beauty & lifestyle blog

środa, 10 kwietnia 2013

Który róż, jeśli już, czyli Maybelline Affinitone i Dream Touch


Dzisiaj proponuję Wam recenzję porównawczą dwóch róży Maybelline, prasowanego Affinitone 77 Rose i kremowego Dream Touch 04. Pamiętam, że bardzo Was zainteresowały, kiedy je wstępnie prezentowałam. Zapraszam!


Bezlitosnej krytyki nie będzie, choć ochów i achów też nie. Po prostu obu różom, mimo pewnych zalet, mam coś do zarzucenia.  Zwłaszcza Affinitone zalazł mi za skórę. 

Dlaczego? 

Może dlatego, że rozpadł się już po kilku dniach? Nie upadł, nawet nie opuścił toaletki, a jednak mechanizm opakowania po prostu rozleciał mi się w rękach.

Może dlatego, że jest tak słabo napigmentowany? Kolor na policzkach jest ledwo widoczny.

Może dlatego, że daje mocno pudrowy efekt? Żeby podkreślić policzki, trzeba go nałożyć naprawdę sporo.







Maybelline Affinitone 77 Rose,
bardzo jasny, chłodny odcień różu



Chcąc pokazać Wam jego odcień, musiałam kilkakrotnie konkretnie potrzeć go palcem, a i tak ledwo go widać. Żeby kolor wydobyć na policzkach, trzeba nałożyć go w kilku warstwach, co niestety niestety wygląda bardzo pudrowo (i z pewnością przekłada się na kiepską wydajność). Próby roztarcia kończą się zwykle starciem pigmentu. Bardzo, bardzo słabo jak na 25 zł, które trzeba za niego zapłacić. Ma szansę spodobać się jedynie dziewczynom o naprawdę jasnej cerze. No i właśnie mimo tych wszystkich oczywistych wad, nawet go polubiłam :))) Choć muszę się przy aplikacji trochę napracować, odpowiada mi jego subtelność i delikatność. Ale bierzcie poprawkę na to, że ja często zamiast różu nakładam na policzki różowawe rozświetlacze (właśnie w ten sposób zużyłam do zera Essence Famous flamingo, kojarzycie?), mam naprawdę jasną skórę. Także bladolice mogą zakup rozważyć (godząc się co prawda na toporne, plastikowe, zawodne opakowanie), całej reszcie odradzam! 


Dream Touch to zupełnie inna bajka. Słoiczek jest solidny i nawet ładny. W środku kryje się aksamitnie kremowy róż, miękki, plastyczny i nieźle napigmentowany. Co więc z kolei w nim mi przeszkadza?

Może to, że kremowa formuła wymusza nakładanie go bezpośrednio na podkład? Nie mam pomysłu jak go utrwalić, przypudrowanie nie wchodzi w grę, bo zniszczyłoby to cały efekt.

Może to, że nie utrwalony ma tendencję do znikania w ciągu dnia? 

Może to, że muszę pamiętać, by nakładać go hojnie? Po jakimś czasie i tak blednie.







Maybelline Dream Touch 04
ciepły odcień przybrudzonego różu



Pierwszy raz mam do czynienia z taką formułą różu i muszę przyznać, że niełatwo zmienić nawyki. Jakoś tak mam już w głowie utrwalone (pisałam o tym wczoraj na FB :D), że nakładam podkład, który od razu przypudrowuję. Chcąc użyć kremowego różu, nie mogę tego zrobić. Po aplikacji różu też nie za bardzo mogę sięgnąć po puder, przecież nie przykryję tego pięknego rumieńca, który właśnie wyczarowałam! A trzeba przyznać, że rumieniec faktycznie jest piękny. Wygląda tak naturalnie, że można się nabrać. Co z tego, kiedy niczym nie utrwalony ma tendencję do znikania z biegiem godzin? ... Być może jakimś rozwiązaniem byłby fixer w płynie, ja niestety niczego takiego nie mam. I choć Touch Blush generalnie bardzo mi się spodobał, uważam, że nie jest to produkt dla cer z tendencją do przetłuszczania. Polecam go raczej dziewczynom ze skórą normalną, czy wręcz suchą. Warto zainwestować te 33 zł, które kosztuje. Żadnym różem w pudrze nie uzyskacie tak naturalnego, promiennego efektu.


Na koniec słocze, z lewej strony Dream Touch, z prawej ledwie widoczny Affinitone.






Myślę, że w tym zestawieniu bezsprzecznie wygrywa kremowy Dream Touch, aczkolwiek ja mimo wszystko dla siebie wolę Affinitone. 


Wpadł Wam któryś w oko? A może miałyście już z nimi do czynienia? Co o nich myślicie? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami.

Buziaki,
Cammie.



wtorek, 9 kwietnia 2013

Podpięta do prądu, czyli jak poskromić baby hair?

Zauważyłyście, że ostatnio rzadko recenzuję? W sumie nie wiem, z czego to wynika, tym bardziej, że naprawdę mam o czym pisać! Ciągle wyskakują inne tematy, jak przysłowiowe króliki z kapelusza. W każdym razie obiecuję poprawę, znowu pojawią się długaśne recenzje w starym stylu :)))

Na włosy, odpukać, aktualnie nie mogę narzekać. Przestały nadmiernie wypadać (pamiętacie? po ciąży miałam z tym olbrzymi problem), wzmocniły się i rosną, rosną, rosną! Baby hair, pojawiające się głównie nad linią czoła i skroni (w ogromnej ilości!), osiągnęły jednak właśnie bardzo trudną długość, około 4 cm. Krótko mówiąc, sterczą na wszystkie strony ... Momentami wyglądam, jak podpięta do prądu :DDD Tylko z tym w zasadzie się teraz zmagam. 

Nie znam niezawodnego, jedynie słusznego sposobu na poskromienie baby hair, zawsze kombinuję. Tym razem padło na dwa produkty, dla których przez długi, długi czas nie umiałam znaleźć zastosowania, bo włosów po prostu nigdy w jakiś wyszukany sposób nie stylizuję. A teraz są jak znalazł! Kemon Hair Manya Cosmo i Kemon AND Vamp Spray.






Żel do włosów.

COSMO stosowany samodzielnie utrzymuje objętość i utrwala krótkie fryzury. Działa harmonijnie z innymi produktami do stylizacji i wykańczania fryzur, podkreślając uzyskiwany dzięki nim efekt, rozświetla włosy. Wygładza, rozdziela i dyscyplinuje włosy. Nie obciąża włosów i stanowi doskonałą bazę dla dowolnego typu produktów do modelowania.






Lakier mocno utrwalający.

Lakier szybkoschnący, mocno utrwalający. Natychmiastowe, długotrwałe utrwalenie i pełnia blasku. Doskonałe rozpylanie szerokim strumieniem zapewnia szybkie schnięcie włosów bez ich moczenia. Lekka konsystencja nie zostawia resztek, a do jej usunięcia wystarczy przeczesanie włosów grzebieniem. Lakier jest idealny do natychmiastowego utrwalania danego kształtu lub całej fryzury.


Powiem Wam, że z tym duetem nawet udaje mi się tę moją tymczasową szaloną fryzurę doprowadzić do porządku. Jak to robię? Po umyciu i wysuszeniu włosów niesforne kosmyki nad czołem wygładzam żelem, dla utrwalenia efektu traktując je też dosłownie odrobiną lakieru. I w zasadzie tyle, gotowe :))) Włosy są ujarzmione, trzymają się głowy i co najważniejsze, mam z nimi spokój przez cały dzień.

Ale wiecie co? Ten lakier nie jest niezastąpiony. Owszem, faktycznie jest szybkoschnący i lekki, ale jednak swoje kosztuje. Wydać 60 zł (300 ml) tylko po to, żeby psikać na odstające włoski? To mnie nie przekonuje. Właścicielki skomplikowanych fryzur, potrzebujących mocnego, niezawodnego, a przy tym nie obciążającego włosów utrwalenia mogłyby się nad nim zastanowić, ja jednak, myśląc o sobie i swoich włosach, dokonując wyboru na pewno sięgnęłabym po coś tańszego. 

Żel natomiast jest genialny! Niezwykle wydajny, zwarty, plastyczny, pięknie dyscyplinuje włosy, nie pozostawiając jednak żadnej lepkości. Kosmyki zachowują elastyczność i witalność, utrzymując nadany kształt. Cosmo nie dość, że świetnie działa, to jeszcze świetnie wygląda, neonowe kolory przyciągają uwagę. W dodatku ten zapach! Apetyczny, odprężający, owocowy, mmmmmm :))) To oczywiście wartość dodana, ale dla mnie osobiście bardzo ważna. Żel kosztuje co prawda około 70 zł (za 250 ml), ale w jego przypadku, biorąc pod uwagę naprawdę zaskakującą wydajność (na ułożenie włosów wystarcza mi jedna pompka, wielkości ziarnka grochu), ręka sięgając po portfel chyba by mi nie zadrżała.


Wiem, że niektóre z Was nastawienie do kosmetyków fryzjerskich mają sceptyczne, one są jednak znacznie droższe od tych drogeryjnych. Ja sama nie uważam, że w domowej pielęgnacji i stylizacji koniecznie wytaczać musimy najcięższe działa. No chyba że ktoś ma z włosami bardzo specyficzny, trudny problem. Ale sterczących baby hair do tej kategorii bym jednak nie zaliczyła. Gdybym nie miała pod ręką produktów Kemon, na pewno ratowałabym się czymś tańszym i łatwiej dostępnym. No ale mam i mogę cieszyć się ich doskonałą jakością :)))

Zdradźcie, proszę, jakie są Wasze sprawdzone sposoby na poskromienie baby hair. Nie piszcie tylko, żeby poczekać, aż urosną! :DDD

Buziaki,
Cammie.



poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Brzoskwinka, mięta i malinka, czyli blogerska kolekcja Wibo

Blogerskiej kolekcji Wibo Nail Obsession nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, bije rekordy popularności, znikając ze sklepowych półek niemal z prędkością światła. Nie dziwię się temu, uważam, że strategia marketingowa oparta na współpracy z Ambasadorkami Wibo to był strzał w dziesiątkę. Można kręcić nosem, że to niska półka, kwestionować jakość i tak dalej, ale fakt jest faktem, że to pierwsza tego typu akcja w Polsce, żadna inna marka jak dotąd nie odważyła się sięgnąć po potencjał beauty blogerek. A okazuje się, że ten jest całkiem spory! Czego najlepszym dowodem jest to, że ruszyła właśnie druga edycja programu ambasadorskiego.

Zwieńczeniem pierwszej edycji było pojawienie się w sprzedaży kolekcji Nail Obsession. Gratuluję wszystkim dziewczynom, które przyczyniły się do jej powstania!

Na kolekcję składa się dziesięć kolorów, z których wybrałam dla siebie trzy. Każdy to wydatek rzędu raptem 6 zł, można więc poszaleć.



PEACHES AND CREAM
od Oleski






MINT SORBET
od Siouxie






MARY ROSE
od Jamapi






Jak pewnie wiecie, najbardziej pożądanym kolorem tej kolekcji jest kremowa brzoskwinka. Nie ujmuję mu urody, ale osobiście uważam, że przełożyła się na to po prostu popularność na You Tube jego autorki, Oleski. Tak czy inaczej to bardzo ładny odcień, ciepły i delikatny. Szkoda, że wymaga aż trzech warstw. Pierwsza smuży, druga smuży, dopiero trzecia daje przyzwoite krycie. Na szczęście lakier okazał się trwały, w zasadzie najtrwalszy ze wszystkich trzech, które mam, bez problemu utrzymuje się na paznokciach do czterech dni.

Miętowy sorbet naprawdę ma potencjał, świetnie wpisuje się w ciągle utrzymującą się modę na tego typu odcienie. Niby krem, ale jednak z mgiełką drobniutkiego zielonego shimmeru. Efekt ładny, ale wymagający nałożenia trzech warstw, w dodatku dość trudny do zmycia, lakier schodzi, a drobinki migrują po palcach. Jego trwałość niestety też mnie nie zadowala, po dwóch dniach nie tyle się ściera, co po prostu odpryskuje. Za to bardzo, ale to bardzo podoba mi się fakt, że nie ma w tej mięcie niebieskich nut, za którymi nie przepadam.

Mary Rose jest z tej trójki kolorem chyba najtrudniejszym do opisania. Na pierwszy rzut oka elektrycznie czerwony, po chwili pokazuje swoje wściekle różowo - malinowe oblicze, by na koniec w sprzyjającym ostrym świetle uderzyć jeszcze po oczach zimnym, niemal fioletowo - niebieskim błyskiem. Bardzo energetyczny, bardzo żywy, podoba mi się. Aplikuje się zupełnie bezproblemowo,  dla ładnego efektu wystarczą dwie warstwy. Niestety jest dość przejrzysty, jakby żelkowy, także może pojawić się problem z prześwitującymi końcówkami. Ja na szczęście lubię króciutkie paznokcie, więc mnie to nie dotyczy. To chyba mój ulubieniec, idealny na słoneczne lato!


Jestem pewna, że znacie te lakiery, ciekawa jestem Waszych faworytów. No i Waszego zdania o całej tej akcji. Ja uważam, że pomysł jest świetny i mam nadzieję, że ambasadorki drugiej edycji także będą miały okazję się wykazać :)))

Buziaki,
Cammie.