beauty & lifestyle blog

niedziela, 5 stycznia 2014

Bye bye 2013, czyli pękające w szwach podsumowanie minionego roku


Żegnając ostatecznie rok 2013, chciałabym poświęcić mu jeszcze jeden wpis. Nie chce mi się rozbijać tematu na odcinki, dlatego postanowiłam zebrać wszystko w jednym poście. Mam nadzieję, że nie pęknie w szwach :DDD Zapraszam na podsumowanie minionego roku! 






W 2013 roku napisałam dla Was 232 posty, z których najpopularniejszy dotyczył kozaków z szeroką cholewką ---> KLIK (statystyki tego wpisu dowodzą, jak ciężko kupić zimowe buty na tęższą łydkę, widzę tu dla producentów niszę z ogromnym potencjałem!). Sporym zainteresowaniem cieszyła się też moja kuracja kwasem azelainowym ---> KLIK. O dziwo, bardzo chętnie czytałyście też o moich zniżkowych zakupach w Rossmannie ---> KLIK, czego się naprawdę nie spodziewałam, bo dookoła pełno uwag o rzekomym przesycie tym tematem. Żaden jednak zeszłoroczny post nie zdołał zdetronizować stareńkiego wpisu na temat beauty blendera ---> KLIK i tylko odrobinę nowszego na temat języka reklamy ---> KLIK, które od dawna są najczęściej wyszukiwanymi na No to pięknie!. Sądząc po liczbie odsłon, ciężko będzie pobić ich wynik. 


Ale zostawmy te statystyki i pochylmy się nad kosmetycznymi hitami roku 2013. Początkowo miałam w planach przygotować na ten temat odrębny, obszerny post, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że to jednak bez sensu. Przez cały rok regularnie pisałam posty z cyklu Odkrycia miesiąca ---> KLIK, także na bieżąco byłyście informowane, co wprawiało mnie w zachwyt. Zainteresowanych odsyłam do tej serii, a dziś wspomnę tylko o dwóch kosmetykach, które zdobyły moją największą sympatię.






Produktem roku zdecydowanie został bb krem Missha Signature Wrinkle Filler ---> KLIK. Uwielbiam go! Pasuje mi pod każdym względem, ma bardzo ładny, twarzowy, jasny kolor, przyjemną, miękko otulającą twarz formułę, zadowalający mnie stopień krycia i preferowane przeze mnie wykończenie, dające efekt zdrowej, promiennej cery. W ogóle Missha stała się chyba moją ulubioną koreańską marką, od dłuższego czasu wierna jestem też filtrowi All-around Safe Block Waterproof Sun Milk ---> KLIK, który nie tak dawno też Wam zresztą polecałam.

Drugim z kosmetyków, który moim zdaniem zasłużył w 2013 roku na szczególne wyróżnienie, jest serum do włosów Indola Innova Glamour Sparkling Ends ---> KLIK. Najlepsze serum do włosów, z jakim miałam do czynienia, wygładzające i idealnie włosy dociążające. Zużyłam do ostatniej kropelki i na pewno kupię kolejne opakowanie. Obiecałam sobie jednak, że zużyję najpierw te specyfiki, które u mnie zalegają, wiem, że w innym przypadku nadal będą leżeć.

Kosmetyków, których używałam z ogromną przyjemnością, było oczywiście więcej, ale nie chcę tu o nich wszystkich pisać. Wspomnę tylko o rewelacyjnych pomadkach, różach (Well Dressed, moja miłość) i cieniach (zwłaszcza uniwersalny Naked Lunch i kultowy Satin Taupe) MAC, świetnych cieniach w kremie Maybelline Color Tattoo (głównie Permanent Taupe, którego używam do brwi), mojej ulubionej paletce Sleek Au Naturel (najlepsza!) i od kilku lat niezastąpionym korektorze Bourjois Helathy Mix. Jeśli chodzi o pielęgnację, to wyróżnienie należy się filtrowi The Face Shop Natural Sun, maści Acne-Derm, odbudowującej odżywce do włosów Yves Rocher z olejkiem jojoba, ekspresowej kuracji Fructis Goodbye Damage oraz żelowi Kemon Hair Manya. W bardziej ogólnym ujęciu bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie produkty JOIK i The Secret Soap Store, to chyba właśnie te marki, które będę eksplorować w tym roku.


Osobną kategorię stanowią lakiery do paznokci. Nie ukrywam, że w 2013 roku kupiłam i dostałam ich mnóstwo i tak naprawdę każdy coś w sobie miał, jednak nie miałam problemu z wyselekcjonowaniem trzech, które spodobały mi się najbardziej.






Lakierem roku mogę nazwać granatowo - szary Rimmel Punk Rock ---> KLIK. To właśnie po niego sięgałam najczęściej. Co prawda nie pasuje mi pędzelek, który jest dla mnie za szeroki, ale jestem pod całkowitym urokiem jego niepowtarzalnego koloru, idealnie wpisującego się w mój gust. Pasuje do moich ulubionych szarości, bieli, czerni i granatu, dominujących w mojej garderobie. Podoba mi się tak bardzo, że chyba kupię na zapas :DDD

Najwięcej komplementów nasłuchałam się natomiast na temat Essie A Crewed Interest ---> KLIK. To rozbielona, pastelowa brzoskwinka, którą bardzo lubiłam nosić na paznokciach wiosną i latem. Kolor zwraca uwagę, wiele osób mnie o niego pytało.

Nie mogę nie wspomnieć też o ciemnofioletowym Wibo WOW Glamour Sand nr 3 ---> KLIK. Mój ulubieniec, jeśli chodzi o tę piaskową kolekcję, która szturmem podbiła blogosferę, co zresztą wcale mnie nie dziwi. Od dawna powtarzam, że jeśli chodzi o lakiery, Wibo ma naprawdę ciekawą ofertę i zawsze nadąża za trendami. Brawo!


W kilku słowach chcę się też odnieść do pytań, jakie najczęściej zadawałyście mi w prywatnych wiadomościach. W ciągu minionego roku odebrałam niezliczone ilości maili w sprawie moich kobaltowych okularów i torby od Dzikiego Józefa.






Fenomenu tych okularów nie rozumiem. Pokazałam je na blogu kilka lat temu ---> KLIK, a ciągle wzbudzają Wasze zainteresowanie. Publicznie zatem ogłaszam: nie wiem, gdzie można takie kupić! To oprawki zupełnie no name, bez żadnej sygnatury wskazującej na model czy producenta, wygrzebane w zwykłym lokalnym sklepiku optycznym i kupione za śmieszną cenę 50 zł. 

Pytania o Dzikiego Józefa ---> KLIK są dla mnie bardziej zrozumiałe. Przez długi czas dostępność tych toreb była bardzo ograniczona, ofertę marki poznać można było wyłącznie przez FB, ceny owiane były natomiast tajemnicą zdradzaną tylko zdecydowanym klientom. Dziś na szczęście funkcjonuje już strona ---> KLIK, więc torby łatwiej można sobie obejrzeć, no ale ceny nadal niestety nie są podawane. Dziwna polityka, ale mogę domyślać się, czym spowodowana. W każdym razie ciekawskich informuję, że posiadam model wielka czarna sztywna ---> KLIK, który mniej więcej rok temu kosztował, o ile dobrze pamiętam, jakieś 320 zł (ceny podobno wzrosły). Torba (naprawdę ogromna!) ma świetną jakość, uszyta jest z bardzo grubej sztywnej skóry, jest bardzo pojemna, a przy tym niezwykle mocna. Zawsze zwraca uwagę! Wiele razy byłam zaczepiana i pytana o nią na ulicy. Po roku użytkowania nie zauważyłam, żeby działo się z nią cokolwiek złego. Także jeśli pytacie mnie, co sądzę o Dzikim Józefie, to z czystym sumieniem mogę te torby polecić.

Nie myślcie tylko, że narzekam, że do mnie piszecie! Cenię sobie kontakt z Wami i na wszystkie maile staram się odpowiadać (Kamyczku, cierpliwości, pamiętam o Tobie!).


Jeśli chodzi o gadżety, to rok 2013 ponownie należał do Kindle'a, jako nowość pojawiła się natomiast butelka z wymiennym filtrem Water Bobble.






Kindle (wersja 4 Touch) był zakupem roku 2012 r., a w 2013 tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że to były doskonale wydane pieniądze. Podtrzymuję wszystko, co niegdyś o tym urządzeniu napisałam ---> KLIK. Dodam tylko, że to właśnie Kindle jest tajemnicą postów z cyklu Książki miesiąca. Często pytacie, skąd mam tyle czasu na czytanie. Otóż nie mam go pewnie więcej niż Wy, po prostu zawsze mam przy sobie Kindle'a, który pozwala mi czytać w każdej wolnej chwili, w podróży, w kolejce, w poczekalni, nawet w wannie (co zresztą bardzo lubię!). Normalnie te chwile pewnie bezproduktywnie przeciekłyby mi przez palce.

Bardzo chwalę sobie też butelkę Water Bobble, o której wspominałam Wam wiosną ---> KLIK, służy mi dzielnie dzień w dzień, wymieniam jedynie filtry (do tej pory zużyłam raptem cztery, także jak widzicie, nie są to jakieś ogromne koszty, zwłaszcza że zawsze kupuję je korzystając z jakichś promocji, nawet teraz można je dostać z noworoczną zniżką -25% ---> KLIK). Taka butelka to ogromna wygoda, wspaniała opcja dla kochających wodę! Butelkę można napełnić dosłownie wszędzie. 


Skoro już wspomniałam o książkach, to dodam jeszcze, że zdecydowanie najwięcej frajdy przyniosła mi w 2013 roku lektura Pieśni lodu i ognia George'a R. R. Martina. Pochłonęłam wszystkie dostępne tomy i z niecierpliwością czekam na kolejne!






Nie będę się na temat tych książek już rozpisywać, zainteresowanych odsyłam TUTAJ, do wrześniowego wpisu, w którym na gorąco dzieliłam się z Wami moimi wrażeniami na ich temat. Powiem tylko jedno, zazdroszczę każdemu, kto ich lekturę ma jeszcze przed sobą! Mnie pozostaje jedynie czekanie na kolejne tomy i nadzieja, że autor zdąży je napisać ;)))

Kończąc wątek książek, chciałabym Wam jeszcze tylko napomknąć o Battle Royale Koushun Takami, która też wywarła na mnie w zeszłym roku ogromne wrażenie ---> KLIK. To jedna z nielicznych pozycji, do których wracam myślami. Niestety jak dotąd nie ukazała się po polsku, także w razie czego szukajcie wersji anglojęzycznej. Warto! Ta książka powinna zainteresować każdego, komu spodobały się Igrzyska śmierci. 


Jeśli chodzi o wspomnianą przed chwilą Pieśń lodu i ognia, to w 2013 roku obejrzałam też serial na podstawie tej sagi, wspaniałą Grę o tron. Jednak palma pierwszeństwa bez dwóch zdań należy się innemu serialowi, mianowicie niesamowitemu Breaking Bad.





Oglądałam ten serial z wypiekami na twarzy. Mistrzostwo! Więcej na jego temat pisałam TUTAJ. Gorąco zachęcam do obejrzenia, bo Breaking Bad, niby tylko telewizyjna rozrywka, to serial na naprawdę wysokim poziomie.


Prywatnie był to dla mnie bardzo udany rok. Największym wyzwaniem był chyba powrót do pracy po roku urlopu macierzyńskiego i wychowawczego. Na szczęście gładko poszło, ja pracuję na pełnych obrotach, a moja córeczka ma wspaniałą nianię, za którą przepada (i o którą czasami jestem zazdrosna :P).









Co jeszcze? Może to, że w 2013 roku, po wykaraskaniu się z kłopotów zdrowotnych z okresu ciąży i karmienia piersią, znowu przestałam jeść mięso. Nie wróciłam do pełnego wegetarianizmu, bo w mojej diecie znajdują się ryby, ale na tę chwilę dobrze mi z tym i na razie nie planuję tego zmieniać. 


Tak właśnie w skrócie (ha ha ha! wiem, że się rozpisałam :D) wyglądał mój rok 2013. Mam nadzieję, że 2014 będzie równie dobry. Chciałabym, żeby No to pięknie! przyniósł trochę pozytywnych zmian, a mnie wiele satysfakcji z blogowania. Z tą myślą żegnam rok 2013, bye bye! I jeszcze raz życzę Wam wszystkiego dobrego :*


Jaki był dla Was rok 2013? Czym zapadł Wam w pamięć? Czekam na Wasze komentarze!


Buziaki,
Cammie.



Ostatnia szansa na odżywkę JOKO!




piątek, 3 stycznia 2014

Summa summarum, czyli podsumowanie grudnia


Wprawdzie już na dobre wkroczyliśmy w nowy rok, no ale poprzedni trzeba domknąć, załatwiając wszystkie zaległe sprawy. Na przykład podsumowanie grudnia :DDD Zapraszam na grudniowe wydanie Summa summarum!






Ach, ten grudzień! Długi, ale jakże emocjonujący. Pełne miłych niespodzianek mikołajki, wieloetapowe przygotowania do świąt, szaleństwo przedświątecznych zakupów, święta z całym ich urokiem, w końcu sylwester. Jest co wspominać!

Na początek powspominajmy grudniowe hity No to pięknie!. Bezdyskusyjnie Waszym największym zainteresowaniem cieszył się post, w którym wylewałam swoje gorzkie żale odnośnie języka, jaki wdziera się do blogosfery ---> KLIK. Temat naprawdę Was poruszył, co widać po ogromnej ilości komentarzy pod tym wpisem. Dziękuję Wam za tę dyskusję, dobrze wiedzieć, że tak wiele osób dostrzega problem.

Sporą popularność zdobył też post o moich grudniowych odkryciach ---> KLIK, w którym pisałam o linerze L'Oreal Blackbuster i pomadce ochronnej Maybelline Baby Lips. Cieszę się, że ta seria się przyjęła, na pewno będę kontynuować ją w tym roku.

Wyjątkowo licznie czytałyście też wpis z noworocznymi życzeniami, ale nie łudzę się, że to właśnie życzenia Was przyciągnęły, w tym samym poście ogłosiłam też sylwestrowe rozdanie (nadal trwa!) ---> KLIK. Dlatego wspomnę raczej o mojej świątecznej liście marzeń ---> KLIK, która także wzbudziła Waszą ciekawość. Zdradzę Wam, że już trzy jej punkty mogę skreślić! W świątecznym prezencie od męża dostałam perfumy Armani Si (zdążyłam nawet o nich napisać ---> KLIK), sama natomiast zafundowałam sobie bajeczny lakier Snow Angel od Lynnderelli, o którym marzyłam już chyba ze dwa lata, a którego ze względu na cenę ciągle sobie odmawiałam, skusiłam się też na fuksjowy kalendarz Moleskine. Lakier na pewno w swoim czasie Wam pokażę, co do kalendarza, jeszcze się zastanawiam, mam co prawda pewien pomysł na ciekawy post, ale nie wiem, czy czas mi pozwoli przygotować to, o czym myślę. Zobaczymy!

Nie brakowało też w grudniu niestety negatywnych emocji. Mnie wbiły się w pamięć dwie sprawy. Po pierwsze awaria gadżetu obserwatorów, która wywołała zbiorowy niepokój blogerek. Nie o samej awarii chcę Wam jednak wspomnieć, a o atmosferze, jaka się wokół niej wytworzyła, zwłaszcza na FB. Częstą reakcją na faktycznie nieco nerwowe pytania o przyszłość subskrybcji były utrzymane w ironicznym tonie komentarze sugerujące, że przywiązanie do gadżetu jest krótko mówiąc "słabe" i wypada być "ponad to", bo liczba obserwujących "o niczym" nie świadczy, przecież i tak wiadomo, że "popularne blogerki przyciągają obserwatorów wyłącznie rozdaniami". Czyżby? Słabe to były dla mnie właśnie te insynuacje. Kropka.

Drugą nieprzyjemną sprawą, zauważalną chyba tylko dla mnie, był wysyp złośliwych, pełnych jadu anonimowych komentarzy. Dotyczyło to głównie wspominanego już wyżej posta na temat języka blogosfery, ale nie tylko. Skala zjawiska w ostatnim czasie stała się na tyle duża, że na poważnie rozważam zablokowanie anonimowych wypowiedzi. Uwagi, które godzą bezpośrednio we mnie, mogłabym dalej znosić (chociaż w sumie w imię czego?), ale zgody na obrażanie moich czytelniczek nie daję. Przed ostateczną decyzją powstrzymuje mnie jedynie fakt, że byłaby to niestety jakaś forma krzywdzącej niektórych odpowiedzialności zbiorowej, bo anonimowych komentarzy na No to pięknie! jest naprawdę sporo, a o poziomie kultury wypowiedzi większości "anonimków" złego słowa powiedzieć nie mogę. Także ciągle zastanawiam się, co robić. Jakie macie przemyślenia w tej kwestii?

Wróćmy jednak do rzeczy przyjemnych. Chciałabym w tym miejscu jak zwykle wskazać Wam jakiś fajny blog, który w ostatnim czasie czymś mnie zachwycił, ale tak się składa, że żadnych odkryć w tej materii nie dokonałam. Całkowicie pochłonął mnie natomiast Pinterest! ---> KLIK. Znam ten serwis oczywiście od dawna, ale w grudniu wyjątkowo mnie przyciągał. Cóż za kopalnia pomysłów, ależ bogactwo inspiracji! Mogłabym przeglądać jego zasoby godzinami. Wspaniałe internetowe miejsce, zachęcam Was do odwiedzin.

Oczywiście nie tylko Pinterest pożerał mój czas, ważnym punktem były też seriale. Początek grudnia upłynął mi pod znakiem gorączkowego oglądania ostatniego sezonu Breaking Bad. Z pewnością nie przesadzę, twierdząc, że to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. Podobało mi się wszystko, począwszy od niesamowitego scenariusza, przez niezwykłe zdjęcia (ach, te czołówki!), aż po genialną grę aktorską. Jestem pod wrażeniem, że autorom udało się utrzymać ten poziom przez wszystkie sezony (nudziłam się chyba tylko na jednym z kilkudziesięciu odcinków, The fly). Nie zmarnowano też potencjału finału, co czasem zdarza się nawet w najlepszych serialach. Ale to nie finał wbił mnie w fotel. Dla mnie najważniejszą sceną z całego serialu, najbardziej wymowną, najlepiej zagraną i dogłębnie mnie poruszającą był moment, w którym Walt spotykając się na pustyni z jakimś lokalnym narkotykowym bonzem mówi "Say my name". Rany, ile w tym wyrazu! Kto oglądał, ten wie. A kto nie oglądał, niech koniecznie obejrzy, bo warto.

Po Breaking Bad przyszedł czas na Dextera, ale to jednak nie to samo ... Tęsknię za Waltem ;))) Utknęłam w połowie drugiego sezonu, zobaczymy, czy ruszę dalej.

Jeśli chodzi o moje grudniowe lektury, to jak zwykle napisałam osobnego posta, do którego odsyłam wszystkich zainteresowanych ---> KLIK.

Wiele emocji przyniosły nam też zapewne poświąteczne wyprzedaże. Upolowałyście coś ciekawego? Ja w zasadzie skusiłam się tylko na kilka ciuszków z Mango, właśnie czekam na dostawę. No i wypatruję zapowiadanego od jakiegoś czasu otwarcia internetowego sklepu Mohito ---> KLIK. Podobno rusza już w styczniu. Mam nadzieję, że wejdzie na rynek z przytupem i na dzień dobry przygotuje jakieś atrakcyjne promocje.

Sylwestra spędziłam samotnie na kanapie, więc w tym punkcie nie za bardzo mam o czym opowiadać. Mąż w pracy (służba nie drużba), córeczka obojętna na sylwestrowe atrakcje przespała całą noc tym swoim słodkim, niemowlęcym snem, nawet kot mi nie towarzyszył, chowając się przed hałasem petard i fajerwerków. Ale niespodziewanie rok zaczął się bardzo przyjemnie, bo tuż po północy udało mi się wygrać na fejsbuku suchy szampon Batiste ---> KLIK. Fajnie, no nie? :)))


Dobra, już Was nie męczę, jak zwykle się rozpisałam. Teraz oddaję głos Wam, zapraszam do komentowania. Dajcie znać, jak upłynął Wam grudzień?


Buziaki,
Cammie.





środa, 1 stycznia 2014

Na spokojnie, czyli książki grudnia


Witajcie w Nowym Roku! Wykorzystując ten dzisiejszy nieco refleksyjny nastrój, proponuję Wam post z cyklu Książki miesiąca, jeszcze na chwilę wracając do grudnia. Mam wrażenie, że to dobry temat na ten leniwy pierwszy dzień roku, po szaleństwach sylwestrowej nocy być może zechcecie spędzić kilka minut w spokojnym świecie książek. W grudniu miałam szczęście w większości przypadków trafić na wartościowe pozycje, tym chętniej więc Wam o nich napiszę. A zatem przegląd moich grudniowych lektur, zapraszam!






W pierwszych dniach grudnia towarzyszył mi Szczepan Twardoch i jego "Tak jest dobrze", zbiór sześciu opowiadań, krótkich, ale mocnych.



 



Sześć opowieści. O małości i słabościach. I o tym, co daje siłę. O tym, jak to jest mieć ciało. O miłości. I o jej braku. O rozpaczy i samotności. O kobietach i o mężczyznach. A wszystkie o tym samym: o człowieku.


To nie był mój pierwszy kontakt z Twardochem, po lekturze "Morfiny" ---> KLIK domyślałam się, czego mogę się spodziewać. I rzeczywiście, narracja miała ten jego autorski, niepowtarzalny, charakterystyczny sznyt, płynęła wartkim strumieniem żywego, jędrnego, soczystego języka. Twardoch po prostu ma styl.

Jeśli śledzicie moje książkowe wpisy regularnie, dobrze wiecie, że wolę dłuższe formy, jednak skłamałabym twierdząc, że te opowiadania nie zrobiły na mnie wrażenia. Zrobiły, niektóre wręcz piorunujące. Może dlatego, że to historie dość mroczne, w tym sensie, że dotyczące spraw trudnych, destrukcyjnych, wewnętrznie wyniszczających. Nie da się obok nich przejść obojętnie. W końcu każdy z nas, tak jak bohaterowie "Tak jest dobrze", nosi w sobie jakieś drzazgi. Złe wspomnienia, irracjonalne lęki, kompleksy. To takie ludzkie. W ujęciu Twardocha tak poruszające, bo bezkompromisowo wywleczone na wierzch. Przeczytajcie.


Moja kolejna grudniowa lektura również nie należała do najłatwiejszych, choć szczerze mówiąc po rozmaitych recenzjach nastawiałam się na coś bardziej dosadnego. Tymczasem "Obsoletki" Justyny Bargielskiej to książka zaskakująco subtelna.






"Obsoletki" to znakomity debiut prozatorski Laureatki Nagrody Literackiej Gdynia 2010. Justyna Bargielska - uznana poetka młodszego pokolenia - w swoim zbiorze opowiadań sięga po nowe środki wyrazu, by jak najpełniej uchwycić istotę straty rodzicielskiej. Błyskotliwość, dowcip, lekkość pozwalają jej złamać tabu delikatnie, z szacunkiem dla ludzkiej odmienności i wrażliwości.


Pojęcie tytułowych obsoletek, od łacińskiego gravid obosleta, oznacza kobiety, które utraciły ciąże. Książka swojego czasu była całkiem głośna i choć jej temat na szczęście bezpośrednio mnie nie dotyczy, jakoś wzbudziła moją szczególną ciekawość. Od dawna chciałam ją przeczytać, więc kiedy zorientowałam się, że obejmuje ją mikołajkowa promocja Publio, zdecydowałam się na zakup. Szczerze się przyznaję, spodziewałam się jakiejś łzawej historii, jakieś spowiedzi matki w żałobie, tymczasem Bargielska dotyka problemu z niezwykłą delikatnością, im bardziej niedosłownie, tym bardziej wymownie. Nie jest to może pozycja obowiązkowa, ale na pewno warta uwagi, zwłaszcza że uwrażliwia na problem, który ciągle stanowi tabu.


Po "Obsoletkach" sięgnęłam od razu po "Małe lisy", kolejną książkę Justyny Bargielskiej. Cóż, tym razem chyba za autorką nie nadążałam, bo ta akurat pozycja kompletnie do mnie nie przemówiła.







Małe lisy to szalona opowieść o nożowniku z podwarszawskiego lasu. A może o rozmarzonej matce i wygadanej singielce? Może o dzieciach, namiętnościach, snach? Albo o zwykłym życiu, którego podskórnym nurtem są groteska i strach? Bez wątpienia to drapieżna proza, która surrealistycznie zakrzywia świat pod płaszczykiem opisu codzienności. Fenomenalną plastycznością języka i wyobraźni Bargielska potwierdza niekwestionowaną pozycję mistrzyni krótkiej formy.


Ja w sumie nie wiem, o czym jest ta książka! Przeczytałam i nie wiem. Jakieś zagmatwane wątki, jakieś niedookreślone postaci. Brak dosłowności, który w przypadku "Obsoletek" był atutem, tutaj stał dla mnie uciążliwy, utrudniając odbiór. Powieść jest króciutka, więc nie zdążyła mnie wymęczyć, ale mimo dość mocnego finału, po prostu mi się nie spodobała. W tym przypadku nie będę Was do lektury namawiać.


Niezmiennie namawiam za to na Mariusza Szczygła! Korzystając ze wspomnianej już promocji, kupiłam też "Niedzielę, która zdarzyła się w środę", czyli zbiór reportaży z początku lat dziewięćdziesiątych.



 



Przyszłość już nadeszła, owe kilka lat minęło dawno. (Niedziela, która zdarzyła się w środę wyszła pod koniec 1996 roku). Uznaliśmy, że dziś jest to już książka historyczna. Tekstom reportera towarzyszą zdjęcia Witolda Krassowskiego, który w tym samym czasie co Mariusz Szczygieł, między rokiem 1989 a 1997, rejestrował życie nowej Polski. Były to lata bardzo fotogeniczne, bo ludzkie twarze zmieniały się jak nigdy dotąd. Do tego Witold Krassowski zarejestrował je na prawdziwych negatywach, bo była to epoka sprzed fotografii cyfrowej.


Szczygieł to dla mnie mistrz reportażu, uwielbiam jego teksty. A "Niedziela, która wydarzyła się w środę" była dla mnie nie tylko przyjemną lekturą, ale też swoistą podróżą w czasie, bo w latach dziewięćdziesiątych dorastałam i wkraczałam w dorosłość. Reportaże z tamtych czasów odebrałam jako niesamowity zapis ówczesnej rzeczywistości, z dzisiejszej perspektywy nieco zabawnej, ale także trochę wstydliwej, obciachowej. Jednak właśnie tacy byliśmy! Warto przeczytać.


"Survival, czyli jak zachować maniery w epoce fejsbuka" Moniki Piątkowskiej i Leszka Talko to książka, którą wygrałam w internetowym konkursie. I całe szczęście, że była to nagroda, bo gdybym wydała na to czytadło ponad czterdzieści złotych w księgarni, chyba bym się zapłakała ...






Monika Piątkowska i Leszek Talko uważają, że współczesny savoir-vivre ma więcej wspólnego ze sztuką survivalu niż z tradycyjnie pojmowaną kindersztubą. Słowo „etykieta” pochodzi od etykietek, niewielkich karteczek rozdawanych na dworze francuskim, a później Katarzyny Wielkiej. Nie miały one wiele wspólnego z wielkim światem. Przypominały arystokratom o panujących zasadach: nie można spić się do nieprzytomności już na początku uczty – należy poczekać do końca, nie wolno bić żony w towarzystwie... Dziś etykieta to znowu bardziej umiejętność poruszania się w życiu, poradzenia sobie z zawistnym szefem, pasażerem w samolocie, który wbija kolana w nasze oparcie, sąsiadem, który kłuje w oczy zamożnością. Autorzy z dużą dawką wiedzy i humoru, nierzadko kontestując dawne poradniki, dziś już niestety bezużyteczne, pokazują, jak funkcjonować w szalonym świecie, który zaskakuje nas na każdym kroku.


Moniki Piątkowskiej nie kojarzę w ogóle, Leszka Talko znam z pisanych z charakterystyczną manierą felietonów. "Survival" jak dla mnie jest nie wiadomo czym. Rozrośniętym felietonem? Poradnikiem? Zbiorem anegdot? Pojęcia nie mam. W zamierzeniu miało być lekko i zabawnie, ale najwyraźniej coś nie wyszło. Wymuszona żartobliwość męczyła, forma ciążyła, a ja, zaledwie dwa tygodnie po lekturze praktycznie nic z tego "dzieła" nie pamiętam! Także naprawdę, szkoda czasu ...



Natomiast czasu spędzonego ze "Służącymi" Kathryn Stockett na pewno nie będziecie żałować. To książka do głębi poruszająca. A co najważniejsze, o czymś.






Służące – wspaniała, budzące duże emocje powieść, szturmem zdobyła serca czytelniczek na całym świecie. Pojawiła się w Stanach Zjednoczonych w lutym 2009 roku, a już latem, przez sześć tygodni, niepokonanie triumfowała na pierwszym miejscu listy bestsellerów „The New York Times”. Łącznie Służące pozostawały w czołówce tej najbardziej poważanej listy ponad 100 tygodni! Do tej pory egzemplarze powieści trafiły do rąk 5 milionów czytelników w 35 krajach.

Powieść koncentruje się relacjach czarnoskórych kobiet służących w domach białych rodzina na południu Stanów Zjednoczonych w latach 60. XX wieku. Jednak pod warstwą tematyki rasistowskiej autorka ukryła pokłady uniwersalnych rozważań nie tylko o istocie człowieczeństwa i tolerancji, ale przede wszystkim o zmaganiu się ze stereotypami, o przezwyciężaniu strachu, o ograniczeniach, którym wszyscy podlegamy i które pragniemy znieść. I wreszcie o przyjaźni i solidarności, których siła potrafi zdziałać cuda. .Służące” to świetnie napisana książka o zaskakująco wyzwalającej mocy! Książka budzi wiele emocji – od łez do śmiechu, a lekturze towarzyszy wyzwalające uczucie, że jeśli tylko odrzucimy strach, zmiana na lepsze zawsze okazuje się możliwa.

Ekranizacja powieści z Emmą Stone w roli Skeeter, wspaniałą Octavią Spencer w roli Minny i Violą Davis w roli Aibileen, przysporzyła jej jeszcze więcej popularności na całym świecie, także w Polsce.


"Służące" to książka, która wzrusza, zmusza do refleksji, otwiera oczy na pewne sprawy. To historia bolesna, bo do bólu prawdziwa, ale jednocześnie po prostu piękna, bo pokazuje, że chcieć znaczy móc, na przekór sztucznie wytyczanym granicom i konwenansom. Południe Stanów Zjednoczonych, początek lat sześćdziesiątych. Jak to jest być czarną kobietą i służyć w domu białej pani? Jak to jest być młodą dziewczyną z ambicjami nijak mającymi się do planów życiowych czujących się lepszymi koleżanek? Jak to jest być obiektem uprzedzeń? Książka napisana przez kobietę o kobietach i chyba też raczej dla kobiet, choć niewykluczone, że robię jej krzywdę, szufladkując ją w ten sposób. Tak ją jednak odebrałam. W każdym razie to chyba najważniejsza dla mnie z moich grudniowych lektur, gorąco Wam ją polecam.


Po poważnych "Służących" dla przeciwwagi sięgnęłam po mało poważny "Ekslibris" Rossa Kinga, trochę kryminał, trochę powieść awanturniczą z siedemnastowiecznym Londynem w tle.






Londyn 1660 rok. Isaac Inchbold, astmatyczny londyński księgarz i antykwariusz otrzymuje niezwykłe zlecenie. Wyrusza na poszukiwania zaginionego podczas wojny Cromwellowskiej manuskryptu, Labiryntu świata. Jego podróż staje się początkiem odysei przez siedemnastowieczną Europę, od ogarniętej religijną wojną Pragi po zamglone zaułki Londynu. Szukając zaginionego dzieła, Inchbold staje się wbrew własnej woli pionkiem w śmiertelnie niebezpiecznej rozgrywce. Ekslibris to powieść wyśmienicie inkrustowana zagadkami starych szyfrów, mistyfikacji, pasmami zdrad i morderstw.


Krytycy zarzucają "Ekslibrisowi", że jest to powieść rozwlekła, pełna nudnych opisów, z wolno rozwijającą się akcją. Owszem, coś w tym jest, ale ja nie odbieram tego jako wady, uważam, że niespieszne tempo i obszerne fragmenty budują klimat tej książki. Nie czyta się tego źle. Inna rzecz, że główni bohaterowie są nieco przerysowani, obleczeni we wszelkie możliwe stereotypy i w tym punkcie muszę się z krytykami zgodzić. Potraktowałam to jednak jako pewną konwencję i nawet mi to nie przeszkadzało, powiedzmy, że dałam się w tę "grę" wciągnąć. Ale finał powieści nawet jak na moje standardy okazał się napisany za bardzo konwencjonalnie. Po trzystu stronach powolnej narracji nagle zbiegają się wątki, konfrontują się wrogowie, wyjaśniają tajemnice, w tle, a jakże, biją pioruny i walą się mury, a wszystko to w kilku akapitach. Podsumowanie? Czytadło z ambicjami ;))) Nie najgorsze.


A na koniec książka ... kucharska! "Pascal kontra Okrasa", hitowe wydawnictwo Lidla. Post o książkach grudnia nie mógłby się bez tej pozycji obejść.



Źródło



Jak zawsze do wszelkich programów lojalnościowych podchodzę jak pies do jeża i nigdy żadnych durnowatych punktów i naklejek w sklepach nie zbieram, tak tym razem gorliwie zbierałam, bardzo chciałam tę książkę mieć. Warto było! Jest przepięknie wydana. Łącznie zawiera 104 przepisy ilustrowane świetnymi zdjęciami. Ubolewam jedynie, że mało w niej propozycji dań bezmięsnych. Za to mój mięsożerny mąż się cieszy ;))) Kilka przepisów już wypróbowaliśmy, pycha!


Tym kulinarnym akcentem kończę ten przydługi post. Oczywiście liczę na Wasze komentarze! Co ciekawego czytałyście w ostatnim czasie? Polećcie jakieś tytuły, przed nami cały długi rok, 365 dni na czytanie :DDD


Buziaki,
Cammie.



Kto ma ochotę na odżywki do paznokci JOKO?
Zapraszam na ciągle trwające sylwestrowe rozdanie!