beauty & lifestyle blog
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

O tym się mówi, czyli bananowa pielęgnacja włosów The Body Shop


Lubicie zapach bananów? Założę się, że tak. Któż oparłby się temu słodkiemu, owocowemu i jakże apetycznemu aromatowi? Wiele wskazuje na to, że to właśnie ten charakterystyczny i miły dla nosa zapach stoi za sukcesem i niesłabnącą popularnością bananowej linii do pielęgnacji włosów The Body Shop. Przynajmniej w moim odczuciu. Zaraz wytłumaczę Wam, dlaczego tak to widzę. Zapraszam na post z serii O tym się mówi, dziś rzecz o The Body Shop Banana Shampoo & Banana Conditioner.




O bananowym duecie do włosów The Body Shop po raz pierwszy usłyszałam ładnych parę lat temu na You Tube, miał wtedy swoje vlogowe pięć minut, po jakiejś przerwie wracając do sprzedaży. W tamtym okresie marka ta była jednak poza moim zasięgiem (ktoś mi powie, dlaczego salonów TBS nadal jest tak mało? ...) i nawet jeśli miałam ochotę sprawdzić, o co tyle hałasu, to po prostu nie było ku temu okazji. Okoliczności jednak się zmieniają i dziś do jej oferty mam dużo łatwiejszy dostęp. Jakiś czas temu, korzystając z atrakcyjnej promocji ("dwa w cenie jednego"), kupiłam w końcu ten tak zachwalany bananowy zestaw, szampon i odżywkę.

Muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było piorunujące. Intensywnie żółty kolor i gęsta konsystencja przywodziła na myśl bananowy mus. Skojarzenie było tym silniejsze, że wzmocnione niesamowitym bananowym zapachem, bowiem zarówno szampon, jak i odżywka cudownie pachną dojrzałymi bananami ze słodką domieszką miodu. Naprawdę, coś pięknego. Mycie włosów przy użyciu tego zestawu okazało się prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza że szampon dobrze się pieni, a odżywka szybko wygładza włosy, zapobiegając ich plątaniu. Komfort mycia to jednak nie wszystko, szczerze mówiąc spodziewałam się lepszych efektów pielęgnacyjnych. Producent obiecuje głębokie oczyszczenie, niesamowity połysk i wyjątkową miękkość włosów, tymczasem wszystkie te aspekty w moich oczach wypadają przeciętnie. Przyzwoicie, ale nie rewelacyjnie. Owszem, włosy apetycznie pachną, ale brakuje im lekkości i sypkości, nad ich objętością trzeba popracować. Mówiąc krótko, w regularnej cenie (25 zł za sztukę, 50 zł za komplet) tego zestawu bym nie kupiła, boski zapach to jednak trochę za mało.




Cieszę się, że miałam okazję zmierzyć się z tą bananową legendą, ale jeszcze bardziej cieszę się, że zmierzyłam się z nią w promocyjnej cenie :))) Zapach jest naprawdę obłędny, więc zakupu nie żałuję, ale powtarzać go nie zamierzam.

Miałyście do czynienia z tymi produktami? Jakie zrobiły na Was wrażenie? Też jesteście pod urokiem ich bananowego zapachu? A efekty tej bananowej pielęgnacji? Nieco rozczarowujące, jak w moim przypadku, czy jednak zachwycające, jak obiecuje producent? Dajcie znać, ciekawa jestem Waszej opinii. Zdradźcie też, do jakich zapachów w kosmetykach do włosów macie największą słabość. Piszcie, jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 29 września 2014

Makijażowa herezja, czyli odkrycie września


Witajcie! Wrzesień zmierza ku końcowi, najwyższa więc pora podzielić się z Wami moim wrześniowym odkryciem. Nie napiszę jednak tym razem o żadnym konkretnym produkcie, opowiem Wam za to o pewnym makijażowym triku, który w ostatnich tygodniach całkowicie zrewolucjonizował sposób, w jaki się maluję :))) 

Część z Was najprawdopodobniej już o tej metodzie słyszała, bo video Wayne'a Gossa, w którym doradzał, jak ograniczyć przetłuszczanie się cery i przedłużyć trwałość podkładu, ukazało się na jego youtubowym kanale wiosną. Wiele dziewczyn od razu ten pomysł podchwyciło i rozpropagowało, mnie jednak ta eksperymentalna gorączka wtedy jakoś ominęła i dopiero parę tygodni temu zachciało mi się sprawdzić na własnej skórze, o co tyle hałasu. I co? I przepadłam. 

O co chodzi? W największym skrócie o to, żeby twarz przypudrować przed nałożeniem podkładu, a nie odwrotnie, jak to wszystkie przecież zwykłyśmy robić. Wiem, brzmi jak makijażowa herezja, też w pierwszym odruchu pomyślałam "to nie ma prawa się udać". A jednak! Puder wstemplowany jako primer w nawilżoną kremem skórę stanowi wspaniałą bazę dla płynnych podkładów, zdecydowanie lepiej kontrolując w ciągu dnia błysk cery, a tym samym przedłużając świeżość makijażu, niż nakładany w ostatnim kroku tradycyjnie jako utrwalający wszystko finisher. 

Goss w swoim filmie zaleca przy tej metodzie makijażu używanie pudrów sypkich, ja jednak z powodzeniem sięgam po prasowany puder bambusowy FM (jest naprawdę świetny, chyba kupię drugie opakowanie, z pierwszego zbieram już ostatnie okruszki). Nakładam go oszczędnie stemplującymi ruchami ulubionym pędzlem kabuki z The Body Shop.




Tak przygotowana cera jeszcze przed nałożeniem podkładu zostaje dokładnie zmatowiona i wygładzona, a puder, choć transparentny, delikatnie wyrównuje też jej koloryt. Łatwiej osiągnąć potem satysfakcjonujący poziom krycia, nawet lekkim bb kremem. Ja ostatnio regularnie sięgam po swój najnowszy azjatycki nabytek, Skin79 Dear Rose BB Cream (jeszcze Wam o nim napiszę), ale metoda sprawdzała się też ze Skin79 Orange, a nawet Revlon Colorstay. Jedyne, czego zmieniając podkłady czy bb kremy konsekwentnie się trzymałam, to aplikacja na mokro, beauty blenderem lub pomarańczowym jajem Real Techniques, które niedawno sobie sprawiłam dla porównania z różowym oryginałem.




Makijaż dzięki stawiającej świat na głowie metodzie Gossa rzeczywiście trzyma się dłużej, bo skóra po prostu wolniej się przetłuszcza! Mam tłustą, wiecznie sprawiającą kłopoty cerę, więc wiem, co mówię. Puder pod podkładem oznacza mniej błysku, a czasami nawet brak konieczności poprawiania makijażu w ciągu dnia. Niżej możecie zobaczyć, jak wyglądałam dziś po jakichś dziewięciu godzinach bez poprawek. Żadnych bibułek, żadnego dodatkowego pudrowania, mimo normalnego funkcjonowania specjalnie nie kontrolowałam wyglądu. Zdjęcia nie retuszowałam, pozwoliłam sobie jedynie odrobinę zmiękczyć rysy. Wybaczcie mi ten przejaw próżności, ale nie chciałybyście oglądać mojej 35-letniej twarzy w takim zbliżeniu bez tego łaskawego dla dojrzałej skóry filtra :DDD

Nie jest najgorzej, prawda? To znaczy po tylu godzinach wylazły na wierzch pory, widać, że trochę skruszył się tusz do rzęs (Miss Sporty Pump Up Booster Mascara, nie kupujcie, kiepścizna!), brwi też straciły poranną świeżość, ale generalnie twarz nie wygląda na przetłuszczoną, a krem bb nadal trzyma się skóry, nie starł się i nie spłynął. Metoda Gossa działa!




Jeśli chcecie na jej temat dowiedzieć się więcej, odsyłam Was do źródła, czyli do filmu Gossa. Warto obejrzeć!




Choć tak jak wspominałam, trik Gossa może wydawać się herezją, jednak okazuje się skuteczny. Zachęcam Was do wypróbowania go na własnej skórze. A może już to zrobiłyście? Co myślicie o tej metodzie? Koniecznie dajcie znać. Napiszcie też oczywiście o swoich wrześniowych odkryciach. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.

Ostatni dzwonek!
Zagraj o 1 z 10 zestawów
Bioderma Sebium,


sobota, 20 kwietnia 2013

Dzień Ziemi, czyli zniżki w The Body Shop

Post z cyklu Łap okazję! Jeśli macie na oku któryś z bestsellerów The Body Shop, to warto zainteresować się trwającą do 28 kwietnia akcją z okazji przypadającego w tym miesiącu Dnia Ziemi, dzięki której zakupu możecie dokonać z 22% rabatem :))) Wystarczy stawić się w salonie z pustym opakowaniem po dowolnym kosmetyku.






The Body Shop rozpoczyna wielką zbiórkę pustych opakowań po kosmetykach i nagradza swoich klientów za ten ekologiczny gest na rzecz naszej Planety. Akcja nawiązuje bezpośrednio do Światowego Dnia Ziemi, który obchodzony jest 22 kwietnia. Każda osoba, która do 28 kwietnia br. przyniesie do sklepu The Body Shop puste opakowanie po dowolnym kosmetyku, dowolnej marki, otrzyma 22 % rabatu na 22 najlepsze kosmetyki The Body Shop. Zebrane w ten sposób opakowania, oddamy do recyklingu.


Lista produktów objętych rabatem:

  • Absinthe Purifying Hand Cream
  • Aloe & Soft Linen Body, Room & Linen Spritz
  • Banana Shampoo
  • Bath Gloves (White)
  • Born Lippy (Strawberry Flavour)
  • Chocomania Body Butter
  • Define & Lengthen Mascara
  • Detangling Comb Ct Birchwood
  • Hemp Hand Protector
  • Nutriganics Smoothing Serum
  • Olive Shower Gel
  • Pink Grapefruit Shower Gel
  • Rainforest Radiance Hair Butter
  • Satsuma Body Mist
  • Shea Body Butter
  • Spa Fit Toning Massage Oil
  • Strawberry Body Polish
  • Tea Tree Oil
  • Vitamin C Facial Radiance Powder
  • Vitamin C Microdermabrasion
  • Vitamin E Moisture Cream
  • White Musk Libertine Eau de Toilette


Zainteresowanych odsyłam też na fejsbukowy fun page marki, gdzie toczy się ciekawy konkurs związany z akcją.






Z okazji Dnia Ziemi, The Body Shop zaprosił swoich fanów do stworzenia ekotorby. Projekty zostaną nagrodzone, a najlepszy wyprodukowany i rozdawany do zakupów w sklepach The Body Shop.


Wszystkie szczegóły odnośnie konkursu znajdziecie TUTAJ.


Życzę powodzenia i udanych zakupów!

Buziaki,
Cammie,




poniedziałek, 11 marca 2013

Krok w dobrą stronę :)))

Witajcie! Jak Wam minął weekend? Mój był wspaniały. Ten tydzień zresztą też zaczyna się dobrze. Pewnie część z Was już o tym słyszała, ale i tak powtórzę, żeby nic nikomu nie umknęło. Od dziś, 11 marca, na terenie Unii Europejskiej obowiązuje całkowity zakaz testowania / sprzedaży kosmetyków testowanych na zwierzętach



Zdjęcie: materiały promocyjne The Body Shop.



Sukces ten to efekt wieloletnich starań Cruelty Free International [KLIK]. Swój wkład podkreśla też marka The Body Shop, która jako pierwsza w branży kosmetycznej wspierała kampanię już od 1993 roku.

Odcinam się jak zwykle od marketingowego wymiaru nagłaśniania sprawy, wiem, że wiele z Was dostrzega w budowaniu wizerunku przez TBS drugie dno, ale fakt jest faktem, że dziś, 11 marca, kończy się ostatni z okresów przejściowych określonych w Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady nr 1223/2009 z dnia 30 listopada 2009 roku dotyczącym produktów kosmetycznych, co naprawdę jest gigantycznym krokiem w dobrą stronę. Dla dociekliwych wklejam linka to treści rozporządzenia KLIK, poczytajcie sobie, dzisiejsza data jest po prostu datą graniczną, kończącą pewien proces, odpowiednie przepisy wdrażane są już bowiem od kilku lat.


Mam nadzieję, że cieszy Was ta wiadomość, nawet jeśli postrzegacie ją jako narzędzie w rękach marketingowców.

Całuję Was i życzę udanego tygodnia,
buziaki,
Cammie.




sobota, 29 grudnia 2012

Świąteczne prezenty :)))

Witajcie! Ależ się za Wami stęskniłam! Przyznam jednak szczerze, że potrzebny był mi ten kilkudniowy internetowy detoks.

Powoli otrząsam się z rozleniwiającej świątecznej atmosfery, wracając do normalnego, codziennego rytmu. Wracam też oczywiście do blogowania. O czym mogłabym napisać w pierwszym poście po świętach? Wiadomo, o prezentach :DDD Okazuje się, że choć listę świątecznych życzeń pisałam na ostatnią chwilę, wcale zresztą nie oczekując, że moi najbliżsi wezmą ją na serio, została ona potraktowana całkiem poważnie :)))



Złote kolczyki, kuleczki, o jakich marzyłam. Od mojego kochanego męża.






Travalo. I to od razu dwa! Zestaw w eleganckim, skórzanym etui. Dzięki, braciszku!






Kolejny koralik do mojej pandory. Różyczka od mamy.






MAC Shale, wkład do mojej paletki. Od rodziców, ale wiem, że powinnam podziękować mamie, tata za Chiny Ludowe by na to nie wpadł ;)))






Kilka gadżetów sprezentowałam sobie sama z myślą o świętach. Naszyjnik i bransoleta w odcieniach złota z Mohito.






Kołnierzyk z C&A. Uwielbiam go!






A na koniec zupełnie niespodziewany prezent od The Body Shop Polska, dotarł tuż przed świętami. Zestaw miniatur zimowych maseł do ciała, pierniczki, żurawina i wanilia.






Prezenty to miła świąteczna tradycja, wiadomo, nie najważniejsza, ale jednak przynosząca sporo radości. Mam nadzieję, że równie jak ja zadowolone jesteście z tego, co znalazłyście pod choinką. Może nawet macie ochotę się pochwalić? Miejsce w sekcji komentarzy jest do Waszej dyspozycji! :)))




czwartek, 8 listopada 2012

Nie do końca dla mnie ...

Już kilka razy wspominałam Wam, że seria z olejkiem z drzewa herbacianego The Body Shop nie do końca się u mnie sprawdziła. O ile do samego olejku jako takiego nie mam zastrzeżeń, o tyle krem okazał się kompletną klapą. Zresztą mogłam się tego spodziewać, dedykowany jest bowiem osobom o problemach skórnych innych niż moje. Jak więc to w ogóle się stało, że do mnie trafił? Nie, nie upadłam na głowę, przyjmując do testów wszystko jak leci. Po prostu spodziewałam się w paczce zupełnie innego produktu, na który się umawiałam, mianowicie preparatu zwężającego pory, ale okazało się, że ten zdobył taką popularność, że na jakiś czas zniknął nawet z magazynów. W zamian właśnie, bez konsultacji ze mną, oprócz olejku podesłano mi krem.

O czym dokładnie mowa? O Tea Tree Oil (15%) oraz Tea Tree Blemish Fade Night Lotion.






Wśród wielu obietnic producenta odnośnie poprawy kondycji cery zanieczyszczonej, znalazła się także  wzmianka o jego skuteczności w walce z przebarwieniami i właśnie to ostatecznie zadecydowało, że postanowiłam wypróbować ten krem. Stosowałam go przez jakieś trzy tygodnie, po których zdobyłam pewność, że musimy jak najszybciej się rozstać.

Krem sam w sobie nie jest zły. Pokochają go osoby o cerze tłustej i zanieczyszczonej, potrzebujące kuracji antybakteryjnej. Jest niezwykle lekki, ma niemal żelową formulę, momentalnie wnika w skórę nie pozostawiając nawet śladu jakiegokolwiek filmu, mocno pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, utwierdzając nas w przekonaniu, że w składzie pewnie całkiem go sporo. Na plus trzeba mu też z pewnością zaliczyć pompkę typu airless.

Dlaczego zatem nie zdobył mojej sympatii? Po prostu odpowiada na potrzeby skóry bardzo selektywnie, działając tylko na wypryski. Nie ma w nim żadnej wartości dodanej w postaci jakichkolwiek walorów odżywczych. Nakładam go i po minucie mam wrażenie, że nie nałożyłam niczego. A cery trądzikowej już nie mam. Owszem, zdarzają się czasem pojedyncze wypryski, ale sporadycznie. Potrzebuję za to w kremie na noc konkretnego kopa pielęgnacyjnego, pozwalającego ukoić skórę skłonną do odwodnienia, borykającą się z pierwszymi zmarszczkami. Po trzech tygodniach z tym lotionem nie tylko w najmniejszym stopniu nie zredukowałam przebarwień, ale też znacznie pogorszyłam stan nawilżenia skóry, która aż wołała o coś o treściwszej formule. Nie było sensu nadal tego ciągnąć.

To nie jest zły krem, ale nie nadaje się do skóry dojrzałej. Polecałabym go raczej osobom walczącym tylko z trądzikiem i z niczym więcej. W takim przypadku te 40 złotych, które trzeba na niego wydać, będą dobrze zainwestowaną kasą.


Olejek z tej serii to już inna historia. Stosuję go doraźnie, w razie potrzeby i w roli awaryjnego preparatu punktowego sprawdza się świetnie. Ma silne działanie antybakteryjne, więc doskonale radzi sobie z redukcją wyprysków. Zastosowany na noc sprawia, że rano zaognione miejsce jest bledsze i zdecydowanie podsuszone. Średnio po dwóch dniach problem znika.

Olejek kosztuje około 20 złotych i w tej cenie otrzymujemy 10 ml. I mało, i bardzo dużo, zważywszy na wydajność. Wystarczy kropla, nie więcej, żeby nałożyć go punktowo, także nawet lepiej, że buteleczka jest malutka. Ma wygodny, dozownik w formie zakraplacza, podoba mi się też zabezpieczenie nakrętki,  podobne jak w niektórych silnie żrących produktach chemii domowej, dzięki któremu na pewno nie odkręci się przez przypadek. 


Olejek zostaje ze mną na dłużej, już kilka razy uratował moją cerę. Z kremem się żegnam, nie jest mi pisany. Bez sensu, żeby u mnie leżał, z chęcią oddam go więc którejś z Was. To nie jest żaden konkurs, po prostu kto pierwszy, ten lepszy, czekam na zgłoszenie w komentarzach. Chciałabym tylko, żeby chętna osoba zgodziła się pokryć koszty wysyłki :)

Buziaki,
Cammie.

środa, 17 października 2012

G(ł)odne Dzieciństwo

Chciałam Was dziś poinformować o kolejnej akcji charytatywnej The Body Shop, współorganizowanej z Monnari, T-Mobile, Villeroy&Boch oraz Tous pod patronatem Polskiego Czerwonego Krzyża [KLIK], która wystartowała zaledwie wczoraj, 16 października. Wiem, że wiele z Was lubi tę markę i często sięga po jej kosmetyki, także może zainteresujecie się możliwością wsparcia kampanii Zmień głodne dzieciństwo na Godne Dzieciństwo! 



Wiedzieliście, że niedożywionych dzieci jest aż 700 000? 

Dania obiadowe to symbol ich pragnień, które mają zupełnie inny wymiar. Zamiast o nowym telefonie, czy markowych kosmetykach, to ciepły posiłek jest prawdziwym, często największym ich marzeniem. 

Jeśli chcecie pomóc, wyślijcie sms-a o treści POMOC pod numer 7364 (koszt wiadomości to 3,69 zł brutto, operatorzy sieci komórkowych T-Mobile, Heyah, Play, Orange i Plus zrezygnowali ze swoich prowizji, cała kwota przeznaczona zostanie na potrzeby akcji) i podarujcie ciepły posiłek jednemu głodnemu dziecku!








Jak zwykle pomijam marketingowy i wizerunkowy wymiar akcji, każda z nas ma własny rozum i wie, jak to działa. Rozważcie po prostu w sercu, czy chcecie i możecie pomóc. Ja w każdym razie smsa już wysłałam :)))







niedziela, 14 października 2012

Skoro już o olejku mowa ...

Palącą potrzebę zastąpienia czymś w mojej wieczornej pielęgnacji twarzy olejku z pestek moreli, o którym pisałam wczoraj [KLIK], wypełnił krem na noc od The Body Shop, Tea Tree Blemish Fade Night Lotion. Dotarł do mnie w zestawie z olejkiem z drzewa herbacianego






Stosuję ten duet od jakichś dwóch, trzech tygodni i w sumie nasuwają się mi pierwsze spostrzeżenia, ale z pełną recenzją póki co się wstrzymam. Dość powiedzieć, że olejek to hicior, a krem, hmmm, cóż, chyba jednak nie do końca mi pasuje. Ale że producent obiecuje rozjaśnienie przebarwień, zawzięłam się i dam mu jeszcze kilka tygodni.



Ale skoro już o olejku z drzewa herbacianego mowa, to koniecznie chcę Wam napisać coś niecoś na temat mydła oczyszczającego Oriflame Organic Tea Tree & Rosemary z serii Pure Nature, wzbogaconym właśnie tymże olejkiem oraz olejkiem z rozmarynu.






Wiem, że będziecie zaraz się krzywić, że to Oriflame, że "pure nature" to tylko z nazwy, i pewnie będziecie miały rację, ale fakt jest faktem, że to jedno z najlepszych mydeł, jakimi miałam okazję oczyszczać twarz. Używałam tej kostki dwa razy dziennie przez bite trzy miesiące, czyli naprawdę długo, więc gdyby miała zrobić mi kuku, już dawno by się to stało. Tymczasem codziennie na nowo zachwycałam się, jak dobrze oczyszcza skórę, nie ściągając jej i nie przesuszając. Nie wiem, jakie ilości olejków zawiera i nawet nie chcę wiedzieć, wystarcza mi uczucie niesamowitej czystości, spotęgowane przyjemnym, odświeżającym ziołowym zapachem.

Na pewno będę wracać do tej kostki, bo w regularnej cenie kosztuje zaledwie 6 zł (!!!), a w promocyjnej ofercie można ją dostać nawet i połowę taniej. Ale to dopiero za jakiś czas, bo tymczasem w kolejce czekają trzy inne, bardzo obiecujące mydła. Prawdziwie naturalne, same zresztą zobaczycie, bo planuję niebawem Wam je pokazać. Chyba że nie chcecie? :PPP

czwartek, 23 sierpnia 2012

Boski! :)))

Wszelkie olejki zyskują ostatnio coraz większą popularność, na jej fali jakiś czas temu seria olejków do ciała i włosów pojawiła się także w asortymencie The Body Shop. Do wyboru mamy aż jedenaście ich wariantów zapachowych, między innymi kokos, czekoladę, truskawkę, mango czy słodką cytrynę. Do mnie trafiła wersja z masłem kakaowym, Cocoa Butter Beautifying Oil, a że katuję ten olejek bez przerwy już od dwóch miesięcy, myślę, że to najwyższa pora, żeby coś o nim napisać.






Olejek do ciała The Body Shop to uniwersalny kosmetyk, który natychmiast rozwiąże problem suchej skóry i przesuszonych włosów. Specjalnie dobrana mieszanka lekkich olejków orzechowych gwarantuje maksymalne odżywianie i przywrócenie miękkości. 
  • Olejek kukui z orzechów hawajskiego drzewa tungowca olukańskiego jest pełen kwasów tłuszczowych omega 3, 6 oraz 9.
  • Słodki olejek migdałowy zawiera witaminę E.
  • Olejek marula, pozyskiwany z Namibii w ramach programu Wspólnoty Uczciwego Handlu, pielęgnuje i nawilża.
Olejki wspaniale wchłaniają się w skórę, nie pozostawiając tłustej ani lepkiej warstwy.



Boski! Jeśli tak jak ja lubicie pielęgnację ciała opartą na oliwkach, pokochacie ten olejek od pierwszego użycia. Ma wszystko, co według mnie powinien mieć - świetną konsystencję (formuła suchego olejku), piękny zapach, doskonałą wydajność, no i przede wszystkim odczuwalne właściwości pielęgnacyjne. Od razu zaznaczam, że odnoszę się w tym miejscu do pielęgnacji ciała. Co prawda nakładałam go na włosy parę razy, ale szczerze mówiąc nie miałam do tego zacięcia. Fakt, włosy były po nim bardzo ładne, odżywione, nieobciążone, ale przy maleńkim dziecku regularne olejowanie to za dużo zachodu.

Jak więc go stosuję? Nakładam na wilgotne jeszcze ciało zaraz po prysznicu, delikatnie osuszając się po takim zabiegu ręcznikiem, bądź też bezpośrednio na suche ciało, porządnie go wcierając. W obu wariantach skóra pozostaje miękka, elastyczna, lekko natłuszczona, ale bez nieprzyjemnego uczucia lepkości. Ja uwielbiam ten efekt i cieszę się, że mogłam po ciąży wrócić do tego typu pielęgnacji, bo jeszcze niedawno żadna oliwka nie dawała sobie z moim przesuszonym ciałem rady i w grę wchodziły wyłącznie bardzo treściwe masła. Teraz na szczęście wszystko najwyraźniej wraca do normy, bo olejek TBS stosuję już od wielu tygodni, a moja skóra jest w świetnym stanie.

Gdybym miała porównać go do łatwiej dostępnych i tańszych olejków z Alterry, to na pierwszy plan, pomijając kompozycje zapachowe, wysunęłaby się kwestia formuły. Olejki Alterra są rzadsze, jakby mniej skoncentrowane, ale i pozostawiające na skórze bardziej tłustą warstwę. Też je lubię i na pewno zrobię spory zapas, jeśli faktycznie na dobre zostaną wycofane ze sprzedaży, ale jednak TBS przyjemniej mi się stosuje. Choćby z tego powodu, że mają świetne opakowania, lekkie, z malutkim ujściem, wygodnie dozujące produkt. Alterra, jak wiecie, ładuje olejki w szklane butelki z wielkim otworem, które co rusz wyślizgują się z rąk.

Cena? 39 zł za 100 ml. Nie tak mało, ale też nie dużo, zwłaszcza że wydajność jest na piątkę. Smaruję tym olejkiem całe ciało codziennie od dwóch miesięcy i zużyłam dopiero około połowę opakowania. 

Mam co prawda utrudniony dostęp do The Body Shop, ale na pewno znajdę sposób, żeby do tych olejków wracać. Myślę, że na następny ogień pójdzie wersja kokosowa. Albo czekoladowa :)))

Miałyście z tymi olejkami do czynienia? Co w ogóle myślicie o tego typu pielęgnacji? Lubicie, czy stawiacie jednak na tradycyjne mleczka i balsamy?



Na koniec chciałabym jeszcze zwrócić Waszą uwagę na najnowszą kampanię TBS. Nie chcę pisać o tym osobnego posta, a tylko w kilku słowach dać znać, że przy okazji promowania nowego intensywnie nawilżającego masła do ust, Dragon Fruit, trwa charytatywna akcja "Twoje usta, twój głos, twój wybór". 



(Zdjęcie: materiały promocyjne The Body Shop)



Przy zakupie tej kosmetycznej nowinki część pieniędzy przekazywana jest jednej z trzech dowolnie przez nas wybranej fundacji (Dzieci Niczyje, Nasza Ziemia, Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt Viva!). Pomyślałam, że chciałybyście wiedzieć :)))

Do zobaczenia wkrótce!


czwartek, 21 czerwca 2012

New in :)))

Podczas gdy ja w ostatnim czasie oddawałam się życiu rodzinnemu, na mojej toaletce zaczęły piętrzyć się przesyłki. Dopiero teraz powoli odkrywam, co za skarby do mnie dotarły :)))



The Body Shop
Cocoa Butter Beautifying Oil
suchy olejek do ciała, twarzy i włosów






O tych olejkach na pewno już słyszałyście. Kolekcja składa się z tak apetycznych wersji zapachowych (żeby wspomnieć chociażby kokos, czekoladę, truskawkę czy słodką cytrynę), że chciałabym mieć je wszystkie! Zobaczymy, jak spisze się masło kakaowe :)))


Miraculum
Mirasol
wodoodporna emulsja do opalania SPF 30






W sam raz na upalne lato! Należę do osób o jasnej karnacji, opalających się na czerwono i szczególnie narażonych na poparzenia słoneczne. Także bez filtra ani rusz. 



Miraculum
Ultra Slim
serum wyszczuplająco - modelujące






Ekhm, ekhm ... Co Wam będę ściemniać, po ciąży parę kilogramów zostało ;))) Ćwiczyć po cesarskim cięciu za bardzo nie mogę, liczę więc na moc tego pogromcy tłuszczu ;)))



Joko
Marrakech Dream
puder brązujący dla brunetek i błyszczyk w odcieniu J92






Kolekcję Marrakech Dream też zdążyłyście już poznać. Sama miałam okazję przeczytać kilka interesujących recenzji, pomyślałam więc, że nie będę na jej temat już nic pisać, a puder i błyszczyk oddam w dobre ręce. Rozdanie już niebawem. Złaknione wakacyjnego brązu? :DDD



Można powiedzieć, że wychodzę na prostą. Zrobiłam "inwentaryzację", sprawdziłam stan posiadania, teraz to ja mogę blogować! :DDD



Przypominam o rozdaniu 
"Gładka jak aksamit"  :)))

środa, 11 kwietnia 2012

Wood positive :)))

Dziś post pod znakiem "Łap okazję!". The Body Shop donosi, że szykuje kolejną atrakcyjną akcję promocyjną, Wood Positive. Kampania związana jest z obchodzonym 22 kwietnia Dniem Ziemi :))) Zgodnie z gorącą jeszcze informacją prasową, nowa inicjatywa ma na celu sadzenie i ochronę większej ilości drzew niż firma wykorzystuje w swojej działalności. 






The Body Shop jest dumny promując akcję WOOD POSITIVE. Ta nowa inicjatywa ma na celu sadzenie i ochronę większej ilości drzew niż firma wykorzystuje w swojej działalności. To nasz wkład w zwiększenie światowych zasobów naturalnych.

WOOD POSITIVE rozpoczyna się 22 kwietnia, w Dzień Ziemi i jest naszym zobowiązaniem do ochrony różnorodności biologicznej na całym świecie. Projekt, prowadzony z partnerem The World Land Trust, przyczynił się już do wzrostu światowych zasobów, poprzez ochronę i zasadzenie ponad 55 tys. drzew w Andach Ekwadorskich, a także w poważnie zagrożonych Lasach Deszczowych.

Przed posadzeniem, rodzime gatunki drzew zostały  wyselekcjonowane pod względem ich pozytywnego wpływu na lokalną różnorodność biologiczną, co ma zapewnić przywrócenie do pierwotnej formy siedliska zagrożone zniszczeniem. Są one jednocześnie chronione przed wycinką, w celu zachowania ich w naturalnym kształcie dla przyszłych pokoleń.  

Firma The Body Shop niezmiennie stara się minimalizować zużycie opakowań swoich produktów i obecnie zużywa rocznie około 6,000 ton papieru i pulpy drzewnej do produkcji opakowań. Papier i pulpa pochodzą z recyclingu, lub ze źródeł związanych z międzynarodową organizacją non – profit FSC (Forest Stewardship Council), która promuje odpowiedzialne gospodarowanie zasobami leśnymi świata. Daje to gwarancję, że proces produkcji opakowań miał niewielki wpływ na zanieczyszczenie środowiska.

W ramach inicjatywy WOOD POSITIVE, The Body Shop podtrzymuje swoje zobowiązanie do wykorzystywania materiałów do produkcji opakowań jedynie ze sprawdzonych źródeł organizacji FSC, a także do redukowania opakowań jeżeli jest to tylko możliwe.

Już w tym roku nasi klienci będą wiedzieli, które produkty The Body Shop zostały objęte inicjatywą WOOD POSITIVE, dzięki logo, które pojawi się na opakowaniach. 



Akcji towarzyszy ciekawa promocja! Przez cały miesiąc, od 13 kwietnia do 11 maja, do salonów TBS możecie przynosić puste opakowania po dowolnych kosmetykach dowolnych marek, a w zamian skorzystać z 22% rabatu na zakupy! 

Jak Wam się podoba propozycja The Body Shop? Według mnie inicjatywa godna jest pochwały, nawet jeśli brać poprawkę na to, że to po prostu element pewnej strategii marketingowej. Ja w każdym razie czuję wzbierającą we mnie życzliwość wobec drzew. Wzbiera, wzbiera, tak na 22% ;)))


piątek, 23 marca 2012

Gratka dla łasuchów :)))

Z czekoladowej serii The Body Shop zdążyła już co prawda opaść aura gorącej nowości, ale to może i lepiej, bo mogę linię Chocomania zrecenzować bez zbędnych emocji. Choć i tak będzie entuzjastycznie, smakowicie i pachnąco :)))



(Zdjęcie: materiały promocyjne The Body Shop)



Jak może pamiętacie, do testów otrzymałam mleczko do ciała oraz scrub. Serię uzupełnia masło do ciała, masełko do ust, żel pod prysznic oraz mydło.







Mam słabość do produktów kosmetycznych o zapachach rodem z cukierni. Chocomania ze swoją czekoladową nutą świetnie wpisuje się w to upodobanie. I w mleczku, i w peelingu, czekolada jest wyraźnie wyczuwalna. Zauważam jednak pewne różnice - balsam pachnie jak słodki budyń, zapach scrubu przypomina mi natomiast ciemne, mocne, szlachetne kakao. Przyznaję, że oszalałam na jego punkcie :)))

Po raz pierwszy miałam do czynienia z balsamem TBS, wcześniej znałam tylko znacznie treściwsze masła. Miła odmiana, tym bardziej, że zima ze wszystkimi swoimi "urokami" to już tylko wspomnienie i moja skóra nie domaga się aż tak intensywnej pielęgnacji. Także lekkie, aczkolwiek dobrze nawilżające mleczko (250 ml, 39 zł) spisało się na medal. Jego wydajność okazała się przeciętna (3 - 4 tygodnie codziennego stosowania), ale trzeba zaznaczyć, że wygodne opakowanie z pompką bardzo ułatwiało aplikację. Choć niestety przyszedł czas, że pompka odmówiła współpracy, resztki balsamu z dna musiałam wydobywać tradycyjnie, z różnymi efektami ... Minus!

Peeling (200 ml, 59 zł) zachwycił mnie przede wszystkim zapachem, o czym już zresztą wspominałam. Cukrowa, nieco tłusta formuła przypadła mi do gustu nieco mniej. Do właściwości ścierających nie mam zastrzeżeń, drobiny cukru są wyczuwalne i dość mocne, jednak natłuszczenie ciała po aplikacji trochę mnie denerwuje (choć z drugiej strony można odpuścić sobie balsamowanie). Co do wydajności, to wiadomo, takiego produktu nie używa się na co dzień, ale i tak oceniam ją wysoko. Już niewielka ilość scrubu pozwala wygładzić ciało. Żeby jeszcze wanna się tak nie brudziła! ;)))

Chocomania, pomijając właściwości pielęgnacyjne serii, to gratka dla łasuchów. Kto ma ochotę na deser? :)))


W tym miejscu zamieściłam informację
o pewnym rankingu,
w którym wyróżniono No to pięknie!,
ale zdecydowałam się ją usunąć,
bo budziła za dużo niezdrowych emocji,
co nie było moją intencją.
Na taniej sensacji mi nie zależy.


czwartek, 5 stycznia 2012

Pędzle w dłoń!

Jeszcze jakiś czas temu malowałam się wyłącznie kosmetykami mineralnymi, do dziś mam ich pełne szuflady. Podkłady, pudry, korektory, róże, cienie, cały kolorowy asortyment po prostu. Bez fałszywej skromności przyznaję, że mam na tym polu spore doświadczenie, poznałam wiele marek, eksperymentowałam z rozmaitymi formułami, z dużą ciekawością podeszłam więc do mineralnego podkładu The Body Shop Extra Virgin Minerals. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo generalnie kosmetyki nazywane mineralnymi, dostępne szeroko w różnych sieciach drogeryjnych, uchodzą za produkty nawet koło prawdziwych minerałów nie leżące, wprowadzane do sprzedaży przez wiele światowych marek na fali rosnącej popularności przyjaznych skórze kosmetyków naturalnych.

Najprościej sprawdzić skład. Im krótszy, tym lepszy. I tu TBS miło mnie zaskoczył: mika, dwutlenek tytanu, kaolin oraz illit. To wszystko, zaledwie cztery składniki, wszystkie rzeczywiście pochodzenia mineralnego. Pod tym względem naprawdę niczego Extra Virgin Minerals nie można zarzucić.

W moje ręce trafił podkład w odcieniu 202 Natural Vanilla, dość jasny, z dominującym żółtym pigmentem. Opakowanie, z sitkiem charakterystycznym dla sypkich podkładów pudrowych, kryje 5 gramów produktu, co może wydawać się małą gramaturą, ale wierzcie mi, że kosmetyki tego typu charakteryzują się niezwykłą wydajnością, podkład TBS nie odbiega w tym aspekcie od normy.









Jak oceniam Extra Virgin Minerals? Cóż, tak jak pisałam, doświadczenie mam spore, więc moje preferencje są ściśle określone. Mam swoich ulubieńców, wiem, jakie formuły służą mojej cerze. Podkład TBS niestety nie do końca spełnił moje oczekiwania.

Pewnych zalet nie można mu odmówić. Jest bardzo lekki, ma przyjazną gamę kolorystyczną, daje ochronę przeciwsłoneczną SPF 25, jego opakowanie dzięki porządnemu sitku jest wygodne i ergonomiczne. Nie był testowany na zwierzętach! Jednak mam pewne zastrzeżenia co do poziomu krycia. Dla niezorientowanych dodam, że podkładami mineralnymi krycie można bardzo łatwo stopniować, nakładając odpowiednim pędzlem kolejne cieniutkie warstwy. Mimo to różnymi formułami osiągnąć można różne efekty. Formuła Extra Virgin Minerals, dość sucha, pozwala zbudować makijaż od bardzo lekkiego do średniego, ja potrzebuję niestety nieco mocniejszego. Dlatego moje krytyczne uwagi związane są wyłącznie z osobistymi preferencjami, a nie z obiektywnie ocenianą jakością. Ta jest naprawdę dobra. Z pewnością będą zadowolone z niego dziewczyny o cerach raczej bezproblemowych, które cenią sobie naturalny look i nieobciążający makijaż. Pamiętajcie tylko, że do podkładu tego typu potrzebujecie właściwego pędzla! Najlepsze krycie osiągnięcie płasko ściętym, gęstym pędzlem typu flat top, krycie lżejsze da bardziej uniwersalny półokrągły pędzel typu kabuki.

Także pędzle w dłoń i do dzieła!

niedziela, 20 listopada 2011

Orient Express ;)))

Przywykłyśmy do pielęgnowania dłoni kremami, a może by tak raz sięgnąć po coś innego? Zwłaszcza że The Body Shop (zajrzyjcie na fun page na FB, KLIK) ma ciekawą propozycję, Hemp Hand Oil, olejek konopny do bardzo suchej skóry :)))






W szklanej, nieco aptecznie wyglądającej buteleczce, utrzymanej w ascetycznej stylistyce TBS, otrzymujmy 15 ml olejku, który aplikujemy za pomocą precyzyjnej pipetki prosto na dłonie. Już kilka kropli wystarczy, aby błyskawicznie porządnie je odżywić, przywrócić ładny, zdrowy wygląd, ukoić podrażnienia i pozbyć się nieprzyjemnego uczucia spierzchnięcia. Olej konopny znany jest zresztą w kosmetyce ze swoich właściwości odżywczych i wygładzających.

Mimo odczuwalnie bogatej konsystencji, Hemp Hand Oil nie jest tłusty i wyjątkowo łatwo się wchłania jak na swoją olejową formułę, dłonie po jego zastosowaniu nie kleją się. To jego ogromna zaleta. Oczywiście nie znika bez śladu, pozostawia warstewkę, ale raczej ochronną niż brudzącą wszystko dookoła przy najlżejszym choćby dotyku. Zarzutem jednak może być wrażenie, że ochrona ta jest dość powierzchowna. Krótko mówiąc, skóra po zastosowaniu olejku jest ukojona i dobrze zabezpieczona, ale raczej nie należy spodziewać się dogłębnej regeneracji. Stosowany systematycznie (systematyczności niestety mi brakuje ...) z pewnością jednak trwale poprawi kondycję skóry.

Wartością dodaną tego produktu jest niewątpliwie zapach. Mocny, kadzidlany, długo utrzymujący się na skórze. Dla wrażliwego nosa może okazać się nawet drażniący, radzę powąchać przed zakupem. Na mnie sprawia jednak wrażenie odprężającego, relaksującego.

Jak podsumować ten błyskawicznie działający, orientalnie pachnący olejek? To proste! Orient Express ;)))

piątek, 7 października 2011

Do roboty! :)))

W ostatnich tygodniach, jak wiecie, No to pięknie! zmieniło nieco swój charakter, ale był to stan przejściowy, powoli wszystko wraca do normy. W kolejce do zaprezentowania czeka kilka wielce interesujących kolekcji, które aż się proszą o bliższe poznanie. Na pierwszy ogień idzie The Body Shop ze swoją mineralną serią Extra Virgin Minerals oraz olejkiem Hemp Hand Oil, otrzymanymi w ramach współpracy z marką.






Co dokładnie kryła przesyłka?



KREMOWY PODKŁAD W KOMPAKCIE
EXTRA VIRGIN MINERALS






DWA PODKŁADY W PUDRZE
EXTRA VIRGIN MINERALS






TRADYCYJNY PODKŁAD W PŁYNIE
EXTRA VIRGIN MINERALS






OLEJEK HEMP HAND OIL






Jestem naprawdę ciekawa tych produktów i wprost nie mogę doczekać się testów. Zacieram więc ręce i zabieram się do roboty. Ale coś mi mówi, że będę potrzebowała pomocy ;)))

sobota, 18 czerwca 2011

I'm back! :)))

Za mną bardzo pracowity tydzień, wybaczcie, nie miałam ostatnio czasu na blogowanie. Ale wracam, I'm back! :))) A przychodzę do Was z recenzją, na którą już dość długo kazałam Wam czekać. Zapraszam na słów kilka o żelach pod prysznic The Body Shop z serii Earth Lovers.






Żele Earth Lovers już Wam kiedyś wstępnie prezentowałam, chwaląc się nawiązaniem współpracy z marką The Body Shop. Kilkakrotnie były też nagrodami w moich konkursach, zdążyłyście więc nieco je poznać. Mam nadzieję, że moja dzisiejsza recenzja będzie dobrym uzupełnieniem wcześniejszych wpisów i okaże się pomocna. Swoją ocenę oprę na wersji ogórkowo - miętowej i bezzapachowej, bo właśnie te dwie trafiły w moje ręce (dostępna jest jeszcze Cytryna & Tymianek, Arbuz & Eukaliptus, Figa & Rozmaryn, Gruszka & Trawa Cytrynowa oraz Morela & Bazylia).

Dlaczego warto zainteresować się tą serią? Co ją wyróżnia na tle całej masy innych produktów tego typu? Bo przyznać trzeba, że konkurencja w tym akurat asortymencie jest przecież olbrzymia. W dodatku przedział cenowy też jest niesamowicie rozstrzelony, dobre żele pod prysznic kupić można znacznie taniej niż za dwadzieścia kilka złotych jak w przypadku The Body Shop.

Od razu powiem, że nie chodzi o jakieś szczególne właściwości myjące. Pod tym względem żele jak żele, nie spodziewajcie się cudów. W dodatku słabo pieniące się, co niektórym może się nie podobać.

W takim razie w czym rzecz?

Otóż Earth Lovers, na co wskazuje zresztą nazwa serii, to produkty wyjątkowo przyjazne środowisku. Są całkowicie biodegradowalne, opakowania nadają się do recyclingu. W ich recepturze nie ma sulfatów, parabenów, barwników i mydła, są więc bezpieczne nawet dla najwrażliwszej skóry. Składy bogate są natomiast w pielęgnujące ekstrakty roślinne, owocowe i ziołowe. Earth Lovers wyróżniają się też z pewnością zapachem. Oprócz żeli na własny użytek, miałam także w rękach Wasze nagrody, które oczywiście również wąchałam, nie mogąc się z ciekawości powstrzymać. Wszystkie kompozycje zapachowe były niezwykle aromatyczne, intensywne, a przede wszystkim oryginalne, niemal kulinarne, dzięki wyraźnej obecności ziół. Nie przywykłam do takich akcentów w kosmetykach, dziwne to było zatem dla mnie doświadczenie, ale przyjemne.

Tak jak wspomniałam, testowałam wersję ogórkowo - miętową i bezzapachową. Jakość obu okazała się podobna, jednak przyznam, że lubię, kiedy kąpiel pieści wszystkie zmysły, także Earth Lovers Fragrance Free nie podbił mojego serca. Producent zaleca ten żel alergikom i pewnie ma to sens. Od siebie dodam, że jest to również świetna propozycja dla osób, które lubią czuć na skórze wyłącznie swoje perfumy, nie zniekształcone zapachami kosmetyków pielęgnacyjnych. Ogórek & Mięta natomiast, tak jak się zresztą spodziewałam, okazał się bardzo orzeźwiający, świetnie odświeżający po długim, upalnym dniu. Zdecydowanie więcej w nim jednak ogórka niż mięty, co szczerze mówiąc nieco mnie rozczarowało. Ale i tak z przyjemnością go zużyłam. Nie ukrywam, że chętnie sięgnęłabym jeszcze po wersję arbuzowo - eukaliptusową i morelowo - bazyliową. I mówię to ja, miłośniczka mydeł, która dotąd gardziła żelami! ;)))

środa, 1 czerwca 2011

Udany duet :)))

Już w sprzedaży, nowe masło do ciała The Body Shop, Body Butter Duo! Pamiętacie? Jakiś czas dostałam do testów dwa takie masełka. Kwiat Acai, jako nagrodę w konkursie, oddałam jego zwyciężczyni, mnie natomiast przypadł orzech Macadamia (serię uzupełnia jeszcze Wanilia i Pachnący Groszek).



(Zdjęcie: materiały promocyjne The Body Shop)



Tym, co wyróżnia masła Duo od innych produktów tego typu, jest ich wielofunkcyjność. Zasadniczo mają oczywiście po prostu odżywiać skórę, ale dzięki prostemu trikowi stopień tego odżywienia może być różny, w zależności od indywidualnych potrzeb. Opakowanie kryje tak naprawdę dwa masła o różnych formułach - lżejsze, do niewymagających partii ciała o skórze normalnej oraz treściwsze, do partii narażonych na przesuszenie. Tylko od nas zależy, po które masło sięgniemy i jak je zastosujemy :)

Zamierzeniem producenta było zapewnienie optymalnego nawilżenia wszystkich miejsc na ciele. Poczytajcie, jak Duo opisane zostało na przykładzie wersji Makadamia.


Zwolennicy słodkich zapachów pokochają nowe Masło do Ciała Duo - Makadamia. Drzewo makadamia pochodzi z Australii, a olejek pozyskiwany z jego orzechów jest niezwykle łatwo wchłaniany przez skórę.

Teraz, aby skorzystać z zalet oleju z orzechów drzewa makadamia, wystarczy zanurzyć dłonie w nowym Maśle do Ciała Duo, wybierając konsystencję o odpowiedniej intensywności nawilżania.

W trosce o skórę normalną nasza formuła zawiera: masło shea, masło kakaowe, olej z brazylijskich orzechów oraz olej z ekologicznie uprawianej soi.

Aby sprostać wymaganiom suchej skóry łokci, kolan oraz łydek, bogatsza konsystencja zawiera: masło kakaowe, olej z brazylijskich orzechów, wosk pszczeli, olej z orzechów babassu oraz olej z ekologicznie uprawianej soi. Wszystkie składniki pozyskiwane są w ramach programu Wspólnota Uczciwego Handlu.


Tak oto masło prezentuje się w rzeczywistości :) Charakterystyczne dla maseł The Body Shop opakowanie podzielone zostało na dwie komory, które łącznie zawierają 200 ml produktu.








Faktycznie, formuły wyraźnie się od siebie różnią. Masło do skóry normalnej ma dość luźną konsystencję, łatwo dającą rozprowadzać się na skórze. Masło do skóry suchej, mój zdecydowany faworyt w tym duecie, jest natomiast zwarte i treściwe, ale mimo to jego aplikacja też jest niekłopotliwa, bo mięknie pod wpływem ciepła dłoni. Oba pozostawiają charakterystyczny, pachnący film, który nie każdemu pewnie będzie pasować, ale ja go lubię, bo otula skórę przynosząc ukojenie. W przypadku masła do skóry suchej, efekt ten utrzymuje się wyjątkowo długo, w zasadzie tę ochronną warstwę jest w stanie usunąć tylko kąpiel.

Stopień pielęgnacji skóry oceniam naprawdę wysoko. Pomysł z umieszczeniem dwóch formuł w jednym opakowaniu jest interesujący, doceniam zamysł, aczkolwiek akurat w moim przypadku nie byłby to argument, który zaważyłby na decyzji o zakupie. Raczej nie potrzebuję produktu "dwa w jednym". Mam po prostu skórę suchą i zwykle szukam masła/balsamu, który mi ulży w tym problemie i wybieram taki, który mogę zastosować na całe ciało. Osobom mniej wymagającym, sporadycznie bądź miejscowo stosującym treściwszą pielęgnację, takie rozwiązanie powinno się jednak spodobać, bo jest po prostu wygodne. Pytanie, czy spodoba Wam się cena, bo Duo w regularnej ofercie kosztuje 65 złotych, sporo jak na masło do ciała. No ale The Body Shop przyzwyczaił nas i do jakości, i do cen, jakie trzeba za nią zapłacić ;))) W każdym razie teraz obowiązuje atrakcyjna cena promocyjna (45 złotych), więc jeśli czujecie, że Duo to coś dla Was, to nie przegapcie okazji! Bo w gruncie rzeczy to udany duet jest :)))

środa, 25 maja 2011

Najwięcej witaminy ;)))

Ekspresowa kuracja dla skóry? Tylko serum! Duże stężenie aktywnych składników potrafi zdziałać cuda i poratować nas w problemie trapiącym cerę. Jak wiecie, w ostatnich dniach przeprowadzałam eksperyment z serum The Body Shop, Vitamin C Facial Radiance Powder Mix (o okolicznościach, w jakich do tego doszło, pisałam TUTAJ), remedium dla skóry zmęczonej i poszarzałej.






Głównym składnikiem aktywnym tego preparatu, jak sama nazwa wskazuje, jest szeroko stosowana w kosmetyce witamina C, słynąca ze swoich specyficznych właściwości. Przede wszystkim jest świetnym antyoksydantem, dzięki czemu stanowi potężne oręże w walce ze starzeniem się skóry. Kosmetyki z witaminą C wykazują też właściwości wzmacniające i rozjaśniające, z czego korzyści czerpią osoby walczące z utratą elastyczności skóry i przebarwieniami. Serum ze stężoną witaminą C (w przypadku Facial Radiance Powder Mix 5%) to zatem samo dobro! O czym miałam okazję przekonać się osobiście :)))

Jak pisałam poprzednio, obawiałam się, że względu na ubytek, do jakiego doszło w wyniku nieostrożnego transportu, nie dane mi będzie przeprowadzić pełnej kuracji. Ale tych kilka mililitrów, które zostały w opakowaniu, aplikowanych oszczędnie wystarczyło mi na zalecane 10 dni sumiennego stosowania! Także jestem pod wrażeniem wydajności, bo zgodnie ze wskazówkami producenta preparat nakładałam na skórę dwa razy dziennie, pod krem. Nie było to nic kłopotliwego, po prostu dodatkowy element mojej codziennej pielęgnacyjnej rutyny.

Jakie są moje spostrzeżenia?

Aplikacja? Jak marzenie. Wygodna ze względu na wąziutkie ujście buteleczki, przyjemna ze względu na świeży, lekko słodkawy cytrusowy zapach.

Reakcja skóry? Bez przykrych niespodzianek, wyprysków, żadnego pieczenia, szczypania, ściągnięcia, zaczerwienienia. Wręcz przeciwnie, koloryt cery się wyrównywał, skóra momentalnie nabierała promienności. Było to widać już na pierwszy rzut oka! Zadziwiało mnie to przy każdej aplikacji :) Po dziesięciu dniach przebarwienia faktycznie zbladły i cera wygląda po prostu zdrowiej. Życzyłabym sobie, żeby ten efekt utrzymał się jak najdłużej :))) No właśnie ... Pytanie, czy się utrzyma, czy też okaże się nietrwały ... Tego nie umiem przewidzieć.

Nie zauważyłam natomiast poprawy elastyczności skóry, nie odnoszę też wrażenia, że jakoś spektakularnie została wygładzona. Ale nie mam złudzeń, trudno oczekiwać takich rzeczy po 10 dniach. Może zresztą stężenie witaminy C okazało się dla mnie za małe?

Plusem tego serum niewątpliwie jest to, że same decydujemy, kiedy zmieszać jego składniki, nadając tym samym bieg terminowi ważności. Otrzymujemy dzięki temu produkt bezsprzecznie świeży. Sposób łączenia składników (płynnej bazy i proszku) też jest komfortowy (mechanizm uwalniający proszek ukryty jest w nakrętce, która następnie zastępowana jest dołączoną do zestawu pipetką).

Minusem jest cena ... Nie mam pojęcia, ile serum kosztuje w Polsce (jeśli wiecie, dajcie znać), ale łatwo sprawdzić, że w USA trzeba zapłacić 28 dolarów ... Sporo, prawda? Rodzi się pytanie, czy jest to produkt niezbędny, na który warto wydać tyle pieniędzy. Ja stoję na stanowisku, że warto, o ile identyfikujemy u siebie prawdziwy problem i kieruje nami chęć zaradzenia defektowi. Jeśli w grę wchodziłaby tylko ciekawość albo profilaktyka, nie widzę sensu. Tym bardziej, że efekt na zdrowej, zadbanej cerze pewnie nie będzie widoczny. Jeśli macie ochotę na eksperymenty, może zacząć lepiej od czegoś tańszego? Preparaty z witaminą C można znaleźć w przystępniejszych cenach :)

Ja w każdym razie zainteresowałam się całą serią Vitamin C, w której skład wchodzi około dziesięciu różnych produktów. Kto wie, może kiedyś poznam się z nimi bliżej? Dbając o to, by prawdą pozostało, że najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny ;)))