beauty & lifestyle blog

środa, 14 września 2011

Lody przełamane :)))

Żegnam Wiedeń darząc go zdecydowanie cieplejszym uczuciem, niż mogłam się na początku spodziewać. Doceniłam jego dostojną atmosferę. I dostrzegłam atuty, które wyróżniają go na tle innych znanych mi miast.

Wiedeń jest wygodny. Metro umożliwia szybkie i sprawne poruszanie się we wszystkich kierunkach. Jest świetnie oznaczony, dzięki czemu zgubić się jest sztuką.

Wiedeń jest powściągliwy. Oferuje tyle atrakcji, a nie męczy jednak natrętnymi naganiaczami, czy krzykliwymi reklamami.

Wiedeń jest gościnny. W wielu punktach miasta dostępne są ujęcia bezpłatnej, przyjemnie chłodnej wody pitnej.

Wiedeń jest czysty. To rzuca się w oczy. Wysprzątany, wyczyszczony, uporządkowany.

Wiedeń jest kulturalny. Szczególnie zwraca uwagę kultura jazdy kierowców.

Wiedeń jest tolerancyjny. Homoseksualne pary nie wzbudzają żadnego niezdrowego zainteresowania.

Wiedeń jest niespieszny. Miasto żyje oczywiście swoim szybkim miejskim rytmem, ale równolegle toczy się też życie zawsze pełnych wiedeńskich kawiarni.

Wiedeń jest zabytkowy. Nie sposób przejść pięciu kroków, żeby nie natknąć się coś godnego uwagi.




















Kto by przypuszczał? Przyjechałam do Wiednia obcego i zdystansowanego, wyjeżdżam z Wiednia oswojonego i przyjaznego. Lody przełamane :)))



wtorek, 13 września 2011

Jestem nudziarą ;)))

Po nerwowych doświadczeniach z London Eye powinnam być mądrzejsza. Powinnam być mądrzejsza i nie wsiadać do Wiener Riesenrad. Ale odwiedzić Prater i nie zobaczyć panoramy miasta z perspektywy tych 65 metrów, na które wznosi nas kręcące się od 1897 roku wiedeńskie diabelskie koło? Kpina! Wsiadłam więc i już po chwili żałowałam. Wszystko się trzęsło, a ja najbardziej ;)))













Szczęśliwie postawiłam stopy z powrotem na twardym gruncie i ruszyłam obejrzeć Prater, słynne wiedeńskie błonia, zachowujące swój rozrywkowy charakter już od osiemnastego wieku. Dziś to po prostu ogromne wesołe miasteczko.

Prater to moje największe wiedeńskie rozczarowanie. Nie wiem, co sobie wyobrażałam, ale spodziewałam się czegoś zupełnie innego ... Bardziej tradycyjnego? Spokojniejszego? Trafiłam natomiast do plastikowej świątyni współczesnego kiczu zanurzonego w nieznośnym hałasie i smrodzie smażeniny.



























Ogrom tej tandety jest przytłaczający, można poczuć się jak na planie jakiegoś taniego horroru klasy C. Patrząc na to wszystko, ma się ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. Co też zrobiłam, zostawiając rozbawiony Prater za plecami. Zdecydowanie wolę Wiedeń w jego klasycznej, poważnej odsłonie, nawet jeśli wychodzę przy tym na starą nudziarę ;)))




Polski akcent :)

Polski akcent w Wiedniu, Buffet Trześniewski :))) Sieć, założona w 1902 przez Polaka, Franciszka Trześniewskiego, słynie z malutkich kanapeczek, serwowanych z przeróżnymi pastami. Wybór smaków jest naprawdę imponujący, począwszy od past jajecznych, przez warzywne, aż po rybne.






Podobno kanapki Trześniewskiego cieszą się w Wiedniu olbrzymią popularnością. Na własne oczy widziałam zresztą, że ruch w bufecie jest nieustający. Kanapeczki znikają z talerzy w mgnieniu oka, ludzie lecą dalej. No chyba, że akurat mają ochotę na kolejny specjał sieci, mianowicie miniaturowe piwo "Pfiff", serwowane w maleńkich kuflach o pojemności 0, 176 l :)))

Kanapkom Trześniewskiego nie można odmówić smaku i uroku, ale traktować je należy raczej jako drobną przekąskę, niż porządny posiłek. Albo zjeść ich tysiąc pięćset sto dziewięćset ;)))