beauty & lifestyle blog

niedziela, 20 listopada 2011

Orient Express ;)))

Przywykłyśmy do pielęgnowania dłoni kremami, a może by tak raz sięgnąć po coś innego? Zwłaszcza że The Body Shop (zajrzyjcie na fun page na FB, KLIK) ma ciekawą propozycję, Hemp Hand Oil, olejek konopny do bardzo suchej skóry :)))






W szklanej, nieco aptecznie wyglądającej buteleczce, utrzymanej w ascetycznej stylistyce TBS, otrzymujmy 15 ml olejku, który aplikujemy za pomocą precyzyjnej pipetki prosto na dłonie. Już kilka kropli wystarczy, aby błyskawicznie porządnie je odżywić, przywrócić ładny, zdrowy wygląd, ukoić podrażnienia i pozbyć się nieprzyjemnego uczucia spierzchnięcia. Olej konopny znany jest zresztą w kosmetyce ze swoich właściwości odżywczych i wygładzających.

Mimo odczuwalnie bogatej konsystencji, Hemp Hand Oil nie jest tłusty i wyjątkowo łatwo się wchłania jak na swoją olejową formułę, dłonie po jego zastosowaniu nie kleją się. To jego ogromna zaleta. Oczywiście nie znika bez śladu, pozostawia warstewkę, ale raczej ochronną niż brudzącą wszystko dookoła przy najlżejszym choćby dotyku. Zarzutem jednak może być wrażenie, że ochrona ta jest dość powierzchowna. Krótko mówiąc, skóra po zastosowaniu olejku jest ukojona i dobrze zabezpieczona, ale raczej nie należy spodziewać się dogłębnej regeneracji. Stosowany systematycznie (systematyczności niestety mi brakuje ...) z pewnością jednak trwale poprawi kondycję skóry.

Wartością dodaną tego produktu jest niewątpliwie zapach. Mocny, kadzidlany, długo utrzymujący się na skórze. Dla wrażliwego nosa może okazać się nawet drażniący, radzę powąchać przed zakupem. Na mnie sprawia jednak wrażenie odprężającego, relaksującego.

Jak podsumować ten błyskawicznie działający, orientalnie pachnący olejek? To proste! Orient Express ;)))

sobota, 19 listopada 2011

Zdrada ;)))

Paczka, jaką dostałam od Magazynu Drogeria (o szczegółach tej współpracy wspominałam TUTAJ), była wyjątkowo hojna i bardzo różnorodna w swej zawartości. Jestem przekonana, że o wszystkich produktach z przyjemnością poczytacie, a część z nich być może wzbudzi Wasze szczególne zainteresowanie, gdyż nie wpisują się w nurt popularnych kosmetyków drogeryjnych. Tymczasem serię recenzji rozpoczynam od produktu, z którym prawdopodobnie miałyście okazję się zetknąć, od maseczki z białą glinką naszej rodzimej Bielendy :)))






Bioorganiczna maseczka Glinka biała należy do serii ANTI-AGE w linii Eco Care.

ECO CARE to linia do codziennej pielęgnacji twarzy i ciała, oparta w 100 % na naturalnych wyciągach roślinnych, minerałach i krystalicznie czystej wodzie. Skoncentrowane, silnie działające bogactwa naturalne w najczystszej postaci skutecznie pomagają dbać o zdrowie i urodę.

Według producenta maska ma właściwości oczyszczające, ujędrniające i nawilżające.

Błyskawicznie likwiduje dyskomfort przesuszonej skóry, radykalnie ją wygładza i uelastycznia, redukuje zmarszczki. Usuwa obumarłe komórki naskórka i nagromadzone zanieczyszczenia, tonizuje skórę, regeneruje ją i łagodzi podrażnienia. Doskonale odżywia dojrzałą, pozbawioną jędrności i napięcia skórę, poprawia jej elastyczność i koloryt.

Lubię maseczki glinkowe, z tą też się polubiłam. Co prawda gdybym sama dokonywała wyboru, pewnie sięgnęłabym jak zwykle po właściwszą dla mojej cery glinkę zieloną, również dostępną w linii Eco Care, ale tym samym zalet białej nie miałabym okazji poznać. A ta ma ich sporo. Przede wszystkim jest łagodna, zachowując przy tym właściwości oczyszczające. Aplikowana na zalecane 10 minut nie wysycha na wiór, nie ściąga skóry, pozostawiając ją odczuwalnie miękką, wygładzoną i nawilżoną. Trzeba wierzyć producentowi w jej skoncentrowaną formułę, bo czułam lekkie mrowienie, świadczące o jej aktywności.

Sama aplikacja jest wyjątkowo łatwa, bo w przeciwieństwie do wielu glinek dostępnych w postaci proszku, maski Bielendy nie trzeba rozrabiać, a potem po tym zabiegu sprzątać :) To po prostu biała pasta, gotowa do użytku. Konsystencja jest zwarta, ale nie tępa, raczej przyjemnie kremowa, pozwalająca bez trudu rozprowadzić maskę na skórze. Walory maski dodatkowo podnosi jej zapach. Delikatny, ale wyczuwalny, na pewno nie drażniący, raczej relaksujący. Dla mnie nieco orientalny, jakby kadzidlany.

Masce nie można odmówić skuteczności i to jest jej najważniejsza zaleta. Wygodna aplikacja również nie jest bez znaczenia. Przyczepię się jednak do opakowania, bo saszetki to coś, czego po prostu nie lubię, a tak są właśnie pakowane glinki Bielendy. Maseczka może być niby stosowana na twarz, szyję i dekolt, ale ja praktycznie zawsze ograniczam się do twarzy i trudno mi zawartość saszetki zaaplikować jednorazowo. Zawsze mam problem, jak to potem przechowywać, jak zabezpieczyć przed wysychaniem. Oczywiście dobrze jest móc kupić niewielką ilość produktu na testy, ale kiedy jestem już do czegoś przekonana, wolałabym też mieć możliwość zakupu pełnowymiarowego opakowania. Cóż, w tym przypadku nie mam. Maska dostępna jest wyłącznie w saszetkach. Za około 5 złotych dostajemy dwie osobno pakowane porcje, każda o pojemności 5 ml. Jednorazowo nie jest to duży wydatek, cena jest przystępna, jednak wystarczy policzyć, ile kosztowałaby tubka tego specyfiku ... Może i lepiej, że dostępne są wyłącznie tanie saszetki, łatwiej zdecydować się na zakup :))) Tym bardziej, że do ich estetyki w zasadzie nie można mieć zastrzeżeń, graficznie są bardzo udane. Poza tym dzięki oznaczeniu Eco Care wzbudzają zaufanie do produktu, które kryją, przywodząc skojarzenia z naturalnymi, bezpiecznymi składnikami.

Dobry produkt. Łatwo dostępny, skuteczny, choć jak dla mnie kiepsko pakowany. Oczywiście to kwestia indywidualnych upodobań, bez związku z jakością maski. Tę oceniam wysoko. Mam zamiar od czasu do czasu ulubioną zieloną glinkę zdradzać z białą. I nie zamierzam się z tą zdradą kryć :DDD



piątek, 18 listopada 2011

Pozycja obowiązkowa :)))

Na recenzję produktów Kemon, które prezentowałam TUTAJ, kazałam Wam czekać dość długo, ale oto jest: moja opinia na temat fluidu zwiększającego objętość włosów Macro z serii Hair Manya oraz odżywki nadającej włosom grubość i zwiększającej objętość fryzury Volume e Corposita z linii Actyva.






Produkty, jak widzicie, dwa, ale recenzję postanowiłam napisać jedną, wspólną, bo i fluid, i odżywka mają spełniać w zasadzie to samo zadanie: zwiększać objętość włosów.


Fluid MACRO zwiększa grubość i objętość włosów. Nadaje im zdrowy, lśniący oraz pełen życia wygląd. Nie klei się. Nie ma negatywnego wpływu na działanie innych zastosowanych produktów do stylingu. MACRO to propozycja dla wszystkich pragnących stałej objętości, miękkości i niezrównanego połysku. Efektem jego zastosowania są lekkie, nieposklejane włosy o miłym zapachu leśnych jagód i naturalnie wyglądającą wystylizowana fryzura.



VOLUME E CORPOSITA, odżywka nadająca grubość i zwiększająca objętość fryzury. Odżywka oparta jest na bazie protein roślinnych (proteiny z soi i pszenicy) i naturalnych energetyzujących ekstraktów (wyciąg z pąków lipy, wyciąg z nasion lnu). Zawiera substancje czynne, nabłyszczające i zmiękczające. Ułatwia rozczesywanie cienkich i przewrażliwionych włosów, dodaje im objętości i blasku, nie obciążając włosa. Odżywka zmniejsza puszystość podczas suszenia, sprawiając, że włosy stają się podatne na układanie. Ułatwia nadanie objętości i pomaga utrzymać ją w czasie, sprawia, że włosy stają się grubsze, błyszczące i bardzo lekkie.










Na pewno nie zaskoczę was, pisząc, że najlepsze efekty daje stosowanie obu produktów jednocześnie? :))) Oba są na swój sposób skuteczne, ale w duecie skuteczność ta staje się wręcz spektakularna.

Moim zdecydowanym faworytem stał się fluid. Prosty w aplikacji, bardzo wydajny i bajecznie, apetycznie pachnący wyraźną nutą leśnych owoców. Nanoszony dłońmi na wilgotne włosy, tuż przed suszeniem, usztywnia je i rozdziela, co naprawdę zwiększa ich objętość. Jest to widoczne nawet na moich długich, ciężkich i z natury dość grubych włosach, także wyobrażam sobie, że na włosach krótszych i delikatniejszych efekt byłby jeszcze bardziej zauważalny. Denerwuje mnie jedynie, że po zastosowaniu fluidu włosy tracą sypkość, tak charakterystyczną tuż po umyciu głowy. Przy krótkich fryzurach nie będzie to pewnie miało znaczenia, ba, być może będzie to efekt pożądany, bo ułatwi układanie, ale dla mnie jest to niestety trochę irytujące. No ale coś za coś. Także mimo dość wygórowanej ceny (65 złotych za 250 ml), uważam, że warto rozważyć zakup tego produktu, zwłaszcza że jego skuteczność i wydajność z pewnością osłodzą wydatek.

Niestety nie mogę tego samego napisać na temat odżywki. Owszem, spełnia obietnice producenta, a w parze z fluidem czyni wręcz cuda, jednak stosowana samodzielnie nie jest aż tak zachwycająca, żeby bez bólu przełknąć jej cenę (65 złotych za 150 ml), tym bardziej, że jej wydajność nie jest powalająca. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że dzięki niej włosy stają się wyjątkowo miękkie i lekkie. Własnie ta lekkość stanowi o objętości fryzury. Jej aplikacja nie jest jednak aż tak bezproblemowa, jak w przypadku fluidu, bo wymaga czasu (nałożenie na wilgotne włosy, odczekanie, dokładne spłukanie), co w moim przypadku wyklucza regularne stosowanie. Po prostu rano minuty są dla mnie zbyt cenne :)))



Podsumowując, jeśli na punkcie objętości włosów macie bzika, Kemon to zdecydowanie coś dla Was. Odżywkę potraktujcie opcjonalnie, na pewno nie zaszkodzi, ale przy wysokich oczekiwaniach może rozczarować. Za to fluid to pozycja obowiązkowa :)))