beauty & lifestyle blog

piątek, 3 czerwca 2011

Wedle życzenia :)))

Pierwsze badanie ankietowe Ty wybierasz! zakończone. Oddałyście łącznie 160 głosów, z których aż 50 (31%) wskazywało na żel micelarny do mycia i demakijażu Be Beauty z serii Hydro Effect. Zgodnie z obietnicą, dziś jego recenzja, wedle życzenia :)))





Jak pewnie wiecie, Be Beauty to marka własna Biedronki. Jeszcze parę miesięcy temu do głowy by mi nie przyszło, że sięgnę po jakikolwiek produkt kosmetyczny właśnie stamtąd. Tymczasem nie dość, że dziś sięgam, to w dodatku zamierzam Was też do tego zachęcić! :)))

Co mnie skłoniło do eksperymentu z żelem micelarnym Be Beauty? Po pierwsze sensacyjna wiadomość, że producentem jest znana, ciesząca się znakomitą renomą marka Tołpa. Po drugie niezwykle atrakcyjna cena (około 5 złotych za 150 ml), jak to w Biedronce. Po trzecie wreszcie chęć wypróbowania specyfiku, w którym cząsteczki micelarne zamknięte są w formie żelu, a nie zwykłego płynu, jak w przypadku wszystkich preparatów, z którymi miałam do czynienia do tej pory.

Mimo że Biedronek w moim mieście jest kilka, zakup nie był łatwą sprawą. Wieść o świetnej jakości tego żelu odbiła się w internecie tak szerokim echem, że nie sposób było go dostać. W każdym razie któraś tam próba skończyła się powodzeniem, wypatrzyłam na półce, chwyciłam i do kasy!

Na zdjęciu mocno sfatygowane, puste już opakowanie.






Żel przeznaczony jest do cery suchej i wrażliwej. Oto informacja od producenta:


Hypoalergiczny preparat w postaci żelu micelarnego delikatnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy i oczu. Struktury micelarne zapewniają niezwykle wysoką skuteczność oczyszczania, dokładnie usuwają makijaż i zanieczyszczenia nie naruszając bariery hydrolipidowej naskórka. Zawarty w preparacie d-panthenol zapewnia naturalny poziom nawilżenia, łagodzi podrażnienia oraz przynosi uczucie natychmiastowego ukojenia. Skóra staje się gładka i czysta. Odzyskuje świeżości i komfortu.


Prawda, prawda, po trzykroć prawda! Choć moja skóra się przetłuszcza, to jednak ma tendencje do ciągłego, przewlekłego odwodnienia, dlatego staram się myć twarz łagodnymi preparatami. Be Beauty sprawdził się wyśmienicie. Okazał się delikatny, ale skuteczny, nie ściągał skóry, pozostawiał ją miękką i nawilżoną. No i oczywiście czystą :))) Nie stosowałam go co prawda do pełnego demakijażu, ale z pozostałościami podkładu czy tuszu radził sobie doskonale. Co ważne, nie podrażniał oczu! Żadnego pieczenia, szczypania, czy łzawienia. Myślę, że to dla Was ważna informacja, jeśli demakijaż często okupujecie takimi "atrakcjami". Uwaga, nie pienił się! Może to być pewną przeszkodą, ale ja szybko się z tym oswoiłam.

Mówię Wam, dajcie sobie i Biedronce szansę :) I bądźcie piękne z Be Beauty :)))

czwartek, 2 czerwca 2011

W kupie siła!

Na pewne sprawy po prostu trzeba reagować. To, co dziś dotyka ciebie, jutro może dotknąć mnie. To, co dziś spędza sen z powiek mnie, jutro może nie dać spać tobie. Dlatego w geście solidarności z Sabbath, autorką perfumeryjnego bloga Sabbath of Senses KLIK, broniąc jej praw do własnego dorobku i latami wypracowywanej renomy, pozwalam sobie opublikować na łamach No to pięknie! jej apel o nagłośnienie bezczelnego złodziejstwa, którego stała się ofiarą. O tej przykrej historii możecie przeczytać TUTAJ.


Bloggerko! Bloggerze!

Tworzysz bloga, inwestujesz w niego swój czas, wiedzę, umiejętności, pasję? Tworzysz markę rozpoznawalną dla Twoich czytelników? Czujesz, że masz swoje miejsce w wirtualnej rzeczywistości?

Ilu z Was zastrzegło nazwę bloga, zarejestrowało domeny (z różnymi końcówkami) z tą nazwą?

Niewielu, prawda? Na tym polega istota blogowania: mamy miejsce w sieci, w którym bez opłat dzielimy się swoją pasją i talentem.

A teraz wyobraźcie sobie, że właściciel innego bloga rejestruje domenę z nazwą miejsca, o którego renomę tak długo dbacie i umieszcza tam odsyłacz do siebie.

Właśnie spotkało to mnie.

Właściciel bloga Nie Muzyczna Pięciolinia Marcin Budzyk wykupił domenę z nazwą bloga Sabbath of Senses, którego prowadzę od 2008 roku i umieścił tam przekierowanie na swojego bloga, na którym wielokrotnie mnie oczerniał.





Proszę, nie publikujcie tego adresu na forach, żeby nie przesuwać go wyżej w wyszukiwarce. Korzystajcie ze skanu.

Prawo pozwala na rejestrowanie domen o dowolnej, niezastrzeżonej nazwie. To, co powstrzymuje ludzi przed kradzieżą cudzej nazwy to zasady. Wiemy jednak, że istnieją ludzie, którzy ich nie mają.

To się może zdarzyć każdej i każdemu z nas. Bez względu na to, na jaki temat piszemy - zawsze może znaleźć się ktoś, kto będzie usiłował pasożytować na Naszej pracy. Nie pozwólmy na to!

Piszcie o tej sprawie na swoich blogach, wywalajcie kolesia z blogrolla, informujcie kogo się da - niech potencjalny kolejny cwaniak wie, że takie zachowanie oznacza internetowy ostracyzm. Zareagujmy tak, żeby każda kolejna pijawka, której przyjdzie do głowy taki numer miała świadomość, że nie warto.


Dziękuję
Sabbath


Przyłączam się do apelu. Opublikujcie go na swoich stronach, spróbujmy wspólnymi siłami nagłośnić sprawę. W kupie siła!

Mieści Wam się to w głowach? Bo ja ciągle nie dowierzam, że można się posunąć do takiego świństwa, bez skrupułów żerować na cudzym sukcesie i talencie. I sobie, i Wam życzę, żebyśmy zawsze po owoce naszej pracy sięgali sami :)))

środa, 1 czerwca 2011

Udany duet :)))

Już w sprzedaży, nowe masło do ciała The Body Shop, Body Butter Duo! Pamiętacie? Jakiś czas dostałam do testów dwa takie masełka. Kwiat Acai, jako nagrodę w konkursie, oddałam jego zwyciężczyni, mnie natomiast przypadł orzech Macadamia (serię uzupełnia jeszcze Wanilia i Pachnący Groszek).



(Zdjęcie: materiały promocyjne The Body Shop)



Tym, co wyróżnia masła Duo od innych produktów tego typu, jest ich wielofunkcyjność. Zasadniczo mają oczywiście po prostu odżywiać skórę, ale dzięki prostemu trikowi stopień tego odżywienia może być różny, w zależności od indywidualnych potrzeb. Opakowanie kryje tak naprawdę dwa masła o różnych formułach - lżejsze, do niewymagających partii ciała o skórze normalnej oraz treściwsze, do partii narażonych na przesuszenie. Tylko od nas zależy, po które masło sięgniemy i jak je zastosujemy :)

Zamierzeniem producenta było zapewnienie optymalnego nawilżenia wszystkich miejsc na ciele. Poczytajcie, jak Duo opisane zostało na przykładzie wersji Makadamia.


Zwolennicy słodkich zapachów pokochają nowe Masło do Ciała Duo - Makadamia. Drzewo makadamia pochodzi z Australii, a olejek pozyskiwany z jego orzechów jest niezwykle łatwo wchłaniany przez skórę.

Teraz, aby skorzystać z zalet oleju z orzechów drzewa makadamia, wystarczy zanurzyć dłonie w nowym Maśle do Ciała Duo, wybierając konsystencję o odpowiedniej intensywności nawilżania.

W trosce o skórę normalną nasza formuła zawiera: masło shea, masło kakaowe, olej z brazylijskich orzechów oraz olej z ekologicznie uprawianej soi.

Aby sprostać wymaganiom suchej skóry łokci, kolan oraz łydek, bogatsza konsystencja zawiera: masło kakaowe, olej z brazylijskich orzechów, wosk pszczeli, olej z orzechów babassu oraz olej z ekologicznie uprawianej soi. Wszystkie składniki pozyskiwane są w ramach programu Wspólnota Uczciwego Handlu.


Tak oto masło prezentuje się w rzeczywistości :) Charakterystyczne dla maseł The Body Shop opakowanie podzielone zostało na dwie komory, które łącznie zawierają 200 ml produktu.








Faktycznie, formuły wyraźnie się od siebie różnią. Masło do skóry normalnej ma dość luźną konsystencję, łatwo dającą rozprowadzać się na skórze. Masło do skóry suchej, mój zdecydowany faworyt w tym duecie, jest natomiast zwarte i treściwe, ale mimo to jego aplikacja też jest niekłopotliwa, bo mięknie pod wpływem ciepła dłoni. Oba pozostawiają charakterystyczny, pachnący film, który nie każdemu pewnie będzie pasować, ale ja go lubię, bo otula skórę przynosząc ukojenie. W przypadku masła do skóry suchej, efekt ten utrzymuje się wyjątkowo długo, w zasadzie tę ochronną warstwę jest w stanie usunąć tylko kąpiel.

Stopień pielęgnacji skóry oceniam naprawdę wysoko. Pomysł z umieszczeniem dwóch formuł w jednym opakowaniu jest interesujący, doceniam zamysł, aczkolwiek akurat w moim przypadku nie byłby to argument, który zaważyłby na decyzji o zakupie. Raczej nie potrzebuję produktu "dwa w jednym". Mam po prostu skórę suchą i zwykle szukam masła/balsamu, który mi ulży w tym problemie i wybieram taki, który mogę zastosować na całe ciało. Osobom mniej wymagającym, sporadycznie bądź miejscowo stosującym treściwszą pielęgnację, takie rozwiązanie powinno się jednak spodobać, bo jest po prostu wygodne. Pytanie, czy spodoba Wam się cena, bo Duo w regularnej ofercie kosztuje 65 złotych, sporo jak na masło do ciała. No ale The Body Shop przyzwyczaił nas i do jakości, i do cen, jakie trzeba za nią zapłacić ;))) W każdym razie teraz obowiązuje atrakcyjna cena promocyjna (45 złotych), więc jeśli czujecie, że Duo to coś dla Was, to nie przegapcie okazji! Bo w gruncie rzeczy to udany duet jest :)))