beauty & lifestyle blog

czwartek, 4 października 2012

Odkrycie :)))

Zanim wrócę do Was z kolejną z zapowiedzianych już recenzji na temat produktów do włosów, pokażę Wam zawartość paczki, jaką parę dni temu otrzymałam od Miraculum.

Do Miraculum należy sporo marek, zarówno tych tradycyjnych (Pani Walewska, Brutal czy Być Może), jak i bardziej współczesnych, między innymi Paloma. Znacie jej asortyment? Ja przyznaję, że odkrywam go praktycznie od zera. I coraz bardziej się zachwycam!

Spójrzcie tylko, co otrzymałam. Ręce same się rwą do otwierania! Nawet nie wiecie, ile silnej woli kosztowało mnie powstrzymywanie się od tego przez trzy dni w oczekiwaniu na dobre światło pozwalające to wszystko sfotografować ;)))



FOOT SPA
INTENSYWNIE WYGŁADZAJĄCY BALSAM DO STÓP
(z alantoiną, mocznikiem, masłem shea i olejem migdałowym)

HAND SPA
INTENSYWNIE NAWILŻAJĄCY KREM DO RĄK W SPREJU
(z alantoiną, mocznikiem, masłem shea, olejem migdałowym, olejem makadamia, ekstraktem z pereł i proteinami jedwabiu)

HAND SPA
CUKROWY PEELING DO RĄK
(z naturalnymi kryształkami cukru, olejem makadamia, olejem migdałowym oraz witaminami A i E)

BODY SPA
OLIWKOWY PEELING CUKROWY DO CIAŁA
(z naturalnymi kryształkami cukru, masłem shea, oliwą z oliwek, olejem makadamia, olejem migdałowym oraz witaminami A i E)

BODY SPA
ŻEL POD PRYSZNIC "BRAZYLIJSKA PAPAJA"
(z ekstraktem z papai, wyciągiem z melona, zapachem grejpfruta, mango, wanilii i piżma)






Peelingi kręcą mnie najbardziej, już nie mogę się doczekać, kiedy je wypróbuję. Kremy do rąk i stóp też prezentują się zachęcająco, ciekawi mnie zwłaszcza ten sprej. W zasadzie tylko żel pod prysznic to nie moja bajka, ale i tak z przyjemnością go przetestuję ze względu na obłędny zapach.

Miałyście pojęcie, że Paloma produkuje takie fajne rzeczy? Dla mnie to prawdziwe odkrycie!

środa, 3 października 2012

Czego chcieć więcej? :)))

Wygląda na to, że w najbliższym czasie będę pisać głównie o produktach do włosów, tyle mi się tego nazbierało. W zanadrzu recenzja organicznego szamponu i organicznej odżywki, szamponu w kostce oraz odżywki z linii profesjonalnej. Ale tę włosową serię zacznę od preparatu do stylizacji, mianowicie od jedwabiu w płynie Green Pharmacy.

Marka Green Pharmacy szturmem wtargnęła do naszych drogerii, dzięki przyjaznym składom z miejsca podbijając nasze serca. Przyznaję, że i ja uległam pokusie, parę tygodni temu wprowadzając do swojej pielęgnacji kilka jej produktów. Na efekty kuracji, na jaką się zdecydowałam, trzeba jeszcze poczekać, ale jedwab, opisywany przez producenta jako serum na łamliwe końcówki, mogę zrecenzować Wam już dziś :)))










Jedwab w płynie, serum na łamliwe końcówki. 100% ekstraktu Aloe Vera. Bardzo silnie skoncentrowane serum wygładza końcówki włosów i przeciwdziała ich rozdwajaniu, dla efektu jednolitych włosów na całej ich długości. Przeznaczone do włosów: cienkich, delikatnych, łamliwych, uwrażliwionych na wskutek działania czynników chemicznych i/lub mechanicznych, przemęczonych zabiegami fryzjerskimi. Dzięki lekkiej formule nie obciąża włosów. Olejki ryżowy i kameliowy regenerują uszkodzoną strukturę włosa i chronią końcówki przed rozdwajaniem. 100% ekstrakt aloesu i olejek cedrowy nawilżają przesuszone partie włosów przywracając im lśniący, zdrowy wygląd.

Pojemność: 30 ml.



Choć jedwabiu używam bardzo często, nie mam ogromnego doświadczenia z tego typu produktami, zapewne dlatego, że są niezwykle wydajne, w związku z czym nie kupuję ich często. Wcześniej stosowałam tylko popularny Biosilk i Gliss Kur Liquid Silk Gloss, który okazał się niestety strasznym lepiszczem. Mimo nikłego "materiału porównawczego" muszę przyznać, że na tle tych dwóch preparatów jedwab Green Pharmacy wypada świetnie, naprawdę się wyróżniając. W życiu nie spodziewałabym się tak dobrej jakości po produkcie kosztującym zaledwie osiem złotych! Uwierzycie? Trzydzieści mililitrów skutecznego serum o całkiem dobrym składzie w tak niskiej cenie!


Co do wspomnianego składu, to preparat Green Pharamcy jedwabiem jest tylko z nazwy, którą nawiązuje do swojej wygładzającej formuły, bo jedwabiu jako takiego nie zawiera. Owszem, zawiera za to silikony (nietłusty i lotny, czyli samoistnie wyparowujący po aplikacji Cyclopentasiloxane i łatwo zmywalny Dimenthiconol, czyli dokładnie te same, co Biosilk), ale ja ich nie demonizuję, bo to głównie dzięki nim w trzy sekundy nasze włosy nabierają niesamowitej gładkości i zdrowego blasku. Poza tym w recepturze nie da się przeoczyć odżywczego oleju z oliwek, nawilżającego ekstraktu z aloesu, ochronnego oleju ryżowego, pielęgnacyjnego oleju kameliowego i wzmacniającego oleju cedrowego.

Jedwab Green Pharmacy można nakładać i na włosy wilgotne, i na suche. Próbowałam obu sposobów i bardziej podoba mi się efekt po aplikacji na sucho. Wystarczą dwie krople tego specyfiku (wydajność na piątkę!), aby roztarte w dłoniach i delikatnie naniesione na włosy momentalnie je wygładziły i zdyscyplinowały, bez ich obciążania i sklejania. Fryzura wyraźnie zyskuje na lekkości. Czy zabezpiecza końcówki? Dzięki olejkom pewnie tak, choć moje włosy są zdrowe, z końcówkami nie mam żadnych problemów i trudno byłoby mi zaobserwować poprawę ich kondycji.

Odkąd dorwałam się do tego serum, stosuję codziennie. Lubię Green Pharmacy za gwarancję błyskawicznego wygładzenia włosów i obietnicę ich pielęgnowania. Nie zauważam złego wpływu odsądzanych wszędzie od czci i wiary silikonów, mnie najwyraźniej służą. No i do tego ta odlotowa cena! Czego chcieć więcej?

Stosujecie takie preparaty, czy jednak boicie się silikonów? Ciekawa jestem, jaki macie do tej sprawy stosunek. Zdroworozsądkowy, z przekonaniem, że wszystko jest dla ludzi, ostrożny, z obawą o stan włosów, czy zupełnie obojętny? Piszcie!


wtorek, 2 października 2012

Już nie szukam :)))

Wspominałam Wam, że wzięło mnie ostatnio na złoto i ciepłe beże? Wspominałam. Moja słabość do tych kolorów postępuje i ma się dobrze, czego efektem było poszukiwanie lakieru idealnie wpisującego się w ten trend. Niby mam Sandal Bella Oggi (pokazywałam go TUTAJ), ale jednak jego aplikacja jest tak kłopotliwa, że praktycznie po niego nie sięgam. A zatem zakupy. Na początek postawiłam na jeden z odcieni Nude Glam, nowej serii Essense, który niestety okazał się strasznym, strasznym bublem i przypomniał mi, dlaczego nie lubię lakierów tej marki (chcecie recenzję?). Po tej porażce przyszła kolej na inną niedrogą markę, a mianowicie Golden Rose. Mimo popularności tych lakierów, w moim mieście niestety nie są dostępne, także bardzo się ucieszyłam, kiedy na jakimś tam wyjeździe nadarzyła się okazja do zakupu. Zdecydowałam się na beż z serii Paris w odcieniu nr 118.






Tak, mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o odcień, lakier spełnia moje oczekiwania. Jest kryjący, bez tej nieznośniej transparentności całej rzeszy podobnych kolorów nadających się tylko do frencza. Ale czy ma też inne zalety?

1. Dostępność - 0 (daję 0, bo jednak dla wielu z nas lakiery Golden Rose dostępne są tylko przez internet).
2. Cena - 1 (Golden Rose to tania marka, lakier z serii Paris to wydatek rzędu 5 złotych).
3. Kolor - 0 (owszem, jest to idealny beż, bez nut różu, brązu czy pomarańczu, ale wybrałam go też ze względu na złotą mgiełkę, jaką można dostrzec w buteleczce, a która na paznokciach niestety jest zupełnie niewidoczna).
4. Aplikacja - 0 (sama nie wiem, na czym to polega, ale raz nakłada się ten lakier bezproblemowo, innym razem natomiast trzeba się niesamowicie namęczyć, bo smuży ...).
5. Pędzelek - 1 (poręczny, dobrze przycięty, dość wąski, takie lubię).
6. Krycie - 1 (typowy dwuwarstwowiec).
7. Wysychanie - 1 (tempo w normie).
8. Współpraca z innymi preparatami (tu: Poshe Super-fast drying topcoat) - 1 (wzorowa).
9. Trwałość - 1 (do czterech dni stan paznokci idealny, potem na końcówkach pojawiają się otarcia).
10. Zmywanie - 1 (to jeden z tych lakierów, które zmywają się niemalże same, wystarczy przyłożyć nasączony wacik).

Moja ocena: 7/10.


Powiem Wam szczerze, że po tylu pozytywnych recenzjach, jakich naczytałam się i nasłuchałam na temat lakierów tej marki, spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Z drugiej strony wiem jednak, że nie mogę oczekiwać cudów za zaledwie kilka złotych. Także jakość uznaję za adekwatną do ceny, ale chorować na inne lakiery Golden Rose raczej nie będę. Choć ten beżyk pewnie zużyję, bo mimo wszystko całkiem ładny jest. Innego już nie szukam :)))