycznia ---> KLIK, ale niemal równie chętnie czytałyście o kosmetycznym odkryciu marca ---> KLIK i o znaczeniu ochrony przeciwsłonecznej ---> KLIK. Dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze!

Nawiązując do FB (polubiłaś już? ---> KLIK), chciałabym na chwilę wrócić do tematu, o którym właśnie tam kilka tygodni temu wspominałam. Słyszałyście o BookRage ---> KLIK? To arcyciekawa inicjatywa, dzięki której kupić możemy pakiety ebooków (uwaga! każdy pakiet w sprzedaży jest tylko przez dwa tygodnie!), samodzielnie decydując, ile za nie zapłacić. Mało tego, od nas zależy też, ile naszych pieniędzy trafić ma do autorów książek (może wszystko? ty tu rządzisz!), ile do serwisu BookRange, a ile do patronującej akcji Fundacji Nowoczesna Polska. Szczegóły w obszernym artykule z jednego z weekendowych wydań Gazety, o tutaj ---> KLIK. Dajcie znać, jak zapatrujecie się na to przedsięwzięcie, co myślicie o takiej nietypowej formie sprzedaży.

Skoro już jesteśmy przy książkach, pozwólcie, że zainteresowanych odeślę w tym miejscu do postów o moich lutowych ---> KLIK i marcowych ---> KLIK lekturach. 






Nie będzie też lepszego momentu, żeby napomknąć o fantastycznej "Cukierni Lidla". Niezorientowanym (są w ogóle tacy?) w tym miejscu wyjaśnię, że Lidl po raz drugi już wydał książkę kucharską, którą klienci zdobyć mogli w przedświątecznym programie lojalnościowym. Przepiękne zdjęcia! Wzroku nie można oderwać. Brawo, Lidl! Macie swój egzemplarz?




Oprócz książek czas wolny wypełniał mi też serial. Pewnie nie będzie dla Was niespodzianką, jak napiszę, że w dalszym ciągu oglądam How I met your mother? Już prawie finiszuję, jeszcze tylko jeden sezon i może w końcu się dowiem, jak on, do licha, poznał ich matkę :DDD Powiem Wam, że trudno będzie mi się z tym serialem rozstać. Kto jeszcze lubi tego tasiemca, palec do budki? :)))




A zakupy? Możecie się domyślać, że przez dwa miesiące zdążyłam kupić co nieco :))) Wszystkiego nie będę Wam pokazywać, skupmy się na najciekawszych rzeczach. Na początek może coś azjatyckiego? W lutym skusiłam się na kolejny bb krem, tym razem stawiając na Dr.G Bright+ Super Light Brightening Balm. Mimo nieco sinego koloru (na szczęście odcień dostosowuje się do karnacji), polubiłam go od pierwszego użycia, jeszcze Wam o nim napiszę. Na zdjęcie załapał się też mój nowy beauty blender. Ktoś się może orientuje, czy dwupaki zniknęły ze sprzedaży tylko u polskiego dystrybutora, czy też całkiem zniknęły z oferty marki? 




Marce Sylveco opierałam się naprawdę długo, ale w końcu uległam. Może dlatego, że wreszcie znalazłam w swoim mieście sklep, w którym dostępna jest jej pełna oferta? Na dobry początek zdecydowałam się na peeling oczyszczający z korundem, ekstraktem ze skrzypu polnego i olejkiem z drzewa herbacianego oraz na peelingującą pomadkę odżywczą z drobinkami brązowego cukru. Powiem krótko - szybko zrozumiałam, skąd te wszechobecne zachwyty. Dołączam! Polecacie szczególnie jakiś produkt tej marki? Koniecznie napiszcie.




W ostatnich tygodniach zrobiłam też niewielkie zamówienie na Truskawce. Zbiegiem okoliczności w jednym czasie udało mi się upolować w świetnych cenach akcesoria, które już od dawna chodziły mi po głowie - pęsetę Tweezerman i zalotkę Shu Uemura, jako nieplanowaną zachciankę do koszyka wrzuciłam też na próbę podkład w sztyfcie Becca (nieprzyzwoicie przeceniony, grzech było nie wziąć!). W tle zdjęcia z akcesoriami widzicie maskarę Miss Sporty Studio Lash (całkiem fajna, choć bardzo usztywnia rzęsy) i odżywkę do rzęs Eveline Advance Volumiere (ładnie rozdziela rzęsy, stanowiąc dobrą bazę pod tusz).






Nareszcie wróciłam też do mojego ukochanego żelu do włosów, Kemon Hair Manya Cosmo.  Nic tak nie ujarzmia baby hair jak to jadowicie zielone dziwadło. Swoje niestety kosztuje, więc przez jakiś czas próbowałam znaleźć dla niego zamiennik, jednak zawsze był to kompromis, nigdy nie byłam do końca zadowolona. Welcome home, baby!




Jeśli chodzi o lakiery do paznokci, na szczególną uwagę zasłużył sobie jeden, bladoróżowy topper Catrice Luxury Lacquers 04 Lost'N Roses. Już niedługo pokażę go w pełnej krasie!




Zamykając temat zakupów, chciałabym pokazać Wam moje nowe nabytki pozakosmetyczne, wiem, że również z ciekawością je oglądacie. Najpierw coś dla miłośniczek dużych, strojnych naszyjników. Mam do tego typu biżuterii ogromną słabość, moja kolekcja szybko się powiększa. W ostatnim czasie nie oparłam się czarnym kryształkom z Reserved (w rzeczywistości są nieco przejrzyste, przez co przybierają odcień odbijających się w nich rzeczy, widać to nawet na zdjęciu, zwróćcie uwagę na niebieski poblask) i błyskotkom z Top Secret (szarości w starym złocie, nietypowe, a jednak bardzo udane połączenie). Być może części z Was tego typu biżuteria wydaje się krzykliwa, ale to jest właśnie mój styl - proste, jednokolorowe, gładkie ubrania plus jakiś jeden widoczny, wyrazisty element, który przykuwa uwagę i kolokwialnie mówiąc, "robi robotę". Napiszcie, proszę, czy nosicie takie naszyjniki, a jeśli tak, zdradźcie, gdzie wyszukujecie swoje biżuteryjne zdobycze.




Znalazłam też  w końcu (w Reserved) dużą, szarą torbę, którą w dodatku udało mi się kupić ze sporą zniżką. Rozglądałam się za czymś w tym stylu już od dłuższego czasu, ta jest po prostu idealna - jasna, pojemna, a przy tym lekka i bardzo, bardzo prosta, bez żadnych wątpliwej urody ozdób. Musiałam jedynie włożyć do niej organizer, bo jest jednokomorowa i w pięć sekund robił mi się w niej bałagan. Wybaczcie, że posiłkuję się zdjęciem z sieci, moje ujęcia nie oddawały dobrze jej kształtu.




A na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Słyszałyście o najnowszej kampanii Dove? Marka ta słynie z promowania naturalnego piękna i jej nowa kampania nie odbiega od tego charakterystycznego, sprawdzonego już schematu. Kilka dni temu opublikowany został film Choose Beautiful, koniecznie zobaczcie! Myślę, że będzie szeroko komentowany. Już teraz można o nim poczytać chociażby tutaj ---> KLIK.





To w zasadzie tyle. Rozpisałam się ponad normę, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Bo ciągle tu jesteście, prawda? :)))

Już wiecie, jak minęły mi ostatnie tygodnie, teraz Wasza kolej, napiszcie, co u Was słychać. Liczę też oczywiście na komentarze odnoszące się do poruszanych dziś przeze mnie tematów. Coś szczególnie Was zainteresowało, coś wpadło Wam w oczy? Piszcie, nie dajcie się prosić!

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 24 marca 2015

O tym się mówi, czyli paleta Makeup Revolution


Systematyczność nie jest ostatnio moją mocną stroną, kolejna niepokojąco przedłużająca się cisza na blogu była tego najlepszym dowodem. Pojęcia nie mam, czy niemoc twórczą mam już całkowicie za sobą, to się dopiero okaże, w każdym razie dziś mam nareszcie ochotę coś dla Was napisać. Korzystając z tej niespodziewanej weny, serdecznie zapraszam na post z serii O tym się mówi. Przyjrzyjmy się palecie Makeup RevolutionCzy wśród Was ostał się ktoś, kto o cieniach tej marki jeszcze nie słyszał? To chyba niemożliwe. O nich naprawdę się mówi!




Marka Makeup Revolution jakiś czas temu szturmem wdarła się do blogosfery, z miejsca zyskując ogromną popularność, którą w największej chyba mierze zawdzięcza bogactwu oferty i atrakcyjnym cenom. Takich na każdą kieszeń. Takich, dzięki którym po prostu łatwo zdecydować się na zakup, naprawdę niewiele przy tym ryzykując. Ten argument przeważył także w moim przypadku, bo choć nowych cieni na pewno nie potrzebowałam, pchana ciekawością parę miesięcy temu kupiłam jedną z palet tej marki.




Najbardziej rozpoznawalne cienie Makeup Revolution to zdecydowanie trzy palety Iconic, imitujące serię Naked od Urban Decay. Przez chwilę rozważałam nawet zakup jednej z nich, ale ostatecznie wybrałam What you waiting for?. Urzekła mnie kompozycja jej pięknych, naturalnych kolorów, dwunastu błyszczących i sześciu matowych. Spójrzcie. Wygląda obiecująco, prawda?




Cóż, paleta na pierwszy rzut oka rzeczywiście prezentuje się bardzo ładnie, ale szybko okazało się, że prezencja jest niestety jedną z niewielu jej zalet. Mówiąc krótko, w moich oczach w tym przypadku za niską ceną idzie dość niska jakość.

Kolory w kasecie naprawdę robią wrażenie, są świetnie dopasowane, od jasnych, po ciemne, od chłodnych, po ciepłe, od błyszczących, po matowe, od dziennych, po wieczorowe. Co z tego jednak, kiedy roztarte na powiekach w większości przypadków tracą swój urok? Z obiecywanej przez producenta pigmentacji niewiele zostaje, zwłaszcza w przypadku matów, których nasycenie woła o pomstę do nieba. Błyszczące są pod tym względem dużo lepsze, choć i tak przy rozcieraniu tracą kolor, pozostawiając wybijającą się na pierwszy plan perłę ... W dodatku wśród tych generalnie bardzo średnich cieni zdarzają się też pojedyncze naprawdę fatalne sztuki.

Zobaczcie. Pierwsza szóstka nawet równa i całkiem dobrze napigmentowana, choć przede wszystkim bardzo, bardzo błyszcząca.




Kolejna szóstka jest już bardziej zróżnicowana, ciemniejsze odcienie wyraźnie odstają od jaśniejszych poziomem nasycenia.




Ostatnia, matowa szóstka to już prawdziwa tragedia. Jaśniejszych kolorów, mimo moich starań i kilku warstw cieni na skórze, prawie nie widać. Super hot female to jakieś kompletne nieporozumienie.




Jestem ogromnie rozczarowana. W moim odczuciu potencjał tej świetnie skomponowanej palety został zmarnowany przez poślednią jakość cieni. Z tych błyszczących coś tam przy odrobinie dobrej woli można jeszcze wyczarować, ale matowe naprawdę pozostawiają wiele do życzenia. Sama kasetka też nie zrobiła zresztą na mnie wrażenia, toporny czarny plastik wygląda po prostu tanio, a zatrzask grozi połamaniem paznokci. Słabo ulokowane trzy dychy, niestety. 

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z paletami Makeup Revolution. Miałyście z nimi do czynienia? Jak je oceniacie? Koniecznie dajcie znać. Ja nie rozumiem fenomenu ich popularności ... Może tylko What you waiting for? jest tak słaba? Muszę taką możliwość brać pod uwagę, bo inaczej nie umiem wytłumaczyć sobie wszechobecnych zachwytów nad cieniami tej marki ... Piszcie, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



sobota, 3 stycznia 2015

Witajcie w Nowym Roku, czyli podsumowanie grudnia | popularne posty, rozrywka, blogowe odkrycie, zakupy i prezenty


Witajcie w Nowym Roku! Na podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy zaproszę Was za kilka dni, tymczasem chciałabym zatrzymać się na chwilę przy grudniu. Najpierw jednak noworoczne życzenia, których nie miałam jeszcze okazji Wam złożyć. Oby 2015 rok przyniósł Wam wiele dobrego! Ambitnych wyzwań, zrealizowanych planów, spełnionych marzeń, pozytywnych emocji i inspirujących ludzi wokół. Serdeczności!

Skoro noworoczne grzeczności mamy już za sobą, zapraszam na podsumowanie grudnia. Mam nadzieję, że z ciekawością sprawdzicie, jak mi ten miesiąc minął.




Na początek jak zwykle krótki przegląd najpopularniejszych grudniowych wpisów. Ze statystyk wynika, że najchętniej sprawdzałyście, co mam do powiedzenia na temat czytnika ebooków Kindle ---> KLIK. Zainteresowanie wzbudzał też post, w którym pokazałam Wam moją świąteczną listę marzeń ---> KLIK. Ciekawe byłyście również, czy do twarzy mi w brązowej szmince, którą ogłosiłam swoim grudniowym odkryciem ---> KLIK. Jeśli te posty przegapiłyście, teraz macie doskonałą okazję, żeby do nich zajrzeć.

Na FB ---> KLIK największy zasięg osiągnął wpis, pod którym dyskutowałyśmy o najpiękniejszych czerwonych lakierach do paznokci. Wskazałyście wiele interesujących typów, ja jednak zatrzymałam się przy jednym, szybko powiększając swoje lakierowe zbiory o Essie A list, przepiękną, głęboką czerwień o kremowym wykończeniu. Miałyście już okazję zresztą ją zobaczyć, o TUTAJ.




Jeśli chodzi o moje grudniowe rozrywki, to wieczory podobnie jak w listopadzie ---> KLIK upływały mi głównie pod znakiem The Big Bang Theory.




Obejrzałam już wszystkie dostępne odcinki i właśnie zastanawiam się, co dalej. Jakieś sugestie? Z chęcią poznam Wasze serialowe rekomendacje. W końcu muszę czymś wypełniać te długie zimowe wieczory :DDD

Seriale serialami, ale trochę mnie już znacie i dobrze wiecie, że bez czytania nie żyję. Moim grudniowym lekturom jak zwykle poświęciłam odrębnego posta, do którego odsyłam zainteresowanych tematem ---> KLIK.




W dwóch słowach dodam jedynie, że spośród wszystkich książek, które przeczytałam w grudniu, Waszej szczególnej uwadze polecam "Marsjanina" Andy'ego Weira i "Czy jesteś psychopatą?" Jona Ronsona. Zainteresowani historią po "Dzieci '44" sięgną pewnie i bez mojej podpowiedzi.

Po dość długim okresie posuchy mam też dla Was w końcu odkrycie blogowe. Chciałabym polecić Wam InspiYear Project ---> KLIK, którego autorka w 365 codziennych wpisach, jakie planowo mają powstać, na bieżąco zdaje relację ze zmian, jakie zaprowadza w swoim życiu, porządkując je, oczyszczając i szukając równowagi, skupiając się na czterech głównych obszarach - minimalizmie, ciele, umyśle i organizacji. Bardzo ciekawe podejście do samorozwoju, koniecznie zajrzyjcie!

Jeśli chodzi o grudniowe zakupy, to nie sposób nie wspomnieć o Dniu Darmowej Dostawy. Szykując świąteczne prezenty dla bliskich, skorzystałam z oferty Minti, Cocolity, Pan tu nie stał, Pudło nie nudno i Wydawnictwa Znak. Wspominam o tym, bo zetknęłam się z wieloma negatywnymi opiniami na temat tej akcji. Ja niczego niepożądanego nie doświadczyłam, wszystkie sklepy wywiązały się z transakcji na medal. Także Pachnąca Wanna, gdzie tuż przed północą zdążyłam też kliknąć kilka aromatycznych drobiazgów dla siebie, uzupełniając zimowe zapasy wosków.




Na zdjęciu oprócz Yankee Candle i Kringle widzicie też kilka wosków Craft&Beauty, które udało mi się wygrać w konkursie organizowanym przez Kasiaj85, autorkę Sweet&Punchy. Na razie jednak czekają na swoją kolej, aktualnie moim zapachowym hitem jest wosk Kringle Balsam Fir, tak wiernie odzwierciedlający zapach igliwia, że spokojnie może konkurować z żywą choinką, która ciągle jeszcze zdobi mój salon. Serdecznie Wam ten zapach polecam. A tak przy okazji, macie żywe choinki, czy sztuczne?

A reszta zakupów? Zdecydowanie najważniejszym grudniowym nabytkiem była zapewne dobrze Wam znana paleta Urban Decay Naked 2.




Tak jak wspominałam już na FB, uwielbiam sama robić sobie prezenty, bo zawsze są trafione ;))) O palecie pewnie jeszcze kiedyś napiszę, podejrzewam, że w ramach serii O tym się mówi.

Innych kosmetycznych zakupów większego kalibru w grudniu już nie robiłam, cała para poszła w książki (Publio.pl, zbankrutuję kiedyś przez Was!). Ale o nich nie będę Wam tu pisać, prędzej czy później i tak znajdą się w którymś z książkowych postów.

Dostałam za to kilka bardzo interesujących prezentów, czy to świątecznych, czy to w ramach moich blogowych współprac. Przemiłą niespodziankę zrobiła mi chociażby wspominana już dzisiaj Pachnąca Wanna ---> KLIK, która postanowiła umilić mi święta Śnieżnymi Babeczkami, czyli świecą zapachową Bomb Cosmetics o aromacie ciasta, karmelu i jagód oraz piernikowym Ciastkiem, czyli musującą kulą do kąpieli, również Bomb Cosmetics, pachnącą imbirem, cytrusami, goździkiem, kardamonem i piżmem.




Kolejny prezent to przesyłka niespodzianka od Ecolore ---> KLIK, nowej polskiej marki oferującej kosmetyki mineralne. Polecam ją Waszej uwadze, naprawdę ciekawe produkty! Dwa z nich, róż Dolly Mist i cień Velvet Almond, zasiliły moje mineralne zasoby.




W ramach współpracy z Clareną ---> KLIK, do mojej pielęgnacji włączyłam w grudniu silnie nawilżający preparat z kwasem hialurownowym, Hyaluron 3D Elixir. Świetnie sprawdza się w walce ze skutkami ubocznymi kuracji Locacidem. Więcej za parę tygodni!




Nie sposób nie pochwalić się też świątecznymi prezentami od moich bliskich, zwłaszcza tak trafionymi. Zdecydowanie największą radochę zrobił mi mąż, dzięki któremu mój stary wysłużony HTC wymieniłam na piękny, smukły i jakże wielofunkcyjny iPhone 6. Uwierzcie mi, jakbym przesiadła się z malucha do mercedesa :DDD Kocham ten telefon od pierwszej chwili. 




Mogę też wykreślić już kilka pozycji z mojej świątecznej listy marzeń. Jeśli chodzi o kolorówkę, to jak już wspominałam Wam w którymś z ostatnich postów, pomiędzy innymi prezentami pod choinką znalazłam MAC Blankety. Dzięki, mamo!




Mam już też swoje wymarzone naszyjniki i przepiękny notatnik. Cieszę się, jak nie wiem co :))) Teraz muszę jeszcze tylko rozejrzeć się za jakimś ładnie wydanym terminarzem na 2015 rok.






Na koniec coś, o czym powinnam wspomnieć Wam już w listopadzie, bo właśnie wtedy trafił do mnie ten gadżet, ale całkiem wyleciało mi to z głowy. Cóż, wielkiej straty nie było, bo szczerze mówiąc produkt mnie nie oczarował. Chodzi o Jelid, chusteczki zmywające lakier do paznokci. Opakowanie zawiera 50 osobno pakowanych chusteczek nasączonych zmywaczem bez acetonu. Jedna rzekomo ma dawać radę zmyć lakier ze wszystkich 10 paznokci, ale niestety obietnicę tę między bajki można włożyć. Chusteczki kompletnie nie radzą sobie z brokatami, bardzo słabo z ciemnymi lakierami, jedynie te najjaśniejsze poddają się im bez oporów. Także szału nie ma. Choć awaryjnie kilka sztuk w torebce można nosić. Co myślicie o takich wynalazkach? Dałybyście tym chusteczkom szansę?




To już wszystko, o czym chciałam Wam napisać, podsumowując grudzień. Mam nadzieję, że nie nudziłyście się, mimo tej przydługiej formy. Zapraszam do komentowania, jeśli tylko macie ochotę do czegoś się odnieść. Zdradźcie też, jak upłynęła Wam końcówka roku. Co porabiałyście, jakie dostałyście prezenty, jakim świątecznym bądź poświątecznym promocjom uległyście? Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 28 grudnia 2014

Nie taki brąz straszny, czyli odkrycie grudnia


I po świętach! Jak Wam minęły? Mam nadzieję, że dokładnie tak, jak to sobie wymarzyłyście. Ja w każdym razie powoli otrząsam się z leniwej, świątecznej atmosfery i wracam do codzienności. Na szczęście mogę to robić niespiesznie, przede mną jeszcze sporo urlopu! Urlopu od bloga jednak nie biorę, z przyjemnością powracam do Was już dziś, zapraszając na grudniowy post z serii Odkrycia. Dziś o bardzo ciekawej pomadce, przez którą powinnam się w piekle smażyć, bo pozwoliłam jej leżeć w mojej toaletce chyba z pół roku, zanim w końcu ją wypróbowałam. Zanim opowiem Wam, dlaczego tak się stało, zdradzę, że mowa o JOKO Long Lasting Lipstick w odcieniu nr 31.




Dlaczego tak długo leżała bezużytecznie? Otóż rozczarował mnie jej odcień. Kiedy się na niego decydowałam, wyłącznie na podstawie zdjęć w sieci, wydawał mi się nudziakiem z dominującym tonem różowym (takie lubię najbardziej), na żywo okazał się jednak co prawda dość jasnym, ale wyraźnym brązem, z którym jakoś w letniej aurze nie było mi po drodze. Szminkę odłożyłam i o niej zapomniałam. Aż do teraz. Parę tygodni temu szczęśliwie znowu wpadła w moje ręce, a ja wykazałam się większą chęcią do makijażowych eksperymentów. Od pierwszego użycia wiedziałam, że nie taki brąz straszny! Zwłaszcza że stanowi doskonałe uzupełnienie makijażu oczu, w którym ostatnio główną rolę gra moja nowa paleta Urban Decay Naked 2 (o niej innym razem).




Wyrazisty kolor + idealne krycie = megaefekt przez wiele godzin.

Kremowa konsystencja pomadki zapewnia przyjemną i łatwą aplikację, nadając ustom długotrwały, żywy kolor. Koktajl dobroczynnych składników zawarty w pomadce Long Lasting otula usta cienkim welonem odżywczego masła shea oraz naturalnym woskiem - nawilża, zmiękcza oraz wygładza delikatną skórę ust.

Cena: około 20 zł


Za co tę pomadkę polubiłam? Przede wszystkim za niesamowitą relację komfortu aplikacji i noszenia do trwałości. Zwykle szminki typu long lasting wysuszają usta, podkreślając każdy ich mankament, w tym przypadku natomiast nie ma o tym mowy. Pomadka JOKO co prawda mocno przywiera do ust, ale zachowuje przyjemną kremowość i miękkość, mimo matowego i dającego pełne krycie wykończenia (które zresztą też ogromnie mi się podoba). Trwałość oceniam na około 4 godziny, w tym czasie można normalnie rozmawiać i pić (z jedzeniem niestety gorzej). Nie jest to może mistrzostwo świata, ale najgorzej też nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę niekłopotliwe, równomierne ścieranie się, brak tendencji do migracji pigmentu, no i niewygórowaną w sumie cenę. Spójrzcie, jak prezentuje się na ustach. 




Dla ciekawskich:
na twarzy Skin79 Dear Rose BB Cream, prasowany puder bambusowy FM, meteoryty Guerlain i róż Rose Ecrin Chanel, miejscowo kamuflaż 010 Ivory Catrice, pod oczami kamuflaż 002 Beige Alverde, na powiekach baza Hean, cienie z palety Naked 2 Urban Decay i czarny liner Blackbuster L'Oreal, na rzęsach czarna maskara False Lash Wings L'Oreal, na linii wodnej cielista kredka 090 Natural Glaze Max Factor, na brwiach kremowy cień Permanent Taupe Maybelline.


Jak wiecie, kocham pomadki w odcieniach nude i trudno przekonać mi się do ciemniejszych kolorów. Ten brąz, mimo że przecież nie taki znowu ciemny, początkowo jakoś mnie mimo wszystko wystraszył. Cieszę się, że się do niego przekonałam, bo okazało się, że czuję się w nim nadspodziewanie dobrze. Sięgałam po niego przez cały grudzień i pewnie sięgałabym nadal, gdyby nie groźny rywal, szminka MAC w odcieniu Blankety, jeden z moich świątecznych prezentów. Styczeń będzie należał chyba do niej!




A Wy? Po jakie odcienie szminek sięgacie najczęściej? Chętnie eksperymentujecie z nowymi kolorami? Lubicie formuły long lasting? Co myślicie o propozycji JOKO? Dajcie znać. Napiszcie też o własnych grudniowych zachwytach kosmetycznych. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.


piątek, 5 grudnia 2014

Do sedna, czyli podsumowanie listopada | Popularne posty, rozrywka, zakupy


Powiedzcie, jak to się dzieje, że ledwo pisałam Wam o październiku, a tu już pora podsumować listopad? Wiem, że to truizm, ale czas biegnie jak szalony. Nie marnujmy go więc, do sedna. Listopadowe Summa summarum, zapraszam!




Na początek jak zwykle szybki przegląd najpopularniejszych postów. W listopadzie zdecydowanie najchętniej czytałyście o ... październiku :DDD Tak się złożyło, że to właśnie październikowy post z serii Summa Summarum przyciągnął najwięcej czytelników ---> KLIK. Raptem kilkanaście odsłon mniej miał wpis o diecie bezglutenowej, w którym zastanawiałam się nad jej zasadnością ---> KLIK (jeśli przejrzałyście komentarze, to pewnie już wiecie, że ostatecznie zdecydowałam się na ten eksperyment). Sporym zainteresowaniem cieszyło się także zestawienie preparatów z kwasem azelainowym ---> KLIK, mam nadzieję, że pomogło Wam zorientować się w ofercie aptek. Jeśli ktoś ma ochotę cofnąć się do tych tekstów, zachęcam.

Na FB największe wzięcie miał post zapraszający Was do udziału w konkursie mikołajkowym ---> KLIK. Uwaga, konkurs jeszcze trwa! Ciągle jeszcze możecie zagrać o trzy wspaniałe nagrody, do zgarnięcia naturalne peelingi do ciała estońskiej marki JOIK. Jest o co powalczyć!




Przechodząc do listopadowych rozrywek, nie mogę nie wspomnieć o serialu, który wypełniał mi wieczory. W listopadzie postawiłam na komedię, pochłaniając cztery sezony The Big Bang Theory :))) Kolejne cztery jeszcze przede mną.




Podchodziłam do tego serialu sceptycznie, mimo początkowych oporów wciągnęłam się jednak z prędkością światła. Sezony co prawda są długie, ale odcinki trwają góra dwadzieścia minut, także ogląda się je w fajnym, dynamicznym tempie. The Big Bank Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu, opowiada o perypetiach grupy przyjaciół, której trzonem jest czterech młodych wybitnych naukowców. Ich postaci nakreślone są w krzywym zwierciadle, piekielnie inteligentni jeśli chodzi o sprawy zawodowe (no, może z wyjątkiem inżyniera Wolowitza :DDD), kompletnie nie radzą sobie bowiem ze zwykłym życiem. Przerastają ich zwłaszcza relacje damsko-męskie. Każdy z nich ma swoje dziwactwa, ale to właśnie one czynią ich tak zabawnymi i niepowtarzalnymi. Niesamowita dawka humoru. Uwielbiam Sheldona za jego oderwanie od rzeczywistości (bazinga!), Leonarada za słodką nieporadność, Rajesha za rozczulające wycofanie, a Howarda za ... jego matkę :DDD Kto nie widział, oglądać, śmiech to zdrowie!

Jeśli chodzi o listopadowe lektury, to jak możecie się domyślać, odsyłam Was do odrębnego posta na ten temat ---> KLIK. Dziś wszystkim zainteresowanym książkami chciałam jedynie zapowiedzieć fajne rozdanie, jakie rozpocznie się na No to pięknie! już za parę dni. Będzie co czytać i co oglądać!

Listopad obfitował w rozmaite promocje, wśród których zdecydowanie najgłośniej było o tej w sieci drogerii Rossmann. Pewnie nikogo nie zdziwi, że ja też z niej skorzystałam. Rozważnie komponując swoje zakupy, zrobić je można było w zasadzie o połowę taniej niż zwykle. Skusiłam się głównie na podkłady, na które z miłości do bb kremów normalnie szkoda mi kasy, ale do koszyka wpadł też świetny, jak się okazało, żel do brwi.




Dopiero poznaję te podkłady bliżej, ale już mam swojego faworyta. Na tę chwilę najwyżej oceniam Revlon Nearly Naked. Duży potencjał dostrzegam też w Bourjois Healthy Mix, najtrudniej natomiast dogadać mi się z L'Oreal True Match, ale nie skreślam go, bo wiem, że w dużej mierze to wina mojej kapryśnej teraz i łuszczącej się w efekcie stosowania Locacidu cery. Na pewno trzeba pochwalić go za kolor (N1), rzadko kiedy na zwykłych drogeryjnych półkach spotkać można tak neutralny, naturalny jasny odcień.

Bez wątpienia jednak najbardziej udanym zakupem rossmannowej promocji okazał się żel do brwi L'Oreal Brow Artist Plumper. Świetny! Piękny, chłodny, brązowy odcień, maleńka precyzyjna szczoteczka i mocne, niezawodne utrwalanie kształtu brwi, to jest to.




Żeby zobrazować Wam, jak mała jest ta szczoteczka, spójrzcie, jak prezentuje się w towarzystwie szczoty bardzo popularnego żelu Delii. Toż to naprawdę maleństwo! Bardzo łatwo ułożyć nią brwi.




Nie obyło się też bez małych zakupów na ebay. Tym razem przemawiała za nimi nie zachcianka, a realna potrzeba, bo pilnie poszukiwałam nowego kremu z filtrem. Zdecydowałam się na nowość od The Face Shop, nawilżający Aqua Sun Gel z ochroną przeciwsłoneczną rzędu SPF 40 i PA+++.




Jestem z niego bardzo zadowolona, nie bieli, nadmiernie nie tłuści, faktycznie przyjemnie nawilża, co w tym momencie ze względu na wysuszający cerę na wiór Locacid jest dla mnie niezwykle istotne (gdyby nie to, pewnie zamówiłabym inny produkt z tej serii, matujący Oil-Cut Sun Cream), doskonale nadaje się pod makijaż, nie skracając przy tym jego trwałości. Okazał się godnym następcą Natural Sun (pamiętacie? KLIK), który niestety wycofany został ze sprzedaży.

No dobra, mała zachcianka też była. Do swojego azjatyckiego zamówienia z ciekawości wrzuciłam też Innisfree No-Sebum Mineral Powder, sypki mineralny puder matujący.




To moje pierwsze spotkanie z tą marką i muszę przyznać, że bardzo, bardzo udane. Dawno nie miałam tak taniego (około 5-6 dolarów) i tak dobrego pudru, delikatnego, niesamowicie miałkiego, a jednocześnie silnie matującego (choć nie przesuszającego!) i wygładzającego cerę. Uwielbiam stosować go pod podkład, trzyma cerę w ryzach przez cały długi dzień. Sięgam po niego za każdym razem, kiedy tylko moja skóra nie jest na etapie mocnego złuszczania. Myślę, że doczeka się szerszej recenzji, jest tego wart!

Chciałam pokazać Wam jeszcze maleńkie zamówienie z FM, ale ostatecznie zrezygnowałam, oba produkty, które kupiłam, na blogu już bowiem prezentowałam. Informacyjnie tylko daję znać, że ponownie zaopatrzyłam się w prasowany puder bambusowy i wysuwaną kredkę do brwi ---.> KLIK, co najlepiej świadczy o tym, jak dobrze mi służą. Prawdę mówiąc puder mógłby mieć jednak pojemniejsze opakowanie, od zakupów minął zaledwie miesiąc, a ja znowu widzę denko! Nie wiem, czy kupię go po raz trzeci, bo zdałam sobie sprawę, że choć jednostkowo jest tani (około 30 zł, w częstych promocjach około 20 zł), to biorąc pod uwagę jego gramaturę (tylko 6,4 g), wychodzi na to, że nie jest to najekonomiczniejsza opcja świata. Zastanowię się jeszcze, bo mimo wszystko bardzo go lubię.


Pokrótce to tyle, chyba nie pominęłam niczego, o czym chciałam Wam dziś napisać. Mam nadzieję, że przyjemnie Wam się ten listopadowy przegląd czytało, że zdołałam Was czymś zainteresować i że zechcecie teraz same napisać, co tam u Was ciekawego w listopadzie się wydarzyło. Przyznawać się, co kupiłyście w Rossmannie? :DDD Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.