beauty & lifestyle blog

czwartek, 8 maja 2014

Tego jeszcze nie było, czyli luksusowa pielęgnacja prosto z ula


Dawno nie prezentowałam Wam żadnych kosmetycznych nowinek, ale dziś to nadrobię, pokażę Wam coś naprawdę wyjątkowego, stanowiącego gorącą nowość nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie. Zrobię to z tym większą przyjemnością, że serce biznesu, o którym zaraz opowiem, bije w moim niewielkim przecież mieście, gdzie jak się okazuje, nie brakuje przedsiębiorczych kobiet z pasją. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Jolę, a Was zapraszam na spotkanie z marką Bee Yes, wyłącznego importera na rynek unijny nowozelandzkich kosmetyków Bee Pure, których działanie oparte jest na niezwykłych właściwościach jadu pszczelego i cennego miodu manuka. Naprawdę, tego jeszcze nie było!




Linia Bee Pure jest co prawda krótka, ale w zasadzie pozwala kompleksowo zadbać o potrzeby wymagającej cery. W jej skład wchodzi Bee Venom Serum, czyli przeciwzmarszczkowe, wygładzające serum, Bee Venom Face Mask, czyli ujędrniająca, napinająca i zwężająca pory maska - krem oraz Bee Venom Eye Cream, czyli redukujący cienie i opuchnięcia krem pod oczy. 




Wszystkie trzy produkty zawierają wspominany już jad pszczeli z peptydami, a także miód manuka o sile działania UMF 20+.




Przyznam się Wam szczerze, że wcześniej nie interesowałam się wykorzystaniem jadu pszczelego w kosmetyce. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, jak szeroki jest wachlarz produktów pszczelich, ale jad jakoś nigdy wcześniej mnie nie zaciekawił. Tymczasem okazuje się, że jest to substancja wyjątkowo czynna, nazywana alternatywą dla botoksu, która aplikowana na skórę w niewielkich ilościach stymuluje ją do produkcji kolagenu i elastyny, przyczyniając się do wygładzenia zmarszczek, zwężenia porów, ujędrnienia, poprawy napięcia i wyrównania kolorytu cery. 

Jad pszczeli wykorzystywany w kosmetykach Bee Pure pozyskiwany jest w nowozelandzkich pasiekach. Od razu uprzedzę, że żadna pszczoła w tym procesie nie cierpi i nie traci życia, stosowane są w tym celu metody z wykorzystaniem bardzo niskiego napięcia elektrycznego, które nie czyni pszczołom żadnej krzywdy, pobudzając je jednak do wydalenia jadu (bez utraty żądła!).

Z Nową Zelandią ściśle związany jest też miód manuka, uchodzący za jeden z najdroższych miodów świata, a swoją nazwę biorący od krzewu manuka, zwanego drzewem herbacianym (brzmi znajomo?) rosnącego naturalnie niemal wyłącznie w tym dalekim kraju. Miód oczywiście zawdzięczamy żywiącym się nektarem z jego kwiatów nowozelandzkim pszczołom. Wyjątkowość miodu manuka ściśle związana jest z jego bardzo silnymi właściwościami antybakteryjnymi, a dodatkowo probiotycznymi, przeciwzapalnymi i przeciwgrzybicznymi. W kosmetyce wykorzystywane jest też jego działanie nawilżające, uelastyczniające i przeciwutleniające.




Ceny tych kosmetyków wahają się od 179 do 259 zł, czyniąc z Bee Pure w zasadzie markę luksusową. Tak jak wspominałam, jej polskim importerem jest Bee Yes, młoda, raczkująca jeszcze marka z wielkimi ambicjami i ciekawym pomysłem na zapełnienie niszy, stawiająca bowiem na rozmaite preparaty wyłącznie na bazie produktów pszczelich. Zachęcam Wam do odwiedzenia ich strony internetowej ---> KLIK i profilu na FB ---> KLIK, znajdziecie tam wszelkie informacje na temat aktualnej oferty marki i jej planów biznesowych. 

A Bee Pure? Im więcej o tych kosmetykach czytam (zainteresowanych odsyłam TUTAJ), tym bardziej mam chęć wprowadzić je do swojej pielęgnacji, ale rozsądek podpowiada, żeby jeszcze chwilę z tym zaczekać. Nadal bardzo służy mi krem Bandi i skoro słońce póki co nie przypieka, będę się go na razie trzymać. Ale pszczółkowy zestaw już na mnie czeka i pewnie w okolicach lipca, może sierpnia napiszę Wam na jego temat coś więcej.


Jak zwykle czekam na Wasze komentarze. Co myślicie o tej nowej w Polsce marce i jej produktach? Podoba Wam się idea wykorzystania właściwości jadu pszczelego w połączeniu z potencjałem miodu manuka? Mam nadzieję, że wzbudziła Wasze zainteresowanie. Jeśli tak, to zdradzę Wam, że warto wypatrywać kolejnego posta, będę miała dla Was niespodziankę :))) Nie przegapcie, zapraszam pojutrze!

Tymczasem całuję,
Cammie.



wtorek, 6 maja 2014

Dobry temat na dzień jak dziś, czyli eksplozja zapachów Bomb Cosmetics


Trudno wrócić do rzeczywistości po tak długim weekendzie, no nie? Ja w każdym razie mam z tym problem, ciągle jeszcze funkcjonuję na pół gwizdka, chcąc więc koniecznie coś dziś dla Was napisać, szukałam tematu, który byłby lekki i przyjemny i nie kłócił się z moim rozleniwionym nastrojem. Padło na wiosenną propozycję Bomb Cosmetics, mleczko do ciała o słodkim zapachu kokosa i ylang ylang, pomarańczowo - mandarynkowy żel pod prysznic i mydło w płynie pachnące świeżo niczym pranie wypłukane w wodzie z dodatkiem olejku z drzewa sandałowego i paczuli. Mówię Wam, prawdziwa eksplozja zapachów. Tak, to dobry temat na dziś!




Lotion do ciała Cloud Cuckoo Land
Rozkoszny zapach kokosa + dodatek naturalnego olejku kokosowego i ylang ylang = dogłębnie nawilżona i rozkosznie pachnąca skóra! Dzięki swojej lekkości lotion doskonale się wchłania, a dzięki pompce jest też praktyczny i wydajny!

Żel pod prysznic Flying High
Owocowy, odświeżający żel pod prysznic, który orzeźwia dzięki naturalnym olejkom z pomarańczy i mandarynki oraz tropikalnemu zapachowi z nutkami bergamotki i trawy cytrynowej. Żel doskonale myje i nie wysusza skóry, bo nie zawiera SLS ani parabenów. Dzięki praktycznemu opakowaniu żelu używa się bardzo łatwo i jest on wyjątkowo wydajny.

Żel do mycia rąk Handbags&Gladrags
Żel o zapachu świeżej bawełny dla wielbicieli czystości i lekkich, naturalnych aromatów. Doskonale myje i nie wysusza skóry, bo nie zawiera SLS ani parabenów! W zapachu odnajdziesz także akordy kwiatu jabłoni, nuty cytrusowe oraz świeże kwiaty. Dzięki pompce żel jest praktyczny i wydajny!




Taaaaak, zapachy to zdecydowanie to, co wyróżnia te produkty wśród całej masy podobnych balsamów, żeli i mydeł. Są intensywne, głębokie, skoncentrowane i długo utrzymują się na skórze, wszystkie trzy!

Palma pierwszeństwa pod tym względem zdecydowanie należy się jednak balsamowi, który choć ma postać lekkiego mleczka, pachnie wyjątkowo mocno, przywodząc na myśl słodkie kokosowe ciasteczka. Naprawdę, zapach wyłącznie dla wielbicieli kokosanek, każdego innego może zemdlić ;))) 

Zapachy żelu i mydła są już dużo lżejsze, choć nadal bardzo, bardzo wyraziste. Moim faworytem od pierwszej chwili został żel pod prysznic, którego zapach jest kompozycją świeżych cytrusowych nut doprawionych bergamotką i ma tę cudowną właściwość, że zawsze mnie pobudza, strząsając ze mnie największe zmęczenie. Genialny! Dowodem na to, jak go lubię, niech będzie fakt, że na zdjęciach zapozowała niemal pusta butelka. Moje wyróżnienie dla żelu pod prysznic jest tym bardziej istotne, że jak pewnie wiecie, generalnie wolę myć ciało mydłami w kostce.

A jak pachnie mydło w płynie? Otóż pachnie suszonym na słońcu, powiewającym na wietrze praniem, świeżą, czystą, miękką bawełną przesiąkniętą zmysłową nutą drzewa sandałowego i paczuli. Zapach piękny, a na dłoniach tak wyczuwalny, jakbyśmy te pranie same przed chwilą ręcznie zrobiły :DDD

Można by zastanawiać się nad innymi walorami wiosennych produktów Bomb Cosmetics, ale chyba nie ma po co. Nie są to kosmetyki wybitne, ale bardzo przyzwoite, spełniają swoje funkcje, nawilżają, myją, odświeżają. Ale za to pachną po prostu bezkonkurencyjnie.

Bezkonkurencyjne mają też opakowania. Duże, pojemne butle (każda po 300 ml) wyposażone zostały w pompkę lub wygodny dozownik, dzięki czemu są niezwykle praktyczne i wygodne w użytkowaniu. Nie wspominając już nawet o tym, że po prostu cieszą oko, ładne są te zdobiące je rysuneczki.

Żałuję jedynie, że ta seria kosmetyków Bomb Cosmetics nie jest nieco tańsza, bo każdy z nich kosztuje około 40 zł. Wyobrażam sobie, że w miarę lekką ręką można dać tyle za balsam do ciała, ale już płacąc za mydło czy żel pod prysznic, pewnie niejednemu ta ręka by zadrżała. Dobra wiadomość jest jednak taka, że dzięki Pachnącej Wannie (pisałam Wam o niej już tyle razy, że nie będę się znowu powtarzać, zainteresowanych odsyłam do starszych postów, szukajcie pod etykietą "W kąpieli") mamy szansę niektóre z nich dostać aż o 25% taniej. W ramach promocji "Produkt dnia" codziennie zniżką objęty jest inny produkt z asortymentu sklepu i z tego, co wiem, 9 maja taniej kupić będzie można opisywany dziś przeze mnie żel do rąk o świeżym zapachu prania, a pod koniec miesiąca, 29 maja, kokosowe mleczko do ciała. Wszystkie szczegóły na bieżąco TUTAJ.


Są tu jakieś miłośniczki mocnych zapachów? Który z tych trzech wydaje Wam się najbardziej kuszący? Słodkie kokosanki, orzeźwiające cytrusy czy świeżo wyprana bawełna? Dajcie znać, czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.



niedziela, 4 maja 2014

Słowem podsumowania, czyli pożegnanie z kwietniem


Miałam ambitny plan, żeby w wolne majówkowe dni publikować dla Was codziennie, ale ostatecznie nic z tych planów nie wyszło, oddałam się życiu rodzinnemu i nawet nie zauważyłam, kiedy długi weekend dobiegł końca. Czas spędzony z rodziną jest bezcenny, więc absolutnie nie mam wyrzutów sumienia, ale żeby choć trochę zrehabilitować się w Waszych oczach, przygotowałam dziś krótki post podsumowujący kwiecień. Zapraszam! 




Na początek muszę pochwalić się, że No to pięknie! po raz kolejny udało się zachować złoto w rankingu beauty blogów opracowywanym przez Lusterko Em ---> KLIK. Gorąco Wam z tego miejsca dziękuję, bo to przede wszystkim Wasza zasługa, nigdy nie cieszyłabym się tym wyróżnieniem, gdybyście tak chętnie mojego bloga nie czytały. Także naprawdę wielkie dzięki, dziewczyny! Przy okazji serdecznie witam wszystkie nowe czytelniczki, bo domyślam się, że zwiększony ruch na blogu generowany był w ostatnim czasie właśnie przez pozycję No to pięknie! w rankingu.

A teraz do rzeczy. Tradycyjnie szybko przypomnę, które kwietniowe wpisy cieszyły się Waszym największym zainteresowaniem. Po pierwsze zniżki i kody rabatowe w ramach "Stylowych zakupów". Linkować nie będę, bo sprawa i tak już się zdezaktualizowała. Po drugie przegląd najpopularniejszych kształtów paznokci ---> KLIK, a po trzecie zestawienie "brudasków", czyli lakierów do paznokci w przybrudzonych odcieniach fioletów i granatów ---> KLIK.

Jeśli chodzi o FB, to największy zasięg miał wpis, w którym linkowałam film ze ślubu jakiejś irlandzkiej pary z niesamowitą niespodzianką przygotowaną dla nich przez udzielającego sakramentu księdza ---> KLIK. Jeśli jeszcze nie widziałyście, koniecznie sobie obejrzyjcie, przygotujcie się tylko na wzruszenie!

Muszę napisać coś o zakupach, bo kwiecień obfitował w rozmaite akcje promocyjne. O tym, że zaszalałam w ramach wspominanych wyżej "Stylowych zakupów", zdążyłam już Wam napisać i zdać nawet szczegółową relację ---> KLIK, nie będę się więc teraz powtarzać. Odporna jakoś byłam natomiast na chyba najatrakcyjniejszą szaloną promocję w Rossmannie. W pierwszym tygodniu, w którym zniżki rzędu -49% obejmowały podkłady, pudry, róże i korektory nie skusiłam się zupełnie na nic. W drugim, właśnie dziś dobiegającym końca tygodniu, dającym zniżki na produkty do makijażu oczu, kupiłam jedynie mój ulubiony liner L'Oreal Blackbuster i trzy maskary Lovely Curling Pump Up (pierwszy raz w życiu zobaczyłam tusze do rzęs w trójpaku :D), także moje zakupy były całkiem skromne. Trzeci tydzień przyniesie natomiast zniżkę na lakiery do paznokci, więc w końcu pewnie i ja popłynę :D Ale o tym napiszę Wam innym razem. Teraz zdradzę Wam, że w kwietniu skorzystałam za to z rabatu na strawberrynet.com, gdzie produkty do makijażu przez kilka dni dostać można było 10% taniej. Przez dość długi czas polowałam tam na niedostępny w Europie transparentny odcień pudru Lucidity od Estee Lauder, także jak tylko się pojawił, od razu kliknęłam. To chyba mój najlepszy kwietniowy zakup w kategorii "makeup". Lucidity to puder lekki jak mgiełka, wygładzający jak marzenie, cudownie odbijający światło.








Wiadomo, nie samymi zakupami człowiek żyje. Dużo czytałam, sporo oglądałam. Jeśli chodzi o moje kwietniowe lektury, to zdążyłam już o nich napisać, także zainteresowanych odsyłam do posta sprzed kilku dni ---> KLIK. Dodam tylko, że Joanna Bator jest genialna i jeśli nie znacie jej książek, to koniecznie się za nimi rozejrzyjcie. Natomiast trzy razy zastanówcie się, czy warto sięgnąć po "Niezgodną", "Zbuntowaną" i "Wierną" Veroniki Roth. A filmy? Pod tym względem w kwietniu całą moją uwagę skradł nowy, czwarty już sezon "Gry o tron". Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych odcinków. Dotychczasowe cztery okazały się co prawda nierówne, ale i tak oglądałam je z zapartym tchem (w sumie dziwne, bo lekturę sagi już dawno mam za sobą i doskonale wiem, co się wydarzy :D).

Jak mogłabym krótko podsumować kwiecień? Miesiąc przyjemnego i napawającego mnie dumą wyróżnienia w rankingu beauty blogów, udanych zakupów, dużej ilości czasu na czytanie, premiery nowego sezonu "Gry o tron", a tak zupełnie prywatnie weekendowego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółkami (jeśli obserwujecie Violl ---> KLIK na instagramie, to może nawet coś z tego zlotu czarownic udało Wam się zobaczyć :D). Pomijając przejściowe perturbacje w pracy, to był naprawdę dobry czas.

A Wam jak minął kwiecień? Napiszcie, co dobrego Was spotkało, nie dajcie się prosić. Czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.