beauty & lifestyle blog

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Seniorki, czyli prawdziwe piękno nie ma wieku


Przeglądając w zeszłym tygodniu swoje ulubione strony, natknęłam się na dwa artykuły komentujące nasilający się ostatnio ciekawy trend. Dotyczy on co prawda głównie świata mody, ale mocnym akcentem zaznacza się także w świecie beauty. O czym mowa? O kampaniach reklamowych znanych marek, których twarzami zostają dojrzałe kobiety. Dla jasności - bardzo dojrzałe kobiety. Seniorki promujące wielką modę i limitowane kolekcje kosmetyków. Nie byłabym sobą, gdybym przeszła koło tego tematu obojętnie, stąd dzisiejszy post. Zapraszam!


Źródła: KLIK KLIK

Na zdjęciach:
Iris Apfel w kampanii MAC, 94 lata.
China Machado w kampanii Cole Haan, 85 lat.
Jacquie Tajah Murdock w kampanii Lanvin, 84 lata.
Joan Didion w kampanii Celine, 80 lat.
Niestety nie udało mi się ustalić personaliów modelek przecudnej kampanii Dolce&Gabbana.


Nie będę opisywać Wam tu całego zjawiska, w ostatnim czasie poświęcono mu w różnych serwisach naprawdę sporo miejsca. Zainteresowanych odsyłam chociażby TUTAJ, TUTAJ, TUTAJ lub TUTAJ. Chciałabym raczej odnieść się do trendu jako takiego, próbując sprowokować Was do dyskusji. Bo przyznacie chyba, że to wszystko jest bardzo interesujące? W świecie, w którym kobiecy wizerunek został skrajnie wyidealizowany, a obróbka graficzna zdjęć zdaje się sięgać absurdu, kobiety w "pewnym" wieku stają się niewidzialne, jakby nagle przestawały istnieć. A przecież istnieją, nie mieszczą się jedynie w wąskie ramy kultu młodości i perfekcyjnego wyglądu. Spychane są zatem razem ze swoimi zmarszczkami na margines.

Kampanie, o których dziś mowa, udowadniają, że prawdziwe piękno nie ma wieku. Piękno to nie metryka, to coś więcej niż gładka skóra i idealne proporcje rodem z graficznego programu. Piękno to bogate wnętrze, życiowa mądrość, kolorowa osobowość, styl, klasa i błysk w oku. Starszym paniom ze zdjęć na pewno tego wszystkiego nie brakuje. Szalenie podoba mi się pomysł promowania nowych kolekcji z ich udziałem. Nurtuje mnie jedynie pytanie, na ile jest to zwrot ku nowej jakości, ku rzeczywistości, w której dojrzałe kobiety zajmują należne im miejsce, a na ile skrupulatnie obliczony na wzbudzenie kontrowersji, a tym samym przyciągnięcie uwagi, zabieg marketingowy. Byłoby paskudnie, gdyby w tym wszystkim nie było choćby odrobiny misji, a jedynie instrumentalne podejście do sprawy.

Ciekawa jestem Waszego zdania. Podobają Wam się kampanie z seniorkami? Co o nich myślicie? Czysty marketing, czy jednak misja? Życzyłabym sobie, żeby nie chodziło wyłącznie o pieniądze, chciałabym widzieć jakąś wartość dodaną. W końcu też kiedyś będę seniorką!

Liczę na Wasze komentarze, porozmawiajmy.

Buziaki,
Cammie.


piątek, 23 stycznia 2015

Odkrycie stycznia, czyli dziesięć dni z Sally Hansen Miracle Gel


Wyjątkowo wcześnie zapraszam Was na post z serii Odkrycie miesiąca, do końca stycznia bowiem jeszcze ponad tydzień, nie wierzę jednak, że przez tych kilka dni cokolwiek byłoby w stanie zrobić na mnie większe wrażenie niż nowa hybrydowa linia lakierów Sally Hansen Miracle Gel, którą prezentowałam Wam w ostatnim poście ---> KLIK. I nie wiem nawet, czy jest sens, żebym się rozpisywała się na temat ich zalet, najlepiej będzie, jak po prostu pokażę Wam zdjęcie. Oto podsumowanie mojego eksperymentu, w którym badałam ich trwałość, moje paznokcie po dziesięciu dniach (!) z odcieniem 470 Red Eye!




Producent obiecuje co prawda trwałość 14-dniową, jednak zdecydowałam się przerwać test nieco wcześniej. Dziesięć dni to i tak niesamowity wynik! Jak widać, lakier nie stracił za bardzo na świeżości, nie ma odprysków czy pęknięć. Zaczyna przeszkadzać mi jednak odrost, a i kolor powoli mi się nudzi. Wybaczcie więc, że nie ciągnę tego dalej, ale w moich oczach seria Miracle Gel po prostu i tak zdobyła już mistrzostwo. Manicure, który widzicie na zdjęciach, wytrzymał stukanie w klawiaturę po osiem godzin dziennie w pracy i kilka kolejnych w domu dla przyjemności, codzienne mycie głowy, kąpiele i prysznice, rozmaite zabawy z dzieckiem, gotowanie, sprzątanie, dźwiganie zakupów i sama nie wiem, co jeszcze. Tylko raz w przeciągu tych dziesięciu dni pozwoliłam sobie na opiłowanie końcówek, które lekko się starły (tak, tak, liczcie się z tym, nie ma rzeczy niezniszczalnych). Żadnych innych ubytków nie zauważyłam. Lakier nie do zdarcia! Oczywiście po tak długim czasie nie wygląda tak idealnie, jak zaraz po aplikacji, jednak wynik eksperymentu całkowicie mnie satysfakcjonuje, dając mi pewność, że w razie potrzeby (chociażby w przypadku wyjazdu, czy zwykłego natłoku obowiązków) mogę pomalować paznokcie raz i nie przejmować się ich stanem przez wiele dni (ale chyba jednak nie przez czternaście ... uczciwie mówię, że wygląd paznokci już po dziesięciu godził w moje poczucie estetyki). Uprzedzając Wasze pytania, dodam, że zgodnie z zapewnieniami producenta zmywa się bardzo łatwo, najzwyklejszym zmywaczem (użyłam zielonej Isany, jak zawsze), nie zostawiając na paznokciach przebarwień czy innych oznak pogorszenia ich kondycji. 

Jestem zachwycona! I tak się właśnie zastanawiam, po który kolor dziś sięgnąć? Nie mogę się zdecydować, fiolet czy mięta? :)))




Byłam do tych lakierów nastawiona dość sceptycznie, nie do końca wierząc, że manicure wykonany w zwykłych domowych warunkach może przetrwać w naprawdę dobrym stanie przez tak wiele dni. Tymczasem okazuje się, że jest to możliwe. Polecam tę serię Waszej szczególnej uwadze, zwłaszcza jeśli z jakichś względów nie macie czasu na częste malowanie paznokci. Jeśli zdecydujecie się na zakup, pamiętajcie, że system Miracle Gel to lakier plus specjalny top coat, trzeba więc liczyć się na początek z podwójnym wydatkiem, rzędu około 34 zł za buteleczkę. 

Napiszcie mi koniecznie, co myślicie o efekcie mojego dziesięciodniowego eksperymentu. Ja tymczasem zbieram się do pierwszego w życiu farbowania włosów henną. Khadi, nadchodzę! Życzcie mi powodzenia, bo trochę się cykam :DDD

Buziaki,
Cammie.


sobota, 17 stycznia 2015

#MiracleMani, czyli supertrwałe lakiery Sally Hansen Miracle Gel | Gorąca nowość!


Co prawda ostatni post, w którym pokazywałam Wam czerwony topper Lynnderella Ruby Red Ruby ---> KLIK, przyjęłyście z umiarkowanym entuzjazmem, jednak mimo to chciałabym zostać jeszcze przy temacie paznokci, mając nadzieję, że lakiery, które dziś Wam zaprezentuję, wzbudzą w Was większe zainteresowanie. Intuicja mi podpowiada, że w tym przypadku zaciekawić Was nie będzie trudno. Oto bowiem na rynku pojawiło się coś, co prawdopodobnie w jakimś stopniu zrewolucjonizuje tradycyjny, domowy manicure. Przedstawiam gorącą nowość Sally Hansen, linię Miracle Gel, w założeniu pozwalającą nam cieszyć się nieskazitelnym lakierem nawet do 14 dni! Brzmi zachęcająco, prawda?




W skład linii Miracle Gel wchodzą lakiery w 12 odcieniach i top coat. Jej innowacyjność polega na tym, że specjalna opatentowana technologia pozwala na wykonanie bardzo trwałego żelowego manicure o charakterze hybrydowym, nie wymagającego jednak wysuszania i utwardzania przy użyciu lamp emitujących światło LED/UV, poddającego się też zwykłemu zmywaczowi do paznokci, nawet bez acetonu. A zatem nie potrzebujemy żadnych dodatkowych akcesoriów, w grę wchodzi najzwyklejsze malowanie paznokci w warunkach domowych. 

Przyznaję, że obietnice producenta robią na mnie wrażenie. Trwałość lakieru sięgająca dwóch tygodni? To naprawdę byłoby coś. Testy w toku, od kilku dni mam na paznokciach jeden z odcieni, które do mnie trafiły. Wybierałam spomiędzy beżu 120 Bare Dare, mięty 240 B Girl,  lawendy 270 Street Flair, koralu 330 Redgy, ostatecznie decydując się na czerwień 470 Red Eye.




Wszystkie odcienie, które widzicie na zdjęciach, są klasycznie kremowe, charakteryzują się niesamowitą pigmentacją i bardzo ułatwiającą malowanie żelową konsystencją, zwartą, zdyscyplinowaną, nie rozlewającą się w niekontrolowany sposób po paznokciach i skórkach. Pierwsze wrażenie bardzo, bardzo pozytywne.






Dla uzyskania obiecywanego efektu należy pomalować paznokcie dwiema warstwami wybranego lakieru, a następnie pokryć całość spajającym wszystko specjalnym topem. 




Stosując się do zaleceń, zrobiłam swój pierwszy #MiracleMani, tak jak wspominałam wyżej, na dobry początek stawiając na czerwień (a to ci niespodzianka :DDD). Po czterech dniach od malowania paznokcie prezentują się zaskakująco dobrze. Zerknijcie sobie na zdjęcie. Owszem, na upartego na końcówkach dostrzegam jakieś mikrootarcia, ale nie jest to nic, czego nie można by błyskawicznie opiłować. Myślę też, że gdybym nosiła dłuższe paznokcie i mogła zabezpieczyć końcówki w czasie malowania (na pewno wiecie, o co mi chodzi - pomalowanie krawędzi paznokci i "podmalowanie" ich od spodu), być może nawet i tych otarć by nie było. W każdym razie, jak dla mnie dotychczasowa trwałość na piątkę!




To na razie tylko cztery dni, do obiecywanych dwóch tygodni jeszcze daleko, póki co studzę więc emocje, czekając na rozwój wypadków. Za jakiś czas na pewno dam Wam znać, jak się sprawy mają. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję i że będę mogła z czystym sumieniem tę linię Wam polecić. Z moich informacji wynika, że w sklepach ma pojawić się w lutym (cena sugerowana - 34 zł), ale z tego, co pisałyście mi na FB, jest już widywana w drogeriach Hebe. 

Na koniec jeszcze rzut oka na wzornik ze wszystkimi odcieniami Miracle Gel, jakimi dysponuję. Który podoba Wam się najbardziej, beż, mięta, lawenda, koral, czy czerwień?




Prędzej czy później wszystkie te kolory pokażę Wam na paznokciach, bądźcie cierpliwe. Kto wie, może nawet ozdobione jakimś wzorkiem? Wyobraźcie sobie, że w przesyłce znalazłam też zestaw Konad. To moja pierwsza płytka i za bardzo nawet nie wiem, jak się do tych stempelków zabrać. Pewnie poeksperymentuję, choć za efekty nie ręczę :DDD




No i jak, udało mi się Was zainteresować? Co myślicie o Sally Hansen Miracle Gel? Kusi Was obiecywana wydłużona trwałość lakieru na paznokciach? Przemawia do Was ten hybrydowy system, wprost stworzony do warunków domowych, poza topem nie wymagający żadnych dodatkowych akcesoriów? Koniecznie dajcie znać. Jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

Buziaki,
Cammie.